sobota, 30 grudnia 2006

137. realizowanie marzeń metodą na bezczelnego

Przed świętami oglądałam najnowsze "Spotkanie z Balladą". W pewnym momencie westchnęłam i powiedziałam w przestrzeń:
- Zobaczycie, kiedyś tam będę pisać teksty. Czuję, że dałabym sobie radę.

Postanowiłam też ruszyć swoje sześć liter (nie dlatego, że takie szerokie, chociaż też, tylko dlatego, że odwłok) i zrobić coś w tym kierunku. Akcja została nazwana "realizowaniem marzeń metodą na bezczelnego".

Napisałam maila do Michała Bobrowskiego, autora "Spotkań". Do maila dołączyłam ocenzurowaną Bosską szopkę (bo Bosska szopka według mnie jest najlepsza ze wszystkich dotychczasowych). I... dostałam odpowiedź.

Zaczynamy rozmawiać. Bobro pyta w mailu, czy piszę też jakieś skecze, black-outy, piosenki itp.
Siedzę i myślę.
I myślę.
I myślę.
I nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek pisała skecze ;). Ale na wszelki wypadek pytam Sala):
- Słuchaj, czy ja napisałam kiedyś w życiu jakiś skecz???
- No! - stwierdza pewny siebie Sal.
- Jaki? - z wrażenia aż podskoczyłam.
- Praca magisterska Mrówki - odpowiada mi lakonicznie Sal.

Bardzo śmieszne.

:D

piątek, 29 grudnia 2006

136. Modliszka

We wtorek byłam u Arturka na POMie. Arturek pokazał mi hodowlę świerszczy. A potem zapytał:
- A chcesz zobaczyć modliszkę?
- Żywą? - zadrżałam lekko.
- Martwej bym nie karmił! - mruknął Arturek i przyniósł mi pojemnik z maleńką modliszką. Taką na dwa centymetry. Zieloną. Z oczkami. Śliczną.

Modliszka zaczęła mi się uważnie przyglądać, a potem - przestępować z łapki na łapkę (z odnóża na odnóże?). Bałam się, że zaraz na mnie skoczy, w odwecie za piosenkę o kobiecie-modliszce.
Kiedyś chciałam zainteresować sobą rybę Arturka. Postukałam w szybę akwarium, a ryba wzięła rozbieg i uderzyła od środka w to miejsce na ścianie, gdzie przed chwilą był mój palec.

Nie lubiła Mrówek?

wtorek, 26 grudnia 2006

132.

- Mój Promotor NIE MA siwych włosów - oznajmiłam kiedyś Fimbulowi.
- Mrówko... - odparł zatroskany Fimbul. - Nie ma? PRZY TOBIE???

No co?
Ja jestem grzeczna!
Bywam!
Staram się...

poniedziałek, 18 grudnia 2006

127. brat mnie lekceważy

Stanęłam w drzwiach do pokoju brata. Brat akurat siedział na podłodze pod parapetem i czyścił dywan.
- Gdzie już czyściłeś? Bo chciałabym wiedzieć, po czym nie deptać... - pytam nieśmiało. Brat nic. Nawet nie drgnął.
- Słuchaj, gdzie nie mogę deptać? - powtarzam. Brat nic. Czyści sobie dywan dalej. Nie spojrzał na mnie nawet. Nawet głowy w moim kierunku nie odwrócił.
- Hmm... ja tylko pytam, chciałabym się dowiedzieć, żeby nie pobrudzić... - próbuję znowu. Brat - jak łatwo się domyślić - nic. Nabieram powietrza.
- Gdzie nie mogę chodzić? - pytam się głośniej. Brat nic. Stoję sobie z opadniętą szczęką i zastanawiam się, co zrobić. W tym momencie brat rzucił na mnie okiem i zapytał:
- Mówiłaś coś?
Ręce mi opadły. Ale z nową nadzieją zagajam:
- Gdzie już sprzątałeś? Żebym tam nie łaziła?
Odpowiedział.
Ufff.

Poszłam do kuchni i zwierzam się przy okazji mamie:
- Mówię do mojego brata, mówię, mówię i mówię, a on nic! Nie odpowiada! Myślałam, że coś ze mną nie tak, głos straciłam albo coś...
- No bo przecież on miał słuchawki na uszach, słucha sobie muzyki przy czyszczeniu dywanów, więc cię nie słyszał pewnie! - odpowiada mi mama.

Wniosek 1: nie jest ze mną jeszcze tak źle jak myślałam.
Wniosek 2: powinni produkować większe słuchawki.

123. dzieci i ryby...

Tę notkę piszę szeptem, więc jeśli ktoś chce ją przeczytać, musi się skupić.

- Straciłam głooOos! - uznałam za stosowne poinformować spotkaną na korytarzu Złośnicę.
- Co?
- Straciłam głoOoOos! - wychrypiała ponownie Mrówka.
- Przepiłaś??


Olek wymyślił rozwiązanie z książką od Naczelnego "Śląska":
- A może on dał ci po prostu jedyny egzemplarz tej książki i dlatego miał pewność, że jej nie masz?

niedziela, 17 grudnia 2006

122. ta piosenka jest nagrana dla...

Dzisiaj w kościele ksiądz sobie coś śpiewa z dzieciakami. To znaczy: śpiewa oazową przeróbkę jakiejś piosenki (chyba, bo organista zna to pod zupełnie inną melodią, powinni kiedyś razem zaśpiewać).
- Ta piosenka pszpszpszpszpsz - szepcze mi do ucha mój brat.
- Co ta piosenka?
- Ta piosenka pszpszpszpszpsz dwadzieścia pszpsz! - szepcze brat z oburzeniem, ale wyraźniej.
- Co ta piosenka?
- Ta piosenka pszpszpszpszpsz dwadzieścia złotych! - słyszę. Ryzykuję raz jeszcze:
- Dałbyś za piosenkę dwadzieścia złotych???
Brat kręci głową z politowaniem. Więc znowu pytam:
- Słuchaj, ja tylko czasownika nie rozumiem.
- MA! - mówi mi z naciskiem brat.
No i w tym momencie przestałam rozumieć cokolwiek. Wytrwałam do końca mszy.
- Ej, ale dlaczego ta piosenka miała dwadzieścia złotych? Gdzie je miała? Weź się zlituj i mi powiedz!
- Jakie dwadzieścia złotych?? - zirytował się brat.
- No przecież sam mówiłeś, że ta piosenka MA dwadzieścia złotych!
- Dwadzieścia ZWROTEK! Zwrotek! A nie złotych!

Ulżyło mi.
To nie znaczy, że ja mam słaby słuch. Może po prostu mój brat ma słabą dykcję. Tak sobie wmawiam, żeby nie dopuścić do siebie myśli, że się starzeję.

