czwartek, 29 listopada 2007

418. o hamburgerze


W mieście R. nie mam kiedy zjeść obiadu. Koło 15 postanowiłam, że pójdę sobie na hamburgera, bo od rana biegałam o jabłku i rogaliku, a potem, do 21, nie miałabym kiedy czegokolwiek przegryźć, bo w PKS-ie ciemno, w Katowicach 8 minut wolności i wykład, a w autobusie do Jaworzna niewygodnie.
Poszłam do "knajpy", którą odkryłyśmy z Anią jeszcze w sierpniu i zamówiłam sobie średniego hamburgera.
Podobało mi się tam, bo właściciel przypominający starego rubasznego marynarza słuchał stacji Złote Przeboje i życzył wszystkim smacznego do rymu.
Kiedy w wakacje Ania kupowała tam hamburgera jarskiego średniego, dostała olbrzymią bułę, z którą nie bardzo wiedziała, co zrobić. Pamiętałam o tym, ale jakoś wydawała mi się ta buła mniejsza, a poza tym teraz podobna miała stanowić mój obiad.
Tylko że dostałam bułę większą.
Taką na wielkość talerza do drugiego dania.
Sama sałatka z tego hamburgera wystarczyłaby mi na dwa posiłki.
Kotlet był rozmiarów młyńskiego koła.
Żeby utrzymać tego hamburgera, trzeba było go trzymać w dwóch rękach.
Najpierw płakałam nad tym ze śmiechu, potem z rozpaczy.
Jadłam go przez 35 minut zastanawiając się, czy od razu dać znać komuś, że umarłam w trakcie jedzenia, albo z przejedzenia, albo że wszystkie autobusy mi pouciekały, czy poczekać. No pyszny był, zgoda, ale ile można?
Żałowałam strasznie, że nikt tam ze mną nie przyszedł.
Przeżyłam tylko cudem.
Nigdy więcej średniego ;).

środa, 28 listopada 2007

417. jak ja wyglądam

- Zrobię ci kiedyś rano zdjęcie - zaproponował wczoraj brat Mrówki.
- Po co? - zakrztusiłam się.
- Zrobię zdjęcie... i wrzucę na twojego bloga. Czytelnicy pewnie nie wiedzą, jak wyglądasz rano.

wtorek, 27 listopada 2007

416. z miasta R.

notka z wczoraj, pisana w autobusie.
26.11.2007, godzina 8:27
Autobus do miasta R. przyjechał siedem minut po czasie. Gdyby tak przyjechał w zeszłym tygodniu, zdążyłabym na niego. Teraz w nim marznę, bo nieogrzewany. Dobrze chociaż, że śniegu nie ma. W środku.
Kierowca znany. Ten od "kto ma bilety z kasy". Podjechał.
- Dzień dobry - powiedziała Mrówka, ładując się do środka.
- Najpierw z bilecikami z kasy - odparł kierowca. Mrówka wysiadła.
Wsiadły dwie osoby z bilecikami z kasy.
- Nikt już nie ma bilecików z kasy? - zapytał kierowca.
- Nikt - chórem odrzekli pasażerowie. Mam wrażenie, że sprawili mu tym zawód.
Ale był w wyjątkowo dobrym humorze. Sprzedał reszcie bileciki.
- Jedzie pan przez Łaziska Górne? - chciała się dowiedzieć jedna z pasażerek.
- Mam taki zamiar - odpowiedział kierowca. A potem powiedział, żeby go o nic nie pytać, jak sprzedaje bilety. Już ostatnio podejrzewałam, że jest jednofunkcyjny.
Zimno.

godzina 8:29
Zaczął sypać śnieg. Na razie na zewnątrz. Oby nie nasypało do autobusu. Chociaż podobno pod śniegiem cieplej (patrz: Eskimosi)

A potem włączył ogrzewanie (kierowca, nie śnieg)

***

Dzisiaj rozżalona Mrówka na trzy minuty przed odjazdem autobusu wsiadła do windy i wjechała na czwarte piętro własnego wydziału.
- Cześć Mróweczko - powiedział jej Bosski Promotor.
I już przestała być taka rozżalona ;)

poniedziałek, 26 listopada 2007

415. skandal w mieście R.

