niedziela, 31 sierpnia 2008

625. notka wspomnieniowa

W liceum "naszą" salą była pracownia języka niemieckiego. To pomieszczenie urządzono dość nietypowo, bo zamiast zwykłych ławek znalazły się w nim kabiny, w wersji mocno zdezelowanej. Ściślej rzecz biorąc, po kabinach zostały tylko pionowe deski odgradzające poszczególne stanowiska i małe otwory w ławkach - przypuszczalnie mieścił się tam cały sprzęt nagłaśniający, tak, że pod blatami tych ławek mieliśmy puste "skrzynie", do których prowadziły jedynie te małe otwory. Szukałam zdjęć, ale nie mamy żadnego z tamtej sali, bo kiedy stały się popularne aparaty cyfrowe sala doczekała się remontu i zamiast starych kabinowych ławek pojawiły się zwyczajne, za którymi nie dało się już chować.

Kolejne rzędy ławek stały na podwyższeniach tak, żeby wszyscy byli doskonale widoczni z katedry. Tylko że dół ławki można było zabudować tornistrami... na jednej z klasówek Kaczor przesiedział całą godzinę pod stolikiem Timiego, rozwiązując za niego test, a potem skorzystał z rozgardiaszu przy zbieraniu kartek i wymknął się przez kantorek... ale o tym ciiiisza ;).

Timi zajmował środkową "kabinę" na pierwszym podwyższeniu. Całkiem przypadkowo zbiegło się to jego centralne miejsce z miejscem, jakie zajmował w klasie, a już na pewno w naszej grupie. Poza ogromną charyzmą dał się poznać od razu jako człowiek z poczuciem humoru.

- Pani profesor! - zawołał na początku drugiej albo trzeciej lekcji niemieckiego do naszej wychowawczyni. - Pani profesor, da się te blaty odkręcić? Bo mi długopis wpadł!
Siedział na ławce i próbował zajrzeć do jej środka przez dziurę po słuchawkach.
- Nie, nie da się - warknęła wychowawczyni.
- A, to mi nie wpadł! - odparł Timi, nie schodząc z ławki i z troską zaglądając przez otwór pod blat. - Ale tu papierów! - zauważył.
- W zeszłym tygodniu trzecia klasa sprzątała! - zirytowała się wychowawczyni.
- Ale te papiery są zeszłoroczne - uświadomił jej Timi, który w końcu już zdążył dokładnie obejrzeć zawartość własnej ławki.
- To teraz ty posprzątasz - zdecydowała wychowawczyni.
- Ja? - zdziwił się Timi, próbując włożyć rękę do wąskiego wycięcia w ławce. - Mi tylko długopis wpadł do środka. Parker.
- Parker? - ożywiła się cała klasa, bo czego się nie robiło, żeby odwlec moment rozpoczęcia lekcji. - Parker? Jak to parker???
- No... parker, ale jednorazowy - wytłumaczył Timi i zszedł z ławki.

sobota, 30 sierpnia 2008

624. list motywacyjny

- Patrz, potrafię machnąć kilka recenzji w ciągu dnia, napisać Rewię albo cykl esejów o satyrykach, a jak potrzebuję stworzyć list motywacyjny, to mnie zatrzymuje już na słowie "jestem", a i to dlatego, że od najprostszego akapitu zaczęłam. Kim ja właściwie jestem? - zirytowałam się kiedyś, wylewając swoje żale przed Piotrkiem. Piotrek westchnął, znalazł na dysku swoje listy motywacyjne i przesłał do mnie.
- Dziękuję, z tym już sobie powinnam poradzić - napisałam mu. - O ile przebrnę przez informację, kim jestem.
Podsyłałam Piotrkowi do sprawdzenia kolejne akapity. Piotrek cierpliwie czytał, podpowiadał, zatwierdzał...
- Wpiszę cię jako współautora, dobrze? - zaproponowałam mu pod koniec katorgi.
Ale się nie zgodził.
Nie rozumiem, zły nam ten list wyszedł, czy co?

piątek, 29 sierpnia 2008

623. nadzieja matką

- Może już działa? - zapytała Mrówka niepewnie. Niby oczekiwanie na coś jest przyjemniejsze niż samo COŚ (vide: Kubuś Puchatek), ale w końcu ile można?
- Czekaj, sprawdzę - odparł Fimbulek, logując się na pocztę.
- To i ja sprawdzę - obiecała Mrówka dla zabicia czasu.
Weszła na pocztę z o2, jednym celnym kopem usunęła wszystkie spamy (wiadomości, w których proponowano jej, żeby powiększyła sobie coś, czego nawet nie posiada) i sprawdziła stan konta.
- Mam dwie wiadomości - poinformował ją Fimbul. - Ale żadnej od ciebie.
- Ja też mam dwie wiadomości i żadnej od ciebie! - zdziwiła się Mrówka. - Przypuszczam, że o2 chce nas skłócić.

Póki co, żadnej wiadomości od Fimbulka nie mam.

czwartek, 28 sierpnia 2008

622. zakłócenia na łączach

Fimbul napisał mi maila. Wysłał go. Ale mail zaginął gdzieś po drodze.
- To komu ja go wysłałem? - zastanowił się Fimbul, po czym wysłał dzisiaj drugi raz.
- Albo kto go u mnie przeczytał i usunął? - zdenerwowałam się, bo na maile od Fimbulka zawsze czekam niecierpliwie. Na inne zresztą też ;).
- Wysyłasz? - zapytałam po chwili.
- Wysłałem! - odparł Fimbul.
- To ktoś je po drodze wykrada...
- Może dojdą później, bo do mnie nie wracają - zastanowił się Fimbulek.
- A do mnie nie dochodzą. To może zrobiły sobie piknik gdzieś pośrodku drogi.
- Może, koniec sierpnia jest... - zastanowił się Fimbul po raz drugi.
- Czekaj, sprawdzę, czy ode mnie wychodzą - powiedziałam i posłałam Fimbulowi maila o tytule "jagbusa", w treści dopisując, że to temat tak dla niepoznaki.

Nie doszło.

- Może o2 nawala? - stwierdził Fimbul. - Mają ciche dni...

poniedziałek, 25 sierpnia 2008

621. po dobrą radę...

Mrówka: Wiesz, zastanawiam się co z tą mgr zrobić... TFU! Z dr.
Fimbulek: Napisać!

poniedziałek, 18 sierpnia 2008

617. jeżeli...

Jeżeli normalny dotąd (przynajmniej z pozoru) człowiek nagle:

- zaczyna z własnej woli budzić się o porze, której istnienia nawet się nie spodziewał (bo gdyby się spodziewał, napełniłaby go głębokim obrzydzeniem),

- bez żadnych używek, siłą organizmu, podwyższa sobie ciśnienie do stanu jak przed skokiem na bungee, przyspiesza - nieświadomie - oddech i tętno - a wszystko to bez ruchu,

- siedząc albo leżąc spala tysiące kalorii i nie wykonuje przy tym najlżejszego gestu,

- zatrzymuje procesy myślowe i potrzeby fizjologiczne organizmu,

- wyłącza się na hałasy,

- przestaje odczuwać zmiany temperatury otoczenia,

- nie mruga przez dwie godziny z hakiem,

- bez względu na chorobę lokomocyjną teleportuje swój umysł i serce niezliczoną ilość kilometrów dalej,

- czuje w sobie siłę, z którą mógłby rozwalać deski,

- mamrocze do siebie, śmieje się i krzyczy w duchu, aż zachrypnie,

- bije brawo, chociaż nikogo nie ma w pobliżu,

- zaciska zęby i trzyma kciuki - zupełnie bezwiednie,

- w euforii i depresji utrzymuje tę samą silną wiarę,

- koncentruje się znienacka,

- powtarza mantry ("uda się, musi się udać"),

- wydaje z siebie okrzyki rozczarowania lub złości na widok gazety z programem (treść artykułowanych okrzyków nie nadaje się do druku, ani do publikacji internetowej)

to może oznaczać tylko jedno: mecze siatkówki.
Że o nieludzkich porach, to już całkiem inna sprawa.

czwartek, 14 sierpnia 2008

615. interdyscyplinarnie

Pekin, Capital Indoor Stadium. Kilka minut po godzinie dziewiątej rano grupa kilkuset polskich kibiców wstaje z miejsc i głośno śpiewa Mazurka Dąbrowskiego. Za chwilę rozpoczyna się mecz siatkówki mężczyzn, Polska - Serbia; trzeci dla naszej reprezentacji.
Kibice (ewenement na skalę światową, po pierwszym secie inauguracyjnego meczu pań organizatorzy kazali naszym dopingującym zdjąć flagi, bo zasłaniały symbole olimpijskie, chyba nie muszę dodawać, że z meczu na mecz flag jest coraz więcej i już nikt nad tym nie panuje?) głośno skandują "gramy u siebie, Polacy, gramy u siebie!". Zapożyczyli to chyba od kibiców piłki nożnej, ten akurat okrzyk w siatkówce pojawił się dopiero jakieś dwa lata temu.
Gramy.
Trzeci set, silny atak Mariusza Wlazłego. Piotr Dębowski, nasz komentator odruchowo krzyczy "Wlazły! GOOOOOL!!!".

środa, 13 sierpnia 2008

614. dawnych hitów czar

- Zrobię szybko ciasto ze śliwkami - postanowiła mama Mrówki.
- Była kiedyś taka piosenka - skojarzyło się Mrówce. - O cieście ze śliwkami... "Żeby w domu było miło, tra la la".
- Ale to było o cieście ucieranym! - zaprotestowała mama Mrówki, co sprawiło, że Mrówka wybałuszyła oczy.
- Skąd wiesz? - zapytała bez tchu.
- Bo było "nic a nic się go nie gniecie" - wyjaśniła mama Mrówki, zagniatając ciasto.
- Ja pamiętam tylko ten początek "żeby w domu było miło, tra la la" - mruknęła Mrówka i poszła sobie, pełna wątpliwości co do swojej pamięci.

Kilka miesięcy temu próbowała zanucić refren o mydle:
- Mydło wszystko umyje,
nawet...
nawet...
nawet buzie i ryje - wybrnęła.

Ciekawe, co dzisiaj króluje na przedszkolnych listach przebojów.

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

612. Fimbulek

- Dałam cię na bloga, ale nie w śmiesznej notce tylko tak sobie - poinformowałam Fimbula.
- Po prostu chciałaś podnieść oglądalność zamieszczając coś z Fimbulkiem - wytłumaczył Fimbulek.
- Haha, dam to jutro na bloga... Czy dać dzisiaj?
- Jak chcesz... to twój blog... a przynajmniej my wszyscy na nim występujący pozwalamy ci tak sądzić - odparł Fimbulek, a potem dodał: - Idę już, bo zapełnię wpisy do końca tygodnia.

czwartek, 7 sierpnia 2008

610. zwirz

- Mrówka, ja tę recenzję pisałam do trzeciej w nocy, przeczytaj ją, nie bądź zwirz - napisała mi Ania Sz.
- Tja, do MRÓWKI piszesz, żeby nie była zwirz? Dam cię na bloga.
- No specjalnie to napisałam - przyznała Ania, która już od kilku dni proponuje mi, żebym wrzuciła coś o niej.
A niech ma.

środa, 6 sierpnia 2008

609. komar

Notatkę dodano:2008-08-06 22:41:08
- AAAAAA!!! KOMAR!!!!!!! NIE ZŁAPAŁAM!!!!! - uznałam za konieczne poinformować Piotrka. - Komar dalej - napisałam po chwili. Zaraz potem zapytałam:
- Czy komary mają ograniczone możliwości nasycania swoich żądz?
- Raczej tak - uspokoił mnie Piotrek. - Ale nie wiadomo, czy ten się już nasycił.
- Ale jeśli się nasycił, to powinien sobie stąd iść, a on krąży - zauważyłam.
- No nie pójdzie - powiedział Piotrek. Mało optymistycznie to zabrzmiało. - Będzie trawić - dodał.
- Ja chcę żeby poszedł! - zaczęłam panikować. - Wyobraź sobie na środku pokoju taką małą Mrówkę...
- Z jego perspektywy jesteś ogromnym McDonaldem - odparł Piotrek.
- Jak mnie nie wypije do końca, to dam to jutro na bloga - obiecałam mu.

poniedziałek, 4 sierpnia 2008

607. trudy interpretacji

Kończę pisać (i przepisywać) do Przymrużonym okiem tekst o Egzekutorze. Przestałam w pewnym momencie wierzyć we własny nos do aluzji i nawiązań literackich (od: mieć nosa do czegoś), więc postanowiłam wykorzystać Piotrka.
- No okij, wykorzystuj - zgodził się Piotrek z rezygnacją.
- Masz zwrotkę:
"Tej sfer symfonii nie stworzył Prokofiew
W harmonii wzrasta odporność na stresy
Kastor z Polluksem zmieniają adresy,
Gniewosz i Miłosz w jednej stają strofie" (zwrotka Egzekutora, z Zoofiołów)
I popatrz sobie na ostatni wers. Kojarzy ci się Paweł i Gaweł? (w jednym stali domu?)
- No jasne - odpisał Piotrek, a mnie ulżyło. - Ale gniewosz??? - dodał rozpaczliwie.
- Zwierzątko takie - rzuciłam wyjaśniająco.
- A, to mnie uspokoiłaś - wyznał Piotrek. - Bo na zwierzątkach mogę się nie znać...

czwartek, 31 lipca 2008

604. czas na sporty

- Co porabiasz? - zapytał Fimbul grzecznościowo.
- Nudzę się - odparłam równie grzecznościowo co nieszczerze, bo co jak co, ale nudy to ja ostatnimi czasy nie doświadczałam za bardzo. Postanowiłam więc to sprecyzować: - Nie nudzę się, ale nic mi się nie chce robić.
- To zajmij się rekreacją - zaproponował Fimbulek.
- Za gorąco jest na rekreację - jęknęłam. Termometr na dworcu pokazywał 36 stopni.
- Mrówko - odparł Fimbul - jak się tylko zrobi zimno, to powiesz, że jest za zimno na rekreację.

W sumie dość dobrze mnie zna ;

wtorek, 29 lipca 2008

603. juczne zwierzę

Czasami jeżdżę sobie na spotkania z S. Spotkania służbowe, wracam z nich obładowana książkami. Książki wysypują mi się z objęć, spadają ze stosiku ułożonego na głowie i wypadają uszami. Co zresztą bardzo lubię, nie ma to jak zboczenia zawodowe.
- Będę mieć dzisiaj mnóstwo książek - powiedziałam kiedyś mamie, wychodząc z domu. - Wrócę obładowana jak juczny... muł czy wół? Co jest juczne?
- Muł - odparła mama Mrówki.
- To jak juczny muł - zgodziłam się.
- Ale ty będziesz osłem - dodała mama.

poniedziałek, 28 lipca 2008

602. wyczekany kontakt

- ? - napisał Piotrek na gg.
- ??? - zapytałam, bo coś mi nie pasowało. - Bo chyba coś nie doszło - dodałam, tonem wyjaśnienia.
- Generalnie nie dochodzi - odparł Piotrek. - Już od paru godzin próbuję z tobą nawiązać kontakt.

Wracałam z Katowic, kiedy rozdzwoniła się moja komórka.
- Witam, Olek z tej strony - powiedział Olek. Nie zaskoczył mnie, bo w końcu wyświetlił się jako Olek, brzmiał jak Olek i nawet przywitał się jak Olek, więc były małe szanse na to, żeby to jednak nie był Olek. - Zadam ci dziwne pytanie... ale ono jest bardzo dziwne, nie dziw się.
- ?
- Czy w twoim mieście są jakieś ruiny?