121. jeszcze o konferencji

Spotkaliśmy się z Fimbulem na katowickim dworcu i poszliśmy do redakcji "Śląska". Po drodze referuję Fimbulowi mój stan posiadania:
- Fimbul, mam chrypkę, mam tremę, mam referat...
- I masz siniaka - dopowiedział Fimbul.
- Ej, nie mam siniaka! - zaprotestowałam. Fimbul uderzył mnie w ramię.
- Już masz - wyjaśnił. A potem powiedział, że dzięki temu pozbędę się tremy, bo będę myśleć bardziej o siniaku niż o wszystkim innym...

sobota, 16 grudnia 2006

120. różne

Kiedy weszliśmy wczoraj z Fimbulem do redakcji "Śląska", usłyszałam:
- Proszę się roznegliżować. Ale nie za bardzo.
Zupełnie nie rozumiem, dlaczego Fimbul w tym momencie prychnął ;).
Brat, kiedy mu to opowiadałam, zapytał, czy jestem pewna, że trafiłam do redakcji...

Przy okazji odbierania wypłaty podaję swoje dane.
- Imię ojca? [tjaaa... napisałam "swoje" dane... - przyp. red.]
Pohamowałam odruch, który kazał powiedzieć "i Syna". Podaję imię taty, a w tym momencie profesor Stanisław Gębala oznajmia:
- W takich chwilach zawsze włącza mi się odruch, mam ochotę odpowiedzieć "i Syna".
Przyznałam się, że ja też. Ale pani w dokumentach tego nie uwzględniła :D.
- Data urodzenia?
- Dwudziesty drugi... kwietnia...
- I dalej kropki - zaproponował profesor Gębala. Wykrztusiłam, że 1983, ale pomysł mi się spodobał.



Ze staroci na blogu: dialog z liceum:

Tolek (niedługo ksiądz Tolek ;)): Z czym ci się kojarzą maki?
Mrówka: No, na przykład opium można z nich zrobić...
Tolek: Iza, ty myślże jak człowiek, a nie jak ćpun!

piątek, 15 grudnia 2006

118. Po konferencji

Dostałam od Naczelnego "Śląska" książkę.
To nic, że widział mnie pierwszy raz w życiu (co zresztą sam podkreślał). To nic, że nigdy z nim nie rozmawiałam, aż do dzisiaj.
Dostałam tę książkę w trakcie konferencji. Naczelny wręczył mi ją ze słowami: "wiem, że pani tej książki nie ma".
Skąd wie? :>
W drodze na dworzec pytam się o to Fimbula (retorycznie).
- Wiesz, patrzyłaś na tamtą książkę z taką zachłannością, że od razu się domyślił...

Tak, jasne.

czwartek, 14 grudnia 2006

117. Czwartek

Wiadomości dzisiaj kilka, jak zwykle w czwartki.

1) Jutro Boss ma referat na konferencji różewiczowskiej. Mrówka też. Więc możecie przyjść o 15 do GTL-u i nas posłuchać (to znaczy Bossa posłuchać, mnie niekoniecznie).
Boss reklamuje konferencję, polecając wszystkim, żeby przyszli i zniszczyli Mrówkę :D. Taak... tylko że ja w chwilach zagrożenia uciekam do Promotora swojego cierpliwego...

Mrówka: Ale jak próbuję powtarzać sobie referat, to zasypiam na piątej stronie!
Olek: Nie martw się, audytorium zaśnie już na trzeciej.
Będzie wesoło :D.

2) Mój Promotor wymyślił, żeby zrobić listę i seminarium zastąpić indywidualnymi konsultacjami (szkoda, różne podpowiedzi dla innych mi się przydawały :( ).
- To Mrówka zrobi listę - zaproponował Bosski Promotor. Po chwili, tknięty nagłym przeczuciem, powiedział Mrówce - Tylko nie wpisuj się na co drugi termin!

Aż tak czytelne były te moje zamiary?

wtorek, 12 grudnia 2006

115. Anonimowo

dzisiejszą notkę sponsoruje Sal Paradise

- O Boże, ale żenada - skomentował mi na gg Kamil Milian jakiś pomysł.
- "Żenada"? - zareagowałam błyskawicznie. - Mówisz jak KK!
- Nieprawda - zaprotestował Kamil. - Mówię jak KM!
- KM??? A kto to jest KM? - nigdy nie twierdziłam, że grzeszę inteligencją...
- Kamil Milian! - wyjaśnił Kamil Milian.

Nigdy bym nie zgadła...

poniedziałek, 11 grudnia 2006

111.Sposoby na depresję

Posłałam wczoraj wieczorem Slkowi smsem wiadomość:

a jak czasem cię szlag trafia
to pomoże pornografia.

Macie jakieś inne sposoby na chandrę? Bo tego nie wykorzystywałam ;)

wtorek, 5 grudnia 2006

110. na rozkaz...

Poszliśmy dzisiaj z Slkiem-Tyranem na czwarte piętro, na poszukiwanie Kaliny.
- Idzie twój Promotor - mruknął mi Slk.
- Dzień dobry! - wołam.
- Mrówka - do mnie! - słyszę w odpowiedzi.
Poszliśmy sobie pod gabinet Bossa. Kalina, Slk i ja. Przy okazji po drodze zastanawiałam się, co ja takiego ostatnio zrobiłam. Doszłam do inteligentnego wniosku, że nic. A potem - że może właśnie o to chodzi. Że nic.
Wraca Promotor i mnie gestem woła do siebie.
- Mam się bać? - pytam na wszelki wypadek.
- Nie - śmieje się Boss.
Wchodzimy do gabinetu.
Mój Promotor daje mi książkę.
Cudowny jest.

Wczoraj wieczorem słuchałam sobie Powtórki z rozrywki. W oczekiwaniu na przylot siatkarzy Andrus wydziwiał nad nieoficjalnym hymnem siatkówki - nad Pieśnią o małym rycerzu. Zastanawiał się, dlaczego o małym rycerzu, skoro siatkarze są wysocy. I zaproponował przeróbki tej pieśni.
Natychmiast napisałam mu:
W szerokim stepie - w stepie szerokim - krajobraz jakby po burzy,
kto się pokaże? Nasi siatkarze! Z nimi Lozano nieduży.
No i Andrus to zaraz przeczytał w Powtórce. Obiecuję, zastanowię się nad sobą.

niedziela, 3 grudnia 2006

108. Wicemistrzostwo świata

A, napiszę to, bo co mi szkodzi.

Polscy siatkarze wicemistrzami świata.

Brawo, Biało-Czerwoni!

Dziękujemy! *Mrówka ubiera czapeczkę i czuje się jak kibic*

sobota, 2 grudnia 2006

106. Telefon

Jak zaplątałam się w telefon - powieść grozy.

Siedziałam sobie grzecznie wczoraj pod półką z telefonem. Pisałam rozdział do pracy mgr. Kiedy straciłam całą wenę, postanowiłam zmienić miejsce tworzenia (w różnych częściach domu mam porozmieszczane różne weny. Ta od satyry siedzi w wannie i w łóżku, ta od pracy - w dużym pokoju). Wstałam. A raczej - chciałam wstać. Coś mi w tym przeszkodziło. Z niewiarygodną siłą przyciągnęło mnie do szafki z telefonem. Po raz drugi spróbowałam wstać. Nie udało się. Zrozumiałam, że mogę tu zostać już na zawsze. Ja i kawałek pracy magisterskiej. Zaczęłam rozpaczliwie krzyczeć:
- Pomocy! Ratunku! Niech mnie ktoś uwolni!
Przyszła mama.
- Co się dzieje? - zapytała.
- Zdaje mi się, że zaplątałam się w telefon - wyjaśniłam. - Nie mogę się ruszyć, bo szafka idzie za mną.
Mama westchnęła i wyplątała mi włosy z kabelka od słuchawki. Rzeczywiście zaplątałam się w telefon. Duża sztuka...

PS - jeśli uda mi się zaplątać w komórkowy, będzie jeszcze weselej

czwartek, 30 listopada 2006

104. Pomysł

Wpadłam na świetny - jak mi się wydawało - pomysł do urodzinowej szopki.

Zapisałam sobie ten pomysł.

Na drugi dzień zajrzałam do notatek:

"słup poszukuje stróża"

o co chodziło?

sobota, 25 listopada 2006

100. Uświadomiona

Na seminarium Promotor mówi coś gwarą. A że dla mnie gwara to język obcy, nie jestem w stanie całości powtórzyć.
- Co to znaczy "boćkać"? - zapytała Mrówka, kiedy Boss skończył.
- Całować się - wyjaśnił cierpliwy Promotor.
- Ahaaaaa! - olśniło Mrówkę. - To dlatego potem boćki dzieci przynoszą?
Promotor Mrówki zrezygnowany pokręcił głową.
- Mrówka, to ja jestem ciekawy, jak byś wytłumaczyła, że dzieci się w kapuście znajduje...

piątek, 24 listopada 2006

99. Prawo

- Idę na prawo - oznajmiła nam ostatnio Kasia. Zgodnie wytrzeszczyliśmy na nią oczy.
- Teraz idziesz? Na piątym roku polonistyki? - upewnił się Olek.
- Chce ci się iść na prawo? - zdziwiła się Mrówka, leniwa z natury.
- Taaaaak... - potwierdziła Kasia. Obejrzała sobie jeszcze nasze miny, a potem dodała - Na prawo jazdy idę.

Po pięciu minutach Olek wybuchnął (wcześniej nie był w stanie):
- Nie mogłaś mi tego dziesięć lat temu powiedzieć? Taki fajny żart dla kolegów bym miał! A tak to się zmarnowało!

czwartek, 23 listopada 2006

98. Na seminarium

- Anioły podobno pachną fiołkami - powiedział mój Promotor przy okazji rozważań okołoherbertowskich.
- Lawendą - uściślił Sal.
- To może już raczej naftaliną? - wyskoczyła Mrówka, której się skojarzyło ze środkami na mole. To znaczy przeciwko molom.
- Jeśli są zleżałe... - popatrzył na Mrówkę Bosski Promotor. - To może archanioł pachnie naftaliną...

- To ja panu przyniosę książkę. Albo nie. Dam ją Mrówce, bo wiem, że ona mi odda. - obiecał Boss (czyli ten sam Promotor).
- A jak nie odda? - spytała Mrówka. Promotor ujął w dwa palce rozdział pracy magisterskiej, powachlował się nim i przypomniał:
- Magisterium...

Dobra, i tak wiem, że on wie, że ja wiem, że mu oddam :D.



Seminarium zresztą zaczęło się mocnym uderzeniem.
- Gratuluję "Twórczości" - przywitał się z Mrówką Promotor-Boss.
- Dziękuję...
- Bo wiecie, opublikowali jej recenzję nie dlatego, że taka dobra była, tylko dlatego, że to z mojej książki, a mnie tam kochają.

poniedziałek, 20 listopada 2006

96. Zejdźcie z drogi

Ostatnio przez kilka kolejnych dni listonosz musiał się z różnymi paczkami i przesyłkami gramolić na czwarte piętro. Szczęśliwy z tego powodu nie był, wiem, bo uczestniczyłam w jednej z nim rozmowie.
- Jutro pewnie też pan coś do nas będzie musiał przynieść - poinformowała go moja mama, bardziej dla draki, niż w przewidywaniu przyszłości.
- O nie! - wysapał listonosz. - Pani sobie zamontuje w drzwiach na dole taki mały dzwoneczek i jak coś będę dla pani miał, to będę dzwonił. I wtedy pani sobie zejdzie.

Pomysłowy. Twórczy technicznie. Ale mama się nie zgodziła. Nawet jej się nie dziwię. Nie dziwię się też, że poczta chce strajkować... Już wiem, dlaczego...

Kilka lat temu proponowaliśmy na osiedlu zastawienie pułapki na listonosza. Bo nie przynosił żadnych listów. Inna sprawa, że nikt wtedy nic nie pisał. W każdym razie pomysł dawnej siatkarskiej grupy był jasny: zakładamy na listonosza pułapkę (facet nawet został o tym poinformowany, ale się nie przejął).
Kiedy o pomyśle dowiedział się Arturek (też jeden z siatkarskiej paczki), zapytał: ale jak chcesz zrobić pułapkę na listonosza? Z patyczka, pudełka i serka na sznurku?

Bardziej komiksowo wymyślić się tego nie dało. Perspektywa takiej pułapki sprawiła, że nigdy jej nie założyliśmy...

czwartek, 16 listopada 2006

94. Autografoman

Przyszedł dzisiaj na uczelnię Olek, miotnął mi przed nosem listopadowym numerem "Twórczości", włożył do ręki długopis i otworzył czasopismo.
- Tu autograf proszę - zadysponował.
- A... a... ale czy to konieczne? - pytam spłoszona.
- Tak. Podpisuj się. Tylko nie trzema krzyżykami!
- A jak się pomylę?
- Jak się pomylisz, to kupisz mi nowy egzemplarz i podpiszesz się na nim jeszcze raz - Olek wydawał się być zdecydowany na wszystko.
- To może ja poćwiczę na ulotce...
- Poćwicz - przyzwolił łaskawie Olek. - Bo wiesz, żeby dostać dyplom, trzeba ze cztery podpisy złożyć... Ta umiejętność ci się w życiu przyda...