"Skandal w mieście R.!", "Mrówka zabita hamburgerem nadnaturalnej wielkości!", "A miał być średni!" - krzyczą nagłówki w prasie.



Takiego smsa wysłała dziś Mrówka do Megi. Z miasta R. Dlaczego? O tym jutro, bo padam na nos.

niedziela, 25 listopada 2007

414. trudne zdania

- Uwaga, teraz będzie trudne zdanie - oznajmił Fimbul, kiedy rozmawialiśmy parę tygodni temu na wydziale. Po czym nabrał tchu i powiedział: - To jest reinterpretacja hermetycznych systemów neognostyckich.
Zapisałam sobie.

piątek, 23 listopada 2007

413. zachody słońca

Korzystałam z kilku dni dość ładnej pogody. Ładnej - czyli w miarę bezchmurnej. Kiedy tylko było widać niebo, czatowałam na zachód słońca. Całymi dniami, można powiedzieć.
Normalnie to ja mam zachód na wyciągnięcie ręki. Na wprost okna. Ale w zimie przesuwa się trochę nad inne osiedle i muszę się wychylić, żeby ujrzeć cokolwiek. Jak się wychylam przez zamknięte okno, to czasami mogę sobie nabić guza o szybę. Nieważne.
Wczoraj zobaczyłam, że słońce już zachodzi (a koło 15:30 było dopiero). Pobiegłam po aparat. Przybiegłam z nim. Wyrwałam go z futerału, włączyłam, otworzyłam szarpnięciem okno, zrobiłam zdjęcie, zamknęłam okno i w tym momencie słońca już nie było.

Albo ja się starzeję i tak wolno biegam, albo słońce trochę przyspieszyło.

czwartek, 22 listopada 2007

412. późno już

Ostatnio mieliśmy talent do późnego opuszczania rozmaitych budynków.
Najpierw po wieczorku poetyckim.
Z niższego poziomu BŚ, z poziomu Benedyktynki, musieliśmy się dostać jakoś do wyjścia. Baliśmy się ryzykować z wózkiem po schodach bez jakichkolwiek rynienek podjazdowych, więc wyjechaliśmy z jedną z pań pracujących w BŚ windą na poziom podstawowy.
- Ja bym się tu zgubiła - przyznałam, podążając za panią z BŚ i pokonując kolejne zakręty.
- Ja też! - wyznała Megi.
- Ja tu pracuję dziesięć lat, a też mi się zdarza zgubić - oznajmiła pani, otwierając przed nami kolejne drzwi.
Dotarliśmy wreszcie pod wyjście główne. I okazało się, że zamknięte już jest na głucho. Pani zadzwoniła po ochroniarza, a my zaczęliśmy snuć wizje pozostania w gmachu BŚ na noc.
- Nie cieszyliby się państwo z takiej możliwości? To piękny budynek! - pani zatoczyła ręką koło.
- Cieszylibyśmy się bardzo - powiedziała w imieniu wszystkich Mrówka. - Tylko jedzenie nam się kończy - dodała cichutko, a fakt, że była po mieście R. i bez obiadu też wiele znaczył.

Mała dygresja żywieniowa.
Mrówka urwała się z zajęć trochę wcześniej, błyskawicznie poleciała na przystanek, dojechała do Katowic, pędem pobiegła na wydział, łapiąc tam Slka, z Slkiem pognała do BŚ, gdzie czekała Megi. Z Megi w trójkę przedostali się do Benedyktynki.
Po krótkiej rozmowie z bohaterką wieczoru, Mrówka, głodna jak szakal, wyjęła z torby kanapkę.
I w tym momencie rozbłysły światła, bo kamerzyści przygotowywali salę. Wszystkie wycelowane w Mrówkę.
- Ej, dlaczego na mnie świecą? Ja nie chcę jeść w błysku fleszy - rozpłakała się (z głodu) Mrówka nieszczęśliwa. Megi i Slk rozpłakali się ze śmiechu. Poirytowana Mrówka musiała odwrócić się plecami do świateł i spróbować zjeść cokolwiek w atmosferze a) pośpiechu (bo spotkanie zaczynało się za kilka minut), b) stresu (bo kamery). Stąd potem obsesja na punkcie jedzenia.
Koniec dygresji.