Za kilkadziesiąt lat powiem mu, że ja jestem.
Albo sam się domyśli...

poniedziałek, 21 lipca 2008

597. spustoszenie

- Ech, stare dobre czasy - westchnęła filozoficznie Mrówka, przypominając sobie moment, kiedy na stała na chwiejnej drabinie pod sufitem małego magazynu w pewnej instytucji i wycierając rękawami kurz z wierzchu szafy przeglądała stare roczniki pewnego pisma.
Pismo się zdezaktualizowało, instytucja postanowiła pozbyć się nikomu niepotrzebnych ton makulatury, wyrzucając je na śmietnik.
- Macie jeszcze te pisma? - spytała kiedyś Mrówka mimochodem. - Bo szukam paru rzeczy, a nie chce mi się tkwić nad nimi w czytelni...
- Mamy, leżą w pudle do wyrzucenia - odparła Pracownica Instytucji. - Jak chcesz, to sobie je zabierz.
- Zabrałabym chętnie, ale nigdzie mi się nie zmieszczą - odparła ze smutkiem Mrówka. - Może tylko te, których potrzebuję...
- To bierz.
Mrówka poszła do magazynu, odnalazła właściwe pudło, wyszarpała ze środka stosik pism i zabrała do innego pomieszczenia.
- Właściwie to ja sobie powinnam powyrywać te strony, których potrzebuję. Przecież nie będę tego nieść do domu - zaproponowała nieśmiało.
- A targaj, mówiłam, że to i tak do wyrzucenia - stwierdziła Pracownica Instytucji, nie kryjąc radości.
I Mrówka przystąpiła do aktu destrukcji. A raczej do aktu ocalania tekstów, które jej były potrzebne.
Siedziała, wytargiwała kolejne kartki, aż w przypływie nagłego samokrytycyzmu podniosła głowę i powiedziała:
- A potem pójdę do czytelni czasopism, poproszę o jakieś, usiądę i zacznę z nich wyrywać kartki, bo mi w nałóg wejdzie...

Ponieważ Pracownica Instytucji uznała to za wielce prawdopodobne, Mrówka w najbliższym czasie otrzyma pewnie zakaz zbliżania się do czytelni w Mieście (i metropoliach okalających Miasto).

czwartek, 17 lipca 2008

595. notka pozbawiona inteligencji

Ułożyłam wczoraj wierszyk-pocieszankę. Który to wierszyk charakteryzuje się tym, że ma wszystkie błędy, jakie można popełnić przy pisaniu takiego małego tekściku. Ma też jedną zaletę: można go przesłać smsem.

trzymaj zawsze nos do góry,
trzymaj nos powyżej warg
pośród innych zalet fury
- ptak nie nasra ci na kark

wtorek, 15 lipca 2008

593. w poszukiwaniu straconego sensu

- Przestałam widzieć sens jeżdżenia na te wszystkie konferencje, pisania tekstów itp., skoro nikt nie zwraca na to uwagi - napisałam Fimbulowi z goryczą.
- Na moje oko - odpisał Fimbul natychmiast - to tak raz na dwa-trzy miesiące przestajesz widzieć w tym sens.

Może.
Co nie zmienia mojego nastawienia.
Idę sobie szukać sensu i nie wrócę, dopóki nie znajdę.

niedziela, 13 lipca 2008

591. komentator...

Od kiedy Zdzisław Ambroziak odszedł do Krainy Wiecznych Komentatorów (rok 2004), Mrówka przestała na transmisje meczy siatkarskich przynosić ze sobą grube zeszyty i długopisy do notowania zabawnych powiedzonek i skupiła się na samej grze, a nie na słownych popisach głosu z offu.

Tak przynajmniej było do wczoraj.
Wczoraj Wojciech Drzyzga, jeden z trenerów, zaproszony do komentowania w roli eksperta, błysnął informacją, która sprawiła, że nieprzygotowana na jej przyswojenie Mrówka w ciemnościach rzuciła się przed siebie, o mało co nie wybiła sobie zębów o kant ławy, wymacała długopis i na kawałku gazety nabazgroliła złotą myśl trenera.

Z całą odpowiedzialnością, eksperckim spokojem i pobrzmiewającą w głosie chęcią okazania widzom swojej wyższości siatkarskiej, WD poinformował:

- Różnica między wystawiaczami a rozgrywaczami polega na tym, że są ludzie, którzy wystawiają piłkę i tacy, którzy ją rozgrywają.

Nie mogłam tego nie zapisać. Teraz uczę się kolejnej mądrości siatkarskiej na pamięć.

sobota, 12 lipca 2008

590. krakowskie spotkania

Kiedy wypełzłam z prastarych murów prosto na nasłoneczniony Kraków, poczułam, że długo tego nie wytrzymam i czas się ewakuować. Najpierw w stronę antykwariatu, a potem w stronę parkingu busów. Słońce celowało we mnie wszystkimi swoimi promieniami i czułam się jak mrówka, którą mały chłopiec chce przysmażyć przez lupę.
Myśląc o Grenlandii, zadzwoniłam do brata.
- Cześć bracie, niedługo będę wracać do domu, bo mnie upał wykończy - zakomunikowałam. Brat Mrówki nie przejął się zbytnio.
- A w tej chwili przeszedł koło mnie wielki kufel piwa - dodałam.
- Kto przeszedł?
- Wielki Kufel Piwa - odparłam trwożnie, oglądając się za siebie ze zdumieniem. Kufel jak to kufel, miał piankę i wielkie ucho. Tylko nóżki się nie zgadzały, myślałam, że kufle standardowo nóżek na wyposażeniu nie mają. Ten miał.
- To ja już wiem, gdzie ty możesz być - zaśmiał się brat.
- No na Grodzkiej jestem, centrum Krakowa. Idzie zwyczajny kufel, tylko gigantyczny. Z uchem.
Przy okazji, jak ten kufel usłyszał uchem, że o nim mówię, musiał mieć niezły ubaw. Pewnie wieczorem przekazał to kolegom-kuflom w barze. Czy tam gdzie kufle w wolnych chwilach przesiadują.
- A właściwie co ty mi w smsie napisałaś? - zainteresował się brat. Wytężyłam pamięć. - Że zrobiłaś pełno czego?
- Zdjęć... że zrobiłam pełno zdjęć.
- Aha, bo nie mogłem się doczytać.
Cholera, a wydawało mi się, że w smsach nie bazgrałam do tej pory...

piątek, 11 lipca 2008

589. z Krakowa. Chwalę się.

Zapomniałam wczoraj napisać, że dzisiaj jadę na konferencję do Krakowa.
Już jestem z powrotem.
Jako że konferencja była językoznawcza, a ja się na literaturoznawcę kształcę ku utrapieniu Bossa (chociaż jako humorolog muszę być otwarta na jedno i drugie), konferencyjny plan minimum, opierający się na głębi mądrości ludowej (że "jeśli wejdziesz między wrony..."), zakładał w uproszczeniu: nie pokazać po sobie, że nie jestem językoznawcą (a w razie demaskacji nie iść w zaparte, bo to by nic nie dało ;)).
Poszalałam sobie najpierw 1,5 godziny po Krakowie. Z aparatem. Potem poszłam do Collegium Maius, znalazłam "swoją" salę, poszalałam z aparatem w CM (jeśli nie wolno, to nic o tym nie wiem. Poza tym nikt mnie nie widział). Rozbroiły mnie schody do WC (to najbardziej satyryczny z elementów wystroju). Rozciągały się na przestrzeni, jaką zajmuje mała winda. Pierwsza moja myśl: utknę. Druga: dostanę choroby morskiej. Przez dwa piętra ciągnęły się bardzo kręcone schody. BARDZO. Nawet zrobiłam im zdjęcie, zanim zaczęłam się wspinać z powrotem. Prócz tego, że były kręcone, były jeszcze drewniane. Jakby mi było mało atrakcji. I skrzypiały. Przypuszczam, że podczas wspinaczki brzmiałam jak kulawy słoń z krokodylem na plecach.
Trwało to wychodzenie wieki, a w moich uszach rozlegało się torpedowe skrzypienie.
Błysnęła mi nawet myśl, że gdyby się wszystko zawaliło ze mną na przedostatnim stopniu, to miałabym takie wrażenia, jak strażacy zjeżdżający po rurze. Nie dane mi było na szczęście. Być może rury nie zamontowano tam ze względów estetycznych, nie dociekałam.

Przyszła pani profesor T. (kto ciekawy, może sobie wygooglać w internecie mój panel konferencyjny) i powiedziała do mnie:
- Dzień dobry, jestem pani prowadząca. To znaczy... jestem prowadząca pani, pani panel, nie że Pani Prowadząca.
Już było nieźle.

Dalszy ciąg też mnie usatysfakcjonował.
Założyłam sobie, że zaintryguję słuchaczy. Żeby mnie potem chłonęli, a nie słuchali z grzeczności.
Wyszłam (nie od razu, tylko kiedy nadeszła moja kolej) i zaczęłam:
- Ja się bardzo serdecznie państwu dziwię.
Po czym aktorsko zamilkłam i przyjrzałam się widowni. Reakcja wypaliła. Słuchacze patrzyli na mnie ze z lekka osłupiałymi minami. Zdziwili się. Nie ukrywam, że o to mi chodziło. Dałam im sekundę i podjęłam - że od tych słów rozpoczął swój kabaretowy występ w 1981 roku Krzysztof Jaroszyński bla bla bla.
Można kupić publiczność ;).

Przy okazji rozdawania kartek z hand-outem wystąpienia żony, prof. Bartmiński pogratulował mi referatu, mówiąc, że był świetny i bardzo mu się podobał.
Po czym to samo powtórzył jeszcze w dyskusji poreferatowej publicznie, dodając, że w publikacji tekst mój i pana Makselona z Częstochowy to będą dwa najczęściej czytane artykuły i każdy będzie od nich zaczynać lekturę tomu.
Zapewne powiedział to po to, żeby mi woda sodowa uderzyła do głowy. Wobec tego informuję, że uderzyła. W związku z tym jak tylko oddam Bossowi rozdział, ogłaszam wakacje. Przez kilka dni palcem nie kiwnę.
I już.

czwartek, 10 lipca 2008

588. owadzi świat

Jako że listonoszka Mrówki nie pała zbytnią ochotą do wdrapywania się na ostatnie piętro (czwarte, przypominam) w celu dostarczenia wysyłanych do Mrówki przesyłek, pozostawiła w skrzynce karteluszek informujący, że Mrówka mogłaby się udać na pocztę samodzielnie. Jeśli, oczywiście, na przesyłce jej zależy. Mrówce zależało i z myślą, że znajdzie w paczce coś apetycznego, oderwała się od klawiatury, przeciągnęła, po czym wybrała się w drogę.
Wybrała się z mocnym postanowieniem, że nie poprawi kondycji miejskiego przedsiębiorstwa komunikacji wszelakiej, ale poprawi przy okazji kondycję swoją, bo egoizm jest cechą Mrówki. Wrodzoną i nieusuwalną. Zasilana akumulatorkiem ruszyła Mrówka w stronę centrum Miasta. To znaczy... najpierw ruszyła SIĘ.
Jako że od rana wiał silny wiatr, a termometr nie wskazywał nawet 20 stopni (wskazywał 19), Mrówka postanowiła dobrać garderobę wyjściową pasującą do pogody i zrezygnowała ze skafanderka na ramiączkach na rzecz eskimosiego futra (eskimosie futro to nie futro Z Eskimosa, a futro, jakie nosi Eskimos, przy założeniu, że Eskimosi noszą futra). Kolejnym krokiem była rezygnacja z zimowej kurtki. Starannie wypracowany kompromis Mrówki Zmarzniętej z Mrówką Logiczną zaowocował spakowaniem parasolki (zatęskniła Mrówka do rozwiązań Kastnera, u którego parasolki rosły sobie na grządkach, a po użyciu usychały. Przy okazji: natankowała Mrówka mineralnej do pełna, żeby nie uschnąć w drodze. Natankowała do flaszki, czym zwiększyła wagę bagażu i nie zmniejszyła jego absurdalności.
- Wiesz, jaka najgłupsza rzecz może mi się przydarzyć w drodze? - zapytała w przelocie przestrzeń. Przestrzeń ugięła się pod presją i skierowała pytanie w stronę Mamy Mrówki, wywołując odpowiedź zwrotną: "jaka?".
- Mogłabym pójść na pocztę i w centrum Miasta zorientować się, że nie zabrałam ze sobą awiza ani dowodu... - błysnęła inwencją Mrówka, sprawdzając po raz setny swój bagaż i wszelkie wymagane świstki. Droga do centrum Miasta pieszo zajmuje Mrówce około pół godziny. Szybkiego marszu. Głupio by było u celu poznać nietrwałość własnej pamięci.
Do uszu, niczym do kontaktu, wetknęła Mrówka przedmiot pierwszego kontaktu, czyli słuchawki od mp3 i poszła.
Szła sobie dzielnie, nie sapiąc (świadków nie ma, musimy więc polegać na zdaniu Mrówki. Mrówka obstaje twardo przy tym, że nie sapała). W spacerku tak monotonnym, że aż nudnym, dotarła do centrum Miasta.
I zobaczyła.
Zobaczyła gigantycznego zielonego pluszowego owada. Owad miał zielone, włochate nogi, posturę niedźwiedzia polarnego, dwa obwisłe skrzydełka i jakieś czułki na czółku. Miał też kontrastującą z umaszczeniem kamizelkę. Szedł, a bezwładne skrzydełka rytmicznie obijały mu kręgosłup.
Mrówka usilnie próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz używała lekarstw i czy miały one jakieś skutki uboczne (przed użyciem nie przeczytała ulotki ani nie skonsultowała się z lekarzem lub farmaceutą). Pospieszny rachunek organizmu nie wykazał zawartości substancji halucynogennych (żadnych nie wykazał). Mrówka spróbowała zrzucić winę za zjawisko na słońce. Innymi słowy, postawiła na fatamorganę. Ale i to nie zadziałało, bo chociaż w rogu rynku panowie robotnicy stworzyli tymczasową pustynię... nawet zachowywali się jak na typowej pustyni, siedli na zwałach wydobytego ze środka jezdni piasku, w cieniu, i popijali z butelek coś, co nie musiało być tym, co Mrówka miała w swojej butelce... ich zjawisko nie dziwiło. Trudno się dziwić.
Owad zaczął się oddalać, wręczając przypadkowo napotkanym przechodniom sprasowane na płask wabiki. Do złudzenia przypominały ulotki, ale to na pewno była jakaś podstępna owadzia sztuczka. Popatrzy taki przechodzień na ulotkę, poliże, i siup - już leży w jaskini owada.
Mrówka potrząsnęła głową, żeby pozbyć się wizji, po czym pospieszyła (tak, pospieszyła to dobre słowo w tym wypadku) na pocztę, podejrzliwie rozglądając się na boki.
Po odebraniu przesyłki, gdy była już w połowie drogi do domu, zauważyła, że ciężko jej się idzie.
Przeanalizowała wszystkie możliwe wyjaśnienia sytuacji:
- paczka nie zaczęła jej ciążyć, bo gdyby zaczęła, zrobiłaby to od razu, a nie w środku wyprawy. Nie wyglądała na złośliwą,
- pochyłości terenu nie sprzymierzyły się przeciwko Mrówce, bo ostatnią górkę pokonała pięć minut temu,
- nie straciła Mrówka kondycji, bo dwa dni wcześniej odbyła podobną podróż w przeciwnym kierunku i nic jej nie było,
- nie utraciła zbyt wielu płynów, bo słońce czasowo schowało się za chmury, chcąc pokazać zasadność targania przez Mrówkę parasolki, płyn schowany w torbie pozostał w stanie nienaruszonym.
Szło się coraz ciężej i Mrówka stwierdziła, że jeśli chce dojść do domu, musi znaleźć przyczynę.
Kiedy już miała się poddać, zauważyła na swoim ramieniu małą biedronkę. Strzepnęła ją bezlitośnie.
To było to. Od razu zrobiło się lżej.

