Pobiłam dzisiaj swój własny rekord wytrzymałości na czytelnię. Od momentu rozstania z Bossem (po 11) do 14:02 (bo autobus miałam o 14:06) siedziałam nad materiałami o Załuckim. 4 recenzje plus 3 wzmianki w książkach. 12 stron notatek (a właściwie tekstów przepisywanych niemal w całości), 300 kilogramów przerzucanych "Żyć Literackich" i "Teatrów". Jedej fragment o Przyborze, znaleziony przypadkiem i przepisany od razu. Dość statystyk.
Piękny był komentarz o Załuckim w duchu socrealizmu, z 1953 roku (o grupie wierszy antyimperialistycznych i braku satyr o dywersji, szpiegach, reakcyjnym odłamie kleru, sabotażystach i "o tysiącach innych spraw, które są tak istotne dla naszych zmagań z reakcją").
Dobra, ja o swoich świadectwach lekturowych i planach na dwie najbliższe prace mogę mówić godzinami (Boss zresztą ma rację, grafomania to będzie i nikomu niepotrzebne teksty, ale przyjemność sprawiają ogromną ;)).
We wtorek Ania przypomniała sobie, że na 8 rano w środę ma przeczytać Wzlot Iwaszkiewicza. Nigdzie tego opowiadania nie mogła znaleźć. Sprawdziłam w moich tomach - było. Tylko że brakło czasu na skanowanie... Zaproponowałam Ani jedyne możliwe wyjście - przeczytam Iwachę i będę jej streszczać na bieżąco na gg.
I tak zrobiłyśmy. Wesoło było ;)
czwartek, 31 maja 2007
środa, 30 maja 2007
280. jak to Mrówka WPiA zdobywała czyli projekt "Załucki" faza I
W związku z zagłuszaniem dotkliwego bólu po rozstaniu z pracą magisterską, udała się Mrówka, owad niespokojny, w świat, żeby zdobyć materiały do wakacyjnego projektu "Załucki".
Bibliografię do pracy uzyskała w minut dwanaście, jeszcze w czasie przygotowywania się do obrony, jakiś tydzień temu. Tak szybko, bo
a) Boss na prosemi nauczył nas błyskawicznego konstruowania bibliografii (nawiasem mówiąc po tamtych zajęciach już nigdy nie stworzyłam tradycyjnego spisu książek, z podziałem na bibliografię podmiotową i przedmiotową);
b) nie było tego zbyt dużo.
Mrówka zorientowała się, że z 13 pozycji (recenzji, wywiadów i krótkich artykułów) 4 znajdzie we własnej wydziałowej czytelni czasopism i przestała sobie nimi zawracać głowę. Pozostała reszta, w której to reszcie taka "Gazeta Krakowska" czy "Głos Wielkopolski" z lat 50. mogą sprawić maleńkie trudności. Na razie to Mrówki nie przeraża.
Udała się więc Mrówka do czytelni Biblioteki Głównej UŚ. Tam - jak zawsze witana entuzjastycznie - zorientowała się, że 4 czasopisma dostanie, i owszem. W czytelni Wydziału Prawa i Administracji, Bankowa 11b.
Gdzie ten wydział? Niby nic prostszego, jak trafić po adresie. Ale Mrówka, po obwąchaniu terenów w okolicach Bankowej, zapytała w końcu o to pewnego przystojniaka, palącego sobie papierosy pod Wydziałem Nauk Społecznych.
Przystojniak westchnął.
Co kazało mi przypuszczać, że albo jest znudzony dziewczynami, które podrywają go na pytanie o WPiA (przy okazji - nie był w moim typie ;)), albo - że jestem trzydziestą czwartą osobą, która go dzisiaj zaczepia z pytaniem o lokalizację WPiA, albo - że droga do WPiA jest tak skomplikowana, że i tak nie zrozumiem i szkoda jego fatygi.
Podczas gdy Mrówka zajmowała się analizowaniem genezy westchnienia przystojniaka, ten zastanawiał się, jak najprościej opisać drogę. GPS w umyśle zadziałał mu jak trzeba - kazał mi skręcić za WNS-em i iść cały czas prosto.
Trafiłam bez problemu. Weszłam do budynku WPiA, znalazłam napis "BIBLIOTEKA". Pogawędziłam z panem, którego przeznaczenia nie udało mi się odgadnąć (stał za biurkiem i nic nie robił), okazało się, że idę w dobrym kierunku. Zapytałam więc jeszcze o szatnię.
Pan westchnął. I kazał mi wyjść z biblioteki, a potem iść do końca pierwszym korytarzem w lewo. Poszłam. Nie pożegnałam się z nim, w nadziei, że jakoś z powrotem trafię.
WPiA ma hol główny zbudowany na planie koła. Korytarze rozchodzą się od niego promieniście. Wycelowałam w pierwszy w lewo (chociaż szedł pod dziwnym kątem) i poszłam do końca. Trafiłam do wyjścia ewakuacyjnego. A potem do szatni. Wróciłam do biblioteki i polazłam do czytelni. Zamówiłam sobie 4 pisma i usłyszałam, że w ciągu pół godziny je otrzymam. Wtedy właśnie wysłałam do Slka rozpaczliwego smsa - że zabłądzę, bo nie zapamiętam na tak długo drogi do wyjścia.
Po 20 minutach dostałam dwa czasopisma i pewien pan, który mi je przyniósł, powiedział, że pozostałe nie istnieją. Upierałam się, że muszą istnieć.
Pan westchnął. Zaprosił mnie do katalogu, żebym pokazała mu, gdzie znalazłam takie cuda. Pokazałam. Pan zamyślił się i powiedział, że najprawdopodobniej te akurat numery zostały zalane, kiedy dziesięć lat temu Rawa trochę skręciła. Zapewniłam go, że jakoś sobie poradzę, sprowadzę to kiedyś przez wypożyczalnię międzybiblioteczną, bo może gdzie indziej nie zalało. Pogawędziliśmy sobie chwilę, pośmialiśmy się pod katalogami i poszłam czytać.
Przepisałam sobie pół wywiadu z Kernem i 3/4 recenzji Grońskiego z "Polityki" z roku 1985.
Do wyjścia trafiłam.
To dopiero początek, prawdziwa zabawa zacznie się niedługo...
PS - recenzja Grońskiego nosi tytuł Jeszcze jeden Starszy Pan - już wiem, że przyda mi się w pisaniu o Przyborze.
PS2 - a może by tak skontaktować się z Kernem i Grońskim? Nie ma rzeczy niemożliwych, mogę spróbować. Pytanie tylko, czy powiedzą mi coś, czego nie powiedzieli do tej pory... Kern powtarza o Załuckim wszędzie to samo... Groński w ogóle ma w zwyczaju pisać to samo na różne sposoby... Zobaczymy.
A za rozwlekłość tej notki uprzejmie proszę winić Stefanię Grodzieńską. Przeczytałam właśnie jej Już nic nie muszę i kwiczę ze śmiechu, a przy tym odezwała mi się potrzeba napisania czegoś dłuższego niż trzy zdania.
Bibliografię do pracy uzyskała w minut dwanaście, jeszcze w czasie przygotowywania się do obrony, jakiś tydzień temu. Tak szybko, bo
a) Boss na prosemi nauczył nas błyskawicznego konstruowania bibliografii (nawiasem mówiąc po tamtych zajęciach już nigdy nie stworzyłam tradycyjnego spisu książek, z podziałem na bibliografię podmiotową i przedmiotową);
b) nie było tego zbyt dużo.
Mrówka zorientowała się, że z 13 pozycji (recenzji, wywiadów i krótkich artykułów) 4 znajdzie we własnej wydziałowej czytelni czasopism i przestała sobie nimi zawracać głowę. Pozostała reszta, w której to reszcie taka "Gazeta Krakowska" czy "Głos Wielkopolski" z lat 50. mogą sprawić maleńkie trudności. Na razie to Mrówki nie przeraża.
Udała się więc Mrówka do czytelni Biblioteki Głównej UŚ. Tam - jak zawsze witana entuzjastycznie - zorientowała się, że 4 czasopisma dostanie, i owszem. W czytelni Wydziału Prawa i Administracji, Bankowa 11b.
Gdzie ten wydział? Niby nic prostszego, jak trafić po adresie. Ale Mrówka, po obwąchaniu terenów w okolicach Bankowej, zapytała w końcu o to pewnego przystojniaka, palącego sobie papierosy pod Wydziałem Nauk Społecznych.
Przystojniak westchnął.
Co kazało mi przypuszczać, że albo jest znudzony dziewczynami, które podrywają go na pytanie o WPiA (przy okazji - nie był w moim typie ;)), albo - że jestem trzydziestą czwartą osobą, która go dzisiaj zaczepia z pytaniem o lokalizację WPiA, albo - że droga do WPiA jest tak skomplikowana, że i tak nie zrozumiem i szkoda jego fatygi.
Podczas gdy Mrówka zajmowała się analizowaniem genezy westchnienia przystojniaka, ten zastanawiał się, jak najprościej opisać drogę. GPS w umyśle zadziałał mu jak trzeba - kazał mi skręcić za WNS-em i iść cały czas prosto.