Podpisałam się w końcu. Olek zabrał "Twórczość" i westchnął:
- O ludzie, co się człowiek musiał naprosić... to już łatwiej od Dody dostać autograf...

wtorek, 14 listopada 2006

93. Woda na pustyni

Jadę autobusem. W autobusie matka z dwójką dzieci. Młodsze dziecko, na oko dwuletnie, zwraca się do swojej matki:
- Pić, pić, pić!
Matka sięga do wózka, wyciąga butelkę. W tym czasie dziecko odwraca się i patrzy na emeryta (który siedział za matką).
- Pić, pić, pić - poinformowało dziecko emeryta.
- Nie mam nic do picia - rozłożył ręce emeryt. W tym czasie dziecko dostało od matki butelkę. Napiło się, a potem chciało poczęstować emeryta. No bo skoro nie miał...

niedziela, 12 listopada 2006

91. Hamlet współczesny

- Młody, Młodyy, a wieszszsz, która szczęka się rusza? Nie wieszszsz? No dolna! Bo górna jest jaka? Przyrośnięta jest! Nic was w tej szkole nie uczą! A wszyscy wiedzą, że to dolna szczęka się rusza! I jak się rusza to cała jesteś w skowronkach! Młody! Kto to śpiewał? Nie wieszszsz? Nic nie wiecie! Czego was w tych szkołach uczą... Klenczon to śpiewał! A Klenczon to był mądry facet, ale zaczął pić. I się rozpił. I potem się zabił samochodem. Dlatego ja autobusami jeżdżę! To się nie rozbiję! On w dodatku swój samochód rozwalił, a ja jeżdżę za darmo! Młody, a znasz to? "Życie jest nowelą". Znasz? Znasz! No widzisz! Nie lubię tego gościa, co to śpiewał. On z VOX-u był. Nie lubię go, bo przemądrzały strasznie. Ale tu miał rację. Bo życie to jest nowela, Młody. Ale was w tych szkołach to życia nie uczą. Niczego was nie uczą! Wojtuś! Wojtuś, wstawaj! Wojtuśśśś, ty pamiętaj, ty tu rządziszszszsz... Bo ja się mogę wozić tym autobusem w kółko, dopóki mnie nie wypierdolą. Ale to ty wieszszsz, gdzie mamy wysiąść, nie ja! Ty tu jesteś szefem! To pilnuj!

Warto jeździć autobusami. Cały ten monolog współczesnego Hamleta wygłaszał w jaworznickim autobusie pan w średnim wieku. Pan dzierżył w ręce otwartą puszkę piwa, z której co jakiś czas życiodajnego płynu nabierał, żeby głosu nie stracić; obok siebie miał reklamówkę z kolejnymi sześcioma puszkami piwa, nabytymi zgodnie z zasadą, że osobom nietrzeźwym alkoholu nie sprzedaje się. Na sąsiednim siedzeniu spał zrezygnowany mały piesek, do którego pan zwracał się czule per "Wojtuś".
Kiedy wsiadłam do autobusu, pan już w nim był. I już nadawał. Godziny szczytu. Dzieciaki wracające ze szkoły. Ja, przemieszczająca się po całym mieście. Gdyby nie brak czasu, pojechałabym dalej, żeby posłuchać, co on jeszcze powie...

środa, 8 listopada 2006

88. Problemy z tożsamością

Marek Lenc poinformował mnie, jakie zmiany chce wprowadzić na blogu. Oczywiście te zmiany mi się nie spodobały. Zaczęłam protestować.
- Nie histeryzuj - powiedział Marek. Zaczęłam protestować jeszcze bardziej.
- Bądź mężczyzną! - usłyszałam (przeczytałam raczej,bo na gg). O dalszej dyskusji mowy być nie mogło, padłam ze śmiechu przed monitorem.

Kiedy na POMie powiedziałam Arturkowi, że czegoś się boję, ten odparł:
- Bądź... twardą kobietą...
- Arturku, ale przy mojej tuszy nie mogę być TWARDĄ kobietą - zaprotestowałam. Arturek obrzucił mnie spojrzeniem, które sprawiło, że wbiłam się w fotel i starałam się wtopić w tapicerkę. A potem odwrócił się i usiadł tyłem do mnie.
- Co robisz? - zapytałam niepewnie.
- Odwracam się. Bo mam ochotę cię kopnąć, to żeby mnie nie kusiło... - wyjaśnił Arturek.

No to kim mam być?

sobota, 4 listopada 2006

85. wsPOMnienie

Arturek na POMie powiedział coś o szybko rosnącej gałce ocznej. Oczywiście zareagowałam natychmiast:
- Ale jakby mi tak szybko oczy rosły, to bym je miała na pół twarzy!
- Nie - pokręcił głową Arturek - u ciebie oczy zajmują część głowy przeznaczoną na mózg. Rosną ci w poziomie.
- Aha, faktycznie. Bo przecież ja mam mniejszy mózg, bo i rozumek niewielki.
- No właśnie. Więc dopiero jak ci oczy dojdą do tyłu głowy, to zaczną się robić wyłupiaste.

Wesoła perspektywa, nie ma co :D.

czwartek, 2 listopada 2006

83. Śnieg?

Wstałam rano (o 10:30... rano...). Odsłoniłam okno. Zasłoniłam. Odsłoniłam jeszcze raz. Przetarłam oczy i poleciałam do pokoju brata (okna z pokoju brata wychodzą na tę samą stronę).
- Słuchaj, u ciebie też przez okno widać śnieg? - zapytałam może mało inteligentnie, ale rozpaczliwie.
- Też - powiedział brat.
Nie uwierzyłam. Podeszłam do okna w jego pokoju i wyjrzałam. Śnieg już tam był.

Jestem za stara na śnieg. Wolę lato.

Odbył się dzisiaj drugi szaleńczy POM. Na chwilę przed przyjściem Arturka skaleczyłam się w palec. Wbiłam sobie nożyczki z kroplą atramentu. Dzwoni Arturek, otwieram drzwi.
- Cześć Arturku! Jestem ranna!
- Ranna w sensie "ranny ptaszek"? - zainteresował się Arturek. Dobrze, że nie wiedział, o której dzisiaj wstałam.
- Nie, ranna w sensie: jak po wojnie. Skaleczyłam się w palec.
- To ty niezdarna jesteś po prostu, a nie ranna - wyprowadził mnie z błędu Arturek.
A potem zabronił mi interesować się swoimi obrażeniami i powiedział, że mam się skupić na rozmowie z nim, a o palcu zaraz zapomnę.
Udało się.

środa, 1 listopada 2006

82. Z bratem za pan brat

Szliśmy sobie na cmentarz. Na chodniku leżała ulotka OPPMJ (Obecnie Panującego Prezydenta Miasta Jaworzna). Biedny prezydent spoglądał niewesoło z trochę już podeptanego zdjęcia.
- Prezydent sięgnął bruku - stwierdził tata filozoficznie.

Natychmiast zaczęliśmy z bratem wymyślać zdjęcie, za które moglibyśmy - dzięki lokalnemu konkursowi - wygrać dużą pizzę.
- Bo gdybyśmy wrzucili ulotkę ze zdjęciem OPPMJ do kałuży, a potem nad kałużą postawili prawdziwego OPPMJ i zrobili mu zdjęcie, że niby się w wodzie odbija... - zaproponowałam. Brat pokręcił głową:
- Nie uda ci się go namówić...
- Nie będę go namawiać! Powiem, że chciałabym z nim mieć zdjęcie, i niby przypadkiem ustawimy się nad kałużą z tym zdjęciem.
- On ci szybciej da pizzę, żebyś takiego zdjęcia nigdzie nie wysyłała - zaopiniował brat. I poszliśmy dalej.