Kiedy Mrówka powiedziała, że kończy się jedzenie, wszyscy zrobili błyskawiczny remanent swoich zapasów.
- Ja mam wodę - powiedziała Megi.
- Ja mam coca-colę - poinformował nas Slk.
- Ja mam jeszcze gruszkę - mruknęła Mrówka.
- Zamówimy sobie pizzę - pocieszył nas Slk.

Biorąc pod uwagę fakt, że stany naszych portfeli nie prezentowały się najlepiej, jakoś nas to nie podniosło na duchu. Trochę wcześniej, kiedy jeden z redaktorów "Śląska" zapytał, czy ktoś ma rozmienić 50 złotych doszliśmy do wniosku, że nawet razem byśmy nie mieli. Slk miał 50 groszy, Mrówka 2 złote pozostałe po kupnie biletu z miasta R., a Megi jakieś 10 złotych.
- A jak ją dostarczą? - praktyczny zmysł Mrówki wziął górę nad głodem.
- Będziemy iść od okna do okna i sprawdzać, czy któreś nie zostało przypadkiem uchylone.

Na szczęście pojawił się pan ochroniarz i nas wypuścił.

Kilka tygodni później wychodziliśmy z Olkiem jako ostatni z wydziału. Oj, no dobra, przeze mnie, ale już trudno.
Wychodzę pierwsza.
- Czekaj - woła do mnie Olek. - I tak nie wyjdziesz!
Fakt, właśnie dobiłam do kraty w drzwiach.
Z Olkiem idzie pan ochroniarz, pobrzękując kluczami. I mruczy:
- Za karę powinni tu państwo do rana siedzieć.
A to znowu był poniedziałek i znowu problem jedzenia...

środa, 21 listopada 2007

411. jaka praca

- Pracuję jako moderator na - powiedziała Megi Olkowi.
- Aaaaa! To ty wycinasz moje chamskie komentarze! - odparł Olek.

wtorek, 20 listopada 2007

410. lista

Wykład.
Pani profesor czyta listę obecności.
Mrówka, Olek i Megi są przeważnie na listach w tym samym miejscu, bo i siedzą koło siebie.
Pani profesor czyta.
Wyczytuje Megi.
I czyta dalej.
Mrówka coraz bardziej przerażona wpatruje się w Megi:
- Tyy, dlaczego mnie na tej liście nie ma, a ty jesteś?
I nagle doznaje olśnienia:
- Ahaaaa, bo to alfabetyczna lista!

I Megi dostała ataku śmiechu.

A dzisiaj przypadkowe spotkanie, zupełnie przypadkowe, nieumawiane. I w miejscu nietypowym. Piętnaście minut rozmowy o problemach.
- Tak myślałem, że się dzisiaj pojawisz. I poprawisz mi humor.
- I poprawiłam?
- Tak.

Ciepło, coraz cieplej.


Są na Ziemi budowle, które widać z kosmosu. Ja mam teraz budowlę, z której widać kosmos. Ha.

poniedziałek, 19 listopada 2007

409. z miasta R.

2007-11-19 22:43:31
Kiedy w poniedziałek jadę rano autobusem z Jaworzna, według rozkładu jazdy mam pół godziny zapasu (przed przesiadką na dworcu na PKS), praktycznie - 14 minut.
W związku z tym dzisiaj mój autobus spóźnił się o kwadrans, a potem stał w korkach. Na dworzec PKS przybyłam w 7 minut po planowanym odjeździe autobusu do miasta R.
Zastałam pusty przystanek.
PRZEWAŻNIE (90% przypadków) PKS do miasta R. odjeżdża przynajmniej 10 minut po czasie.
Bo kierowca wysiada, idzie po tabliczki, wraca, upycha te tabliczki w autobusie, otwiera drzwi, wpuszcza pasażerów, sprzedaje bilety, wydaje resztę, szuka drobnych, wyciera okno, zagląda pod fotel, sprawdza wycieraczki, uchyla okno, przymyka je, wyciera jeszcze raz, zamyka drzwi, otwiera, żeby wpuścić spóźnionych pasażerów, zamyka...
Dzisiaj widocznie nie musiał. Bo 7 minut po 8:15 już go nie było.
W związku z tym Mrówka zadzwoniła do miasta R., bo następny PKS miała za pół godziny. Poinformowała, że spóźni się, ale przyjedzie. Posnuła się chwilę po dworcu.