Trafiłam bez problemu. Weszłam do budynku WPiA, znalazłam napis "BIBLIOTEKA". Pogawędziłam z panem, którego przeznaczenia nie udało mi się odgadnąć (stał za biurkiem i nic nie robił), okazało się, że idę w dobrym kierunku. Zapytałam więc jeszcze o szatnię.
Pan westchnął. I kazał mi wyjść z biblioteki, a potem iść do końca pierwszym korytarzem w lewo. Poszłam. Nie pożegnałam się z nim, w nadziei, że jakoś z powrotem trafię.
WPiA ma hol główny zbudowany na planie koła. Korytarze rozchodzą się od niego promieniście. Wycelowałam w pierwszy w lewo (chociaż szedł pod dziwnym kątem) i poszłam do końca. Trafiłam do wyjścia ewakuacyjnego. A potem do szatni. Wróciłam do biblioteki i polazłam do czytelni. Zamówiłam sobie 4 pisma i usłyszałam, że w ciągu pół godziny je otrzymam. Wtedy właśnie wysłałam do Slka rozpaczliwego smsa - że zabłądzę, bo nie zapamiętam na tak długo drogi do wyjścia.
Po 20 minutach dostałam dwa czasopisma i pewien pan, który mi je przyniósł, powiedział, że pozostałe nie istnieją. Upierałam się, że muszą istnieć.
Pan westchnął. Zaprosił mnie do katalogu, żebym pokazała mu, gdzie znalazłam takie cuda. Pokazałam. Pan zamyślił się i powiedział, że najprawdopodobniej te akurat numery zostały zalane, kiedy dziesięć lat temu Rawa trochę skręciła. Zapewniłam go, że jakoś sobie poradzę, sprowadzę to kiedyś przez wypożyczalnię międzybiblioteczną, bo może gdzie indziej nie zalało. Pogawędziliśmy sobie chwilę, pośmialiśmy się pod katalogami i poszłam czytać.
Przepisałam sobie pół wywiadu z Kernem i 3/4 recenzji Grońskiego z "Polityki" z roku 1985.
Do wyjścia trafiłam.
To dopiero początek, prawdziwa zabawa zacznie się niedługo...
PS - recenzja Grońskiego nosi tytuł Jeszcze jeden Starszy Pan - już wiem, że przyda mi się w pisaniu o Przyborze.
PS2 - a może by tak skontaktować się z Kernem i Grońskim? Nie ma rzeczy niemożliwych, mogę spróbować. Pytanie tylko, czy powiedzą mi coś, czego nie powiedzieli do tej pory... Kern powtarza o Załuckim wszędzie to samo... Groński w ogóle ma w zwyczaju pisać to samo na różne sposoby... Zobaczymy.
A za rozwlekłość tej notki uprzejmie proszę winić Stefanię Grodzieńską. Przeczytałam właśnie jej Już nic nie muszę i kwiczę ze śmiechu, a przy tym odezwała mi się potrzeba napisania czegoś dłuższego niż trzy zdania.
wtorek, 29 maja 2007
279. po kumite Mrówki czyli wspomnienia defensywne niektóre
Co ja mogę tu dzisiaj wpisać?
Sama nie wiem.
Wczoraj w Sosnowcu profilaktycznie nakrzyczał na mnie Boss. "A tylko spróbuj mi się na jutro nie nauczyć!" - usłyszałam. Dziękuję, nie będę próbować, jeden jedyny raz wystarczy mi do końca życia ;).
Siedzimy sobie dzisiaj przed 418.
Idzie Bosski.
Zaciera ręce i z daleka woła groźnie "no, to się zaraz zabawimy!".
Wesoło było, nie powiem. Tor stwierdził, że ja nawet na obronie muszę mieć śmiesznie... coś w tym jest. Atmosfera była naprawdę wspaniała. Szkoda tak naprawdę tylko jednego: że Jej Wysokość Pani X nawet w dzień naszej obrony nie potrafiła zrezygnować z własnej wyniosłości i samolubności. Ale cóż, nie będziemy żałować ostów. Gdy płoną róże.
W każdym razie było fantastycznie, wszystkim trzymającym kciuki i przesyłającym mi wyrazy otuchy - bardzo bardzo dziękuję! Pomogło ;).
Zaczekałyśmy z Anią na Profesora W, wręczyłyśmy mu prezent, Mrówka dostała z okazji obrony prezent o niebo lepszy. Narobiłyśmy sobie trochę zdjęć, jedno dołączam. Ania odbija się na nim w lustrze z tyłu ;).
Panie Profesorze - wszystkiego najlepszego raz jeszcze!
Idę spać, dobranoc i do zobaczenia jutro na blogu. W sensowniejszej notce, mam nadzieję.
Sama nie wiem.
Wczoraj w Sosnowcu profilaktycznie nakrzyczał na mnie Boss. "A tylko spróbuj mi się na jutro nie nauczyć!" - usłyszałam. Dziękuję, nie będę próbować, jeden jedyny raz wystarczy mi do końca życia ;).
Siedzimy sobie dzisiaj przed 418.
Idzie Bosski.
Zaciera ręce i z daleka woła groźnie "no, to się zaraz zabawimy!".
Wesoło było, nie powiem. Tor stwierdził, że ja nawet na obronie muszę mieć śmiesznie... coś w tym jest. Atmosfera była naprawdę wspaniała. Szkoda tak naprawdę tylko jednego: że Jej Wysokość Pani X nawet w dzień naszej obrony nie potrafiła zrezygnować z własnej wyniosłości i samolubności. Ale cóż, nie będziemy żałować ostów. Gdy płoną róże.
W każdym razie było fantastycznie, wszystkim trzymającym kciuki i przesyłającym mi wyrazy otuchy - bardzo bardzo dziękuję! Pomogło ;).
Zaczekałyśmy z Anią na Profesora W, wręczyłyśmy mu prezent, Mrówka dostała z okazji obrony prezent o niebo lepszy. Narobiłyśmy sobie trochę zdjęć, jedno dołączam. Ania odbija się na nim w lustrze z tyłu ;).
Panie Profesorze - wszystkiego najlepszego raz jeszcze!
Idę spać, dobranoc i do zobaczenia jutro na blogu. W sensowniejszej notce, mam nadzieję.
piątek, 25 maja 2007
276. boy
Wczoraj Marek (ML) na coś narzekał. Z okazji zbliżających się jego urodzin poleciałam odruchowo Boyem:
- Bo wiesz... Ty się robisz coraz starszy,
wszystko Ci po trochu parszy-
wieje
Po chwili rozmowy Marek zapytał z oburzeniem:
- PARSZYWIEJĘ??!!
Dobrze, że to na gg było, bo musiałabym uciekać.
- Bo wiesz... Ty się robisz coraz starszy,
wszystko Ci po trochu parszy-
wieje
Po chwili rozmowy Marek zapytał z oburzeniem:
- PARSZYWIEJĘ??!!
Dobrze, że to na gg było, bo musiałabym uciekać.
czwartek, 24 maja 2007
275. ---
Rozmawiałyśmy wczoraj z Anią (Szczepanik) w okolicach rektoratu. W południe. W pewnym momencie Ania zapatrzyła się na wróbla i nagle westchnęła, mówiąc:
- Jakbym miała tak przez całe życie skakać, to chyba bym zwariowała!
Nieśmiało zwróciłam jej uwagę, że ptaki od czasu do czasu też fruwają. Wróbel zrobił mi grzeczność i zademonstrował tę umiejętność. Na szczęście ;).
W klatce Mrówki (to znaczy w klatce SCHODOWEJ, nie, że ktoś Mrówkę w klatce zamknął) co roku szpaki zakładają gniazdo. W tej chwili dorastają maleństwa z drugiego... hmm... lęgu? Znoszenia jajek? W każdym razie teraz jest w gniazdku aż pięć przepięknych i zdrowych szpaczątek! Lada dzień zaczną fruwać, już najchętniej wyszłyby z gniazda. I ciągle piszczą, bo są bez przerwy głodne. Urocze.
- Jakbym miała tak przez całe życie skakać, to chyba bym zwariowała!
Nieśmiało zwróciłam jej uwagę, że ptaki od czasu do czasu też fruwają. Wróbel zrobił mi grzeczność i zademonstrował tę umiejętność. Na szczęście ;).
W klatce Mrówki (to znaczy w klatce SCHODOWEJ, nie, że ktoś Mrówkę w klatce zamknął) co roku szpaki zakładają gniazdo. W tej chwili dorastają maleństwa z drugiego... hmm... lęgu? Znoszenia jajek? W każdym razie teraz jest w gniazdku aż pięć przepięknych i zdrowych szpaczątek! Lada dzień zaczną fruwać, już najchętniej wyszłyby z gniazda. I ciągle piszczą, bo są bez przerwy głodne. Urocze.
środa, 23 maja 2007
274. prokreacja
- Zboczeńcy! - krzyknął wczoraj Fimbul, kiedy wieczorem rozmawialiśmy na gg. Nie umiałam sobie tego okrzyku do niczego dopasować, więc poprosiłam o wyjaśnienia.
- Na moim monitorze - zaczął Fimbul niepewnie - Jakby ci to powiedzieć... - I zacytował Miłosza pastiszującego księdza Bakę:
Ach te muchi
ach te muchi
wykonują dziwne ruchi.