Chwilę później bez uprzedzenia zaczęłam go bić po ramieniu. Po czterech czy pięciu uderzeniach mój brat zapytał, o co właściwie chodzi.
- O nic, robal ci spadł na ramię! - wysapałam i dalej go biłam z nadzieją, że robal nie utrzyma się i spadnie sam od wstrząsów.
- Ta, jasne - powiedział brat. A potem spojrzał na mnie i z błyskiem w oku dodał - o, robal ci usiadł na ramieniu!

wtorek, 31 października 2006

81. POM

Dzisiaj dzień, który można opisać trzema literkami: POM.
Spotkaliśmy się z Arturkiem (u mnie, bo na zewnątrz za ciemno i za zimno). I wreszcie sobie trochę pogadaliśmy. Mało, ale zawsze to coś. Mogę znowu zacząć tęsknić.

Artur Andrus wklepał sobie na swoim blogu wierszyk:
Kwiat do światła się otwiera,
tak łagodnie szumi morze,
zjadłem obiad, no to teraz
chyba się położę.

Ja przepraszam, że dopisałam mu w komentarzu:
Kwiatek na noc się zamyka,
morze sztorm ma w planie,
jak skorzysta Pan z budzika,
już będzie śniadanie

na nic lepszego mnie nie było stać.

Ale pracuję nad sobą.

sobota, 28 października 2006

78. Kirkor

W czwartek rozmawiałam z Olkiem o jego doświadczeniach teatralnych (no, szerzej - o życiowych). Najpierw o jasełkach, potem o Słowackim.

- Pamiętam, jak grałem Kirkora kiedyś - rozmarzył się Olek.
- W jasełkach? - zapytała inteligentnie Mrówka.

Chwilę później Olek opowiadał, że brał w tym samym dniu udział w turnieju szachowym.
- I dziwnie to wyglądało, jak biegał po szkole Kirkor z szachami pod pachą.
- Ale czekaj, skąd wszyscy wiedzieli, że jesteś Kirkor?
- Podpisany byłem.

Dzisiaj przed 9 rano przyszli sobie do naszego bloku robotnicy i zaczęli się trzaskać na dachu. Punktualnie o 8:58 przestali się trzaskać i nie widać ich do tej pory. Chyba mają kontrakt na to, żeby budzić ludzi wcześnie rano w soboty...

piątek, 27 października 2006

77. O czasie

Wczoraj mój Promotor wpisywał mi do książki (tej "nieczytanej") dedykację. W pewnym momencie zapytał:
- Który dzisiaj jest?
- Chyba 26... ale zgaduję, nie wiem. Szczęśliwi czasu nie liczą - odparłam odruchowo.

I potwierdzenie miałam dzisiaj. Odbierałam z wydziałowej wypożyczalni książki.
- Aleś se pani przyspieszyła - poinformowała mnie bibliotekarka, zerkając na rewers.
- Co jest nie tak?
- Data...
- A który dzisiaj jest? 27 chyba?
- Tak, 27. Ale października!
Dostałam ataku śmiechu. Na rewersie napisałam "27.11.". Do głowy mi nie przyszło, że jest jeszcze październik.

Próbowałam się wczoraj ubrać. To znaczy - wepchnąć kaptur od swetra pod kurtkę, a kaptur od kurtki na kurtkę. Olek stał przez pięć minut cierpliwie i czekał. Aż w końcu powiedział w zadumie:
- Uczyłem kiedyś mojego brata, jak ma nakładać kurteczkę...

środa, 25 października 2006

74. Ekierka

W autobusie spotkałam Piotrka. Piotrek był klasowym stoikiem, zawsze opanowanym i niesamowicie dowcipnym. W pierwszej klasie LO chłopcy z nudów rzucali w siebie linijkami. Piotrek dostał ekierką w kostkę i spokojnie poinformował rzucającego "jakbym stał na głowie, to byś mi oko wybił".

wtorek, 24 października 2006

73. Dzisiaj

Marek Lenc poskarżył się, że jutro ma wywiadówkę i musi się przygotować do rozmów z rodzicami. Zaproponowałam, żeby postępy każdego dziecka opisał w postaci rysunków i wręczył na wywiadówce. Nie doceniłam satyrycznych możliwości Marka. Natchmiast stwierdził:

- Ale byłaby draka. Pani Ewa przychodzi z takim bohomazem i pyta "to Bartuś??!!"

To nie wszystko.
Pojechałam dzisiaj na wydział, żeby zawieźć jeden z rozdziałów pracy. Wchodzę dzielnie do sekretariatu (wie o tym każdy, normalny czy wariat - do Bossa wchodzi się przez sekretariat). W sekretariacie mój Promotor. Rzuca mi spojrzenie miażdżące i groźnym głosem pyta:
- Do mnie?
Niezdolna do żadnej słownej reakcji kiwam z przerażeniem głową.
- Nie ma mnie - oznajmił mój Promotor z satysfakcją.

Zamurowało mnie."Chodzi mi o to, żeby mózg uroczy, to rejestrował, co ujrzały oczy...". Na szczęście po sekundzie mój Promotor Boss zmienił zdanie i zmaterializował się na chwilę. I był. Całe szczęście :D.

72. Fraszka?

Wymyśliłam sobie ostatnio (a raczej - samo się wymyśliło) fraszkę... nie jedyne to moje... ekhem... dzieło... ale...

Na Zespół Napięcia Przedmiesiączkowego:
Przegrać z kretesem
z okresem.

czwartek, 19 października 2006

65. Chuligan

- Masz skórzaną kurtkę? - zapytała mnie dzisiaj X., kiedy tylko pojawiłam się na uczelni.
- Taaak...
- To według LPR-u jesteś bandytą - stwierdziła z triumfem X.
- Dlaczego?
- Bo masz kurtkę skórzaną, długie włosy i kolczyki - odpowiedziała i zacytowała odpowiedni fragment czytanego właśnie artykułu.
- To nie muszę nawet szyby wybijać? Tak bez wysiłku jestem chuliganem?
- Wygląda na to, że tak.

Czyli przyszłość mam zapewnioną.

wtorek, 17 października 2006

64. Anonim

Uprzejmie donoszę, że mrówki w okresie przeziębień i gryp tracą na wydajności.
Daje się zauważyć u wyżej wymienionych następujące objawy: kichanie, marudzenie, spanie całymi dniami, lenistwo i powtarzanie, że mają wszystko w... że mają wszystko.
Przeziębione mrówki łatwo wpadają w złość i zużywają ogromne ilości chusteczek higienicznych.

Ze względów ekonomicznych proponuję, żeby mrówki zaczęły zapadać w sen zimowy w okresie jesienno-zimowym i zimowo-wiosennym. Znikną problemy związane z wydatkami (na chusteczki) i ze zmęczeniem.

Z donosicielskim pozdrowieniem,

Życzliwy

niedziela, 1 października 2006

55. Satyra prawdę mówi

Fimbul oznajmił ostatnio, że zostanie satyrykiem.
Mam nadzieję, że już mu ta ochota przeszła. Ale zanim przeszła, powiedział, że napisze skecz o tym, jak Mrówka grała w koszykówkę.
Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, że koszykówki nienawidzę żywiołowo.
- Jaki to będzie skecz? - zapytałam z rezygnacją.
- Tragedia w jednym akcie.

Nawet bliskie prawdy :D.

sobota, 30 września 2006

54. nos jak Mrówka

Siedzimy sobie na wydziale. Marcin pstryka mi zdjęcia.
- Marcin, nie rób mi zdjęć z boku, bo na takich mam nos jak Pinokio! - nie wytrzymałam.
- To nie kłam tyle - odgryzł się Marcin.

No i wszystko jasne.

środa, 20 września 2006

48. Szkoła

Kiedy staliśmy z bratem w kościele w ostatnią niedzielę, ksiądz powiedział, że teraz poświęci tornistry dzieciom.
- Ty, zapomnieliśmy tornistrów! - szepnęłam bratu. Ten pokiwał głową.
- To co robimy? - zapytał.
- Wiem! Udawajmy, że mamy tornistry i może nikt nie zauważy - zaproponowałam.
- Dobra - podchwycił mój brat. I się zgarbił, udając, że to pod ciężarem plecaka. Tego bym nie wymyśliła.

wtorek, 12 września 2006

45.Odgłosy

- Mamooooo!!! - po raz dwudziesty rozległ się przed blokiem szarpiący nerwy okrzyk dziecka sąsiadów. Po raz dwudziesty wzdrygnęłam się i spróbowałam policzyć do 10. Nie pomogło. Krzyk powtórzył się.
- Mamo!!!
"Niektórzy lubią dzieci" - pomyślałam. Ale tym razem wydarzyło się coś ciekawszego niż kolejne prośby o pieniądze na gumę do żucia.
- Mamo, rzuć mi kukawkę - dowołało się wreszcie dziecko.
Już miałam wstać i zobaczyć, co to jest. Ale sąsiadka odmówiła dziecku - i to, zrezygnowane, poszło się bawić.

Poskarżyłam się rodzicom. Że nie rzuciła, naturalnie. Mama poradziła mi, żebym poszła do sąsiadki i po prostu zapytała, co to jest ta tajemnicza kukawka.
Nie poszłam.
Kiedyś rzuci.

niedziela, 3 września 2006

41. Requiem dla matematyka

Właśnie dowiedziałam się, że zmarł mój matematyk z LO. Człowiek o niesamowitym poczuciu humoru. Po przerobieniu materiału prowadził przeważnie refleksje na różne tematy. Wszyscy płakali ze śmiechu, a matematyk zawsze zachowywał kamienną twarz.
ostatni raz widziałam go we wrześniu 2002 roku (dwa lata później przeszedł na emeryturę). Przyznałam się wtedy, że poszłam na polonistykę (chociaż wszyscy do końca myśleli, że wyląduję na kierunku matematycznym). Pogratulował mi, a potem z uśmiechem - tak rzadkim u niego - dodał: ja wiedziałem, że mi jakiś numer wykręcisz.

Zostaną mi po lekcjach u niego fantastyczne wspomnienia - dzięki niemu tak naprawdę pokochałam matematykę i poradziłam sobie w klasie o profilu mat-inf. Czasami byłam jedyną osobą, która nie brała "nieprzygotowania" - i rzeczy oczywista - lądowałam przy tablicy. Raz prowadził lekcję dla dwóch osób.

Zostanie mi mnóstwo jego humorystycznych powiedzonek. Wkleję je tu na bloga. Jako ostatni hołd, jemu złożony.

***
Matematyk do Miśka: Jak będziesz starszy, będziesz miał dzieci, to ich nie ucz matematyki, bo im krzywdę zrobisz.
Misiek: Dobrze, nauczę je może czegoś innego...

***
matematyka matematyk: To będzie funkcja wklęsła czy wypukła?
Monika K: Wklęsła.
matematyk: Wypukła. Mało umiesz, a jeszcze pech cię prześladuje.

***
matematyka. Monika K przy tablicy.
matematyk: Co trzeba zrobić, żeby z wykresu funkcji f(x) zrobić -f(x)?
Monika K: Odbić...
matematyk: No ale różne są możliwości odbicia. Komuś na przykład może odbić.

Powiedzonka:
***
ktoś na przykład się ożenił i mówi: ja to mam szczęście. A po wielu latach mówi: jaki pech, gdy przypomina sobie dzień, w którym powiedział "tak" na całe życie.

***
Zawsze mówisz odwrotnie niż jest dobrze. To następnym razem jak będziesz miał jakiś pomysł, to powiedz odwrotnie niż myślisz i będzie wtedy dobrze

***
Nie wypadnie na kostce ilość oczek 12, no, chyba, że ktoś by był pijany i by podwójnie widział

***
Jakby Pitagoras wstał z grobu i to zobaczył, to od razu by umarł.

***
AF stoi przy tablicy i co chwilę patrzy na klasę. Raz odpowiedział bez podpowiadania. Matematyk: Widzisz? Nie popatrzyłeś iś wiedział!

***
o maturach pisemnych: Ja wam ocen nie żałuję, piszcie wszyscy na sześć

***
Może niedługo się ociepli, to ci, których nie ma przyjdą do szkoły...

***
To jest sztuka tak pisać na tablicy i patrzyć na klasę

***
do kogoś jedzącego na lekcji: Jedz. Bo jakby ktoś się nie odżywił, to może potem by umarł z głodu

***
Człowiek może różne czynności wykonywać. Ruszać się i jeszcze żeby mu jedzenie smakowało...

***
Jakby mózgu nie było, to by człowiek był prymitywny...

***
do kogoś, kto narysował za mały wykres na tablicy: Masz 25 lup i daj każdemu jedną, to będą sobie to oglądać przez lupę.

piątek, 28 lipca 2006

31. Anatomia

Parę dni temu napisałam w mailu do Fimbula:

"Boli mnie coś po prawej stronie. Klatki piersiowej, tylko jakby niżej. Mam to w nosie"

dopiero, kiedy mi Fimbul odpisał, że zaskakuje go moja anatomia, zobaczyłam, co ja mu napisałam...

czwartek, 27 lipca 2006

30. POM

Wybraliśmy się dzisiaj z Arturkiem na POM. Arturek to mój najlepszy przyjaciel od X lat. POM to Powolny Obchód Miasta - spacery, na których rozmawiamy o sprawach, o których nikt poza nami nie wie.

Na dzisiejszy POM wyruszyliśmy o 12:30. Zaopatrzeni w wodę mineralną, zrobiliśmy sobie przeszło sześciokilometrowy spacer przez kilka osiedli. Na jednym z tych osiedli Arturek zapytał:
- Nie wydaje ci się, że strasznie to miasto wymarłe?
Rozejrzałam się dookoła. Faktycznie - ani żywej duszy. Nikogo nie ma na ulicach, na chodnikach, w oknach, na balkonach - nigdzie. Przez dwie godziny nie spotkaliśmy żadnego człowieka. Zaczęliśmy się zastanawiać, skąd to nagłe opustoszenie niegdyś tętniącego życiem osiedla. W końcu doszliśmy do wniosku, że to MOŻE sprawka upału. Szliśmy przecież w największym słońcu...

... I nawet całkowicie wyschnięty staw nie dał nam nic do myślenia... (Arturek: idziemy na chwilę nad staw? Mrówka: Chodźmy... ... ... Arturku, gdzie ten staw? :> - okazało się, że moglibyśmy sobie po nim przejść. Pozostały tylko roślinki wodne).

Pod koniec wędrówki Arturek stwierdził, że nasza woda mineralna ma temperaturę lekkiego wrzątku. Szczęśliwie dowlekliśmy się do ławki przy bloku, usiedliśmy, napiłam się i ja.
- Faktycznie, lekki wrzątek - stwierdziłam z niesmakiem. - No co, sam przecież tak przedtem mówiłeś! - próbowałam się obronić przed zaskoczonym spojrzeniem Arturka.
- Majaczyłem - wyjaśnił spokojnie Arturek. - Nie wiedziałem, że ci się udzieli...

Taaaa...

29. Upał

Dawno, dawno temu wymyśliłam niezawodny sposób na upał.
Trzeba się ubrać w coś ciepłego (jakiś dres na przykład) i tak posiedzieć z pół godziny. Na samą myśl, że można z siebie coś ściągnąć, żeby poczuć ulgę, robi się chłodniej.

Tylko nikt, łącznie ze mną, nie chce tego zastosować. Ciekawe czemu...

wtorek, 25 lipca 2006

28. Pociąg-widmo

Mam zwidy. Słuchowe.

Dawno temu, na skraju mojego osiedla były tory. Jeździły tędy pociągi towarowe raz na jakiś czas. Jakieś osiem lat wstecz zlikwidowano to połączenie, potem zniknęły tory. Po dawnej trasie pozostało wspomnienie.

Leżę sobie wczoraj wygodnie w łóżku i... słyszę jadący pociąg. Tak mniej więcej - na słuch - jadący po dawnej trasie. Jechał przez dwie minuty, ja nie spałam, słychać go było dokładnie, wyraźnie i jakby był prawdziwy :D. Zgrzytał, stukał i był dosyć długi.

Wchodzę rano do pokoju brata (okna mamy na tę samą stronę wychodzące). I pytam rozpaczliwie:
- Czy ty też słyszałeś w nocy pociąg????
- TEŻ!!! - odpowiada mi brat.
A potem równocześnie zapytaliśmy się siebie, gdzie ten pociąg jechał. Którędy. Bo podwójne zwidy raczej się nie zdarzają...

Najbliższa linia kolejowa jest o pół godziny drogi stąd.

Chyba zacznę pisać kryminały z pociągami-widmami w rolach głównych. Jak się ta tajemnica nie wyjaśni.

A może po szosie jechał??? :>

poniedziałek, 24 lipca 2006

27. Gryzę

Wczoraj zasypiałam sobie popołudniu z migreną. Za oknem darły się dzieci. W pewnym momencie jedno wrzasnęło do drugiego: jesteś głupia i masz owłosione uszy!
Poczułam się staro. Za moich czasów obelgi były mniej wyszukane. Ale może wyobraźnia pomaga zwalczać wściekłość. Idę poćwiczyć. Wyobraźnię. Potem będę rzucać wymyślnymi przekleństwami.

środa, 21 czerwca 2006

15. Ze wspomnień

Dawno temu podczas obiadu brat nagle ni stąd ni zowąd wybuchnął śmiechem.
- Co ci jest? - spytał zatroskany tata.
- Nic, on tylko w dzieciństwie upadł na główkę - pospieszyłam z wyjaśnieniem i też zaczęłam się śmiać.
- To czemu też się śmiejesz? - spytał tata, tym razem podejrzliwie.
- Bo... ja na nią upadłem... główką - wykrztusił mój brat.


Jeden z moich ulubionych wykładowców mówi, że blogi polegają na tym, że pisze się "wstałem rano. Wypiłem kawę. Poszedłem do ubikacji. Skomentuj".

Bez komentarza ;)

14. Na wykładach jest wesoło

Przynajmniej bywa.
Siedzieliśmy sobie z Olkiem na wykładzie z gramatyki. Nudziło się nam straszliwie, więc zaczęliśmy grać w statki.
Oboje mieliśmy już po piętnaście "pudeł" i ani jednego trafienia.
- Jemiołuszka trzy - zaszeptał mi Olek, pozorując zainteresowanie wykładem.
- Pudło! - ucieszyłam się natychmiast.
- A narysowałaś w ogóle jakieś statki? - zirytował się Olek.

Ale potem pani profesor zaczęła nas uczyć, jak się zachowywać. Jeszcze, żeby wszystko było jasne - Olek jest dwa lata starszy ode mnie i może mnie nie zastrzeli, jak zobaczy tego bloga...
- Do chłopaka można się ostrzej zwrócić, niż do dziewczyny - wykładała prof. O. Od razu to podchwyciłam i szeptem poinformowałam Olka:
- To ja cię mogę opier***, a ty mnie nie!
- A do osoby starszej odzywa się inaczej niż do młodszej - kontynuowała prof. O.
- To najwyżej PANA możesz opier*** - ucieszył się Olek. - Różnica wieku.

Pod koniec tego wykładu chcieliśmy jeszcze zagrać mecz. To znaczy... ja chciałam:
- Olek, gramy mecz?
- Nie, już nie zdążymy - Olek zerknął na zegarek. - Lepiej się od razu poddaj.

No co? Ja tylko raz przegrałam! (bo raz graliśmy)

wtorek, 20 czerwca 2006

13. O owadach słów kilka

Jeden z wykładów z literatury poromantycznej odbywał się na świeżym powietrzu (wykładowca określił to "zieloną szkołą").
Siedziałam sobie pod drzewem. Nagle spadło na mnie jakieś żyjątko. Popatrzyłam, strzepnęłam, a dopiero potem mnie otrząsnęło z obrzydzenia.
- Co to było? - zapytała z troską Kasia, siedząca najbliżej.
- Nie wiem. Jakiś robal - odpowiedziałam jej ze wstrętem.
- Ale nie kleszcz? - Kasia wyglądała na przejętą.
- A jak wygląda kleszcz? - zapytała inteligentnie Mrówka.
- Czy to coś miało skrzydełka?
Przytaknęłam z rosnącą paniką.
- No, jeśli miało skrzydełka, to to nie był kleszcz - uspokoiła mnie Kasia.
Nie można było tak od razu??



Historyjka druga.
Arturek ma modliszkę. Hoduje ją sobie (na szczęście w Krakowie, nie widziałam zwierzątka na żywo, i dobrze. Zwierzątka Arturka mnie próbują przestraszyć, kiedyś ryba mało nie rozbiła szyby akwarium, żeby mnie zaatakować).
- Arturek, co je twoja modliszka? - spytałam kiedyś. Arturek popatrzył na mnie z wyraźnym wyrzutem, teraz wiem, że to była prośba o wycofanie pytania. Nie odczytałam tego i Arturek musiał odpowiedzieć.
Wiecie, co je jego modliszka? Świerszcze. Żałuję, że zapytałam.

piątek, 16 czerwca 2006

12. Koncert wieczorny na dwa piwa...

Kilku młodzieńców, będących - jak to się elegancko określa - pod wpływem, urządziło sobie wczoraj wieczorem pod oknami koncert. Po odgłosach sądząc - siedzieli na ławce, jakieś dwa bloki od mojego.