I WYMYŚLIŁA.
Wymyśliła, że skoro do najbliższego PKS-u ma pół godziny, to... kupi bilet w kasie!
Kiedy przyjedzie autobus i pan kierowca zapyta "kto ma bilety z kasy?", to Mrówka dumnie pokaże mu swój! Swój Bilet z Kasy!
Uszczęśliwiona podeszła do okienka.
- Dzień dobry, poproszę bilet do Rybnika - powiedziała przejęta (dobrze, że nie poprosiła o bilet z kasy...), myśląc sobie, jak bardzo zdziwi się kierowca, kiedy nie będzie musiał sprzedawać biletu Mrówce.
- Bilety tylko u kierowcy - odparła pani z kasy.
I Mrówka odeszła na bok i rozpłakała się rzewnie.
W duchu.
Ze śmiechu.

Jak ja się potem bałam, że przyjedzie autobus i kierowca zada to nieśmiertelne pytanie "kto ma bilety z kasy?"... tego bym chyba nie wytrzymała.

W mieście R. za to na zakładzie optycznym jest reklama dotycząca aparatów słuchowych. To miasto zaskakuje mnie niezmiennie.

piątek, 16 listopada 2007

408. profesjonalizm

2007-11-16 22:00:10
Mrówka przychodzi do kuchni i widzi brata, przygotowującego sobie kanapkę.
Brat właśnie usiłuje złożyć równiutko dwie części bułki. Co chwilę niezadowolony odrywa je od siebie i przykłada inaczej. Mrówka przygląda mu się w milczeniu przez parę minut.
- Ociosaj, będzie szybciej - doradza wreszcie bratu.

czwartek, 15 listopada 2007

407. telewizja nie kłamie

To strasznie stara notka, sądząc z miejsca, w którym ją zapisałam - z sierpnia.

Leżałam sobie i bolała mnie głowa.
- Będziemy odczuwać bóle głowy - powiedziała pani prezenterka pogody.

I jak tu mówić, że telewizja kłamie?

środa, 14 listopada 2007

406. szczegóły anatomiczne

Jako osoba oburęczna, nie rozróżniam stron.
Jeśli ktoś mi powie "teraz w prawo" to zatrzymuję się i czekam, aż mi wskaże kierunek, bo jak próbuję iść sama, to murowane, że skręcę źle.
I nie pomaga powiedzenie "prawa ręka to ta, którą piszesz", bo przecież piszę tą, którą akurat mogę.
Dobrze, że w wojsku nie jestem...

I kiedy siedzieliśmy przed spotkaniem z Basią Gruszką-Zych, Megi kupiła sobie jej tomik.
- Możesz mi podać MÓJ tomik? - zapytała Megi.
Popatrzyłam na dwie leżące przed nią książki.
- A który jest twój?
- Ten po prawej.
Nic mi to nie wyjaśniło, ale Megi wskazała odpowiednią książkę.
- Po prawej to ten dalej - wtrącił się Slk.
Zbaraniałam.
- Dlaczego po prawej to dalej? Prawa ręka jest dalej? - wytrzeszczyłam oczy na Sławka.
- Obie ręce są teoretycznie w tej samej odległości - wyjaśnił mi Sławek. - Dalej, bo ta książka leżała dalej od Megi.

A już miałam nadzieję...

wtorek, 13 listopada 2007

405. z drogi do miasta R., raport

Dziennik pokładowy, 12.11.07, godzina 8:20

Drogowcy mnie zaskoczyli.
Myślałam, że - jak co roku - zaskoczy ich zima. Zwłaszcza że miasto (moje miasto, nie miasto R.) unieważniło przetarg na odśnieżanie. Ale nie: piaskarki i pługi wyjechały na ulice skoro świt i doprowadziły drogi do stanu używalności.
Co prawda mało się na PKS nie spóźniłam, ale to dlatego, że korki były na światłach, a mój autobus tradycyjnie przyjechał po czasie.