Spadłam z krzesła ze śmiechu. Kiedy ponownie się na nie wdrapałam, przeczytałam dopisek Fimbula:
- Tylko mi to przeszkadza...
- A duże są, czy takie małe jak piksel? - poinformowałam się.
- Małe.
- Aha... to nie zwracaj uwagi. Jak skończą, to sobie pójdą - wykrztusiłam. A potem od razu dla porządku zapytałam, czy mogę to wykorzystać na blogu.
Fimbul pozwolił mi na to, ale zażądał wierszówki.
Dostał fraszkę:
Fimbulwinter
Naciąga Mrówkę
Na wierszówkę.
Tanio mi się udało kupić materiał na notkę ;)
A w tej chwili trwa jakiś mecz - Sal powiedział, żebym napisała na blogu, że wszyscy mają kibicować AC Milan.
No chyba że coś pokręciłam ;)
- Na moim monitorze - zaczął Fimbul niepewnie - Jakby ci to powiedzieć... - I zacytował Miłosza pastiszującego księdza Bakę:
Ach te muchi
ach te muchi
wykonują dziwne ruchi.
Spadłam z krzesła ze śmiechu. Kiedy ponownie się na nie wdrapałam, przeczytałam dopisek Fimbula:
- Tylko mi to przeszkadza...
- A duże są, czy takie małe jak piksel? - poinformowałam się.
- Małe.
- Aha... to nie zwracaj uwagi. Jak skończą, to sobie pójdą - wykrztusiłam. A potem od razu dla porządku zapytałam, czy mogę to wykorzystać na blogu.
Fimbul pozwolił mi na to, ale zażądał wierszówki.
Dostał fraszkę:
Fimbulwinter
Naciąga Mrówkę
Na wierszówkę.
Tanio mi się udało kupić materiał na notkę ;)
A w tej chwili trwa jakiś mecz - Sal powiedział, żebym napisała na blogu, że wszyscy mają kibicować AC Milan.
No chyba że coś pokręciłam ;)
wtorek, 22 maja 2007
273. książka przyszłości
SKARGA
Dotyczy: Sławka zwanego Slkiem albo Tyranem.
Osoba pokrzywdzona: Mrówka.
Opis wydarzeń:
Slk przygotowywał sobie konspekt lekcji, którą miał przeprowadzić dzisiaj w jakiejś piątej (chyba) klasie. Podczytywałam mu przez ramię (za jego zgodą) to, co pojawiało się na ekranie laptopa i komentowałam na bieżąco.
Jako ostatni punkt lekcji wpisał Tyran pomysł, żeby dzieci narysowały, jak wyobrażają sobie książkę przyszłości.
Podskoczyłam na krześle, wyciągnęłam kartkę i powiedziałam Sławkowi, że ja nawet mam pomysł, jak taka książka przyszłości wyglądać powinna. Slk uprzejmie wyraził zgodę na realizację moich twórczych idei.
Narysowałam.
Mój rysunek wyglądał tak:
.
Slk przeniósł wzrok z kartki na mnie i ostrożnie (bo z wariatami trzeba delikatnie) poprosił o wyjaśnienia.
No to powiedziałam mu, że to jest taki przycisk i jak się go dotknie, to pojawia się książka, którą właśnie chcemy poznać. Może się wyświetlać gdzieś w powietrzu, może być czytana przez lektora wprost do naszego ucha, może być w formie tradycyjnej (na przykład wyjeżdżająca ze ściany, żeby nie trzeba było biegać po bibliotekach i po księgarniach). Po paru godzinach zmodyfikowałam jeszcze pomysł i stwierdziłam, że to nie musi być przycisk. Wystarczy narysować sobie na byle jakiej kartce kropkę i ją nacisnąć. W końcu to książka PRZYSZŁOŚCI ma być... Mogę sobie nie żałować.
Przedstawiłam pomysł i byłam z siebie dumna. A Slk? Slk zachował się okrutnie.
Nie pochwalił mnie.
Nie dał mi żadnej nagrody (a dla dzieci przewidywał jakieś cukierki!)
Powiedziałam mu, że postąpił niepedagogicznie i obrażam się na niego.
Sal, kiedy wieczorem zobaczył na gg moją wersję książki przyszłości, skomentował - "cóż za prostota w formie".
Fimbul, jak mu pokazałam sam rysunek, bez wyjaśnień, zapytał:
- To znaczy, że niby mało będą czytać?
A potem wprowadził własny pomysł, na książkę w pigułce.
- Ale to chyba już jest, no nie? Nie tak się mówi na bryki? - zastanowiłam się.
- W pigułce, a nie w pigule - odrzekł Fimbul. - Łykasz, popijasz wodą i wiesz, o czym jest.
- Taaa... a niektórymi książkami to ci się nawet odbija... - dodałam.
- Albo masz po nich niestrawność - uzupełnił Fimbul.
- Ale przecież już teraz się o niektórych mówi, że połykają książki! - zauważyłam.
No to mamy gotową prognozę. Już się zaczyna sprawdzać.
Zaraz potem poskarżyłam się Fimbulowi, że za mój odkrywczy pomysł nie dostałam od Slka żadnej nagrody. ŻADNEJ.
- Jak to? - zdziwił się Fimbul. - Nie dał ci cukierka?
- Nie!
- Ani plusa?
- Nie! Jutro go za to obsmaruję na blogu.
A dzisiaj Fimbul z Slkiem weszli w jakąś tajną komitywę i razem stwierdzili, że Slk miał rację.
NIE MIAŁ!
Prawda? ;)
PS - a teraz idę czytać zupełnie tradycyjne i cudem znalezione Fado Stasiuka na ostatni czwartek, bo sobie dzisiaj uświadomiłam, że ostatni czwartek miesiąca jest już w tym tygodniu... Życie nie przestaje mnie zaskakiwać.
Dotyczy: Sławka zwanego Slkiem albo Tyranem.
Osoba pokrzywdzona: Mrówka.
Opis wydarzeń:
Slk przygotowywał sobie konspekt lekcji, którą miał przeprowadzić dzisiaj w jakiejś piątej (chyba) klasie. Podczytywałam mu przez ramię (za jego zgodą) to, co pojawiało się na ekranie laptopa i komentowałam na bieżąco.
Jako ostatni punkt lekcji wpisał Tyran pomysł, żeby dzieci narysowały, jak wyobrażają sobie książkę przyszłości.
Podskoczyłam na krześle, wyciągnęłam kartkę i powiedziałam Sławkowi, że ja nawet mam pomysł, jak taka książka przyszłości wyglądać powinna. Slk uprzejmie wyraził zgodę na realizację moich twórczych idei.
Narysowałam.
Mój rysunek wyglądał tak:
.
Slk przeniósł wzrok z kartki na mnie i ostrożnie (bo z wariatami trzeba delikatnie) poprosił o wyjaśnienia.
No to powiedziałam mu, że to jest taki przycisk i jak się go dotknie, to pojawia się książka, którą właśnie chcemy poznać. Może się wyświetlać gdzieś w powietrzu, może być czytana przez lektora wprost do naszego ucha, może być w formie tradycyjnej (na przykład wyjeżdżająca ze ściany, żeby nie trzeba było biegać po bibliotekach i po księgarniach). Po paru godzinach zmodyfikowałam jeszcze pomysł i stwierdziłam, że to nie musi być przycisk. Wystarczy narysować sobie na byle jakiej kartce kropkę i ją nacisnąć. W końcu to książka PRZYSZŁOŚCI ma być... Mogę sobie nie żałować.
Przedstawiłam pomysł i byłam z siebie dumna. A Slk? Slk zachował się okrutnie.
Nie pochwalił mnie.
Nie dał mi żadnej nagrody (a dla dzieci przewidywał jakieś cukierki!)
Powiedziałam mu, że postąpił niepedagogicznie i obrażam się na niego.
Sal, kiedy wieczorem zobaczył na gg moją wersję książki przyszłości, skomentował - "cóż za prostota w formie".
Fimbul, jak mu pokazałam sam rysunek, bez wyjaśnień, zapytał:
- To znaczy, że niby mało będą czytać?
A potem wprowadził własny pomysł, na książkę w pigułce.
- Ale to chyba już jest, no nie? Nie tak się mówi na bryki? - zastanowiłam się.
- W pigułce, a nie w pigule - odrzekł Fimbul. - Łykasz, popijasz wodą i wiesz, o czym jest.
- Taaa... a niektórymi książkami to ci się nawet odbija... - dodałam.
- Albo masz po nich niestrawność - uzupełnił Fimbul.
- Ale przecież już teraz się o niektórych mówi, że połykają książki! - zauważyłam.
No to mamy gotową prognozę. Już się zaczyna sprawdzać.
Zaraz potem poskarżyłam się Fimbulowi, że za mój odkrywczy pomysł nie dostałam od Slka żadnej nagrody. ŻADNEJ.
- Jak to? - zdziwił się Fimbul. - Nie dał ci cukierka?
- Nie!
- Ani plusa?
- Nie! Jutro go za to obsmaruję na blogu.