Najpierw śpiewali chóralnie "daj mi tę noc, tę jedną noc". Dosyć równo im to wychodziło i linii melodycznej się trzymali, chociaż ograniczyli się tylko do zacytowanego fragmentu. Może nie znali całości, a może chcieli od razu przejść do meritum sprawy. Meritum odśpiewali dzielnie jakieś osiem razy. Na próżno. Nie dała.

Młodzieńcy przeszli zatem do kolejnego songu - tym razem będącego autoryzowanym przekładem. Na melodię "I love you, baby" odśpiewali hymn, składający się ze słów "kochamy ciebie, na na na na na na", wykazując się przy tym umiarkowanymi zdolnościami translatorskimi i niezwykłym poczuciem rytmu. Linia melodyczna - jak wyżej. Niestety i tu obiekt ich zbiorowych uczuć nie zareagował.

Nie zniechęceni tym młodzieńcy odśpiewali trzecią pieśń, prawdopodobnie kompozycję własną. A raczej - odśpiewał jeden, reszta klaskała do rytmu. Skutecznie go zagłuszając, przez co nie mogę przekazać Wam tekstu piosenki.

Potem nastąpiła cisza. Prawdopodobnie wśród publiczności koncertu znaleźli się, nieoczekiwanie dla artystów, panowie ze Straży Miejskiej. Skromni młodzieńcy nie przywykli widać do tak znamienitego audytorium i koncert przerwali.

Może i szkoda, śmieszny był...

czwartek, 15 czerwca 2006

11. Procesja

Boże Ciało. Procesja. Idzie sobie tłum ludzi, część śpiewa, część nie. Ministranci niosą nadajniki z głośnikami.
Aż jednemu ministrantowi głośnik się zepsuł. Zaczął przy nim majstrować i nagle, zamiast śpiewu organisty, popłynęły w tłum skoczne melodie z Radia Eska.

Ciekawe, czy ksiądz by się bardzo zdziwił, gdyby zauważył, że tył procesji śpiewa co innego niż początek procesji?

piątek, 9 czerwca 2006

10. Mundial, Niemcy - Kostaryka

Wrażenia w trakcie i po meczu Niemcy - Kostaryka (4:2)


Brat: Może mecz sprzedali?
Mrówka: W przerwie?
Brat: Nie, w szatni...

T.: Kostaryka jest słaba jak fiks...
Brat: To może nie będziemy ostatni... (do Mrówki) Ej, trzeba ci zabrać ten zeszyt!

Mrówka: Mogłam po jednej bramce więcej obstawić (bo na forum polonistów typowałam 3:1 dla Niemców)... To nie, myślałam sobie, że to za dużo...
Brat: Ty sobie myślałaś? Wpisz to do humoru...

czwartek, 8 czerwca 2006

9. O jedzeniu

Stałam przy oknie w szatni, z nosem przyklejonym do szyby. Dwa centymetry ode mnie, oddzielony jedynie taflą szkła, siedział mały czarny kotek. I jadł coś w rodzaju "Chappi", tylko dla kotów. Dostrzegł moją natarczywą obecność po drugiej stronie okna, ale jakoś się z tym pogodził i nie zgłaszał sprzeciwów.
Trwało to dłuższą chwilę - kot jadł ze smakiem, ja wpatrywałam się w niego zachłannie. Nagle podszedł do okna jakiś chłopak. Rzucił okiem na pożywiające się stworzenie i powiedział:
- O rany, myślałem, że on mysz tak je!

Taaaak... z pewnością wpatrywałabym się z zafascynowaniem w kota jedzącego mysz.

niedziela, 4 czerwca 2006

5. koty i smoki

Wracałam z bratem z kościoła. Zobaczyłam ślicznego kota, który schował się za krzakiem.
Mrówka: Patrz, za tym krzakiem jest schowany kot! Tylko go nie widać!
Brat popatrzył na mnie ze współczuciem i powiedział: patrz, za tamtym krzakiem jest schowany lew! Tylko go nie widać...

No co? Kot był!






"Tam dokąd zmierzam
rów głęboki
a dalej -
już tylko smoki"
to wiersz Urszuli Kozioł. Profesor z analizy i interpretacji przeczytał go ostatnio na zajęciach, a potem powiedział: państwo byście czegoś takiego nie napisali...
Po chwili dodał, patrząc na mnie: no, chyba że pani...
Nie wiem teraz, czy śmiać się, czy płakać. Z racji tego, że ten profesor moją twórczość raczej lubi, to chyba to był komplement...

sobota, 3 czerwca 2006

4. Dobroć ludzka nie zna granic

dr M.: Czy pan Olek się na mnie nie obrazi, jak dam mu +4?
Mrówka: Nie, powiemy mu, że miał dostać 3, ale jakoś panią ubłagałyśmy o 4+... jeszcze się ucieszy...

brat: Chcesz krówkę?
Mrówka: Nie.... nie chcę...
brat: No weź... sam trzech nie zjem...

piątek, 2 czerwca 2006

3. Lub bliźniego swego...

... mogłeś mieć gorszego.

Dzisiejsza, podnosząca na duchu dyskusja:
Mrówka: Mój Promotor mnie nie kocha!!! :(
Marcin D.: Nigdy cię nie kochał!
(nie ma to, jak pocieszenie... dlatego sprytnie zmieniłam temat)
Mrówka (zmienia temat): A widziałeś mojego bloga?
Marcin D.:Widziałem... i tak się zastanawiam, jak ty jeszcze nisko możesz upaść...




Wypożyczałam w Bibliotece Śl. książki. Jednej nie było i pan bibliotekarz dzwonił gdzieś, żeby się dowiedzieć, dlaczego. Ale zanim zadzwonił...
- Jaka jest końcówka na B-2? - zapytał Pan Bibliotekarz (PB).
- Na B-2? - zdziwiła się zapytana. Też bym była zaskoczona na jej miejscu.
- No, na szóstkę! - doprecyzował PB.
- Aha! - pani wyraźnie ulżyło. - To 564.

czwartek, 1 czerwca 2006

2. varia

Brat się nie chce przy mnie odzywać, żebym znowu o nim nie napisała. Ale mam wystarczająco dużo materiału na nową notkę ;).

Ostatnio ludzie śpiewali w kościele "Chwalcie łąki umajone". Mój brat po chwili skomentował: Myślałem, że śpiewają "Palcie łąki umajone"...


***

Czasami warto przysłuchiwać się rozmowom w autobusach...
X: No i musiałem przeciąć kłódkę piłką.
Y: Do metalu?
X: Nie, do tenisa!

środa, 31 maja 2006

1. Piłka jest okrągła...


Oglądam z bratem mecz Polska - Kolumbia.

Kiedy kolejny nasz zawodnik nie trafił w piłkę, z dziką radością zawołałam do brata: Patrz, patrz, minął się z piłką!!!
Brat zrezygnowanym głosem dodał: i z powołaniem.

Po zakończonym meczu mój brat westchnął jeszcze: będzie gorzej, niż parę lat temu. Tylko teraz nie mamy Edyty i nie będzie na kogo zwalić winy...