Nie pamiętam, jakie zakończenie miała mieć ta historia. Poza tym, że nie padało i parasolka miała darmową przejażdżkę w obie strony. Mogłam zapisać sobie przy początku notki...

wtorek, 8 lipca 2008

586. rozmowy nasze powszednie

Wyszłam na chwilę. Kiedy wróciłam, na gg migała mi wiadomość od Fimbula.
- Czy chcesz, żebym napisał ci maila, czy wolisz, żebym przepisał recenzję? - pytał Fimbul.
- MAILA - zawołałam natychmiast. Wiele razy już na tym blogu pisałam o magii Fimbulowych maili, zresztą od nich zaczęła się w ogóle nasza znajomość. Od długich internetowych listów. Postanowiłam jednak usprawiedliwić swój entuzjazm i dodałam spokojniej: - Bo recenzji mam jeszcze na pięć dni, wczoraj dodawałam.
- A właśnie chciałem napisać, że skoro nie odpowiadasz, to pewnie nie ma to dla ciebie znaczenia, nie zależy ci, więc idę sobie poczytać Reicha - odrzekł Fimbul.
- TAK byś mógł napisać, jakbyś mnie znał od pół godziny - zirytowałam się lekko.
- Skąd, jakbym cię znał pół godziny to pewnie bym miał nadzieję na jakiś romans czy co i nie strzelał fochów na wejściu - odpisał Fimbul i padłam :).

poniedziałek, 7 lipca 2008

585. Fimbulek

- Wejdź na swojego bloga - polecił mi Fimbulek. Zaintrygowana, wlazłam od razu, chociaż ostatnio trwa sezon ogórkowy i wiele się tu nie dzieje.
- Wciśnij ctrl+F - kontynuował Fimbul. - Pojawia ci się wyszukiwarka?
- Tak... - odpowiedziałam, zastanawiając się, do czego Fimbul zmierza.
- Wpisz do niej "Fimbul" i kliknij, żeby szukało. Czy nie uderza cię pewien fakt?
Wpisałam i uderzył. Fakt, znaczy.
- Że tylko raz się pojawia? - upewniłam się.
- Tylko w linkach! - napisał Fimbul. - A to oznacza, że nie wspominałaś o mnie już od daaaawna. Nie ma mnie w ogóle w twoim blogu!

No i pomyślałam, że trzeba koniecznie nadrobić to zaniedbanie.

czwartek, 3 lipca 2008

582. absurd w stanie czystym

Już myślałam, że przez niewytłumaczalnego bezalkoholowego kaca nie będę w stanie tu nic dzisiaj napisać. Trzeba było nie śpiewać przez pół dnia Tupotu białych mew, a przez drugie pół W Polskę idziemy. To się musiało człowiekowi odbić. Na zdrowiu. Psychicznym. Ale i tak przez pół dnia fruwałam ponad ziemią (liczyło się o tyle, że fruwałam pod górę, pokonując drogę z rektoratu na wydział z indeksem Megi). Czasami wystarczy pięć minut zwyczajnej pogawędki i człowiek się cieszy jak głupi.

Przyjechałam do domu.
- Jak duże rozmiary może osiągnąć sukcesywnie kumulowany niechcemiś? - zapytał znienacka Zadra. Znacka to już nie to samo, że sobie Przyborę zacytuję na marginesie.
- Coś jak pół słonia w abażurze, myślę - odpisałam natychmiast. - Chociaż jeśli jest sukcesywnie kumulowany od więcej niż miesiąca to jeszcze musisz dołożyć sporą donicę z rododendronem i firankę. I to będzie mniej więcej takie.
Zadra był dzielny i się nie dał.
- Hmmm... ale to musimy zdefiniować jeszcze, czy mówimy o słoniu mającym abażur jako nakrycie głowy, czy o słoniu mieszczącym się w owym przedmiocie... bo to jest inny rząd wielkości - wyjaśnił mi. W sumie racja.
- Przy założeniu, że to to pół słonia, w którym jest głowa, to jako nakrycie - uściśliłam. - Chyba że jest ci niewygodnie mierzyć na słonie.
Trafiłam na godnego przeciwnika.
- Ze względu na niechcemisia niewygodnie jest mi przy jakiejkolwiek mierze - wyznał Zadra.

piątek, 27 czerwca 2008

577. Mrówka w liczbach

Zrobiłam sobie dzisiaj rajd po bibliotekach. Jak na stachanowca przystało. Byłam w czterech bibliotekach (no dobra, w jednej rekreacyjnie, po drodze do domu) i w trzech czytelniach (bo do czwartej już mi się iść nie chciało, pójdę kiedyś i przy okazji poczytam sobie o satyrykach). W każdej czytelni było coś, czego potrzebowałam, ale w żadnej nie było wszystkiego razem. Przywiozłam do domu 10 książek (w tym dwa czytadła, bo w końcu nie będę odpoczywać przy Językowym obrazie świata. No dobra, trzy czytadła, ostatecznie przy Grodzieńskiej odpocząć mogę). Wypisałam dwa milimetry wkładu od długopisu. I pół naboju z pióra wieczorem, ale to się już nie liczy. Schudłam dwadzieścia deko przy lataniu z biblioteki do biblioteki. Trzy razy zepsułam zamek od torby (i trzy razy go naprawiłam). Przejrzałam jakieś 15 książek i czasopism w czytelniach i artykuły z trzech książek w domu. Mój Promotor i tak by powiedział, że efektów nie widać. Czternaście razy zastanawiałam się, który dzisiaj jest. Wypisałam kilkadziesiąt cytatów (nie chce mi się liczyć). Pół godziny stałam w korkach.

A teraz odpoczywam.

wtorek, 24 czerwca 2008

575. nasze geny

- Jestem na nogach od 6:30 - napisała mi z dumą Ania Sz.
- Jak to niektórzy ludzie nie potrafią dostrzec, że mają wakacje - westchnęłam filozoficznie. Ania przyznała się, że sprząta.
- Matko, pierwszy raz w życiu moja mama się ucieszy ze mnie, jak zobaczy, że z własnej woli posprzątałam - ucieszyła się.
- Albo zacznie coś podejrzewać i będzie niespokojna chodziła przez cały dzień - uściśliłam.
- Taaak... - odparła Ania. - Jak zawsze dotknie mi czoła i zapyta, czy się nie czuję źle przypadkiem.
- Mamy wyjątkowo sarkastyczne mamy, nie uważasz? - zapytałam.

575. nasze geny

- Jestem na nogach od 6:30 - napisała mi z dumą Ania Sz.
- Jak to niektórzy ludzie nie potrafią dostrzec, że mają wakacje - westchnęłam filozoficznie. Ania przyznała się, że sprząta.
- Matko, pierwszy raz w życiu moja mama się ucieszy ze mnie, jak zobaczy, że z własnej woli posprzątałam - ucieszyła się.
- Albo zacznie coś podejrzewać i będzie niespokojna chodziła przez cały dzień - uściśliłam.
- Taaak... - odparła Ania. - Jak zawsze dotknie mi czoła i zapyta, czy się nie czuję źle przypadkiem.
- Mamy wyjątkowo sarkastyczne mamy, nie uważasz? - zapytałam.

piątek, 20 czerwca 2008

572. ktoś normalny

- :P - napisał mi Piotrek.
- ?? - odparłam.
- To było zagajenie - wyjaśnił. I milczy.
- I to było takie zagajenie, że co? - zapytałam, bo nie mogłam się doczekać dalszego ciągu.
- Bo wiesz... - odpowiedział Piotrek. - Dawno nie rozmawialiśmy... A mnie ostatnio brakuje rozmowy z kimś normalnym.
- I do mnie się z tym odzywasz? - zdziwiłam się szaleńczo. - Mam cię wyprowadzić z błędu od razu, czy dopiero jak będę mieć materiał na notkę?
- A mam inny wybór? - Piotrek zdziwił się jeszcze bardziej. - Wybieram mniejsze zło.

czwartek, 19 czerwca 2008

571. ***

Boss (na porannym wykładzie): Sesja się zaczęła... po korytarzach krąży Duch Krwawego Profesora.



A inny profesor (nie krwawy) został dzisiaj wzięty z zaskoczenia.
- Panie profesorze, napisze mi pan jakiś tekst? - zapytała Mrówka naiwnie.
- Tak. Za tydzień w czwartek będę miał dla pani kilkadziesiąt anagramów - obiecał ów profesor. - Będzie je pani mogła wykorzystać.

Przyjadę za tydzień.
Już się nie będzie dziwił "jak pani to zrobiła, że X coś napisał?"

;)

wtorek, 17 czerwca 2008

570. rozmowy z Fimbulem

- Dzisiaj się dowiedziałem jednej fajnej rzeczy - napisał mi któregoś dnia wieczorem Fimbul. - Słowo 'mag' wzięło się z perskiego czy coś koło tego. I oznaczało pierwotnie 'wielki'. Wiesz jaki wyraz...
- O! - odparłam z radością - to tak jak 'fimbul'!

Okazało się, że trafiłam i Fimbul nawet nie zdążył pytania zadać. Czasami nam się to zdarza.

Kilka dni później opowiadałam mu o potworze, który wleciał mi przez okno do pokoju.
- Wyglądało to jak skrzyżowanie ćmy z komarem!
- Nieźle - ucieszył się Fimbul. - A potrafiłabyś to narysować?
- No weź sobie narysuj takie skrzydełka jak u ćmy, tylko bardziej wydłużone. I reszta z komara. Czyli takie nic z kreskami.
- Wiem! - skojarzył Fimbul. - A powtarzało ciągle "nigdy już!"?
- Fimbul, to nie był kruk!
- Lubię te nasze rozmowy - wyznał Fimbul. - Mają takie intertekstualne akcenty.

poniedziałek, 16 czerwca 2008

569. wieczorne rozmowy

Notatkę dodano:2008-06-16 23:34:16
Opowiadam Slkowi, jak Boss podpisywał nam sprawozdania semestralne. Napisał jakieś "zatwierdzam" czy coś w tym rodzaju. Mrówka, czytająca Bossowi przez ramię, zapytała oczywiście ze zdziwieniem w głosie:
- "Pozdrawiam"???
Nie ma to jak mieć bujną wyobraźnię i widzieć już tam napis "Pozdrawiam. Boss".
- Ta, jasne, pozdrawiam - odparł Boss.

sobota, 14 czerwca 2008

568. mój nos i ja

Notatkę dodano:2008-06-14 13:09:42
Odczuwam palącą potrzebę kupienia taczki.
Nos mnie boli. I przeważa do przodu. Jeszcze się co prawda nie przewracam na twarz, ale niewiele mi brakuje.
Z tej potrzeby zwierzyłam się Piotrkowi.
- Mam ochotę kupić taczkę i wozić mój nos przed sobą na tej taczce - powiedziałam mu.
- Hmm.. - odparł Piotrek. - A może lepiej byłoby ci go zarzucać na plecy?



Faceci i ich zmysł praktyczny...

A i tak do czwartku wstanę.

piątek, 13 czerwca 2008

567. sex-shop

Koło jednego z ciekawszych antykwariatów ktoś pomysłowy otworzył sex-shop. Oba przybytki (coś dla ducha i coś dla ciała) znajdują się w jednej wspólnej bramie, przy czym szyld z sex-shopu jest wielki i bije po oczach rażącą czerwienią, a szyld antykwariatu jest prawie niewidoczny, skromny i malutki.

- Nie pójdę do tego antykwariatu - wściekłam się. - Nie pójdę, bo każdy pomyśli, że idę do sex-shopu. I nawet jak wyjdę stamtąd z książkami, to powiedzą, że to dla niepoznaki, żeby nikt nie pomyślał, gdzie "naprawdę" byłam.
Piotrek i Ania B parsknęli śmiechem.
- O, albo wiem! - wpadłam na genialny pomysł. - Pójdę tam z Piotrkiem! I wtedy jak nas ktoś zobaczy, to pomyśli, że Piotrek chce iść do sex-shopu, a mnie wziął ze sobą dla niepoznaki!
- A czemu nie mógłby pomyśleć, że ja idę do antykwariatu? - zgłosił sprzeciw Piotrek,
- Bo mało wiarygodny jesteś - wyjaśniłam mu. - I nikt nie uwierzy, że idziesz do antykwariatu. A na mnie już nie zwrócą wtedy uwagi.

środa, 11 czerwca 2008

566. jak zwykle

- A mnie wczoraj mój Promotor pogłaskał po głowie! - pochwaliłam się Fimbulowi.
- To musiałaś naprawdę nędznie wyglądać, że mu się ciebie aż tak żal zrobiło - stwierdził Fimbul.
No nie ma to jak przyjęcie właściwej perspektywy...

poniedziałek, 9 czerwca 2008

565. różne wizje leczenia

- Boli mnie głowa - powiedziała ostatnio X.
- Znowu? - zdziwiłam się.
- Jak to "znowu"?
- No bo rok temu mówiłaś, że cię codziennie boli głowa i że lekarka ci powiedziała, że w twoim wieku to normalne... - przypomniałam.
- Tak mi powiedziała? - ucieszyła się X. - UFFF!!! Dzięki! Uspokoiłaś mnie!
- Zapisz sobie - prychnęłam - że jak u niej będziesz, to masz też zapytać o swoją sklerozę.



Bo ja o swoją wolę nie pytać ;).

poniedziałek, 2 czerwca 2008

562. łyżeczki

Z Mariuszem Ani lubimy się wygłupiać, przerzucać cytatami z kabaretów (nie wiem, jak wytrzymuje to Ania, która przeważnie siedzi i nas wysłuchuje...) i rozmaitymi śmiesznymi pomysłami. Powiem, że fabularny pomysł Mariusza do R2 jest genialny i jeśli uda mi się go zrealizować, to wyjdzie tekstowi na dobre.

- Na razie próbuję cię przekonać po dobroci - powiedziała mi Ania.
- Aha, czyli mam nie wyjmować jeszcze tej pałki z plecaka? - zapytał Mariusz.

Kiedy wracaliśmy z podróży po Katowicach, Mariusz wymyślił, że moglibyśmy sobie kupić duże lody, do tego wziąć trzy patyczki albo trzy łyżeczki i te lody razem zjeść przed wykładem.
Problemem, jak się okazało, był fakt, że nie sprzedają już łyżeczek ani patyczków do lodów.
- Wejdę do sklepu i powiem "poproszę trzy łyżeczki i bułkę" - wymyślił Mariusz.
- Od razu będzie wiadomo, że chcemy denaturat przefiltrować - mruknęła Mrówka.
- To co państwo chcą, chlipać ten denaturat? Łyżeczkami? - wcielił się w ekspedientkę Mariusz.

Chciałabym zobaczyć minę sprzedawczyni, poproszonej o trzy łyżeczki i bułkę... naprawdę bym chciała...

a zamiast lodów zjedliśmy ciastka.

sobota, 31 maja 2008

561. staram

- Sama zobacz - zwrócił się Fimbul do Sandry, swojej dziewczyny. - Mrówka, masz halkę?
Odruchowo obrzuciłam wzrokiem swoje dżinsy i krótką bluzeczkę.
- Nie mam - odparłam zdziwiona, a w głowie uruchomiły mi się natychmiast intertekstualne konteksty i jodłom szumiącym na gór szczycie zawtórowała postać z Golizny, piosenki kabaretu OT.TO, postać, która śpiewała "tak bez halki fragment Halki". Fimbul przewrócił oczami.
- Ja się pytam, czy w ogóle jakąś masz.
- Mam - zmieniłam zdanie. Fimbul ponownie odwrócił się do Sandry.
- I widzisz, jaka ona jest stara? - zapytał.

czwartek, 29 maja 2008

560. upływ czasu

I starzeję się. W poniedziałek podczas konferencji Fimbul przyjrzał mi się, a potem powiedział szeptem:
- Masz siwy włos!
- Jeden? - zapytałam z nadzieją. Fimbul długo patrzył na moją głowę.
- Chciałem być miły - wyjaśnił wreszcie.

środa, 28 maja 2008

559.