A dzisiaj Fimbul z Slkiem weszli w jakąś tajną komitywę i razem stwierdzili, że Slk miał rację.
NIE MIAŁ!
Prawda? ;)
PS - a teraz idę czytać zupełnie tradycyjne i cudem znalezione Fado Stasiuka na ostatni czwartek, bo sobie dzisiaj uświadomiłam, że ostatni czwartek miesiąca jest już w tym tygodniu... Życie nie przestaje mnie zaskakiwać.
poniedziałek, 21 maja 2007
272. złamany kręgosłup
Po raz pierwszy od pięciu lat wyruszyłam dzisiaj do Katowic z plecakiem. Z prostej przyczyny: w torbie wszystko, co musiałam ze sobą zabrać, by się nie zmieściło, a poza tym nie było szans udźwignięcia tego na jednym ramieniu. Miałam ze sobą trzy egzemplarze pracy magisterskiej, książkę dla Olka, tekst dla Sławka, indeks, zdjęcia, różne papiery do dziekanatu, dwie butelki picia, jakąś kanapkę i masę drobiazgów rozmaitych, mniej lub bardziej (częściej bardziej) ciężkich.
Musiałam zawieźć prace do ksero, tam oprawić i pozbyć się ich na wydziale. Kamil (Sal) nawet zaoferował mi swoją pomoc w przeniesieniu tego od ksera do wydziału. Miał siłę, miał chęć, tylko czasu nie miał ;). Trzeba było sobie jakoś radzić. Pocieszałam się więc, że to nie jest taka obszerna praca.
Z nadzieją, że im bliżej ziemi tym mniejsze przyciąganie, zeszłam rano ze swojego czwartego piętra i powlokłam się do autobusu. Ale spotkało mnie rozczarowanie. Przyciąganie było tym większe, im dalej szłam.
Jakoś naiwnie liczyłam na to, że po oprawieniu moje prace staną się lżejsze. Nic z tego. Nie wiem jakim cudem dostałam się na wydział i to na czwarte piętro, ale jakoś się udało. Dotarłam do Bosskiego Promotora i powiedziałam, że mam złamany kręgosłup (na co Boss natychmiast zapytał, czy moralny, więc przy okazji padłam ze śmiechu).
Może by i martyrologiczna historia zakończyła się w tym momencie. Ale traf chciał, że dzisiaj rano mi strzeliły korzonki. I całe to dźwiganie musiałam odwalać z dodatkowymi atrakcjami. Nie rąbnęło mnie mocno, problem mam głównie przy schylaniu się. I prostowaniu. Kiedy człowiek nie może się normalnie wyprostować BEZ obciążenia, to wesoło mu się robi, kiedy ma przy tym podnieść jeszcze plecak cięższy od siebie (i pomyśleć, że biedne mrówki mają to w zwyczaju... znaczy, nie podnoszą plecaków, tylko różne kamyczki, ale przesłanie jest takie samo).
Tak egzystowałam sobie ze złamanym kręgosłupem i rwącymi korzonkami. I przypomniała mi się jedna historyjka z trzeciego roku.
Połamało mnie wtedy w trakcie zajęć (też korzonki, a jakże) i do końca dnia nie udało mi się wyprostować, chodziłam tylko zgięta wpół. Do przystanku doholował mnie Olek, bo w tych czasach jeszcze codziennie wracaliśmy razem.
Przez całą drogę Olek mnie rozweselał. To znaczy... "rozweselał" to mało powiedziane. Szłam z nosem przy ziemi i płakałam ze śmiechu, udając, że się zginam z nadmiernej radości, a nie przez korzonki.
Na przystanku na Warszawskiej (wtedy jeszcze tam był...) spotkałam brata. Mojego. Własnego. Brat zobaczył mój stan, zabrał mi torbę i niósł do samego domu (co miało swoje dobre strony, nie powiem ;)). A potem była górka...
Brat pokonał wzniesienie bez problemów i czekał na mnie, przyglądając się, jaką wybiorę metodę dotarcia na wierzchołek (bo przy dwumetrowej jeno różnicy poziomów trudno mówić "szczyt"). Wybrałam sposób niespieszny i dystyngowany. Pół kroczku. Potem ćwierć. Potem znowu ćwierć. Z nadzieją, że się nie zsunę na jakimś kamyku. Ćwierć kroczku. Ćwierć kroczku. Ćwierć kroczku. Przerwa na odpoczynek. Ćwierć kroczku. Nagle usłyszałam głos brata:
- LOL NIE GALOPUJ TAK!!!
No BARDZO śmieszne :D
Musiałam zawieźć prace do ksero, tam oprawić i pozbyć się ich na wydziale. Kamil (Sal) nawet zaoferował mi swoją pomoc w przeniesieniu tego od ksera do wydziału. Miał siłę, miał chęć, tylko czasu nie miał ;). Trzeba było sobie jakoś radzić. Pocieszałam się więc, że to nie jest taka obszerna praca.
Z nadzieją, że im bliżej ziemi tym mniejsze przyciąganie, zeszłam rano ze swojego czwartego piętra i powlokłam się do autobusu. Ale spotkało mnie rozczarowanie. Przyciąganie było tym większe, im dalej szłam.
Jakoś naiwnie liczyłam na to, że po oprawieniu moje prace staną się lżejsze. Nic z tego. Nie wiem jakim cudem dostałam się na wydział i to na czwarte piętro, ale jakoś się udało. Dotarłam do Bosskiego Promotora i powiedziałam, że mam złamany kręgosłup (na co Boss natychmiast zapytał, czy moralny, więc przy okazji padłam ze śmiechu).
Może by i martyrologiczna historia zakończyła się w tym momencie. Ale traf chciał, że dzisiaj rano mi strzeliły korzonki. I całe to dźwiganie musiałam odwalać z dodatkowymi atrakcjami. Nie rąbnęło mnie mocno, problem mam głównie przy schylaniu się. I prostowaniu. Kiedy człowiek nie może się normalnie wyprostować BEZ obciążenia, to wesoło mu się robi, kiedy ma przy tym podnieść jeszcze plecak cięższy od siebie (i pomyśleć, że biedne mrówki mają to w zwyczaju... znaczy, nie podnoszą plecaków, tylko różne kamyczki, ale przesłanie jest takie samo).
Tak egzystowałam sobie ze złamanym kręgosłupem i rwącymi korzonkami. I przypomniała mi się jedna historyjka z trzeciego roku.
Połamało mnie wtedy w trakcie zajęć (też korzonki, a jakże) i do końca dnia nie udało mi się wyprostować, chodziłam tylko zgięta wpół. Do przystanku doholował mnie Olek, bo w tych czasach jeszcze codziennie wracaliśmy razem.
Przez całą drogę Olek mnie rozweselał. To znaczy... "rozweselał" to mało powiedziane. Szłam z nosem przy ziemi i płakałam ze śmiechu, udając, że się zginam z nadmiernej radości, a nie przez korzonki.
Na przystanku na Warszawskiej (wtedy jeszcze tam był...) spotkałam brata. Mojego. Własnego. Brat zobaczył mój stan, zabrał mi torbę i niósł do samego domu (co miało swoje dobre strony, nie powiem ;)). A potem była górka...
Brat pokonał wzniesienie bez problemów i czekał na mnie, przyglądając się, jaką wybiorę metodę dotarcia na wierzchołek (bo przy dwumetrowej jeno różnicy poziomów trudno mówić "szczyt"). Wybrałam sposób niespieszny i dystyngowany. Pół kroczku. Potem ćwierć. Potem znowu ćwierć. Z nadzieją, że się nie zsunę na jakimś kamyku. Ćwierć kroczku. Ćwierć kroczku. Ćwierć kroczku. Przerwa na odpoczynek. Ćwierć kroczku. Nagle usłyszałam głos brata:
- LOL NIE GALOPUJ TAK!!!
No BARDZO śmieszne :D
czwartek, 17 maja 2007
268. ciąża
Szok poporodowy? Chyba właśnie się w coś takiego wpakowałam. Ciąża trwała jakieś 3 miesiące w porywach do dwóch lat, rozwiązanie było długie i leniwe jak ruskie pierogi. A przed chwilą przecięłam pępowinę.
Czyli: przed momentem skończyłam pisanie pracy magisterskiej, a raczej - robienie korekt, poprawek, zmian technicznych itp. I całość wysłałam do Wojtka, który zaofiarował się, że weźmie na siebie wydanie mojego dziecka na świat(ło dzienne).
[Do czego to doszło, swoją drogą...]
Mówiąc wprost: Wojtek wydrukuje mi całość. Za co mu jestem wdzięczna niezmiernie.
Co nie zmienia faktu, że jest mi z powodu skończenia pracy smutno i rozczulam się nad sobą.
Już nie będę podrywać się na widok każdego cytatu, który by mi pasował jako kontekst.
Już nie będę bazgrać na byle jakich skrawkach papieru pomysłów, które wpadną mi do głowy znienacka.
Już nie będę przerywać w pół zdania pisanie czegokolwiek tylko dlatego, że wymyśliłam ciekawe sformułowanie, które mogę wykorzystać w rozdziale.
Już nie będę zasypywać Bossa planami i pomysłami na magisterium.
