Ostatnio przez kilka kolejnych dni listonosz musiał się z różnymi paczkami i przesyłkami gramolić na czwarte piętro. Szczęśliwy z tego powodu nie był, wiem, bo uczestniczyłam w jednej z nim rozmowie.
- Jutro pewnie też pan coś do nas będzie musiał przynieść - poinformowała go moja mama, bardziej dla draki, niż w przewidywaniu przyszłości.
- O nie! - wysapał listonosz. - Pani sobie zamontuje w drzwiach na dole taki mały dzwoneczek i jak coś będę dla pani miał, to będę dzwonił. I wtedy pani sobie zejdzie.
Pomysłowy. Twórczy technicznie. Ale mama się nie zgodziła. Nawet jej się nie dziwię. Nie dziwię się też, że poczta chce strajkować... Już wiem, dlaczego...
Kilka lat temu proponowaliśmy na osiedlu zastawienie pułapki na listonosza. Bo nie przynosił żadnych listów. Inna sprawa, że nikt wtedy nic nie pisał. W każdym razie pomysł dawnej siatkarskiej grupy był jasny: zakładamy na listonosza pułapkę (facet nawet został o tym poinformowany, ale się nie przejął).
Kiedy o pomyśle dowiedział się Arturek (też jeden z siatkarskiej paczki), zapytał: ale jak chcesz zrobić pułapkę na listonosza? Z patyczka, pudełka i serka na sznurku?
Bardziej komiksowo wymyślić się tego nie dało. Perspektywa takiej pułapki sprawiła, że nigdy jej nie założyliśmy...
poniedziałek, 20 listopada 2006
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz