czwartek, 30 listopada 2006

104. Pomysł

Wpadłam na świetny - jak mi się wydawało - pomysł do urodzinowej szopki.

Zapisałam sobie ten pomysł.

Na drugi dzień zajrzałam do notatek:

"słup poszukuje stróża"

o co chodziło?

sobota, 25 listopada 2006

100. Uświadomiona

Na seminarium Promotor mówi coś gwarą. A że dla mnie gwara to język obcy, nie jestem w stanie całości powtórzyć.
- Co to znaczy "boćkać"? - zapytała Mrówka, kiedy Boss skończył.
- Całować się - wyjaśnił cierpliwy Promotor.
- Ahaaaaa! - olśniło Mrówkę. - To dlatego potem boćki dzieci przynoszą?
Promotor Mrówki zrezygnowany pokręcił głową.
- Mrówka, to ja jestem ciekawy, jak byś wytłumaczyła, że dzieci się w kapuście znajduje...

piątek, 24 listopada 2006

99. Prawo

- Idę na prawo - oznajmiła nam ostatnio Kasia. Zgodnie wytrzeszczyliśmy na nią oczy.
- Teraz idziesz? Na piątym roku polonistyki? - upewnił się Olek.
- Chce ci się iść na prawo? - zdziwiła się Mrówka, leniwa z natury.
- Taaaaak... - potwierdziła Kasia. Obejrzała sobie jeszcze nasze miny, a potem dodała - Na prawo jazdy idę.

Po pięciu minutach Olek wybuchnął (wcześniej nie był w stanie):
- Nie mogłaś mi tego dziesięć lat temu powiedzieć? Taki fajny żart dla kolegów bym miał! A tak to się zmarnowało!

czwartek, 23 listopada 2006

98. Na seminarium

- Anioły podobno pachną fiołkami - powiedział mój Promotor przy okazji rozważań okołoherbertowskich.
- Lawendą - uściślił Sal.
- To może już raczej naftaliną? - wyskoczyła Mrówka, której się skojarzyło ze środkami na mole. To znaczy przeciwko molom.
- Jeśli są zleżałe... - popatrzył na Mrówkę Bosski Promotor. - To może archanioł pachnie naftaliną...

- To ja panu przyniosę książkę. Albo nie. Dam ją Mrówce, bo wiem, że ona mi odda. - obiecał Boss (czyli ten sam Promotor).
- A jak nie odda? - spytała Mrówka. Promotor ujął w dwa palce rozdział pracy magisterskiej, powachlował się nim i przypomniał:
- Magisterium...

Dobra, i tak wiem, że on wie, że ja wiem, że mu oddam :D.



Seminarium zresztą zaczęło się mocnym uderzeniem.
- Gratuluję "Twórczości" - przywitał się z Mrówką Promotor-Boss.
- Dziękuję...
- Bo wiecie, opublikowali jej recenzję nie dlatego, że taka dobra była, tylko dlatego, że to z mojej książki, a mnie tam kochają.

poniedziałek, 20 listopada 2006

96. Zejdźcie z drogi

Ostatnio przez kilka kolejnych dni listonosz musiał się z różnymi paczkami i przesyłkami gramolić na czwarte piętro. Szczęśliwy z tego powodu nie był, wiem, bo uczestniczyłam w jednej z nim rozmowie.
- Jutro pewnie też pan coś do nas będzie musiał przynieść - poinformowała go moja mama, bardziej dla draki, niż w przewidywaniu przyszłości.
- O nie! - wysapał listonosz. - Pani sobie zamontuje w drzwiach na dole taki mały dzwoneczek i jak coś będę dla pani miał, to będę dzwonił. I wtedy pani sobie zejdzie.

Pomysłowy. Twórczy technicznie. Ale mama się nie zgodziła. Nawet jej się nie dziwię. Nie dziwię się też, że poczta chce strajkować... Już wiem, dlaczego...

Kilka lat temu proponowaliśmy na osiedlu zastawienie pułapki na listonosza. Bo nie przynosił żadnych listów. Inna sprawa, że nikt wtedy nic nie pisał. W każdym razie pomysł dawnej siatkarskiej grupy był jasny: zakładamy na listonosza pułapkę (facet nawet został o tym poinformowany, ale się nie przejął).
Kiedy o pomyśle dowiedział się Arturek (też jeden z siatkarskiej paczki), zapytał: ale jak chcesz zrobić pułapkę na listonosza? Z patyczka, pudełka i serka na sznurku?

Bardziej komiksowo wymyślić się tego nie dało. Perspektywa takiej pułapki sprawiła, że nigdy jej nie założyliśmy...

czwartek, 16 listopada 2006

94. Autografoman

Przyszedł dzisiaj na uczelnię Olek, miotnął mi przed nosem listopadowym numerem "Twórczości", włożył do ręki długopis i otworzył czasopismo.
- Tu autograf proszę - zadysponował.
- A... a... ale czy to konieczne? - pytam spłoszona.
- Tak. Podpisuj się. Tylko nie trzema krzyżykami!
- A jak się pomylę?
- Jak się pomylisz, to kupisz mi nowy egzemplarz i podpiszesz się na nim jeszcze raz - Olek wydawał się być zdecydowany na wszystko.
- To może ja poćwiczę na ulotce...
- Poćwicz - przyzwolił łaskawie Olek. - Bo wiesz, żeby dostać dyplom, trzeba ze cztery podpisy złożyć... Ta umiejętność ci się w życiu przyda...

Podpisałam się w końcu. Olek zabrał "Twórczość" i westchnął:
- O ludzie, co się człowiek musiał naprosić... to już łatwiej od Dody dostać autograf...

wtorek, 14 listopada 2006

93. Woda na pustyni

Jadę autobusem. W autobusie matka z dwójką dzieci. Młodsze dziecko, na oko dwuletnie, zwraca się do swojej matki:
- Pić, pić, pić!
Matka sięga do wózka, wyciąga butelkę. W tym czasie dziecko odwraca się i patrzy na emeryta (który siedział za matką).
- Pić, pić, pić - poinformowało dziecko emeryta.
- Nie mam nic do picia - rozłożył ręce emeryt. W tym czasie dziecko dostało od matki butelkę. Napiło się, a potem chciało poczęstować emeryta. No bo skoro nie miał...

niedziela, 12 listopada 2006

91. Hamlet współczesny

- Młody, Młodyy, a wieszszsz, która szczęka się rusza? Nie wieszszsz? No dolna! Bo górna jest jaka? Przyrośnięta jest! Nic was w tej szkole nie uczą! A wszyscy wiedzą, że to dolna szczęka się rusza! I jak się rusza to cała jesteś w skowronkach! Młody! Kto to śpiewał? Nie wieszszsz? Nic nie wiecie! Czego was w tych szkołach uczą... Klenczon to śpiewał! A Klenczon to był mądry facet, ale zaczął pić. I się rozpił. I potem się zabił samochodem. Dlatego ja autobusami jeżdżę! To się nie rozbiję! On w dodatku swój samochód rozwalił, a ja jeżdżę za darmo! Młody, a znasz to? "Życie jest nowelą". Znasz? Znasz! No widzisz! Nie lubię tego gościa, co to śpiewał. On z VOX-u był. Nie lubię go, bo przemądrzały strasznie. Ale tu miał rację. Bo życie to jest nowela, Młody. Ale was w tych szkołach to życia nie uczą. Niczego was nie uczą! Wojtuś! Wojtuś, wstawaj! Wojtuśśśś, ty pamiętaj, ty tu rządziszszszsz... Bo ja się mogę wozić tym autobusem w kółko, dopóki mnie nie wypierdolą. Ale to ty wieszszsz, gdzie mamy wysiąść, nie ja! Ty tu jesteś szefem! To pilnuj!

Warto jeździć autobusami. Cały ten monolog współczesnego Hamleta wygłaszał w jaworznickim autobusie pan w średnim wieku. Pan dzierżył w ręce otwartą puszkę piwa, z której co jakiś czas życiodajnego płynu nabierał, żeby głosu nie stracić; obok siebie miał reklamówkę z kolejnymi sześcioma puszkami piwa, nabytymi zgodnie z zasadą, że osobom nietrzeźwym alkoholu nie sprzedaje się. Na sąsiednim siedzeniu spał zrezygnowany mały piesek, do którego pan zwracał się czule per "Wojtuś".
Kiedy wsiadłam do autobusu, pan już w nim był. I już nadawał. Godziny szczytu. Dzieciaki wracające ze szkoły. Ja, przemieszczająca się po całym mieście. Gdyby nie brak czasu, pojechałabym dalej, żeby posłuchać, co on jeszcze powie...

środa, 8 listopada 2006

88. Problemy z tożsamością

Marek Lenc poinformował mnie, jakie zmiany chce wprowadzić na blogu. Oczywiście te zmiany mi się nie spodobały. Zaczęłam protestować.
- Nie histeryzuj - powiedział Marek. Zaczęłam protestować jeszcze bardziej.
- Bądź mężczyzną! - usłyszałam (przeczytałam raczej,bo na gg). O dalszej dyskusji mowy być nie mogło, padłam ze śmiechu przed monitorem.