Z Częstochowy wracaliśmy parami. Kiedy wykończeni wsiedliśmy z Piotrkiem do pociągu pospiesznego z Częstochowy (a właściwie PRZEZ Częstochowę) do Katowic i zajęliśmy dwa ostatnie STOJĄCE miejsca, lekko się zdziwiliśmy. Jak się okazało, pociągiem tym jechali fani Metalliki, do Katowic na koncert. Niestety, okazało się po fakcie, wskutek czego przez ponad 1,5 godziny STALIŚMY.
- No, Metallica gra na Śląskim, 80 tysięcy ludzi się tu zjechało - napisał mi właśnie Olek.
- Zauważyłam - odpisałam mu. - 79 tysięcy jechało w naszym pociągu.
- A w moim korku pozostały tysiąc - uzupełnił Olek.

czwartek, 22 maja 2008

556. siła precyzji

- Idę spać, bo padam na nos - napisałam do Piotrka po pracowicie spędzonym dniu (i po konsultacjach, w których towarzyszyliśmy Ani B.)
- Mówi się, że padasz na twarz! - poprawił mnie Piotrek.
- Ja padam na nos, bo mi bardziej wystaje niż twarz - uściśliłam, bo w końcu wiem, co mi się pierwsze zetknie z ziemią jak padnę.
- A ja padam na ciemię - poddał się Piotrek.
- A gdzie jest ciemię? - zastanowiłam się, ziewając przeraźliwie.
- Na czole - odparł Piotrek. - To znaczy pod czołem.
- Piotrek, JA mam pod czołem NOS!!! - zauważyłam.
- Nie w tym kierunku patrzysz. Nie pod w sensie pod, a pod w sensie pod spodem. W głębi - wysilał się Piotrek.
- Piotrek, tam NIC nie mam.
- Za głęboko sięgasz - stwierdził Piotrek. - Ja mówię o kości.



Z kolei przed chwilą tłumaczyłam Fimbulowi, kim jest Ania od Piotrka. Wreszcie załapał.
- Bo wiesz - powiedział mi. - Ja poznałem Piotrka jako Piotrka od Ani. Anię znałem najpierw.
- No właśnie! - ucieszyłam się. - To ta Ania od Piotrka od Ani to właśnie ona!

sobota, 17 maja 2008

552. nic mnie nie zdziwi

Kiedy wczoraj, wykończona po całodniowej konferencji, szłam sobie bardzo powoli w stronę przystanku, postanowiłam napisać trzy smsy:
- do dra PM - bo w końcu o jego twórczości mówiłam,
- do Ani Sz, że wielu przystojniaków było i aż żal wyjeżdżać
- i do brata, że dobrze, że konie nie plują.

Na szczęście nie pomylili mi się adresaci. Wprawdzie dzisiaj rano przestraszyła mnie Ania, pisząc:
- Nie, nie dostałam żadnego smsa od ciebie...
Ale po chwili zreflektowała się i wyjaśniła:
- Aha! To znaczy, że ja naprawdę dostałam jakiegoś smsa? Myślałam, że mi się to śni i go wykasowałam bez czytania...

Jeśli chodzi o konia, który nie pluje - postanowiłam powlec się na przystanek nie Floriańską, a ulicą świętego Jana. Czyli ulicą obok, równoległą do Floriańskiej, a z mniejszym tłumem. Żeby tam dojść, przechodziłam koło zaparkowanej dorożki. Kiedy byłam na trzy centymetry przed koniem, postanowiłam sprawdzić, czy on mnie w ogóle widzi. Spojrzałam na niego, zezując w jego stronę. WIDZIAŁ. Okazało się, że przez ten czas podejrzliwie zezował w moją.

Kiedy szłam sobie spokojnie i pisałam któregoś smsa, usłyszałam za sobą jakiś dziwny chrzęst. I skrzypienie. I stukot nienaturalny. Dyskretnie zerknęłam przez ramię. I okazało się, że idzie za mną trzech facetów w zbrojach. Naprawdę, nic mnie już nie zdziwi.

wtorek, 13 maja 2008

550. duch i ustalenia

- O której masz autobus? - zapytała Ania B.
- Nie wiem. Pójdziesz ze mną sprawdzić?
- Jasne - zgodziła się. - Bo jak się okaże, że masz za 15 minut, to pójdziesz ze mną do bankomatu.

Za 20 miałam. Poszłyśmy.

- Miałaś nas odwiedzić - przypomniała Ania B.
- Codziennie u was siedzę duchem. Na kanapie - wyjaśniłam, bo nie zauważam czasami, jak mi czas szybko leci.
- Skąd wiesz, że mamy kanapę? - zapytała Ania.
- No nie wiem... to na podłodze siedzę duchem, mojemu duchowi wszystko jedno.
- A skąd wiesz, że mamy podłogę?

Łatwo wybrnąć nie było ;).

poniedziałek, 12 maja 2008

549. rozmowa smsowa

Przesłałam do Fimbula smsa:

"Fimbulku kochany
bez ciebie mi źle tu.
Do tego - o rany! -
nie mam internetu."

Fimbulek po chwili odpisał:

"W końcu cię podłączą,
nie rób smutnej miny,
za to dam ci książkę
jak się zobaczymy".

Podłączyli.

niedziela, 11 maja 2008

548,5. chwalimy się

Po pierwsze: radością Fimbulka się dzielę:

http://chetkowski.blog.polityka.pl/?p=461

Po drugie, rozmowa z Anią (Sz):
Mrówka: Mam dziesięć stron R2 i jestem z nich dumna. Te dziesięć stron jest lepsze niż cała Wielka Rewia.
Ania (Sz): To może nie pisz już więcej?
Mrówka: Nie mogę, to dopiero początek.



Teraz mam 15 stron i dumna jestem dalej.

piątek, 9 maja 2008

548. szczerość

- Bierzemy coś do Szczyrku? Jakieś kubki, sztućce itp.? - upewnił się kiedyś Fimbul.
- Nie. Pytałam o to, Ania powiedziała, że wszystko jest na miejscu. No chyba że chcesz coś zabrać.
- Pewnie - napisał mi Fimbul. - Nie mogę zasnąć bez swojej ulubionej łyżeczki. Zawsze przed snem gapię się na nią powtarzając "there is no spoon!". To lepsze niż liczenie baranów.
- A nie masz wrażenia, że trochę się przy tym oszukujesz? - poinformowałam się delikatnie.
- A jak liczysz skaczące przez łóżko barany to to nie jest okłamywanie? - zapytał Fimbul retorycznie.

Cóż, trochę racji w tym ma.

A ja fruwam z radości, bo Egzekutor powiedział, że mam zgodę in blanco naszego wykładowcy-kalamburzysty, na występowanie w R2. Cieszę się, bo ładny fragment mi z nim wyszedł i nie wiedziałam, czy nie będę musiała zmieniać. Ile lat temu tak się cieszyłam po podobnej zgodzie, udzielonej przez Bossa... ;)

środa, 7 maja 2008

547. kocham Was ;D

Dzień fantastyczny i spędzony z ludźmi, do których mam całkowite zaufanie. Jeszcze z uczelnianych Fimbula i Szczepanik brakowało :).

Siedziałam sobie z Megi i Igorem. Właściwie to wykończony Igor drzemał koło Megi, a Megi z kimś rozmawiała. Postanowiłam trochę podokuczać Psu Asystentowi.
- Whraaał! Jestem tygrysem! - powiedziałam, szczypiąc Igora w grzbiet. - Zaraz cię zjem!
Megi oderwała się od swojej rozmowy.
- Słuchaj, co ty właściwie opowiadasz mojemu psu? - zapytała niepewnie.
Igor się nie przejął, mogłabym zjeść.
Nawiasem mówiąc, jak dawno temu udawałam, że jestem słoniem i tupałam mu przy uchu, mówiąc, że zaraz go rozdeptam, to tylko pomerdał ogonem przez sen. Może lubi słonie i tygrysy.

Chwilę później przechodził Pan Dziekan i na widok Igora powiedział:
- O, jest mój ulubiony student!
Co dało nam trochę do myślenia.

sobota, 3 maja 2008

544. wierszyk z przesłaniem

Ostatnio przed ekranem pisałam Fimbulowi wierszyk z przesłaniem...

Siedzi sobie Fimbul dziś przed monitorem,
siedzi już dość długo, nie zważa na porę,
Czas go nie obchodzi, ni w pogodzie zmiany,
siedzi Fimbul sobie, jest zapracowany.

Ludzie dziś mu nie są do pomocy skorzy:
maila więc do Mrówki Fimbul nie ułoży,
nie ułoży maila, tak jak umie on to,
oj, puściutkie będzie dzisiaj Mrówki konto.

Maila nie napisze (choć nie mówi, że nie)...
Zamkną Mrówce konto admini na tlenie,
zamkną Mrówce konto już jutro nad ranem
(to konto mailowe. Bo nieużywane)

Mógłby Mrówce chwile rozproszyć ponure,
Skoro i tak stuka sobie w klawiaturę
Mógłby coś właściwie napisać w pięć minut
Mógłby coś napisać... Fimbulku, do czynu!

Mógłby coś napisać Mrówce w parę chwil, czy
mógłby nawet maila... lecz on ciągle milczy.
Nie śle nic - ni grama słownych wygibasów.
Już Mrówki nie lubi? Czy też nie ma czasu?

Siedzi tak Fimbulek stracony dla świata,
nie wie, że dla Mrówki to największa strata,
nie wie, że ta Mrówka za nim tęskni stale
i na maile czeka. Tak! Na maili zalew.

Siedzi sobie Fimbul i ogląda strony
siedzi sobie Fimbul, trochę już zmęczony,
Siedzi sobie Fimbul, pracuje aż miło,
siedzi... na stojąco trudniej by mu było.

Siedzi sobie Fimbul i stuka w klawisze,
lecz maila do Mrówki dalej on nie pisze.
Mrówka siedzi w nerwach no i w smutku cała
i co chwilę sprawdza, czy internet działa.

Wreszcie, już nad ranem, dziś o wczesnej porze
myśli Fimbul: maila może Mrówce stworzę.
Mrówka się ucieszy z maila z moich rączek.
Chciał napisać szybko, lecz mu padło łącze.

I pół dnia minęło nim się z tym uporał,
Fimbulku, pisz Mrówce od razu, to morał.
Wierszyk jeszcze jedną zgrabną puentę ma:
masz napisać maila? Napisz Mrówce dwa.



Ciekawe, czy na Bossa też by coś takiego działało... ;)

środa, 30 kwietnia 2008

542. ogonek

kawałek mojej bajki o smokach:

...A na ład i czystość to jest zła recepta:
jeden smok podpalał, drugi wszystko deptał,
trzeci jadł begonie, czwarty gubił łuski,
piąty w supersamie klejem kleił wózki...

Fimbul, kiedy to zobaczył, zgłosił sprzeciw.
- Tyyy, pokaż mi dziecko, które wie, co to jest begonia - powiedział. - Ja nie wiem.
- Kwiatek to jest - odparłam.
- Tyle to się domyśliłem. Ale jak wygląda?
- Nie wiem. Ale widzisz, dziecko też nie będzie wiedziało, zapyta rodziców i już. To się nazywa wartość edukacyjna książki. Ja w podstawówce byłam jedyną osobą, która w pierwszej klasie wiedziała jak się nazywa ogonek jabłka. Bo znalazłam takie słowo w bajce.
- Jak?
- Szypułka.
- Nie wiedziałem nawet, że to ma osobną nazwę - napisał mi Fimbul. - Przydaje się to w życiu?
- Taaak... jak chcesz komuś zaimponować - wyjaśniłam mu. - Napisałabym to na blogu, ale wtedy wszyscy będą wiedzieli, jak to się nazywa i na nikim nie zrobimy już wrażenia...
- To nie podawaj nazwy, tylko wpisz xxx...
- To powiedzą, że wcale nie wiem, tylko udaję.

wtorek, 29 kwietnia 2008

541. faceci...

Pojawił się dzisiaj na uczelni Olek. I natychmiast poziom absurdu skoczył pod sufit i roztrzaskiwał się o klamki.
- Wciśniesz mi szminkę? - zapytała go Megi. Olek zrobił wielkie oczy, więc zrezygnowałam z własnych planów i zostałam, żeby zobaczyć, jak rozwinie się sytuacja. Uznałam też, że muszę jakoś ratować kumpla z ławki, który głosu z siebie nie może wydusić.
- W co? - podpowiedziałam mu szeptem.
- W co? - zainteresował się Olek. Megi postanowiła inaczej sformułować pytanie.
- No... czy ją wkręcisz?
- CO? - zapytał Olek nieco rozpaczliwie. Uznałam, że znowu trzeba interweniować:
- No, zrób jej jakiś głupi kawał, a potem się do tego przyznaj - podszepnęłam.

A że Olek dalej wytrzeszczał oczy na szminkę, podpowiedziałam, że najlepiej niech ją rzuci o ścianę, może się naprawi. Olek się ucieszył, bo to było jedyne, co wiedział, jak zrobić.

Igor też ma poczucie humoru. Siedziałyśmy z Megi i plotkowałyśmy, nie zwracając na niego uwagi. Nagle Pies Asystent wstał, delikatnie zdjął z kolan Megi jej malutką torebeczkę i położył na ziemi. Spojrzał na nas z wyrzutem, podniósł torebeczkę i podał Megi. A potem się ucieszył, że jest takim mądrym psem, który zawsze wie, co zrobić.
Nie rozumiem tylko, dlaczego kiedy Megi powie mu "waruj" - układa się grzecznie przy niej. Kiedy ja powiem "waruj" tym samym tonem i z tym samym gestem - Igor przychodzi do mnie, przytula się z całej siły i czeka, aż go podrapię za uchem :).

poniedziałek, 28 kwietnia 2008

540. głos z zaświatów

Dawno temu Sal mówił, że jak ja odbieram telefon, to brzmię tak, jakby mnie ktoś gonił albo stał nade mną z siekierą. Czy tam tasakiem. Ostatnio siedzimy na Bankowej z Fimbulem i Anią B.
- Zaczekajcie, zadzwonię do Piotrka - mówię. Chwilę rozmawiamy z Piotrkiem, wyłączam się a Ania B., patrząc na mnie dziwnym wzrokiem, oznajmia:
- Ty jak rozmawiasz przez telefon to chyba celowo wydajesz z siebie taki grobowy głos, jakbyś już była jedną ręką w trumnie.

piątek, 25 kwietnia 2008

537. portfolio

Próbowałam sobie z własnych tekstów okołosatyrycznych ułożyć portfolio.
Tylko że wyszło mi z WYBRANYCH tekstów poddanych OSTREJ selekcji 50 stron.
Rozmawiam z Piotrkiem:

Mrowka 23:05:12
hmm ja mam dużo tekstów na scenę
Mrowka 23:05:19
no i właśnie z takich fragmentów, tekstów i piosenek satyrycznych
Mrowka 23:05:23
ułożyłam sobie epitafium
Mrowka 23:05:24
TFU
Mrowka 23:05:31
PORTFOLIO

czwartek, 24 kwietnia 2008

536. narzekam ;)

Fimbul zawsze mówi, że ja narzekam. Nawet jak nie narzekam, też uważa, że marudzę, albo jęczę, albo coś. Mam wrażenie, że to już rodzaj samospełniającego się proroctwa, ale przecież nie będę tego rozgłaszać ;).

Wczoraj dyskutowaliśmy zawzięcie nad trasą, którą mamy pokonać, tak, żeby oba nasze cele (Fimbul - przystanek na Skargi, Mrówka - wydział matematyki na Bankowej) zostały zrealizowane przy minimalnym wysiłku. Wreszcie wypracowaliśmy kompromis (zawsze nam się to udaje) i ruszyliśmy.
- Ej, ale zobacz jakie to niesprawiedliwe! - powiedziałam już po pierwszych krokach. - Ja potem będę tędy wracać SAMA!
- Ale TERAZ idę z tobą. IDZIEMY razem - podkreślił Fimbul. - Więc nie narzekaj!
- Ale jak będę wracać, to ciebie nie będzie w pobliżu! I komu ja wtedy będę marudzić? - zapytałam rzeczowo i Fimbul wobec takiej argumentacji musiał się poddać ;).