Już nie będę, na pytanie "co robisz", odpowiadać z radością "piszę pracę magisterską".
Już nie będę wszystkim naokoło, bez względu na to, czy chcą słuchać, opowiadać, na jakie nowe sposoby ujęcia tematu wpadłam.
Dla otoczenia może to i lepiej. Dla mnie? Nie wiem...
I czuję w sobie pustkę. I żal. I tak mi czegoś brak. I zdaje się, że zaczynam tworzyć w konwencji melodramatycznej, więc przerywam smęcenie. Teraz wątek pocieszający. Mam czteropłytowe wydanie Piosenek jeszcze Starszych Panów. Mimo że opracowane jest zupełnie idiotycznie, posłuchać można. I się pośmiać. Nawet w depresji poporodowej ;).
Przejdzie mi do jutra. Może.
Czyli: przed momentem skończyłam pisanie pracy magisterskiej, a raczej - robienie korekt, poprawek, zmian technicznych itp. I całość wysłałam do Wojtka, który zaofiarował się, że weźmie na siebie wydanie mojego dziecka na świat(ło dzienne).
[Do czego to doszło, swoją drogą...]
Mówiąc wprost: Wojtek wydrukuje mi całość. Za co mu jestem wdzięczna niezmiernie.
Co nie zmienia faktu, że jest mi z powodu skończenia pracy smutno i rozczulam się nad sobą.
Już nie będę podrywać się na widok każdego cytatu, który by mi pasował jako kontekst.
Już nie będę bazgrać na byle jakich skrawkach papieru pomysłów, które wpadną mi do głowy znienacka.
Już nie będę przerywać w pół zdania pisanie czegokolwiek tylko dlatego, że wymyśliłam ciekawe sformułowanie, które mogę wykorzystać w rozdziale.
Już nie będę zasypywać Bossa planami i pomysłami na magisterium.
Już nie będę, na pytanie "co robisz", odpowiadać z radością "piszę pracę magisterską".
Już nie będę wszystkim naokoło, bez względu na to, czy chcą słuchać, opowiadać, na jakie nowe sposoby ujęcia tematu wpadłam.
Dla otoczenia może to i lepiej. Dla mnie? Nie wiem...
I czuję w sobie pustkę. I żal. I tak mi czegoś brak. I zdaje się, że zaczynam tworzyć w konwencji melodramatycznej, więc przerywam smęcenie. Teraz wątek pocieszający. Mam czteropłytowe wydanie Piosenek jeszcze Starszych Panów. Mimo że opracowane jest zupełnie idiotycznie, posłuchać można. I się pośmiać. Nawet w depresji poporodowej ;).
Przejdzie mi do jutra. Może.
środa, 16 maja 2007
267. chaos
Dzień, jak zwykle, szalony. Chronologicznie wypada jakoś tak:
Robert życzy mi, żeby moje szuflady dostały anoreksji. Zgadzam się z nim, bo może część tej anoreksji szufladowej przejdzie na ich (tj. szuflad) właścicielkę i trochę schudnę.
Trochę, bo pasek do spodni pożyczam od brata, a nie uśmiecha mi się chodzenie w jednej nogawce i udawanie, że to długa i wąska spódnica.
Chociaż może jakbym bardzo schudła, to nie musiałabym udawać, że wąska? W każdym razie poza pomysłem odchudzania szuflad (znaczy, wywalenia swojej twórczości na światło dzienne), Ro zachęca mnie do napisania tekstu dla jego zespołu.
Bardzo chętnie, niech tylko dostanę temat (zabrzmiało jak "niech ja go tylko dorwę").
Bartek (od niedawna kompozytor Ballady) utrzymuje, zapewne z grzeczności, że mu się podobają moje teksty i chce mnie poznać. Kiedyś. (to przełożenie spotkania na "kiedyś", nie wiem, czy bardziej za sprawą Bartka, czy twórcy "Spotkań", ma sporo sensu. Oficjalnie - najpierw mam skończyć studia. Nieoficjalnie - może mnie unikają? ;) )
Fimbul... Kiedy widzimy się z Fimbulem, to zawsze na początku udajemy, że się NIE widzimy. W tym celu musimy nawiązać ze sobą pierwszy kontakt wzrokowy (nic to, że innego nie nawiązujemy, chyba że Fimbul trenuje na mnie jakieś ciosy karate). Potem trzeba odwrócić wzrok, zadrzeć brodę do góry i udawać, że to w ogóle nie my. Dzisiaj po tej całej pantomimie przywitałam Fimbula słowami "wiesz, jak trzeba się namęczyć, żeby cię zobaczyć, i żebyś zobaczył, że udaję, że cię nie widzę?"
Jeszcze parę takich tekstów i naprawdę zacznie udawać, że mnie nie widzi...
Na Piotrka wpadłam, kiedy był zajęty okupowaniem dziekanatu (zamkniętego w środy). Dopiął swego, wdarł się przemocą na tereny niedostępne dla zwykłych śmiertelników, a potem razem polecieliśmy na dworzec. Przeszliśmy podziemiami. Piotrek odprowadził mnie pod samo wyjście z dworca i powiedział, że teraz już się nie powinnam zgubić.
Zawsze się zastanawiam, czy aż tak po mnie widać, że nie mam orientacji w terenie...
Z Profesorem W gadałam przez telefon.
- Co porabiasz? - zagadnął Profesor W. Rzuciłam okiem na trzymaną na kolanach książkę.
- Czytam sobie powieść biograficzną o Andersenie - odparłam, zgodnie zresztą z prawdą.
- No tak... I pewnie będziesz ją potem recenzować?
Pewnie będę ;). Ale świetna jest, wciągnęłam się i czytam na razie dla przyjemności.
Robert życzy mi, żeby moje szuflady dostały anoreksji. Zgadzam się z nim, bo może część tej anoreksji szufladowej przejdzie na ich (tj. szuflad) właścicielkę i trochę schudnę.
Trochę, bo pasek do spodni pożyczam od brata, a nie uśmiecha mi się chodzenie w jednej nogawce i udawanie, że to długa i wąska spódnica.
Chociaż może jakbym bardzo schudła, to nie musiałabym udawać, że wąska? W każdym razie poza pomysłem odchudzania szuflad (znaczy, wywalenia swojej twórczości na światło dzienne), Ro zachęca mnie do napisania tekstu dla jego zespołu.
Bardzo chętnie, niech tylko dostanę temat (zabrzmiało jak "niech ja go tylko dorwę").
Bartek (od niedawna kompozytor Ballady) utrzymuje, zapewne z grzeczności, że mu się podobają moje teksty i chce mnie poznać. Kiedyś. (to przełożenie spotkania na "kiedyś", nie wiem, czy bardziej za sprawą Bartka, czy twórcy "Spotkań", ma sporo sensu. Oficjalnie - najpierw mam skończyć studia. Nieoficjalnie - może mnie unikają? ;) )
Fimbul... Kiedy widzimy się z Fimbulem, to zawsze na początku udajemy, że się NIE widzimy. W tym celu musimy nawiązać ze sobą pierwszy kontakt wzrokowy (nic to, że innego nie nawiązujemy, chyba że Fimbul trenuje na mnie jakieś ciosy karate). Potem trzeba odwrócić wzrok, zadrzeć brodę do góry i udawać, że to w ogóle nie my. Dzisiaj po tej całej pantomimie przywitałam Fimbula słowami "wiesz, jak trzeba się namęczyć, żeby cię zobaczyć, i żebyś zobaczył, że udaję, że cię nie widzę?"
Jeszcze parę takich tekstów i naprawdę zacznie udawać, że mnie nie widzi...
Na Piotrka wpadłam, kiedy był zajęty okupowaniem dziekanatu (zamkniętego w środy). Dopiął swego, wdarł się przemocą na tereny niedostępne dla zwykłych śmiertelników, a potem razem polecieliśmy na dworzec. Przeszliśmy podziemiami. Piotrek odprowadził mnie pod samo wyjście z dworca i powiedział, że teraz już się nie powinnam zgubić.
Zawsze się zastanawiam, czy aż tak po mnie widać, że nie mam orientacji w terenie...
Z Profesorem W gadałam przez telefon.
- Co porabiasz? - zagadnął Profesor W. Rzuciłam okiem na trzymaną na kolanach książkę.
- Czytam sobie powieść biograficzną o Andersenie - odparłam, zgodnie zresztą z prawdą.
- No tak... I pewnie będziesz ją potem recenzować?
Pewnie będę ;). Ale świetna jest, wciągnęłam się i czytam na razie dla przyjemności.
wtorek, 15 maja 2007
266. rozterki człowieka piszącego
- Fimbulku!!! - zajęczałam na gg. - Napisałam TAKI ŚLICZNY WIERSZYK i nikt go nie chce czytać!!! Buuu ;(
- Bo pewnie długi? - zapytał Fimbul i poradził mi - Musisz haiku pisać, to każdy przeczyta.
Tja...
- Bo pewnie długi? - zapytał Fimbul i poradził mi - Musisz haiku pisać, to każdy przeczyta.
Tja...
niedziela, 13 maja 2007
264. motywacje do zdania
Jakiś miesiąc temu (mogłabym sprawdzić na blogu, ale mi się nie chce) siedzieliśmy sobie w trójkę - ja, a39 i Olek - po seminarium pod salą. I dyskutowaliśmy.