PKS do miasta R. przyjechał punktualnie. Ogrzewany. Kierowca przyniósł i upchnął na miejsce tabliczkę z napisem "Rybnik". Wsiadł do środka.
- Można u pana kupić bilet? - zapytała jedna z pasażerek.
- Nawet trzeba - odparł kierowca. Wreszcie jakiś z poczuciem humoru.

"Łóżka, które leczą i odchudzają" - zobaczyłam za oknem przez ścianę śniegu. Nie wiem, co leczą, ani jak odchudzają, ale przyjmując, że to faktycznie ŁÓŻKA, to myślę, że działają na zasadzie "śpij, aż ci przejdzie".

***

Wracam z miasta R.
- Normalny do Katowic proszę.
- Normalny? - kierowca otaksował mnie wzrokiem.
"A wyglądam na nienormalny?" - chciałam zapytać, ale wolałam nie. Są pewne kwestie, których się bliźnim do rozstrzygania nie zostawia.
Może zresztą widział we mnie studentkę i chciał mi sprzedać ulgowy.
I tej wersji się będę trzymać.

poniedziałek, 12 listopada 2007

404. Bosski koncert

2007-11-12 22:29:33
W tym miejscu miała znaleźć się notka z podróży do miasta R., notka zresztą powstała w PKS-ie, razem z Wielką Sceną Zazdrości napisaną do Rewii. Ale to może poczekać.

Byliśmy dzisiaj, z Megi i Slkiem, na spotkaniu autorskim z Basią Gruszką-Zych.
Boss (który spotkanie prowadził) przyniósł ze sobą rekwizyt. W kształcie gruszki.
- Co to jest? - zapytała się Madzia Mrówki.
- Nie wiem. Bossie, co to jest? - zapytała się Mrówka własnego Promotora.
- To jest cukinia a la gruszka - odparł spokojnie Boss. Jakby to było najoczywistsze w świecie.
- Trafi pan na bloga - mruknęła (mrówknęła?) Mrówka półgębkiem, zapisując tę odpowiedź.
- Panie profesorze, Mrówka mówi, że trafi pan na bloga - zaśmiał się Slk.
- A Mrówka do kosza! - odrzekł mój Promotor.

Od motywu gruszki zresztą jeszcze zaczęło się to spotkanie:
- Mamy cukinię jako gruszkę i mamy Gruszkę jako poetkę - rozpoczął Boss.

W trakcie dyskusji głos zabrał jeden z redaktorów "Śląska".
- Ja bym zaczął od polemiki z MK [czyli z Bossem - przyp. Mrówka] - odezwał się.
- Będzie to twoja OSTATNIA polemika - poinformował go Boss.
Padłam i już nie byłam w stanie się podnieść.

sobota, 10 listopada 2007

402. okrągło

Na pierwszym posiedzeniu Koła Literatury XX Wieku zabrakło nam paru osób. Najwidoczniej nie dotarła do nich wiadomość rozsyłana pocztą pantoflową i plakatami, które Ania ofiarnie rozklejała po wydziale (co przyjmuję na wiarę, bo nie widziałam, jak rozklejała, ani też nie widziałam, gdzie przykleiła. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że nie przyglądałam się zbytnio, a plakat w wersji przed powieszeniem mogłam sobie obejrzeć i pomacać w Jaworznie).

Wśród wielkich nieobecnych na pierwszy plan wybijał się Lucek, entuzjasta literatury współczesnej, recenzent Granicowy. Po krótkiej gg-konsultacji postanowiłyśmy z Anią poinformować go o kolejnym spotkaniu.
- Wysyłałam mu maila przed Kołem - przypomniała sobie Mrówka. - Ale nie odpisał, a to znaczy, że go nie odebrał najprawdopodobniej. Poczekaj, jeszcze smsa mu mogę wysłać!
- Ok - odpisała Ania, Szefowa Koła.
- Nie wyślę - zmartwiła się Mrówka. - Bramka nie działa, a na telefonie nie chce mi się tego wystukiwać.
- To czekaj, wyślę z mojej - zaproponowała Ania-spiskowiec. - Tylko mi podrzuć numer do Lucka.
- To jeszcze treść ci dam, po co masz się zastanawiać, co mu napisać.
- Dobra - ucieszyła się Ania. - To podpiszę się twoim imieniem... ... ... Poszło! - zameldowała po chwili.

Dziesięć minut później Mrówce zmaterializowała się myśl, która nie dawała jej spokoju.
- Ania, podpisałaś się moim imieniem? To znaczy "Iza"??? Czy "Mrówka"?
- No Mrówka oczywiście - napisała Ania z oburzeniem. - Iza to by mi nawet do głowy nie przyszło.
To dobrze, bo Luckowi pewnie też nie ;D. Nie ma to jak wyrazisty nick ;).



A wieczorem Lucek przysłał mi smsa, że jeśli się wyrobi, to na najbliższe Koło wpadnie z chęcią ogromną.

czwartek, 8 listopada 2007

400. exegi monumentum

Kiedy skończyliśmy już w górującym nad Katowicami (przynajmniej na Placu Sejmu) Gołębniku dzielenie się łupami (czyt. przekazywanie sobie książek do recenzji), zaspokajanie podstawowych potrzeb życiowych (czyt. jedzenie) i realizowanie części towarzyskiej (czyt. gadanie o wszystkim i o niczym), postanowiłam zrobić burzę mózgów, bo czas leci, a mnie się pomysł urwał nietypowo.
- Słuchajcie, burza mózgów - obwieściłam więc Ani (Szczepanik) i Slkowi. - Potrzebuję pomnik.
Po odrzuceniu kilku propozycji (w tym moich własnych), Slk zaproponował:
- Sama się przebierz za pomnik.
- Nie umiem. Nie mam wprawy - odparłam ze smutkiem.
- Musisz tylko wziąć krem Nivea - polecił Slk. - A ja w ciebie rzucę mąką.

Cóż, dalej czekamy na olśnienie.

A czas leci.

Jeśli ktoś ma pomysł na pomnik, to proszę o info :D.
Jeśli ktoś jest obeznany z tekstami Rewii - to proszę o kreatywność ;).

wtorek, 6 listopada 2007

398. Igor, pies asystent

2007-11-06 21:59:05
Wczoraj Megi była na wydziale ze swoim psem asystentem, Igorem. Stanowią razem wesołą parę, Blondyn i Blondyna, poczucie humoru mają ogromne. Obydwoje.
Przyjechałam z miasta R. jak zwykle, po 17. Igor wykazał uprzejme zainteresowanie, na mój widok podniósł się, pomachał ogonem i powąchał mnie z grzeczności.
- To jest Mrówka - powiedziała Megi.
- Jestem Mrówka - przedstawiłam się grzecznie. Igor się rozpromienił. Widać lubi Mrówki.
Kucnęłam przy nim i zaczęłam go głaskać. Wprawdzie psów asystentów na służbie nie powinno się rozpieszczać, ale Igora można ;).
- Jesteś ślicznym pieskiem - powiedziałam. Igor ucieszył się bardzo i spróbował wleźć mi na kolana.
Zważywszy na to, że jest rozmiaru nadnaturalnego, trochę ciężko było mi go utrzymać. Odsunęłam się delikatnie. Igor postanowił poudawać kota i trochę się połasił.
Potem spotkałyśmy Olka.
- To jest Olek - powiedziałam psu.
Igor przeszedł koło Olka, kompletnie go ignorując. Chyba nawet nie zauważył, że ktoś tam był.
- Ejjj, to Olek! - zawołałyśmy go.
Igor przeszedł w przeciwną stronę, znowu omijając Olka. Ale tak naprawdę mógłby do niego dobić, a i tak by go nie zauważył, nawet go nie powąchał.

Kusiło go wszystko, co nadawało się do zjedzenia.
Kiedy wreszcie uplasował się pod naszą ławką, Megi konspiracyjnie szepnęła:
- Możesz mi teraz podać oponkę, ale tak, żeby nie widział?
Kiwnęłam głową i po cichutku zaczęłam przesuwać w stronę Magdy ciastko.
Igor ani drgnął.
Zaszeleściłam woreczkiem, w którym były oponki.
Igor śpi.
- PODOBNO PSY MAJĄ ZNAKOMITY SŁUCH I WĘCH - powiedziałam dobitnie w jego stronę, z całej siły szeleszcząc folią woreczka i machając oponką.
Spał dalej :D.
Chyba mnie uznał za członka stada, bo położył w pewnym momencie pysk na moim bucie i tak sobie siedział, zatopiony w egzystencjalnych myślach.
- On wygląda zupełnie jak świnka morska, tylko jest trochę większy - przyznałam, patrząc na niego z lotu ptaka.
Megi po raz kolejny dostała ataku śmiechu. A następnego - jak zawołałam do Igora "kici kici". Bo w końcu zachowywał się jak kot, mogło mi się pomylić ;).
Zareagował.

Cały wykład grzecznie przespał pod ławką, w pewnym momencie westchnął przez sen, przewrócił się na bok i spał sobie dalej.

- Załóż mu halter - poprosiła Megi przed wyjściem. - Powiem ci jak.
Powiedziała. Trzymałam w rękach pętelkę z czegoś takiego jak poplątana smycz i miałam w to ubrać psa.
- Daj mi tu pyszczek - poprosiłam zwierzątko.
Igor się odwrócił i udawał, że mnie nie widzi.
Megi kazała mu stanowczym tonem odwrócić pysk w naszą stronę.
Z ogromną niechęcią odwrócił i pozwolił sobie nałożyć uprząż.
A potem się na mnie obraził za to, że założyłam mu coś, czego nie lubi :D. Nie chciał na mnie spojrzeć i cały czas odwracał się tyłem :D. Przeszło mu po pięciu minutach, ale pomysły ma niezłe... :D

poniedziałek, 5 listopada 2007

397. z miasta R.

- Ciekawe, co się jutro głupiego przydarzy w drodze do miasta R. - zastanawiała się wczoraj wieczorem Mrówka, siedząc na dywanie. Melancholijnie siedząc.
- Może nic? - stwierdziła mama Mrówki. Nadzieja w oczach Mrówki błysnęła i zgasła niemal natychmiast.
- To niemożliwe - odparła (Mrówka, nie nadzieja). - Zawsze się coś głupiego dzieje...

Podróż do miasta R. nie rozpoczynała się.
- Oczekuje się na autobus do Rybnika, który nie zjechał jeszcze z trasy - poinformowały głośniki dworcowe.
Po dziesięciu minutach bezowocnego oczekiwania głośniki powtórzyły komunikat.
Po piętnastu zresztą też.
Przyjechał autobus z kierowcą, który zapoczątkował relacje z podróży do miasta R. (tym, który otworzył drzwi i wrzasnął na pasażerów, że k..., w korku stał).
Przyjechał i podjechał na stanowisko czwarte.
Do miasta R. jedzie się o tej porze z trzeciego. Lekko zdezorientowani ludzie zastanawiali się, czy się nie pomylił. Mógł sobie w końcu w odpowiednią zatoczkę nie trafić... przy takim stanie nerwów...
Ale nie. Kierowca dawniej rybnicki jechał teraz, jak się okazało, do Wisły.
A okazało się uroczo, bowiem otworzył drzwi swojego autobusu i wydarł się na pasażerów z sąsiedniej zatoczki. Za nic. Po prostu nie w humorze przyjechał.
Wiedziałam, że się wydrze, ale przypuszczałam, że jedzie do miasta R. i że wszystko spadnie na moich przyszłych współpasażerów. Co za rozczarowanie...
- Oczekuje się na opóźniony autobus do Rybnika - powiedziały głośniki.
Po kolejnych kilku minutach powiedziały jeszcze:
- Opóźniony autobus do Rybnika podjedzie na stanowisko trzecie.

Podjechał.
Nieznany kierowca. Autobus znany i wrakowaty jak to PKS-y mają w zwyczaju.
Kierowca otworzył drzwi.
Bez słowa sprzedał wszystkim oczekującym bilety.
Bez zwłoki ruszył z przystanku.
I włączył ogrzewanie. Myślałam, że źle wsiadłam.

Półgodzinne opóźnienie nadrobił w trasie.
Do miasta R. mogłam sobie jechać bez kurtki.

Kupiłam sobie w mieście R. zapiekankę nadnaturalnej wielkości. Zrobioną z bagietki. Metrowej. Za 2,80. Rubaszny właściciel życzył każdemu klientowi smacznego. Czasami do rymu.

A w kampusie był dzisiaj mój ulubiony portier. Pan, który na pożegnalne "miłego tygodnia" rozpromienia się tak, jakby właśnie dostał beczkę pełną złotych monet.

No i na dwie pochwały za Rewię niedokończoną (Prawa Ręka i Egzekutor) też się załapałam. To dodaje skrzydeł. Jak się wyśpię, to pofruwam.



To nie sen wariata. To dzisiejsza rzeczywistość.

niedziela, 4 listopada 2007

396. łatwiej zapobiegać

- Auuu - jęknęła Mrówka. - Skaleczyłam się!
- Owiniemy cię chyba w gąbkę - zaproponowała mama Mrówki.

sobota, 3 listopada 2007

395. magia szklanego ekranu

Olek od dłuższego czasu siedzi w telewizji. Robił tam sobie praktyki, co robi teraz - nie wiem. W każdym razie dużo się w jego życiu zmieniło.
Zaczęło się od tego, że, odkąd pamiętam, Olek nie używał telefonu komórkowego. Dawno, dawno temu zepsuł mu się aparat, więc wrzucił go na dno szafy i od tamtej pory nie korzystał. Stwierdził, że jak ktoś będzie miał do niego ważną sprawę, to i tak go jakoś znajdzie (Olka, nie telefon).
Kiedy w zeszłym tygodniu przyjechałam na wydział, zastałam na korytarzu Olka rozmawiającego przez komórkę. Zaniosłam swoją kurtkę do sali, a potem wyszłam, żeby obejrzeć sobie to zjawisko.
Olek właśnie skończył rozmawiać, rozłączył się i bez słowa wszedł do sali.
Wlazłam za nim z wytrzeszczonymi oczami.
- No co? - zapytał Olek. - Ja teraz w telewizji pracuję, muszę mieć kontakt ze światem!
No niby fakt.
Potem oznajmił, że najbardziej kuszącym elementem pracy w tv jest legitymacja i smycz z logo telewizji. Które to akcesoria może zabierać na podryw.
A ja myślałam, że on na urok osobisty...

Na koniec powiedział:
- Zauważyłem, że przez te praktyki znacznie ograniczyły mi się potrzeby. Teraz marzę tylko o tym, żeby się najeść i wyspać.

piątek, 2 listopada 2007

394. notka przyziemna

Z nieznanych przyczyn i kompletnie bez sensu boli mnie palec u nogi. Duży palec u prawej, dla ścisłości. Snuję się w związku z tym po domu, starając się chodzić na piętach, nie dotykać palca niczym i nie myśleć o całym dniu w butach w poniedziałek. Układam sobie przy tym idiotyczne rymowanki w rodzaju:
boli mnie okropnie palec
jakbym wlazła gdzieś pod walec.
Co najlepiej świadczy o stopniu zirytowania.
- Nie martw się - pocieszyła mnie Ania (Szczepanik), kiedy zwierzyłam się jej z mojego problemu (bo zauważyła opis "aaaaaaaaaauć" na gg). - To tylko jeden palec. Pomyśl sobie, co by było, gdyby cię bolało 20.
- Nawet nie wiem, czy tyle mam. Debil z tego palca.
- No faktycznie, niepoważny - zgodziła się Ania. - To idź się połóż i leż do niedzieli.
- Nie mogę leżeć, bo jak go tylko dotknę kołdrą, to mnie boli!
- To może go odetnij? - poradziła Ania.
- Już o tym myślałam... - zwierzyłam się jej.
- Albo odmroź, sam odpadnie - Ania wyraźnie się rozkręcała.
- Na to nie wpadłam! - przyznałam.
- Bo mało praktyczna jesteś - skrytykowała Ania. - Potem go jeszcze możesz dać lekarzom do sekcji i jeszcze na tym zarobisz.