Dzisiaj na ostatnim czwartku westchnęłam, masując sobie kark:
- Boli mnie głowa od karku. Od samego rana. I nic mi na nią nie pomaga...
- Jak Ważyk tak miał, to pisał wiersze - odrzekł Fimbul, który - jako jedyny - mógł się dzisiaj wybrać na ostatni czwartek. Popatrzyłam na niego uważnie:
- Czy ja też powinnam jakiś napisać?
- Boże broń! - zawołał Fimbul.

środa, 23 kwietnia 2008

535. ekscesy różne

Wczoraj nie mieliśmy zajęć, więc poszliśmy do pubu. Z Fimbulem, Anią B. i Mariuszem Ani. W związku z czym mój repertuar alkoholi spróbowanych poszerzył się o pół łyka wódki z sokiem pomarańczowym. Fimbulowej oczywiście. Normalnie w alkoholizm wpadam jak nic ;).
- Wypiłam wczoraj Fimbulowi pół wódki z sokiem - pochwaliłam się Ani Sz. Fimbul zaczerpnął powietrza.
- To znaczy pół ŁYKA wódki - uściśliłam.

poniedziałek, 21 kwietnia 2008

534. prehistoria

- Myślisz, że wilki przywiązują wagę do estetycznego wyglądu potraw? - zapytał Fimbul, bo tak nam w trakcie rozmowy wyszło. - W sumie racja, wilk nie świnia - dodał.
- A co to właściwie jest wilk? Dziczyzna? - zainteresowałam się.
- Nie, raczej nie - odpisał Fimbul. - Wilków się nie je. To one jedzą. Nie mają strony biernej.

Przekopiowałam tę rozmowę Ani (Szefowej). Ania odpisała:
- Jak były tyranozaury, to jadły prawilki.

- Tyranozaur był wielki, a prawilk może i większy od wilka, ale nie tak bardzo większy - pouczył mnie Fimbul.
- Zjadłbyś prawilka? - zapytałam ze wstrętem. - One musiały być włochate. Wtedy wszystko było włochate.

czwartek, 17 kwietnia 2008

531. teoria względności

Ponieważ Dawid rozkręca na wydziale koło feminizm-gender-queer, Skołowani zainteresowali się, jak mu idzie.
- I jak" Dużo osób przyszło? - zapytaliśmy w Szczyrku.
- Całe tłumy! - zachwycił się Dawid. - Mnóstwo ludzi. Poszedłem tam po dwóch czy trzech piwach...
- Jasne. I "całe tłumy były" - zaśmiał się Fimbul.
- A pewnie przyszły dwie czy trzy osoby...
- Nie, pewnie był sam Dawid...
- I lustro. Dawid i lustro, a jemu się wydawało, że całe tłumy...

środa, 16 kwietnia 2008

530. fimbulki

- Idę spać, dobranoc - wystukałam Fimbulowi na gg dzień po powrocie ze Szczyrku.
- Dobranoc - odpisał Fimbul. - I niech ci się przyśnią fimbulki.

Przyśniły się. Na drugi dzień zapytałam więc:
- Czy mogą mi się dzisiaj przyśnić fimbulki?
- A wykupiłaś abonament? - upewnił się Fimbul.
- Mogę wykupić, fajne były - zgodziłam się.
- Kosztuje tylko 93 fimbulary - powiedział Fimbulek.

wtorek, 15 kwietnia 2008

529. Skołowani 3

Nie pamiętam, czy pisałam o tym na blogu, ale dawno temu wymyśliliśmy sobie z Fimbulem skrót. Skrót pochodził z czasów, kiedy do Fimbula zalecała się dość nachalnie jedna dziewczyna. Oznaczał sygnał do błyskawicznej ewakuacji. Ów skrót to GOFR (Gdy Ona Fimbulka Rozdrażni) - doszło kiedyś nawet do tego, że Fimbul wyciągnął mnie z sali przed wykładem, pokazał na korytarzu jakiś plakat o festiwalu filmowym (skrót na plakacie brzmiał: GOFFR), a potem bez słowa popłakaliśmy się ze śmiechu.
W każdym razie kiedy w Szczyrku Fimbul pokazał mi jeden z domków, ucieszyłam się tak samo.
Tyle, że obok szyldu "GOFRY" był tam szyld "WYPOŻYCZALNIA".
Przyznaję, trochę się zdziwiłam.

Ania w ataku stresu wywrzeszczała nam prosto w twarze: "JA NIE JESTEM CHOLERYCZKĄ!!!!!!!!"
Zawsze potem w chwilach szarpiących nerwy, przypominaliśmy jej, że nie jest. Innym razem, chcąc mnie do czegoś przekonać, powiedziała "mrówiłam ci!"

Radek znosił do kosza śmieci pozostałe po imprezie. Kiedy przechodził koło nas, bez mrugnięcia okiem zanucił na melodię z psalmów: "resztki libacji schodzą do podziemi" - co sprawiło, że wszyscy przewrócili się ze śmiechu.

Wracaliśmy PKS-em do Bielska i wszystkim kleiły się oczy.
- Patrz, Dawid śpi - szturchnęłam Fimbula, po czym zorientowałam się, że Fimbul też próbował drzemać.
- Masz dla mnie jeszcze jakieś informacje? - zainteresował się wyrwany ze snu Fimbul.
- Nie. Opowiem ci bajkę - zaproponowałam. A że za oknem akurat mignął szyld o betonie budowlanym, dodałam zaraz: - O betonie budowlanym.
- Tak właśnie myślałem - mruknął Fimbul.
- A jakie mogą być jeszcze inne betony?
- Obuwniczy - powiedział bez wahania. - Bo są przecież betonowe buciki.
I tak przez kawałek drogi wymyślaliśmy różne rodzaje betonu.

- Masz jakieś ciastko? - zapytał Fimbul.
- Mam - wręczyłam mu małą paczuszkę.
- Chcesz jedno?
- Chcę - odparłam.
Fimbul podsunął mi opakowanie pod nos.
- Ej, myślałam, że mi też wyjmiesz! - zirytowałam się.
- Trochę ruchu nie zaszkodzi - powiedział Fimbul spokojnie.

- Poczęstujemy Dawida? - tym razem ja skierowałam pytanie do Fimbula. Fimbul spojrzał na drzemiącego Przytulankę.
- Nie, on śpi. Niezdrowo jest jeść w trakcie snu - powiedział.

Tym razem (wracała z nami Dominika) zajęliśmy dwa przedziały. Najpierw wpadła do naszego Aga.
- Przyszłam was odwiedzić - poinformowała. - Macie jakieś ciastka?
Potem próbowaliśmy się doliczyć, ile osób zostało w drugim przedziale po pożegnaniu z Radkiem i Sabiną.
- Pięcioro, bo tam jest Dawid! - stwierdziła Ania.
- To oni mają większy przedział? - zdziwiła się Dominika.

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

528. Skołowani 2

Kiedy siedzieliśmy przy grillu, Aga nagle chwyciła jedną z leżących na talerzu mandarynek i... zatopiła w niej zęby. Nikt nie chciał jej potem uwierzyć, że zrobiła to dlatego, żeby łatwiej jej się obierało. Nie mieliśmy wątpliwości: po prostu lubi skórki, tylko wstydzi się do tego przyznać. Kiedy chwilę później złapała w locie muszkę, Fimbul oblizał się, sugerując, że ją też będzie próbowała zjeść.

- Fimbul, idziemy na pięterko? - wrzasnęłam do Krzyśka, kiedy musieliśmy coś przynieść z domku.
- To chodź, a nie gadaj! - odwrzasnął Fimbul, stojąc przy drzwiach. - Ja jestem człowiek czynu! No właśnie... jak ja jestem człowiek czynu, to ty co jesteś? Mrówka czynu? - zainteresował się, wbiegając po schodach. - Jak się mówi ludu pracujący, to do ciebie: mrowisko pracujące?
Fakt, że przy wbieganiu na piętro (tam były nasze pokoje) zaklinowaliśmy się w przejściu (a potem jeszcze parę razy klinowaliśmy się w drzwiach do WC) jest naprawdę niegodny uwagi.

Ze szczegółów pikantnych jeszcze dialog ze ścielenia (jeden z wielu):
Ania: Wskakuj do poszwy!
Dawid: Czy to znaczy, że masz na mnie ochotę?
Fimbul: To taka alternacja sz do ch?

W ogródku była też jedna huśtawka, stale w użyciu. Kiedy huśtał się na niej Radek, zawołałam, żeby się trzymał i nie rozhuśtywał zbyt wysoko, bo spadnie.

Przeskakuję kawałek, bo kiedy się zaczęła noc...
... koło pierwszej poszłyśmy się z Magdą od Ani położyć do naszego pokoju. Przyszła Ania i obiecała, że zaraz też się pojawi. Zgasiła nam światło i poszła. Po dobrych dziesięciu minutach, kiedy odgłosy ze świetlicy stawały się coraz cichsze nagle drzwi się otworzyły, rozbłysło światło i Ania z Dominiką zaczęły rozmawiać. Szeptem, żeby nas nie obudzić. Dostałam ataku śmiechu i powiedziałam im, że skoro już zdecydowały się na zapalenie światła, to mogą nawet krzyczeć, bo umarłego by te lampy obudziły. Ania z Dominiką po cichu wyszły.
- Nie wiem, czy jest sens zasypiać - powiedziałam do Magdy. - Bo potem przyjdzie Ania, żeby się położyć, a potem przyjdzie Dawid, żeby coś powiedzieć, a potem przyjdzie Fimbul, a potem znowu ktoś...
- Fakt, do pogadania przy następnym wejściu - odezwała się Magda.
Po kilkunastu minutach drzwi otworzyły się bezszelestnie. W półmroku pojawił się Dawid i wyszeptał cichutko:
- Przepraszam, bardzo przepraszam, ja tylko po komórkę, przepraszam...
Podszedł do stolika, po ciemku znalazł jakąś komórkę, zabrał ją i wyszedł, ciągle przepraszając. Przynajmniej po cichu i bez zapalania światła.
Potem przyszła Ania z Dominiką, ale zaraz wyszły. Wróciła Ania. Położyła się.
Wtedy do pokoju wszedł Fimbul. Pokazał się i zgasił światło.
- Fimbul, gdzie ty właściwie jesteś? - zapytałam, bo umiałam sobie wyobrazić, gdzie on w ciemnościach poszedł i na czym się rozbije. Fimbul zapalił komórkę i nią pomachał. Przysiadł sobie na moim łóżku.
- Opowiem wam bajkę - postanowił. - Dawno, dawno temu...
- Żyły sobie wilkołaki - zaproponowałam.
- Dlaczego wilkołaki? - zgłosił sprzeciw Fimbul.
- Nie wiem, wszystko mi jedno - wycofałam się, ale Fimbul stracił ochotę do kontynuowania opowieści. - Możesz mówić byle co, tylko głosem melodyjnym i monotonnym - zaproponowałam. Fimbul zaświecił mi telefonem w oczy.
- Chcesz spać? - upewnił się.
- Tak. Możesz też tu przyjść spać, tylko sobie pościel przynieś.
Fimbul się zniechęcił i poszedł.
Wparował do nas o 6:30 rano, z pytaniem "śpicie?". Ponieważ nie spałyśmy, zaczęliśmy powoli wstawać. Powoli - najpierw pograliśmy sobie w łóżku na gitarze. Co mamy udokumentowane na zdjęciach, ale te akurat fotki zostały ocenzurowane. ;).
Myłam sobie zęby w toalecie, kiedy ktoś załomotał do drzwi. Fimbul. Otwieram.
- Jak ty się tu myjesz, to ja idę do waszego pokoju się ubrać - zdecydował, widząc mnie spienioną. Poszedł i zamknął się na klucz u nas.

Chwilę później na piętro wbiegła zadowolona z siebie Ania.
- Obiecałam, że zaraz przyjdziemy pomóc w przygotowywaniu śniadania - powiedziała. - I zrobiłam Krzyśkowi herbatę! - dodała, ogromnie z siebie dumna. - Zaraz zaraz... czy ja mu ją zalałam?

Popłakałam się ze śmiechu, kiedy do pokoju wpadł Fimbul oznajmiając, że po całej kuchni szukał tej obiecanej herbaty i nigdzie jej nie znalazł. Zastanawiam się, czy Ania włożyła chociaż torebkę do szklanki.

A potem poszliśmy wszystkich Skołowanych budzić, oznajmiając, że za pół godziny śniadanie. Najciężej było z Dawidem. Spał na łóżku z Dominiką. Tylko że Dominika leżała wygodnie na narzutach (poduszkę wcześniej Dawid wyniósł do Ani i zapomniał zabrać), przykryta po uszy kołdrą, a Dawid kulił się z zimna na swojej połowie łóżka. Fimbul zlitował się w końcu, zdjął kołdrę z Dominiki i przykrył oboje sprawiedliwie. A że mimo próśb i gróźb Dawid nie chciał wstać, włączyliśmy mu na cały regulator radyjo. Mruknął "mhm" i spał dalej. I tak odżył po dwóch godzinach...

A w nocy powstał dadaistyczny wiersz, z którego fraza gender-łender przylgnęła do Dawida i stała się określeniem na cały szczyrkowy wypad...

niedziela, 13 kwietnia 2008

527. Skołowani part 1.

Właściwie zaczęło się, kiedy wsiedliśmy do pociągu. W ośmioosobowym przedziale zmieściło się jedenaścioro Skołowanych, jak się wkrótce okazało - twórczych. Radek wynalazł metodę otwierania butelek sprzączką od paska (przyczepionego do Sabiny), a Dawid odkrył w sobie talent deklamatorski. Ku przerażeniu Agi (jedynej z słuchem absolutnym) i irytacji Fimbula, zaczęliśmy grać na gitarze. Przy Czarnym bluesie o czwartej nad ranem Dawid-Przytulanka zawołał, że będzie recytować, po czym w natchnieniu i z moim akompaniamentem wygłosił fragment wiersza Szymborskiej: "nikomu nie jest dobrze o czwartej nad ranem. Jeżeli mrówkom jest dobrze o czwartej nad ranem, pogratulujmy mrówkom. I niech przyjdzie piąta, jeżeli mamy dalej żyć". A potem poleciała zwrotka z Czarnego bluesa. Fimbul się trochę zdenerwował, bo z braku miejsca ciągle obijało się o niego pudło gitary, ale jakoś to przeżył.

Spojrzeliśmy przypadkiem przez okno i na widok zorganizowanej grupy wsiadającej do naszego pociągu ktoś zawołał:
- O, patrzcie, wycieczka!
Grupa wsiadła do naszego wagonu i zaglądając do przedziału, w którym się rozbiliśmy, skomentowała "o, wycieczka!".
- Co wy z tą wycieczką? - zirytował się ktoś i w ten sposób słowo "wycieczka" stało się niemalże obelgą.

Kiedy wysiedliśmy w Bielsku, poszliśmy do kasy, żeby kupić od razu bilety powrotne. Przy okazji na dworcu z Fimbulem rozegraliśmy mecz w urojonego badmintona. Nie mieliśmy rakietek, nie mieliśmy lotek, więc stąd urojony. Potem Fimbul stwierdził, że przestaliśmy grać, bo zepsułam lotkę (urojoną, widocznie jestem utalentowana). Po dwóch stronach wejścia usiedli sobie za to Dawid i Radek. I obaj zaczęli rozmawiać przez telefony. Udawali, że nie dzwonią do siebie.
Druga podobna scenka wydarzyła się pod domkiem. Dawid wybrał jakiś numer i przyłożył słuchawkę do ucha. W tym momencie Bossowi zadzwonił telefon.
- Biblioteka Śląska? - zapytał Boss.
- Dawid z tej strony - odezwał się Dawid.