Przyszedł Boss i wpuścił do gabinetu swoje seminarium z rocznika niżej. Przez chwilę przyglądaliśmy się "tamtym" w milczeniu.
- Tam nie ma żadnych facetów! - zauważyła a39.
- Ooooo - powiedział Olek. A kiedy popatrzyłyśmy na niego pytająco, dodał z radością maskowaną aktorskim żalem: - Nie zdałem! Muszę powtarzać rok, jak mi przykro!
I udał, że idzie na tamto seminarium.
A poza tym podpadam u kulturoznawców na zajęciach, na które chodzę gościnnie dzięki Marcie :). Bo odruchowo odpowiadam na pytania z kabaretu kierowane do grupy i pewna Pani Doktor grozi mi palcem bez przerwy. A potem dyskutujemy po zajęciach jeszcze ;). Jest wesoło ;)
Przyszedł Boss i wpuścił do gabinetu swoje seminarium z rocznika niżej. Przez chwilę przyglądaliśmy się "tamtym" w milczeniu.
- Tam nie ma żadnych facetów! - zauważyła a39.
- Ooooo - powiedział Olek. A kiedy popatrzyłyśmy na niego pytająco, dodał z radością maskowaną aktorskim żalem: - Nie zdałem! Muszę powtarzać rok, jak mi przykro!
I udał, że idzie na tamto seminarium.
A poza tym podpadam u kulturoznawców na zajęciach, na które chodzę gościnnie dzięki Marcie :). Bo odruchowo odpowiadam na pytania z kabaretu kierowane do grupy i pewna Pani Doktor grozi mi palcem bez przerwy. A potem dyskutujemy po zajęciach jeszcze ;). Jest wesoło ;)
piątek, 11 maja 2007
262. telefon
Kiedy Tomek jest w seminarium, niełatwo się z nim skontaktować. Miałam do niego wczoraj ważną sprawę, więc postanowiłam użyć dwóch komórek. Jednej - mojej, szarej, drugiej - też mojej, czarnej (znaczy, telefonu). No i się zaczęło.
godz. 13:00 Mrówka śle do Tomka smsa o przesłaniu "jak będziesz miał chwilę, to puść sygnałka, zadzwonię".
godz. 13:42 Tomek puszcza sygnałka, Mrówki oczywiście nie ma w pobliżu.
godz. 13:52 Mrówka dzwoni do Tomka, ale Tomka nie ma w pobliżu.
godz. 17:03 Mrówka wysyła Tomkowi smsa z krótkim streszczeniem problemu i dopiskiem, że reszta przez telefon.
godz. 18:52 Tolek dzwoni. Mrówka odrzuca połączenie, czeka dwie sekundy, żeby Tolek odsunął słuchawkę od ucha.
godz. 18:53 Mrówka dzwoni do Tomka. Tomek odbiera po trzecim sygnale i udaje zaskoczenie, rzucając w słuchawkę zdziwione "halooooo?"
Padam ze śmiechu i gadamy prawie dziesięć minut.
Myślałam, że góra dwie ;).
godz. 13:00 Mrówka śle do Tomka smsa o przesłaniu "jak będziesz miał chwilę, to puść sygnałka, zadzwonię".
godz. 13:42 Tomek puszcza sygnałka, Mrówki oczywiście nie ma w pobliżu.
godz. 13:52 Mrówka dzwoni do Tomka, ale Tomka nie ma w pobliżu.
godz. 17:03 Mrówka wysyła Tomkowi smsa z krótkim streszczeniem problemu i dopiskiem, że reszta przez telefon.
godz. 18:52 Tolek dzwoni. Mrówka odrzuca połączenie, czeka dwie sekundy, żeby Tolek odsunął słuchawkę od ucha.
godz. 18:53 Mrówka dzwoni do Tomka. Tomek odbiera po trzecim sygnale i udaje zaskoczenie, rzucając w słuchawkę zdziwione "halooooo?"
Padam ze śmiechu i gadamy prawie dziesięć minut.
Myślałam, że góra dwie ;).
czwartek, 10 maja 2007
261. szybka notka z czwartku
Nie mam czasu na długą notkę (a rano obiecywałam sobie, że dzisiaj się położę trochę wcześniej)... mam ochotę podać Bossowi hasło do konta i poprosić o notkę od czasu do czasu ;).
Więc na razie hasłowo. Bohater dnia - Boss.
Boss: Składnia a la Wujek. Ale nie mój wujek, tylko Jakub Wujek, jezuita.
Boss wchodzi do sali. Za biurkiem 2 krzesła. Boss wynosi jedno i wzdycha: ktoś tu siedział w dwóch osobach.
Boss ("notka" sprzed miesiąca): Rozdział na 20 stron? 20 stron to się w jeden dzień pisze, nie, Mrówka?
Więc na razie hasłowo. Bohater dnia - Boss.
Boss: Składnia a la Wujek. Ale nie mój wujek, tylko Jakub Wujek, jezuita.
Boss wchodzi do sali. Za biurkiem 2 krzesła. Boss wynosi jedno i wzdycha: ktoś tu siedział w dwóch osobach.
Boss ("notka" sprzed miesiąca): Rozdział na 20 stron? 20 stron to się w jeden dzień pisze, nie, Mrówka?
środa, 9 maja 2007
260. wielkie żarcie
Tomek cały czas nam coś przynosił. Kawę. Herbatę. Kiełbaski z grilla. Kiedy za którymś razem pozbył się wszystkich szklanek z tacy, powiedziałam mu:
- To teraz możesz zacząć chodzić z tacą...
Tolek otrząsnął się ze zgrozą i oznajmił, że chodzenie z tacą należy do najmniej lubianych przez kleryków czynności, zwanych uroczo - chodzeniem na sępa.
Zaraz potem wyszedł z tą tacą i wrócił, niosąc na niej w jednej ręce kolejne szklanki.
- Tomek, możesz zostać kelnerem! - zawołałam. - Masz drugi fach w ręku. Albo wiesz co? Powinniście założyć w seminarium pub "U kleryków"...
- To ja nawet miałbym nazwę dla tego pubu! - obwieścił Misiek.
- No, jaką?
- Pub Konfesjonał!
Za chwilę Tomek znowu wyszedł z tacą pustych szklanek, wrócił i zapytał, czy komuś jeszcze coś przynieść.
- Coś jeszcze ktoś chce?
- Tak, ciebie! Usiądź wreszcie chociaż na chwilę! - poprosiłam go.
Potem postanowiliśmy, że sami sobie podamy sztućce do kiełbasek i w ogóle będziemy sobie radzić bez Tomkowego biegania.
Simon przekazywał mi właśnie tackę z nożami i widelcami. Szepnął przy tym konfidencjonalnie:
- Weź sobie, dla niepoznaki. I tak będziemy jeść palcami.
Kiedy zajęliśmy się jedzeniem, na chwilę przy stole zapadła cisza. Nagle w tej ciszy rozległ się nieśmiały (aktorsko nieśmiały) głos Simona:
- Smacznego...
I wszyscy dostali drgawek ze śmiechu. Do tego stopnia się nakręciliśmy...
Potem siedząca naprzeciwko mnie Aga ostrzegła Rafała:
- Rafał, ty uważaj na Izę!
Popatrzyłam na trzymany w ręku nóż, potem na Rafała, potem jeszcze raz na nóż... Rafał spojrzał na mnie i pytająco na Agę.
- No bo ty masz keczup na talerzu, a ona nie. Więc jak się gdzieś odwrócisz, to może ci go wyjeść...
Tja, znaczy, ja tylko takie zagrożenie stanowię... ;).
A to był dopiero początek...
- To teraz możesz zacząć chodzić z tacą...
Tolek otrząsnął się ze zgrozą i oznajmił, że chodzenie z tacą należy do najmniej lubianych przez kleryków czynności, zwanych uroczo - chodzeniem na sępa.
Zaraz potem wyszedł z tą tacą i wrócił, niosąc na niej w jednej ręce kolejne szklanki.
- Tomek, możesz zostać kelnerem! - zawołałam. - Masz drugi fach w ręku. Albo wiesz co? Powinniście założyć w seminarium pub "U kleryków"...
- To ja nawet miałbym nazwę dla tego pubu! - obwieścił Misiek.
- No, jaką?
- Pub Konfesjonał!
Za chwilę Tomek znowu wyszedł z tacą pustych szklanek, wrócił i zapytał, czy komuś jeszcze coś przynieść.
- Coś jeszcze ktoś chce?
- Tak, ciebie! Usiądź wreszcie chociaż na chwilę! - poprosiłam go.
Potem postanowiliśmy, że sami sobie podamy sztućce do kiełbasek i w ogóle będziemy sobie radzić bez Tomkowego biegania.
Simon przekazywał mi właśnie tackę z nożami i widelcami. Szepnął przy tym konfidencjonalnie:
- Weź sobie, dla niepoznaki. I tak będziemy jeść palcami.
Kiedy zajęliśmy się jedzeniem, na chwilę przy stole zapadła cisza. Nagle w tej ciszy rozległ się nieśmiały (aktorsko nieśmiały) głos Simona:
- Smacznego...