Kiedy na POMie powiedziałam Arturkowi, że czegoś się boję, ten odparł:
- Bądź... twardą kobietą...
- Arturku, ale przy mojej tuszy nie mogę być TWARDĄ kobietą - zaprotestowałam. Arturek obrzucił mnie spojrzeniem, które sprawiło, że wbiłam się w fotel i starałam się wtopić w tapicerkę. A potem odwrócił się i usiadł tyłem do mnie.
- Co robisz? - zapytałam niepewnie.
- Odwracam się. Bo mam ochotę cię kopnąć, to żeby mnie nie kusiło... - wyjaśnił Arturek.

No to kim mam być?

sobota, 4 listopada 2006

85. wsPOMnienie

Arturek na POMie powiedział coś o szybko rosnącej gałce ocznej. Oczywiście zareagowałam natychmiast:
- Ale jakby mi tak szybko oczy rosły, to bym je miała na pół twarzy!
- Nie - pokręcił głową Arturek - u ciebie oczy zajmują część głowy przeznaczoną na mózg. Rosną ci w poziomie.
- Aha, faktycznie. Bo przecież ja mam mniejszy mózg, bo i rozumek niewielki.
- No właśnie. Więc dopiero jak ci oczy dojdą do tyłu głowy, to zaczną się robić wyłupiaste.

Wesoła perspektywa, nie ma co :D.

czwartek, 2 listopada 2006

83. Śnieg?

Wstałam rano (o 10:30... rano...). Odsłoniłam okno. Zasłoniłam. Odsłoniłam jeszcze raz. Przetarłam oczy i poleciałam do pokoju brata (okna z pokoju brata wychodzą na tę samą stronę).
- Słuchaj, u ciebie też przez okno widać śnieg? - zapytałam może mało inteligentnie, ale rozpaczliwie.
- Też - powiedział brat.
Nie uwierzyłam. Podeszłam do okna w jego pokoju i wyjrzałam. Śnieg już tam był.

Jestem za stara na śnieg. Wolę lato.

Odbył się dzisiaj drugi szaleńczy POM. Na chwilę przed przyjściem Arturka skaleczyłam się w palec. Wbiłam sobie nożyczki z kroplą atramentu. Dzwoni Arturek, otwieram drzwi.
- Cześć Arturku! Jestem ranna!
- Ranna w sensie "ranny ptaszek"? - zainteresował się Arturek. Dobrze, że nie wiedział, o której dzisiaj wstałam.
- Nie, ranna w sensie: jak po wojnie. Skaleczyłam się w palec.
- To ty niezdarna jesteś po prostu, a nie ranna - wyprowadził mnie z błędu Arturek.
A potem zabronił mi interesować się swoimi obrażeniami i powiedział, że mam się skupić na rozmowie z nim, a o palcu zaraz zapomnę.
Udało się.

środa, 1 listopada 2006

82. Z bratem za pan brat

Szliśmy sobie na cmentarz. Na chodniku leżała ulotka OPPMJ (Obecnie Panującego Prezydenta Miasta Jaworzna). Biedny prezydent spoglądał niewesoło z trochę już podeptanego zdjęcia.
- Prezydent sięgnął bruku - stwierdził tata filozoficznie.

Natychmiast zaczęliśmy z bratem wymyślać zdjęcie, za które moglibyśmy - dzięki lokalnemu konkursowi - wygrać dużą pizzę.
- Bo gdybyśmy wrzucili ulotkę ze zdjęciem OPPMJ do kałuży, a potem nad kałużą postawili prawdziwego OPPMJ i zrobili mu zdjęcie, że niby się w wodzie odbija... - zaproponowałam. Brat pokręcił głową:
- Nie uda ci się go namówić...
- Nie będę go namawiać! Powiem, że chciałabym z nim mieć zdjęcie, i niby przypadkiem ustawimy się nad kałużą z tym zdjęciem.
- On ci szybciej da pizzę, żebyś takiego zdjęcia nigdzie nie wysyłała - zaopiniował brat. I poszliśmy dalej.

Chwilę później bez uprzedzenia zaczęłam go bić po ramieniu. Po czterech czy pięciu uderzeniach mój brat zapytał, o co właściwie chodzi.
- O nic, robal ci spadł na ramię! - wysapałam i dalej go biłam z nadzieją, że robal nie utrzyma się i spadnie sam od wstrząsów.
- Ta, jasne - powiedział brat. A potem spojrzał na mnie i z błyskiem w oku dodał - o, robal ci usiadł na ramieniu!