W Bielsku musieliśmy się przesiąść do PKS-u. Przy okazji Ania zapytała kierowcę:
- Czy ten autobus zatrzymuje się na przystanku Szczyrk-Wodospad?
- Tak. Ale ten przystanek nazywa się Szczyrk-Zapora - odpowiedział kierowca, a nas skręciło ze śmiechu na myśl o szczelności tej zapory.
- Jak już dojedziemy - zaczął Fimbul - to daleko jeszcze będzie w pionie od przystanku do domku?

W pokojach były ogromne szafy ścienne. Nazwaliśmy je szafami dla kochanków.
- A dlaczego nie szafami na trupa? - zgłosił protest Fimbul. Zapytałam, czy trzymał kiedyś trupa w szafie pionowo.
Pod wieczór Ania zaczęła rozmawiać przez telefon. Moment wybrała sobie niespecjalny, bo akurat wszyscy Skołowani władowali się do pokoju Fimbula. Żeby mieć trochę spokoju, Ania wlazła z telefonem do Fimbulowej szafy. Skończyła rozmawiać i wtedy zorientowała się, że Fimbul trzyma drzwi od zewnątrz.
- MOŻESZ MNIE STĄD NIE WYPUSZCZAĆ - zawołała głosem, który na zewnątrz brzmiał jak trochę przytłumiony (może przez te drzwi). - MNIE TU BARDZO WYGODNIE!
- Nie mamy zamiaru cię wypuszczać - odwrzasnęliśmy jej.

Na przystanku spotkaliśmy kota. Pięknego. Zawołany przyszedł i dał się pogłaskać. Chwilę później zachwycona Mrówka relacjonowała swojemu Promotorowi:
- Bossie, atrakcja turystyczna Szczyrku. Znaleźliśmy kota. Śliczny!
Boss popatrzył na Mrówkę uważnie i zapytał:
- A smaczny był?

Za to kiedy okazało się, że na cały domek i wszystkich Skołowanych mamy tylko dwie łyżeczki, Radek dziarsko zawołał:
- To nic, będziemy oblizywać!

- Fimbulku? - zagadnęłam, kiedy siedzieliśmy przy grillu (nawiasem mówiąc, sprzątaliśmy potem po omacku, bo się nagle zrobiło ciemno).
- Co?
- Bardzo cię lubię - wyznałam.
- NIE ODDAM CI MOJEJ HERBATY - odparł Fimbul.
A i tak mu potem wypiłam pół herbaty. I łyk wina wieczorem.
Kiedy poszłyśmy do chłopaków, żeby im pomóc z pościelą, Dawid próbował wleźć do poszwy na kołdrę. Ma w tej poszwie zdjęcie, które Fimbul zatytułował "Dawid Duchowny".

Ze specjalnych efektów pirotechnicznych - Radek przy rozpalaniu grilla najpierw długo i pracowicie w niego dmuchał ("nie nadmuchasz go, większy się nie zrobi" - wytłumaczyła mu Mrówka), a potem, kiedy polał go czymś co wyglądało jak woda, uzyskał płomień na pół metra. Nie chciał bisować.

Przy wieczornym śpiewaniu Windą do nieba, a dokładniej przy słowach "gości tłum coś fałszywie odśpiewa" Fimbul BARDZO ZNACZĄCO popatrzył na Bossa. Hmm... nie rozumiem ;). W każdym razie na drugi dzień Boss stwierdził:
- Mrówka, udowodniłaś wczoraj, że nie umiesz grać na gitarze. Tylko udajesz.

Starałam się ;).


PS: przez to zdjęcie skojarzyło mi się coś jeszcze. Dawid kupił w sklepie wielki sok. Kiedy przyszliśmy do domku i instalowaliśmy się w pokojach, Fimbul postanowił zamieszkać przy nas. Zajrzał do jeszcze wolnego pokoju i powiedział:
- Dawid już tam był, bo na stoliku na środku pokoju stoi "Kubuś".

sobota, 12 kwietnia 2008

526. po Szczyrku

Kiedy wracaliśmy pociągiem (najpierw pekaesem ze Szczyrku do Bielska, potem pociągiem z Bielska do Katowic, potem autobusem z Katowic do Jaworzna) i za oknami ujrzeliśmy dworzec w Czechowicach-Dziedzicach, Mrówka zawołała "zadzwonię do Piotrka!". Skojarzenie nieprzypadkowe, Piotrek w Czechowicach mieszka.
- No słucham?
- Cześć Piotrek. Pozdrowienia z dworca w Czechowicach. Wracamy właśnie ze Szczyrku, wszystko ci opowiem potem - wyrzuciłam z siebie na jednym oddechu.
- Momenty były? - zaśmiał się w słuchawkę Piotrek.
- No ba... - odparłam, bo cóż innego można było?

Wystarczy wspomnieć, że komentarz jednej z posiadaczek aparatu fotograficznego po wariackiej sesji zdjęciowej brzmiał:
- Najpierw będę musiała sprawdzić, które z tych fotek można pokazać w domu...

A potem, koło drugiej w nocy, w ciemnym pokoju rozbrzmiał głos Fimbula (który to Fimbul siedział zresztą na łóżku Mrówki). Fimbul mianowicie po próbie opowiedzenia bajki i dyskusji na temat spędzania dalszej części nocy, po krótkiej ciszy, westchnął w zadumie:
- To będzie długa notka...

czwartek, 10 kwietnia 2008

525. z dumą

Notatkę dodano:2008-04-10 20:58:38
Boss ma konsultacje o porze nieludzkiej jak dla mnie, bo o ósmej rano. O tej godzinie przeważnie przewracam się na drugi bok i smacznie śpię. W każdym razie ustaliliśmy z Promotorem, że na audiencję mogę wpaść trochę później.

Umówiłyśmy się z Anią B., że odwiedzimy Bossa dzisiaj o 13.
- Idziemy do Bossa - pochwaliłyśmy się po drodze Ani (Szczepanik).
- Widziałam go dzisiaj, stale ktoś do niego z czymś przychodzi - odparła Ania.
Bosski Promotor na nasz widok nie uciekł, chociaż jeśli ma w gabinecie jakieś tajne przejścia, to mógłby. Ale nas przyjął.
- Gdybym był lekarzem i przyjmował dzisiaj prywatnie, sporo bym zarobił - podsumował pracowitą część dnia.
Opowiedziałyśmy, z czym przychodzimy.
- Jestem z was dumny - powiedział Boss. Mrówka w tym momencie prychnęła niedowierzająco. Z Ani B. to zrozumiałe. Ale z Mrówki???
- Jestem dumny - powtórzył Boss. - Mrówka, możesz napisać na blogu, że powiedziałem, że jestem dumny.
- I zaraz pod tym pojawi się dwadzieścia komentarzy, że nie ma z czego - zaśmiała się Mrówka.
- Sam trzy napiszę pod różnymi nazwiskami - obiecał Boss.


Kiedy tylko weszłam na gg, dostałam wiadomość od Ani B.
- Siedzę właśnie na pani blogu - wystukała. - Sprawdzam, czy napisałaś, że Boss z nas dumny był.

wtorek, 8 kwietnia 2008

524. maile

- Chciałam ci tylko zwrócić uwagę, że wkrótce jedziesz do Szczyrku - napisałam na gg do Fimbula coś, o czym on doskonale wie. Razem jedziemy zresztą (razem z kołem).
- No - odpowiedział Fimbul. - I?
- O mamo... - zirytowałam się. - I to znaczy, że przez dwa dni nie napiszesz do mnie żadnego maila!
- Jak napisałem "i" to do mnie dotarło - przyznał Fimbul. - Ale będziesz obok mnie przez jakieś 36 godzin.
- Tak, ale MAILA w tym czasie NIE dostanę! - wyjaśniłam.
- Nie chcę, żebyś zwariowała z nadmiaru szczęścia - odparł spokojnie Fimbul.

Tja...

A potem zapytałam, czy mogę to wrzucić na bloga.
- Tak - napisał Fimbul. - Trzeba będzie niedługo pomyśleć nad zmianą jego nazwy. Na "Mrówka i Fimbul". Albo "Fimbul i Mrówka".

sobota, 5 kwietnia 2008

522. jak zostałam bajkopisarzem

Próbowałam już różnych form ekspresji. Zaczęło się od rymowanych komiksów, potem była między innymi faza na fraszki, pastisze, redutki, teksty satyryczne, piosenki kabaretowe i szopki. A teraz przeszłam do czegoś, co było mi długo niedostępne. Do twórczości dla dzieci. Broniłam się długo. Nie miałam fabuł, pomysłów, odwagi i czytelników. Teraz fabuły tworzę, pomysły wpadają mi do głowy jakimś cudem, odwagi zbyt wiele do pisania nie potrzeba, a i czytelnicy się znaleźli.

Czasami tylko własna wyobraźnia stawia mi nieoczekiwane ograniczenia.
- Czy jest jakieś zwierzę, za które byś się przebrał, używając sznurka? - zapytałam Fimbula znienacka.
- Jakie egzystencjalne pytanie - odpisał Fimbul. - Jakbym sobie ogon doczepiał może...
- A do jakiego zwierzęcia to byłby ogon? - zainteresowałam się.
- Może węża? Wąż to 99% ma ogon - odparł Fimbul. - I to taki wyraźny, bo można by na przykład pawia, ale on niesznurkowaty ogon ma.
- No mnie właśnie chodzi o taki sznurkowaty. Tyyy! - oświeciło mnie. - A grzywa konia? Zrobiłbyś grzywę konia ze sznurka?
- Jakbym musiał - odrzekł Fimbul.

Jedna zwrotka z bajki, o której tu mowa, mówi słoń, zawiedziony własnym wyglądem:

"„Jestem taki strasznie brzydki,
od swej trąby po ogonek.
Nie dość, że mam szare łydki
to do tego – pomarszczone!"

Dzisiaj postanowiłam podręczyć Piotrka.
- Masz temat "chatka na kurzej łapce". Ile zwrotek bajki można na ten temat napisać w jeden wieczór?
- Ja bym napisał max. 1,5 - odpowiedział Piotrek.
- Mnie wyszło 21...
- Bo masz talent. Ja nie mam to bym padł już przy drugiej.
- Nie mam talentu. Udaję, że mam i wszyscy się na to nabierają - wyjaśniłam dobrodusznie. - Padniesz przy drugiej. Z załamania.
- Z załamania czego? - zapytał Piotrek.
- Z załamania się - sprecyzowałam i uciekłam, posyłając mu jeszcze bajkę.

piątek, 4 kwietnia 2008

521. wielki powrót

Po długiej przerwie (ale niezawinionej, na moje usprawiedliwienie ;)) wracamy do mam nadzieję codziennych publikacji.

- Jest takie słowo w scs, smok - zwierzył mi się ostatnio (bardzo ostatnio, ale notka z opóźnieniem) Piotrek, który przygotowywał się do swoich zajęć. - Wiesz, co ono znaczy?
- Smoka? Nie... to by było za proste... - zastanowiłam się.
- Byłoby. Znaczy "figa" - wyjaśnił Piotrek.
- Może już wtedy nie wierzyli w smoki? - zapytałam go. - Wiesz, jechał rycerz, szukał smoka, patrzy, a tu figa. To ma sens.

Chwilę później Piotrek się pozbierał i powiedział, że pieje intelektualnie.
Od tamtej pory nie podał mi żadnego nietypowego słowa w scs. To przypadek.

sobota, 29 marca 2008

520. konferencje

- Widziałem na plakacie, że na jakiejś konferencji się pojawisz - powiedział mi właśnie przez gg Olek. - Gratuluję!
- Matko, na jakiej? - zapytałam słabo.
- To już chyba ty powinnaś wiedzieć? - zdziwił się Olek.

No, w sumie chyba powinnam...
Nie wiedziałam, że gdzieś wiszę na plakacie ;).

czwartek, 27 marca 2008

518. w BŚ

Poszliśmy z Piotrkiem do BŚ, zamówić książki. To znaczy, Piotrek zamawiał, a ja mu dotrzymywałam towarzystwa.
Po kilkunastu minutach sprawdziliśmy, czy już zjechały. Zjechały.
- Ej, to zbyt piękne, żeby było prawdziwe - stwierdziła Mrówka. - Na pewno okaże się, że jest półkilometrowa kolejka do wypożyczalni.

Wyszliśmy zza rogu. Do wypożyczalni stała półkilometrowa kolejka.
- No dobra! ŻARTOWAŁAM! - wrzasnęła Mrówka.
Kolejka od tego nie zmalała.

Poszliśmy do sali na ostatni czwartek. Usiedliśmy sobie wygodnie i wyjęłam jogurt.
- Ej, zobacz, tu są bakterie! - zauważyłam, szturchając Piotrka. - Kultury bakterii! Ciekawe, jaką mają wartość odżywczą - dorzuciłam, bo spostrzegłam odpowiednią tabelkę na opakowaniu. W tabelce bakterii niestety nie uwzględnili.
- I? - zainteresował się Piotrek.
- Nie ma - odparłam ze smutkiem.
- A wiesz dlaczego? Bo nikt się kulturą nie wyżywi - wytłumaczył mi Piotrek. I padłam.

poniedziałek, 24 marca 2008

516. rudy rudy rudy rydz

Notatkę dodano:2008-03-24 22:20:29
Ustawiłam sobie na gg opis "blondyni, bruneci, ja wszystkich was, faceci..."
Megi odpowiedziała, ustawiając sobie opis "Mrówka, tylko bruneci!!!"

Nie jestem wybredna. Dzisiaj zjem, co przyjdzie.



;)

niedziela, 23 marca 2008

515. rozmowa o Igorze

Z rozmowy o Igorze, nadesłał Piaskovy.

Megi: w ogóle to Ty wymyśliłeś mu chyba takie ładne zdrobnienie... Iguś... Prawda?
Piaskovy: tak :)
Megi: bardzo mi się spodobało
Piaskovy: jest na jednej fotce trochę smutny, i tak mi się jakoś skojarzyło :)
Megi: no, on bywa smutny jak nie ma chrupki
Piaskovy: no albo jak mu piłeczki Mrówka zjada ;)
Megi: właśnie...



Chciałam zdementować: nie zjadam.

sobota, 22 marca 2008

514. porządki

Czyściłam półkę.
Do pokoju wszedł brat, przyjrzał mi się uważnie i szybko wyszedł.
- Ej! Jak chcesz, to możesz się u mnie pobawić! - wrzasnęłam (jakby ktoś nie wiedział, brat jest ode mnie młodszy o trzy lata).
- W sprzątanie? Nie, dzięki! - odwrzasnął brat.

czwartek, 20 marca 2008

513. szarmancko

Siedzieliśmy sobie razem na zebraniu zakładu - Ania B., Mariusz Ani i ja. W pewnym momencie Mariusz Ani zwrócił się do wybranki serca stanowczo:
- Zjesz teraz kawałek ciasta.
- No dobrze - przytaknęła Ania B., więc Mariusz Ani wstał, nałożył jej kawałek ciasta na talerzyk i podał z galanterią (wcześniej wyjaśnił, że włożył marynarkę, żeby udawać kelnera).
- Ty też zjesz kawałek ciasta - oznajmił mi. Zgodziłam się jak Ania B., bo co innego mogłam zrobić. Mariusz Ani i mnie podał talerzyk z ciastem. Po czym zadowolony z siebie usiadł między nami.
- Teraz już mi pan profesor nie powie, że was nie obsługuję - wyznał z dumą.
Rzuciłam okiem na Bossa. Stał przy oknie, zatopiony w rozmowie.
- Boss raczej tego nie widział, więc ci się zmarnowało - powiedziałam współczująco do Mariusza.

Ha ;).

(no dobra, w razie czego zaświadczymy, że Mariusz o nas dba... ;))

środa, 19 marca 2008

512. sposoby na choroby

Notatkę dodano:2008-03-19 23:50:17
Rozdrażniony Olek powiedział mi, że od dwóch tygodni jest chory i nie może się wyleczyć.
- Żadne leki nie działają. Znasz jakiegoś szamana? - zapytał.
- Ja mogę robić za szamana! - napisałam mu radośnie.
- Jak ty będziesz robić za szamana to zaraz potem będę potrzebował jakiegoś nekromantę, żeby mnie wskrzesił - odparł Olek. I zaraz dodał: - cenię twoją fachowość, ale może akurat nie w dziedzinie medycyny naturalnej.