I wszyscy dostali drgawek ze śmiechu. Do tego stopnia się nakręciliśmy...
Potem siedząca naprzeciwko mnie Aga ostrzegła Rafała:
- Rafał, ty uważaj na Izę!
Popatrzyłam na trzymany w ręku nóż, potem na Rafała, potem jeszcze raz na nóż... Rafał spojrzał na mnie i pytająco na Agę.
- No bo ty masz keczup na talerzu, a ona nie. Więc jak się gdzieś odwrócisz, to może ci go wyjeść...
Tja, znaczy, ja tylko takie zagrożenie stanowię... ;).
A to był dopiero początek...
wtorek, 8 maja 2007
259. antynotka
Wczoraj wyszliśmy od Tomka o 23... Po pięciu godzinach. Z lekkimi wyrzutami sumienia - że tak się zasiedzieliśmy. Z lekkim żalem, że już trzeba iść. Z nadzieją, że co by się nie działo - za rok, dziesiątego maja, spotkamy się na kapłańskich święceniach Tomka. Przez pięć godzin mogliśmy znowu być razem. Przez pięć godzin nikt nie przeszkadzał nam w rozmowie. Przez pięć godzin śmialiśmy się... właściwie bez przerwy. W siedemnaście osób. Po czterech godzinach zaczęły padać pytania, które normalnie miałoby się odwagę zadać po kilku głębszych. Ale w końcu byliśmy wśród swoich. Impreza bezalkoholowa. Ludzie, jedzenie i rozmowy.
Po pięciu godzinach śmiechu jeszcze wywołująca ciepły uśmiech smsowa rozmowa Mrówki i Tolka o północy.
A teraz potrzebuję wyciszenia. Dlatego dzisiaj nie będzie notki-anegdotki, chociaż po wczorajszym dniu materiału mam na miesiąc pisania.
Po pięciu godzinach śmiechu jeszcze wywołująca ciepły uśmiech smsowa rozmowa Mrówki i Tolka o północy.
A teraz potrzebuję wyciszenia. Dlatego dzisiaj nie będzie notki-anegdotki, chociaż po wczorajszym dniu materiału mam na miesiąc pisania.
niedziela, 6 maja 2007
258. prezenty dla Tomka
Tomek, jak wieść gminna niesie, organizuje trzy imprezy z okazji święceń. Pierwszą - w sobotę, dla rodziny, drugą dzisiaj - dla księży i trzecią w poniedziałek, dla przyjaciół. W olkuskim makdonaldsie, do którego wpadliśmy klasowo na kawę (żeby coś zjeść i żeby ludzie z Krakowa nie mieli daleko, swoją drogą to było urocze, że na studiach się tam wybraliśmy), Simon powiedział, że takie święcenia to gorzej niż ślub. Bo wesele wyprawia się jedno dla wszystkich.
Zastanawialiśmy się też, co jutro kupić Tomkowi.
- Głupio tak trochę mu pół litra przynieść... - stwierdził Pepe. - Więc może wino?
- No! - ożywił się Simon, siedzący obok Mrówki. - Jest nawet takie dobre wino w woreczkach, ono się "Leśny dzbanek" nazywa!
- Simon! Ale "Leśny dzbanek" to przecież jogurt jest! - zdziwiła się Mrówka. - No chyba że ci sfermentował...
- Nie wiem... ale faktycznie, czuć było od niego siarką... - zastanowił się Simon. - Ale w końcu: siarką czuć, znaczy: dobre wino!
Z prezentami dla Tolka w ogóle mamy ubaw. Wczoraj robiliśmy zrzutkę na kwiatki, które kupował Miłosz.
- Misiek, to ile ci mamy oddać za bukiet? - zapytał ktoś.
- 55 złotych.
- Dolicz jeszcze dwa złote na tacę! - podpowiada z boku Pepe. Misiek go zignorował i błyskawicznie obliczył, że jak się zrzuci jedenaście osób, to każdy ma mu dać pięć złotych.
Zebrało się dziesięć osób.
Przychodzi Tomek, wręczamy mu bukiet.
- Tomek, dorzucasz się na kwiatki? - zapytał Miłosz.
Bardzo mi ich brakowało :D.
A jutro spotkanie, w trochę mniejszym gronie, u Tolka.
Zastanawialiśmy się też, co jutro kupić Tomkowi.
- Głupio tak trochę mu pół litra przynieść... - stwierdził Pepe. - Więc może wino?
- No! - ożywił się Simon, siedzący obok Mrówki. - Jest nawet takie dobre wino w woreczkach, ono się "Leśny dzbanek" nazywa!
- Simon! Ale "Leśny dzbanek" to przecież jogurt jest! - zdziwiła się Mrówka. - No chyba że ci sfermentował...
- Nie wiem... ale faktycznie, czuć było od niego siarką... - zastanowił się Simon. - Ale w końcu: siarką czuć, znaczy: dobre wino!
Z prezentami dla Tolka w ogóle mamy ubaw. Wczoraj robiliśmy zrzutkę na kwiatki, które kupował Miłosz.
- Misiek, to ile ci mamy oddać za bukiet? - zapytał ktoś.
- 55 złotych.
- Dolicz jeszcze dwa złote na tacę! - podpowiada z boku Pepe. Misiek go zignorował i błyskawicznie obliczył, że jak się zrzuci jedenaście osób, to każdy ma mu dać pięć złotych.
Zebrało się dziesięć osób.
Przychodzi Tomek, wręczamy mu bukiet.
- Tomek, dorzucasz się na kwiatki? - zapytał Miłosz.
Bardzo mi ich brakowało :D.
A jutro spotkanie, w trochę mniejszym gronie, u Tolka.
sobota, 5 maja 2007
257. w Wolbromiu
Ale oryginalny tytuł notki... Ale nie mam siły wymyślać ciekawszego, po 2,5 godzinach stania w kościele wolbromskim. Jak to świetnie ujął Przemek - boli mnie kręgosłup, ale pocieszająca jest myśl, że innych boli bardziej.
Do Wolbromia zjechała się spora część klasy (z mojej grupy zabrakło czterech osób na siedemnaście). Byliśmy na miejscu pół godziny przed czasem. Wysiadamy na parkingu pod kościołem z samochodów, rzucamy się sobie w objęcia, okrzyk "o, nasi!" raz po raz przecina powietrze. Bo ciągle to są "nasi" - chociaż czasami nie widziani od pięciu lat. Okrzyk "o, przejechaliście kreta!" też się pojawił, ale nie miał wiele wspólnego z prawdą. Nie było tam żadnego kreta. Chyba.
Zastanawialiśmy się, jak w takim tłumie księży i kleryków znajdziemy Tomka i czy w ogóle będzie to możliwe. Niepotrzebnie się martwiliśmy, Tomek sam nas znalazł i przyszedł.
- Chodźcie, pokażę wam jeszcze, gdzie są miejsca w kościele - powiedział, kiedy już się przywitaliśmy i przestaliśmy żartować.
- Siedzące? - upewnia się Przemek z nadzieją w głosie.
- E, siedzących to już dawno nie ma! - mówi Tolek. - Może jeszcze się jakieś stojące znajdą.
Idziemy.
- Ale mnie buty obżarły - wyznał nam Tolek, kiedy szliśmy w kierunku kościoła. - Dobrze chociaż, że będę trochę leżał.
(po święceniach Tomek stwierdził, że to leżenie było niewygodne, schody mu się wbijały w żebra i nie mógł oddychać. Powiedzieliśmy mu, że przynajmniej mógł sobie pospać, więc i tak było mu lepiej. Zawsze trzeba szukać optymistycznych stron życia ;)...)
Kiedy ksiądz powiedział, że będzie teraz wymieniał z imienia i nazwiska przystępujących do święceń, Przemek szepnął nam:
- Jak wymieni nazwisko Tomka, to dziewczyny piszczą!
Fantastyczni ci ludzie.
Do Wolbromia zjechała się spora część klasy (z mojej grupy zabrakło czterech osób na siedemnaście). Byliśmy na miejscu pół godziny przed czasem. Wysiadamy na parkingu pod kościołem z samochodów, rzucamy się sobie w objęcia, okrzyk "o, nasi!" raz po raz przecina powietrze. Bo ciągle to są "nasi" - chociaż czasami nie widziani od pięciu lat. Okrzyk "o, przejechaliście kreta!" też się pojawił, ale nie miał wiele wspólnego z prawdą. Nie było tam żadnego kreta. Chyba.
Zastanawialiśmy się, jak w takim tłumie księży i kleryków znajdziemy Tomka i czy w ogóle będzie to możliwe. Niepotrzebnie się martwiliśmy, Tomek sam nas znalazł i przyszedł.
- Chodźcie, pokażę wam jeszcze, gdzie są miejsca w kościele - powiedział, kiedy już się przywitaliśmy i przestaliśmy żartować.
- Siedzące? - upewnia się Przemek z nadzieją w głosie.
- E, siedzących to już dawno nie ma! - mówi Tolek. - Może jeszcze się jakieś stojące znajdą.
Idziemy.
- Ale mnie buty obżarły - wyznał nam Tolek, kiedy szliśmy w kierunku kościoła. - Dobrze chociaż, że będę trochę leżał.