No i padłam.

Chciałam mu pomóc.

niedziela, 16 marca 2008

509. ciężar wiedzy

W mailu od Fimbula przeczytałam, że zamierza przywieźć mi na uczelnię w piątek książki dla Slka. Przerażona chwyciłam za telefon i wysłałam mu smsa, żeby tego nie robił, bo i tak będę mieć całe torby książek z bibliotek.

- Pogadajmy o wysokości haraczu - napisał mi zaraz potem Fimbulek na gg.
- Chcesz mi zapłacić haracz? - ucieszyłam się.
- Nie. Otrzymać za nieprzynoszenie książek - wyjaśnił Fimbul, rozwiewając moje nadzieje.
- Szkoda - zmartwiłam się. - Nie przywoź mi nic, bo mi się już nie zmieści.
- Wezmę ci jakąś reklamówkę.
- Nie. Mam dwie torby i i tak się może nie zmieścić.
- Mrówka, ja wiem - powiedział Fimbul. - Ty walczysz z tym stereotypem, że mrówki mogą podnieść wielokrotność swojej wagi...
- Ja już mam wielokrotność - przerwałam mu. - A że waga jest imponująca...
- Ale tu nie chodzi o wagę jako przedmiot, który stoi w łazience, bo to i ja podniosę wielokrotność - wytłumaczył mi Fimbul. A potem refleksyjnie dodał: - Patrz, pięć minut rozmowy, a już by z tego były 3 wpisy na bloga...



Na marginesie: przywiozłam sobie 11 książek z różnych bibliotek i trochę potem pocierpiałam z powodu bólu kręgosłupa.

Na kole Fimbul szepnął mi:
- Przejdziesz się ze mną do empiku?
- Mam ciężkie książki! - odmruknęłam.
- Poniosę ci je - obiecał Fimbul.

I potem je cały czas nosił, aż do autobusu :). Dziękuję :).
W ogóle mam szczęście do facetów, którzy mi pomagają nosić ciężary. Kochani jesteście wszyscy :)

piątek, 14 marca 2008

508. zamiast poduszki

Igor okazuje uczucia na rozmaite sposoby. Najczęściej podaje łapkę albo przychodzi do człowieka i z całej siły się łasi (nie wiem, ile w tym wpływu kota Megi). Bywa, że mnie przy tym przewraca.
Ostatnio przykucnęłam koło Megi. Igor natychmiast do mnie podszedł, wpakował się przednimi łapami na kolana i usadowił wygodnie jak Sfinks (dla niego wygodnie, mnie trochę ugięło pod ciężarem). Po czym się do mnie przytulił.
- Co się dzieje? - lekko zdezorientowana zapytałam Megi.
- Chce, żebyś go teraz mocno przytuliła, bo jak nie, to się obrazi.

W środę, jak już się wyszalał przed wykładem, nagle zasnął sobie z głową na moim bucie. Przesłodko to wyglądało (potem, na wykładzie, spał, trzymając mnie łapką za but... chyba żebym nie uciekła).

Opowiadałam o tym spaniu na bucie Ani.
- Ojeeeej! - rozczuliła się Ania. - To trzeba mu kupić jakiegoś pluszowego przyjaciela, żeby na nim spał, bo but jest trochę niewygodny.
- Mój był wygodny! - zaprotestowałam natychmiast, bo co mi będzie Ania but szkalować. - Chcesz kiedyś sprawdzić?
- Jak mam to rozumieć? - zapytała Ania po chwili milczenia.
- No... położysz się na moim bucie, zdrzemniesz i sprawdzisz...



Nie chce skorzystać...
Igor nie narzekał.

czwartek, 13 marca 2008

507. powrót do domu

Notatkę dodano:2008-03-13 21:11:43
Wczoraj wieczorem spotkałam w autobusie kuzynkę. Moją własną, dwa tygodnie starszą ode mnie.
- Ale jestem głodna - westchnęła kuzynka. - Przyjadę do domu i zjem chleb z kopytami.
- Ja bym wolała z masłem - wtrąciłam nieśmiało, bo wiadomo, każdy ma inne upodobania kulinarne. Kuzynka popatrzyła na mnie uważnie.
- Ale nie wiem, czy mam masło w domu, a kopyta są tam na pewno.

Nie odważyłam się pytać o nic więcej.

Kiedy dojeżdżałyśmy do naszych przystanków, kuzynka wyjrzała przez okno autobusu.
- O, chyba pada - zauważyła.
- Ty weź mnie nie denerwuj - zirytowałam się natychmiast, bo trochę wcześniej w Katowicach szalała jakaś nawałnica, którą Igor przespał spokojnie z pyszczkiem na moim bucie*. - Nie mam parasolki, jak dojdę do domu? Nie możesz powiedzieć, że NIE PADA?
- Jeśli ci to pomoże - zastanowiła się kuzynka - to właściwie chyba nie pada. Ten facet, który szedł pod parasolem na pewno zabrał parasol z domu i pomyślał, że skoro już go wziął, to rozłoży, żeby mu się nie zmarnował...

* o tym notka jutro ;)

wtorek, 11 marca 2008

506. przysługi

- Dałam dzisiaj Dawidowi moje moce umysłowe - pochwaliła się Mrówka. - Bo miał egzamin i potrzebował, a mnie akurat potrzebne nie były.
- Nie rozumiem? - zdziwiła się lekko Ania.
- No, spotkałam go na korytarzu. Miał egzamin i się strasznie denerwował. Więc powiedziałam, żeby sobie wziął moje moce umysłowe. I wziął.
- I zdał?
- Nie wiem, czy zdał, ale był zadowolony.
- Oooo - zasmuciła się Ania. - A ja mu tylko kurtkę odebrałam ostatnio...

niedziela, 9 marca 2008

504. sposoby na zwrócenie uwagi

- Wołałem cię z rusztowań ostatnio - powiedział Piaskovy do Fimbula. - Ale mnie nie słyszałeś. Rozmawiałeś z jakąś dziewczyną.
- Na drugi raz rzuć w Fimbula workiem z cementem, to od razu cię zauważy - poradziła Mrówka.
- Ej - zdenerwował się Fimbul. - Ja nie powiem, z jaką dziewczyną najczęściej gadam przed wydziałem! Uważaj, bo jak nie trafi, to możesz sama oberwać!
- A, racja - skojarzyło się Mrówce. - Piaskovy, nie rzucaj!

sobota, 8 marca 2008

503. tajemnica zawodowa (tv)

Socjologia. Wykładowca tłumaczy metody zbierania informacji i techniki socjologiczne.
Olek słucha, słucha, a potem nagle mówi mi:
- A my, jak potrzebujemy jakąś odpowiedź, to po prostu pytamy, dopóki ktoś nam takiej nie udzieli. Do skutku.

piątek, 7 marca 2008

502. wilk

Siedziałam, oglądałam zdjęcia z ostatnich paru dni i przy okazji zawołałam też mamę, która historyjek wysłuchuje codziennie całe masy. Oglądałyśmy razem fotki Ani i Igora, a jednocześnie rozmawiałam z Anią na gg.
- Na tym zdjęciu Igor wygląda jak wilk - stwierdziła mama. W tym samym momencie Ania napisała:
- Ten Igor na zdjęciu z rozdziawioną buzią wygląda groźnie. Jak wilk.
Uśmiałam się jak norka i oznajmiłam Ani, że mama (która w tym momencie też się skręcała ze śmiechu) powiedziała właśnie to samo.
- Hahaha - odparła Ania. - Jak moja mama zobaczy, to powie: siedziałaś na ziemi i brudziłaś czyste spodnie?

czwartek, 6 marca 2008

501. konferencja o krwi

Braliśmy dzisiaj z Fimbulem udział w konferencji o krwi.
Okazało się, że półroczne prowadzenie zajęć na coś się przydało. Zwykle Fimbul zarzucał mi, że mówię za szybko.
- Mówiłam ZBYT szybko? - nabazgrałam do Fimbula na karteluszku, kiedy skończyłam.
- Nie - odpisał Fimbul. - Ale jak spoglądałaś na zegar to na chwilę przyspieszałaś.
:)
Dostaliśmy mineralną w butelkach, które można było odkręcać normalnie i pić z gwinta, albo odkręcać nienormalnie i pić jak sportowcy w biegu z tego czegoś, co się nie rozchlapuje.
- Odkręcisz miiii? - zapytała Mrówka Fimbula, nauczona doświadczeniem.
- A chcesz pić jak człowiek, czy jak królik? - poinformował się Fimbul.

Potem kontynuowaliśmy rozmowę na kartkach:
- Ta dziewczyna ma pewnie referat na 15 minut, bo robi nienormalnie długie pauzy - napisał Fimbul.
- Ale zobacz, ma niepokojąco dużo kartek! - odbazgrałam natychmiast.
I zaraz potem dopisałam:
- To przerażenie w twoich oczach - bezcenne!

Czasami wątpiliśmy w związek wystąpienia z tematyką konferencji.
- A gdzie tu krew? - zwróciłam się korespondencyjnie do Fimbula. Obok którego siedziałam, ale przecież nie będziemy gadać na konferencji.
- To się nazywa poetyka braku - wyjaśnił mi Fimbul, też listownie.

Kiedy kilkaaaa referatów później dołączyła do nas Sandra, dziewczyna Fimbula, i zastanawiała się podczas jednego z tekstów, gdzie w nim jest krew, Fimbul powiedział jej:
- Krew zalewa słuchaczy.

Do tego, żeby przy mnie ich zalewała, Fimbul z Piotrkiem od Fimbula się nie przyznali.

środa, 5 marca 2008

500. z Igorem

Kolejny szalony dzień.
Spotkałam się z Megi i z Igorem na parkingu przed wydziałem i poszliśmy do fryzjera, bo Megi chciała sobie w salonie fryzjerskim przekłuć uszy.
- Wejdź tam i powiedz pani, że albo nas przyjmie z Igorem do środka i potem dostanie kasę, albo nie przyjmie i zostanie opisana na moim blogu - poleciła mi Megi, wskutek czego musiałam się jeszcze przed wejściem wyśmiać.
Pani nie wyraziła sprzeciwu, więc wtarabaniliśmy się do środka. Igor najpierw obwąchał półeczki, a potem stracił zainteresowanie dla zakładu, leżał i patrzył na siebie w lustrze.

Na wydziale najpierw weszliśmy sobie na plac budowy (dzięki, Porwany!), żeby przejść do wejścia, a potem postanowiliśmy Igora zmęczyć, żeby na wykładzie nie poszedł powąchać kolejnego wykładowcy.
Chwilę posiedziała z nami Ania B.
Jakieś sześć razy przebiegłam z Igorem przez całą długość połowy korytarza tam i z powrotem. Zaczynam mieć zakwasy ;).
W pewnym momencie Igorowi spadła gdzieś psia chrupka. Psia chrupka jest wielkości koralika. Igor wielkości... hmm... to widać na zdjęciach. Ale kiedy zginie psia chrupka, Igor nie spocznie, dopóki jej nie znajdzie. Najpierw obwąchał wszystko w promieniu trzech metrów, potem wymyślił, że chrupka na pewno spadła pod fotel. Mamy takie kinowe fotele, między siedzenie a podłogę nie zmieścił mu się pyszczek, więc położył się na boku i obiema łapkami próbował wydostać przysmak.
Podawał mi łapkę i w końcu, zadowolony z siebie, postanowił wleźć mi na kolana.
Próbował się o mnie łasić, aż mnie przewrócił.
Kiedy biegaliśmy, przy końcu korytarza oboje gwałtownie hamowaliśmy i wpadaliśmy w identyczny poślizg.
Przyszedł Olek i Ania (Sz). Jako że Megi znowu miała aparat, więc obfotografowałam całe towarzystwo. Ania wymyśliła sobie, że uda, że siada na psie. Usiadła, zrobiłam zdjęcie, a zachwycony Igor przewrócił się chwilę potem na plecki i tarzał się po korytarzu. Nie wiem, czy któreś z tych zdjęć wyjdzie, bo trzęsłam się ze śmiechu.
Zaskoczony Olek stwierdził, że dawno go tu nie było i zwyczaje się chyba trochę zmieniły. O czym doniosło mi rozbawione towarzystwo, kiedy przybiegłam z psem.
Na wykładzie Megi zaszeptała do Olka:
- Olek, jak ty to powiedziałeś?
- "Zmieniło się od czasu, jak tu byłem ostatni raz" - odszepnął Olek.
- A co potem mówiłeś? - dociekała Megi.
- A to już były słowa modlitwy - odparł Olek.

Zachciało mi się pomarańcza.
Mamy na zdjęciu, jak Igor patrzy na człowieka, który coś je. Kiedy wyjęłam owoc z torby, wpatrywało się we mnie sześć par oczu (z Igorem siedem).
- Igor nie lubi pomarańczy, możesz przy nim spokojnie jeść - powiedziała Megi.
Przyjrzałam mu się. Nie wyglądał, jakby nie lubił.
- Nie mam nic do jedzenia - powiedziałam z pomarańczem w ręku. Sześć osób prychnęło dziwnie.
- O, nie! - zawołała Megi. - To wygląda jak piłeczka! Taką się mu rzuca i mówi "bierz ją!"
Przy "bierz ją" Igor gwałtowniej się zainteresował.
- Megi, ja cię proszę, nie mów tego głośno, nie TERAZ! - zaapelowałam.
Podałam pomarańcza Ani, bo nie umiałam zacząć go obierać. Ania trzymała go wysoko.
- Nie podnoś rąk do góry, bo pomyśli, że to piłeczka i skoczy - ostrzegła Anię Megi.
Zjedliśmy owoc. Igor popatrzył na nas z wyrzutem i poszedł.
- Cholera, wyszło na to, że zjedliśmy jego piłeczkę - oznajmiła Mrówka, która poczuła się nieswojo pod tym psim spojrzeniem. Olek dostał ataku śmiechu.

Po wykładzie przyjechali po Megi klerycy i razem poszliśmy na przystanek na Korfantego. Klerycy prowadzili Megi, ja wzięłam sobie na długą smycz Igora i szłam z nim.
Jeden komentarz Megi:
- Mrówka, to nie on ma ciebie prowadzić, tylko ty jego!

poniedziałek, 3 marca 2008

498. z Megi

Zadzwonił telefon.
Nie teraz, historię z nieodległej przeszłości opowiadam.

Zadzwonił telefon.
Mama Mrówki odebrała telefon i zawołała: MRÓÓÓÓÓWKAAAA!
Mrówka pięć zakrętów do telefonu pokonała trzema skokami.
A tu przy telefonie mama Mrówki gada sobie z kimś w najlepsze. Kiedy skończyła, Mrówka zawładnęła słuchawką i zawołała domyślnie:
- Cześć Megi!
- Cześć Mrówka - powiedziała Megi i zaraz zapytała - czy wiesz, kto nas będzie z Igorem odwoził w środy do domu? Zgaduj. Masz trzy odpowiedzi: a) chippendalesi, b) wojsko, c) klerycy.
- Wojsko obstawiam.
- Nie. Klerycy.
- Megi, to przecież oni nie wytrzymają tego, jak ja cię ubieram! - pisnęłam do telefonu.
- Właśnie, pewnie będą się modlić, żeby nam się w końcu udało... - dorzuciła Megi i przez chwilę obie tarzałyśmy się ze śmiechu.

A mama potem stwierdziła, że ja wcale nie zgadywałam, tylko wyraziłam swoje pobożne życzenie ;).

PS - z ostatnich doniesień recepcyjnych pierwszej Rewii: mama Mrówki przeczytała i jej się podoba. Nie przestanie mnie to chyba zadziwiać.
A profesor od kalamburów (o czym zapomniałam ostatnio) zapytał: jak się pani udało namówić [Egzekutora], żeby się przyłączył?
WCALE go nie namawiałam :).



jutro o 18:20 Megi z Igorem na żywo w Radiu M. A wcześniej (od 15) buszujemy w trójkę po wydziale. Z aparatem fotograficznym.

niedziela, 2 marca 2008

497. robotnik

Jaworznicki autobus A jedzie przez autostradę.
Węzeł murckowski (tak się chyba to cudo na wysokości Geanta nazywa?) jest remontowany.

Rozmowa kierowcy z pasażerem:

Pasażer (na widok remontowanej drogi): Ale dobrze, że zimy nie ma, to trochę sobie podgonią z robotą...
Kierowca: O, patrz pan, jak gonią. (i pokazuje za szybą jedynego na budowie robotnika, który stoi, opiera się o znak i NIC nie robi)

Właściwy człowiek na właściwym miejscu, można powiedzieć.

sobota, 1 marca 2008

496.migawki

Chciałam uszczęśliwić Piotrka. Psychicznie uszczęśliwić, żeby nie było.
- Przyszłam - powiedziałam mu na gg, kiedy przyszłam.
- Oj, widzę - odparł Piotrek.
- "OJ"??? - zapytałam groźnie. - Dziwne, doprawdy, masz objawy szczęścia...
- A co ja mam mówić, gdy to szczęście mnie aż przytłacza?

Fakt...



Migawka z jednego wykładu (niedawnego).
Siedziałam sobie w chyba drugiej ławce (długotrwała tresura - siedzenie z Olkiem, a teraz z Megi, zagadałam się z Dawidem i siadłam w pierwszym wolnym miejscu), sama w czteroosobowej, bo ani Olka ani Megi nie było.
Za mną sama w czteroosobowej ławce siedziała Kama (ale chwilowo jej nie było, bo wyszła).
A dopiero za Kamą siedziała reszta.
Przyszedł wykładowca.
Popatrzył na salę, na której rozkład ludzi wyglądał mniej więcej tak (x - ja, X - ludzie, "-" - puste miejsca)

X

- - - - - - - -
x- - - - - - -
- - - - - - - -
X-XX XX - -
XXXX XXXX
XX-X XXX-
XXXX XXXX

i powiedział do mnie:
- A czemu się pani tak izoluje? Nie lubi ich pani?



jutro, jak nie zapomnę, będzie notka o kierowcy.

piątek, 29 lutego 2008

495. z wydziałowego korytarza

Idzie Boss.
Mrówka (z radością): OOO!!! BOSS!!!
Boss (z Szymborskiej): Dokąd biegnie ta zdeptana Mrówka przez napisany las?



Po ostatnim czwartku rozmawiałam z Fimbulem.
- Piotrek (od Fimbula) mówił, że na końcu stołu siedziały jakieś całkiem fajne dziewczyny - powiedział Fimbul. - Ja nie wiem, bo bez okularów nie widzę. Ale jestem optymistą, to mu wierzę.
- A z której strony siedziały? - poinformowałam się. - Bo może mnie miał na myśli?
- Z lewej.
- Hej, JA siedziałam z lewej strony Piotrka! To na pewno mnie miał na myśli!
- Ale ty siedziałaś zaraz obok a nie na końcu stołu. A ja nie jestem aż tak ślepy - wyjaśnił Fimbul

;)



A, jeszcze jedno.
Spotkałam wczoraj wykładowcę od kalamburów. Wykładowcę, któremu egzemplarz Wielkiej Rewii Satyrycznej podarowaliśmy z Egzekutorem z nastawieniem na bezlitosną ostrą krytykę. Masochistycznie, można powiedzieć.
- I CO? - odważyłam się zapytać w sposób niekoniecznie rozbudowany, ale za to treściwy.
- No... powiem tak: MNIE się podoba! - oznajmił mi ów wykładowca.
Świat staje na głowie ;).

czwartek, 28 lutego 2008

494. czwartek w BŚ

To był szalony dzień :).

Wybraliśmy się na ostatni czwartek, tym razem w nieco mniejszym gronie - Mrówka, Megi z Igorem, Ania B., Fimbul i kolega Fimbula - Piotrek.

Nie mówię już o tym, że jakieś 16 razy dzwoniłam do Ani B. albo słałam jej rozpaczliwe smsy, ciągle zmieniając miejsce spotkania. Siadała mi bateria w telefonie i bałam się, że Ten Właśnie Sms to już Ostatni Sms, jaki udało mi się wysłać. Na szczęście Ania jakoś to zniosła.

Spotkałyśmy się z Megi i Igorem w BŚ.
- Mam w torbie aparat, może mi zrobisz zdjęcie pod palmą? - zaproponowała Megi.
Siedziałyśmy akurat pod rozłożystą palmą tuż obok stanowiska pana ochroniarza. Obfotografowałam Megi, a z uwagi na słońce, które miała za głową, wyszła jakby była na wakacjach (jeszcze zdjęć nie mam, jak wróci do domu to mi prześle, mam nadzieję).
Potem zrobiłam jeszcze parę zdjęć Igorowi, przy czym udało mi się ujęcie, na którym Igor z lotu ptaka wygląda jak myszka. Nie ze względu na wielkość, tylko ze względu na kształt.

W Benedyktynce Igor zawojował jak zwykle panie z BŚ, po czym zupełnie zignorował przygotowane mu przez nas miejsce u boku Magdy, wlazł pod stoliki i poszedł spać. Śniło mu się chyba, że ucieka przed zającem, bo czasami drgały mu łapki. Kiedy na koniec laudacji rozległy się brawa, Igor podniósł głowę, posłuchał, a potem znowu się położył. Tym razem wyciągając pyszczek dokładnie w kierunku Bossa.
- Patrz na Igora - szturchnęłam Megi. - Jak się do Bossa odwrócił.
- Bo lubi Bossa - odszepnęła mi Magda.
- Ahaaa - przypomniało mi się. - Miałyśmy Bossa zapytać, czy chce zdjęcie z Igorem. Może napisać mu karteczkę?
- Napisz - kiwnęła głową Megi.
- Hmmm - zastanowiłam się. - Ale to będzie głupio wyglądać, że piszę liściki do Prowadzącego spotkanie... to potem go zawołamy.

(zawołałyśmy i Boss też ma zdjęcia z Igorem)

Spotkanie się skończyło, Igor furorę robił dalej. Przyszedł do nas Pan Fotograf (bibliotekowy). Powiedział, że już kiedyś robił Igorowi zdjęcia. A że akurat do fotki z Igorem i Megi ustawiła się Pani Dyrektor, z Panem Fotografem robiliśmy za papparazzi. Tylko że ja za amatorskiego, a Pan Fotograf za profesjonalnego.
- Czy mógłby nam pan przesłać te zdjęcia? - zapytała Megi.
- Jeśli pani dyrektor się zgodzi - odparł z galanterią fotograf.
Pani Dyrektor natychmiast wyraziła zgodę, więc wymieniliśmy się z Panem Fotografem mailami.
Po czym Pan Fotograf sobie poszedł, a my zaczęłyśmy się zbierać do wyjścia.
Poszłam wylać resztkę wody z miski Igora.
Na korytarzu dr PM zapytał ze współczuciem, czy chce mi się pić. A Boss poradził, żebym sobie pochłeptała trochę ;D.
Prawie padłam ze śmiechu. A to był dopiero początek.
Wróciłam do wyludniającej się powoli Benedyktynki, a zaraz potem wpadł Pan Fotograf i wręczył Megi złożoną na pół kartkę.
- To dla was, nie zdążyłem opracować!
Wydrukował nam po jednym zdjęciu!!! :)

Kiedy już ubrałam Megi w sweterek i kurtkę, wyruszyłyśmy na piechotę na Paderewo. Poszła z nami Ania B., cudowny dobry duch, bez którego byśmy sobie nie poradziły. Ania jest tak dobra jak piękna (i nie wycofam się z tego nawet jak mi nakopie za taki wpis ;)). Poszła z nami, niosąc torbę Magdy i pytając przechodniów o drogę, a potem, na Paderewie, kiedy Mrówka jako siła napędowa wózka padała, to Ania biegała między blokami i sprawdzała, gdzie jest numer, pod który jedziemy i przecierała szlaki.
Kiedy odtransportowałyśmy Magdę i wracałyśmy z Paderewa na dworzec PKP, Ania B. pogodnie stwierdziła:
- Dwie dziewczyny nie mające kompletnie orientacji w terenie, na obcym osiedlu po zmroku. To się musi udać!
I udało się, nie zgubiłyśmy się ;)

wtorek, 26 lutego 2008

492. tort

Mój brat obchodzi dzisiaj urodziny.
Swoją drogą, co wolne skojarzenia robią z ludźmi... kilka lat temu na urodziny narysowałam mu kartkę. Na kartce był wielki napis "URODZINY" i malutka figurka brata obchodzącego ten napis dokoła. I podpis "Mój brat obchodzi urodziny". Nawiasem mówiąc rozbijanie frazeologizmów i powrót do sensów pierwotnych to jeden z podstawowych (mało wyszukanych) środków komizmotwórczych. Ale działa ;).

W każdym razie brat obchodzi urodziny. Dzisiaj.
Przyjechałam z Katowic, weszłam do domu i zawołałam:
- Ha! Mam dla ciebie prezent, który na pewno będziesz chciał i który na pewno cię ucieszy!
- Jaki? - zainteresował się brat.
- Z okazji urodzin NIE narysuję ci twojej karykatury!

Ucieszył się.

Hmmmmm...

A potem jeszcze zażądał, żebym skończyła ze śpiewaniem.

poniedziałek, 25 lutego 2008

491. telefon do Piotrka

Wykręciłam numer.
To znaczy wybrałam go normalnie z książki telefonicznej w komórce, ale to tak powieściowo brzmi, że wykręciłam.
- No cześć... - odezwał się w słuchawce Piotrek.
- Cześć, jesteś na uczelni?
- Tak.
- W 519?
- Tak.
- A mogę do ciebie wpaść?
- Ło Jezu... - odparł Piotrek, w związku z czym rzuciłam do słuchawki:
- To już lecę.

Poszłam do 519 dotrzymać Piotrkowi towarzystwa. Weszłam, Piotrek wyciągnął swoją komórkę, mój telefon zadzwonił.
- Dzwonisz do mnie? - zaniepokoiłam się, bo objawów szaleństwa Piotrek do tej pory nie zdradzał.
- Nie.
Faktycznie, to była Ania B. Za chwilę do 519 przyszła Ania od Piotrka. Patrzy na mnie pytająco.
- Dzień dobry - mówię i dygam. - Przyszłam do magistra P[iotrka], żeby zaliczać semestr.
- ZNOWU? - Ania od Poitrka udaje oburzenie. - Który to już raz??!!
- Pilna jestem po prostu... - wyjaśniam.
- Raczej niedouczona! - stwierdziła Ania i padłyśmy ze śmiechu.
I w tym momencie Ania od Piotrka dostała smsa. Rzuciła okiem na Piotrka (dalej z komórką w ręce) i powiedziała:
- Miło, że mi odpisałeś na smsa.
A to nie on...

sobota, 23 lutego 2008

490. coś wielkiego

Chciałam uczynić coś wielkiego.
Jak szeptał mój wewnętrzny głos tu,
by podbudować swoje ego
na miarę tuszy mej i wzrostu.

Chciałam uczynić coś wielkiego.
Czyn mi się marzył nad czynami.
I śniłam nieraz, że za niego
ktoś jakieś odznaczenie da mi.

Chciałam wielkiego coś uczynić
i co? Jak zwykle - pic i blaga.
Wszystko mi wyszło w wersji mini
a wielki tylko zaś bałagan.

489. delfinarium

Wsiadam do autobusu. Na pierwszym siedzeniu za kierowcą matka z trzyletnim dzieckiem. Dziecko przykleja nos do szyby, za oknem autobusu przykopalniane zbiorniki retencyjne, zwane przez mieszkańców osiedla "basenami".
- Mamo! Mamo! - woła zafascynowane dziecko. - A tu są lekiny?
- Nie ma rekinów - odpowiada mama. - Może jakieś mniejsze rybki.
- Ale psecies to jest takie duze! - dziwi się dziecko. - Powinny tu być lekiny!



W sumie nigdy się nie zastanawiałam, dlaczego nie ma...

Jedziemy.
Na czerwonym świetle autobus się zatrzymał. Zniecierpliwione dziecko wrzasnęło w stronę kierowcy:
- NO JEDŹ!!!
Kierowca dostał ataku śmiechu. Światło zmieniło się na zielone.
- A teraz mogę? - zapytał kierowca grzecznie. I ja dostałam ataku śmiechu.

piątek, 22 lutego 2008

488. o postrzeganiu

Uzupełniałam listę osób pojawiających się na blogu.
- Jak byś... - zaczęłam pisać do Ani.
- Jak bym?... - zniecierplwiła się Ania.
- Jak byś mogła określić dra PM tak żeby było jednym słowem?
- "Oooooo (z rozczuleniem)" - odparła Ania.

Kilka dni później rozmawiałyśmy po tym, jak wysłałam mój tekst do słynącego z łagodności dra PM.
- Jeśli napisze mi, że tu by można było coś zmienić albo ewentualnie poprawić - zagryzała się Mrówka - to będzie tak, jakby Boss powiedział mi "do niczego się, Mrówka, nie nadajesz".

czwartek, 21 lutego 2008

487. w wypożyczalni

Notatkę dodano:2008-02-21 20:21:09
Przylazła dzisiaj Mrówka do biblioteki wydziałowej, na ladzie z westchnieniem polożyła trzy książki (dwa Waligórskie i nie pamiętam co). I powiedziała paniom z wypożyczalni:
- Resztę przyniosę w najbliższym tygodniu pewnie. - I z żalem w duszy zapłakała nad Twórczością Franciszka Rabelais'go, z którą rozstać się będzie musiała.
- A czy mi to zależy? - zapytała pani z wypożyczalni. Mrówka wytrzeszczyła oczy:
- ???
- Jak dla mnie, to może pani sobie i pięć lat te książki trzymać. Płaci się złotówkę za tydzień zwłoki, a co to, moje złotówki? - roześmiała się pani z wypożyczalni.
- Nie, to ja może lepiej wydam sobie te złotówki na coś innego - zdecydowała się Mrówka.
- Też bym tak zrobiła - przyznała pani z wypożyczalni.



A z Salem odwiedziliśmy dzisiaj NajBossa. Nie uciekł i koncepcja z ostatnich notek wzięła w łeb.

I przegryzłam się przez Humor i karnawalizację we współczesnej komunikacji językowej (Lublin 2007). Hobby wymaga poświęceń ;).

środa, 20 lutego 2008

486. przed kim ucieka promotor Sala?

Notatkę dodano:2008-02-20 21:59:35
Wczoraj, kiedy wylazłam na czwarte piętro i zobaczyłam Sala, zadałam mu standardowe pytanie (o co innego można się zapytać, będąc na czwartym piętrze?)
- Jest Boss?
- Nie. JUŻ nie ma - odparł Sal znacząco.
- JUŻ? Czyli dowiedział się, że przyszedłeś i uciekł, tak? - próbowałam doprecyzować.
- Nie. Dowiedział się, że ty masz przyjść - odparował Sal. - I przed tobą uciekł.

Ta, jasne. Akurat ja tam przypadkiem byłam ;).



A dzisiaj na korytarzu spotkałam swoją ukochaną Panią Doktor z Kulturoznawstwa.
Kiedyś w restauracji po ostatnim czwartku Dawid powiedział, że do tej akurat Pani Doktor zapisuje się na wszystkie zajęcia, na jakie się da, chodzi tam nadprogramowo. Też tak kiedyś (za młodu...) robiłam :).
- O! Pani Mrówka! - ucieszyła się MUPDzK.
- Dzień dobry! - podskoczyła Mrówka z radości. - Muszę do pani znowu przyjść na jakieś zajęcia!
- A w ogóle proszę do mnie coś napisać, bo pani dawno nie pisała!

Ha, żeby Boss tak kiedyś powiedział ;)