(po święceniach Tomek stwierdził, że to leżenie było niewygodne, schody mu się wbijały w żebra i nie mógł oddychać. Powiedzieliśmy mu, że przynajmniej mógł sobie pospać, więc i tak było mu lepiej. Zawsze trzeba szukać optymistycznych stron życia ;)...)
Kiedy ksiądz powiedział, że będzie teraz wymieniał z imienia i nazwiska przystępujących do święceń, Przemek szepnął nam:
- Jak wymieni nazwisko Tomka, to dziewczyny piszczą!
Fantastyczni ci ludzie.
piątek, 4 maja 2007
256. jutro Wolbrom
Jutro jedziemy do Wolbromia, na święcenia Tomka. Miły zryw klasowy - żeby Tolek wiedział, że może na nas liczyć tak samo, jak my przez cały czas możemy liczyć na niego.
Uwaga, będzie nieco sentymentalna historyjka.
Dawno, dawno temu, w pierwszej klasie LO, ktoś się gdzieś przepisał, ktoś zrezygnował i okazało się, że w drugiej grupie (mojej) jest więcej osób niż w pierwszej grupie (nie mojej).
Wychowawczyni chciała przenieść Mrówkę z grupy drugiej (bo Mrówka była tam alfabetycznie pierwsza na liście) do grupy pierwszej, żeby się stan liczebny zgadzał. Nie dawała się przekonać i nie dopuszczała do głosu Mrówki (która wtedy jeszcze Mrówką nie była, ale co tam).
Wtedy do zrezygnowanej Mrówki przyszedł Tomek/Tolek i powiedział po prostu:
- Niczym się nie martw, ja to załatwię.
I zaprowadził mnie przed oblicze Wychowawczyni Bezwzględnej. Którą znał jeszcze z własnej podstawówki.
- Pani profesor - zaczął. - My nie chcemy, żeby Iza trafiła do pierwszej grupy. Przecież oni chcą ją mieć u siebie tylko po to, żeby od kogoś odpisywać zadania. A my ją naprawdę lubimy.
I zostałam w swojej grupie, i już nigdy nie było mowy o przenoszeniu mnie gdziekolwiek ;)
Uwaga, będzie nieco sentymentalna historyjka.
Dawno, dawno temu, w pierwszej klasie LO, ktoś się gdzieś przepisał, ktoś zrezygnował i okazało się, że w drugiej grupie (mojej) jest więcej osób niż w pierwszej grupie (nie mojej).
Wychowawczyni chciała przenieść Mrówkę z grupy drugiej (bo Mrówka była tam alfabetycznie pierwsza na liście) do grupy pierwszej, żeby się stan liczebny zgadzał. Nie dawała się przekonać i nie dopuszczała do głosu Mrówki (która wtedy jeszcze Mrówką nie była, ale co tam).
Wtedy do zrezygnowanej Mrówki przyszedł Tomek/Tolek i powiedział po prostu:
- Niczym się nie martw, ja to załatwię.
I zaprowadził mnie przed oblicze Wychowawczyni Bezwzględnej. Którą znał jeszcze z własnej podstawówki.
- Pani profesor - zaczął. - My nie chcemy, żeby Iza trafiła do pierwszej grupy. Przecież oni chcą ją mieć u siebie tylko po to, żeby od kogoś odpisywać zadania. A my ją naprawdę lubimy.
I zostałam w swojej grupie, i już nigdy nie było mowy o przenoszeniu mnie gdziekolwiek ;)
środa, 2 maja 2007
283. wszelki duch
Chciałyśmy z Anią mieć zdjęcie z Profesorem W. Ania poprosiła więc o zrobienie nam fotki pewnego doktora... hmm... nazwijmy go Peter Czech [dla wtajemniczonych: podane przeze mnie imię bliskie jest prawdziwemu jego nazwisku, a podane tu nazwisko to imię wzięte od kogoś, kto miał na nazwisko tak, jak ten doktor ma na imię :D].
Ania zmartwiła się, że ona odbija się na zdjęciach w lustrze, a ów doktor nie. Chociaż jest od niej sporo wyższy i powinien.
- Bo ty robiłaś na stojąco, a my kucaliśmy - wyjaśniłam Ani od razu. - Niezależnie od tego, jak to brzmi wyrwane z kontekstu.
- Ale on też stał i się nie odbił! - irytowała się Ania.
- Bo może stał pod innym kątem? - zaczęłam się zastanawiać. - Albo jest duchem i się nie odbija!
- To jest niegłupie! - ucieszyła się Ania natychmiast. - Ale nie, bo jak mu dawałam aparat, to mi nie przeszła ręka na wylot przez niego...
- A dotykałaś go tak nachalnie?
- No Mrówka, jak ja go miałam nachalnie dotykać?
- Ręką. - odpowiadam naiwnie. - Tak, żeby mu przeszła na wylot.
- To ja go jutro pogłaskam po głowie jak będzie wpisy do indeksu dawał! - ucieszyła się Ania. - Że niby żeby się nie martwił, że to ostatnie zajęcia... I od razu sprawdzę, czy przenika.
- To może ja Bossa też powinnam? - pytam odruchowo. - Żeby się nie martwił... Chociaż nie, Boss to się raczej ucieszy, że to ostatnie zajęcia z Mrówką.
- Ale Boss się odbija w lustrze! - zauważyła Ania, a potem dodała, z myślą o doktorze Peterze Czechu - Ja po prostu powiem mu: "panie doktorze, ma pan muchę na głowie, niech pan się nie rusza!" i pac! go indeksem...
- A jak ci indeks przeniknie? I trafisz go w trzustkę? - zatroskałam się.
- To duchy mają trzustkę? - zdziwiła się Ania. - Może ja go lepiej zapytam po prostu. Powiem, że nikomu nie wygadam, tylko tak w tajemnicy pytam, czy nie jest przypadkiem duchem...
Czasami mam wrażenie, że nasza Kadra nie ma z nami lekko ;).
Z wiadomości z przedostatniej chwili: Sal ma nową fryzurę. Świetną. Z wyglądu świetną, nie wiem, jak w dotyku, bo mi nie pozwolił sprawdzić. Gratulacje za fryzurę Sala przyjmuje Marta (BRAWO! :)).
Z wiadomości z przedostatniej chwili 2: dowiedziałam się, jak nazywają się moje kabaretowe zajęcia z kulturoznawstwa, na które latałam z zapałem co piątek i na które mam zamiar latać w przyszłym roku jeśli będą - "widowiskowe formy kultury popularnej".
Ania zmartwiła się, że ona odbija się na zdjęciach w lustrze, a ów doktor nie. Chociaż jest od niej sporo wyższy i powinien.
- Bo ty robiłaś na stojąco, a my kucaliśmy - wyjaśniłam Ani od razu. - Niezależnie od tego, jak to brzmi wyrwane z kontekstu.
- Ale on też stał i się nie odbił! - irytowała się Ania.
- Bo może stał pod innym kątem? - zaczęłam się zastanawiać. - Albo jest duchem i się nie odbija!
- To jest niegłupie! - ucieszyła się Ania natychmiast. - Ale nie, bo jak mu dawałam aparat, to mi nie przeszła ręka na wylot przez niego...
- A dotykałaś go tak nachalnie?
- No Mrówka, jak ja go miałam nachalnie dotykać?
- Ręką. - odpowiadam naiwnie. - Tak, żeby mu przeszła na wylot.
- To ja go jutro pogłaskam po głowie jak będzie wpisy do indeksu dawał! - ucieszyła się Ania. - Że niby żeby się nie martwił, że to ostatnie zajęcia... I od razu sprawdzę, czy przenika.
- To może ja Bossa też powinnam? - pytam odruchowo. - Żeby się nie martwił... Chociaż nie, Boss to się raczej ucieszy, że to ostatnie zajęcia z Mrówką.
- Ale Boss się odbija w lustrze! - zauważyła Ania, a potem dodała, z myślą o doktorze Peterze Czechu - Ja po prostu powiem mu: "panie doktorze, ma pan muchę na głowie, niech pan się nie rusza!" i pac! go indeksem...
- A jak ci indeks przeniknie? I trafisz go w trzustkę? - zatroskałam się.
- To duchy mają trzustkę? - zdziwiła się Ania. - Może ja go lepiej zapytam po prostu. Powiem, że nikomu nie wygadam, tylko tak w tajemnicy pytam, czy nie jest przypadkiem duchem...
Czasami mam wrażenie, że nasza Kadra nie ma z nami lekko ;).
Z wiadomości z przedostatniej chwili: Sal ma nową fryzurę. Świetną. Z wyglądu świetną, nie wiem, jak w dotyku, bo mi nie pozwolił sprawdzić. Gratulacje za fryzurę Sala przyjmuje Marta (BRAWO! :)).
Z wiadomości z przedostatniej chwili 2: dowiedziałam się, jak nazywają się moje kabaretowe zajęcia z kulturoznawstwa, na które latałam z zapałem co piątek i na które mam zamiar latać w przyszłym roku jeśli będą - "widowiskowe formy kultury popularnej".
Subskrybuj:
Posty (Atom)


