a tak wyglądały jasełka:
http://wpia.us.edu.pl/galeria/spotkanie-oplatkowe-2010. I Dziekan w skrzydłach z Korezowych "Ballad".
piątek, 24 grudnia 2010
niedziela, 12 grudnia 2010
1039.
- Idę spać - napisał Piotrek. - Bo jutro wstanę o 10.
- Hm... ja tak codziennie wstaję... - odpisała Mrówka.
Która ma na to usprawiedliwienie, bo jak jej się chce, to pisze do drugiej w nocy po ciemku różne teksty, a jak jej się nie chce to i tak zasypia snem kamiennym i śpi dziesięć godzin przynajmniej.
Co chcecie, zima.
Ahaaaa przedwczoraj wkręciłam pierwszą w życiu śrubkę.
Normalnie WYkręcam :).
- Hm... ja tak codziennie wstaję... - odpisała Mrówka.
Która ma na to usprawiedliwienie, bo jak jej się chce, to pisze do drugiej w nocy po ciemku różne teksty, a jak jej się nie chce to i tak zasypia snem kamiennym i śpi dziesięć godzin przynajmniej.
Co chcecie, zima.
Ahaaaa przedwczoraj wkręciłam pierwszą w życiu śrubkę.
Normalnie WYkręcam :).
czwartek, 9 grudnia 2010
1038.
Poszłam spać z zamiarem napisania CZEGOŚ. Nie bajki, bo gdyby się okazała nudna, to zasnęłabym przedwcześnie, a gdyby się okazała ciekawa, to bym się rozbudziła. No i napisałam tekst, z którego może ktoś zrobi jakąś piosenkę. Gdybym była chudsza, mogłabym ją zaśpiewać, a tak to nie.
Wiecie, że teraz mija rok, odkąd wlazłam na scenę?... Miałam sobie zamiar nawet napisać z tej okazji pierwszy w życiu porządny stand-up, ale mi się już nie chce.
- Wiem, wezmę Sikora do kabaretu - napisał Robo.
- To ja chcę być z wami.
- Ta, chyba jako oświetleniowiec - odpisał Robo.
Przede wszystkim ;D.
We wtorek i środę widzę się z Władkiem Sikorą, doczekać się nie mogę. Dostanę książkę wydaną dawno temu (pod warunkiem, że przypomnę Sikorowi, żeby ją zabrał... przypomnijcie mi koło niedzieli, że mam to zrobić...).
A poza tym ostatnio w teatrze Darek mnie woził na krześle miłosierdzia. Po tym, jak przełamał moje obawy, że się nie zmieszczę. Woził mnie do momentu, kiedy prawie wywaliliśmy się na którymś zakręcie ;D. Ale i tak było fajnie :D
Wiecie, że teraz mija rok, odkąd wlazłam na scenę?... Miałam sobie zamiar nawet napisać z tej okazji pierwszy w życiu porządny stand-up, ale mi się już nie chce.
- Wiem, wezmę Sikora do kabaretu - napisał Robo.
- To ja chcę być z wami.
- Ta, chyba jako oświetleniowiec - odpisał Robo.
Przede wszystkim ;D.
We wtorek i środę widzę się z Władkiem Sikorą, doczekać się nie mogę. Dostanę książkę wydaną dawno temu (pod warunkiem, że przypomnę Sikorowi, żeby ją zabrał... przypomnijcie mi koło niedzieli, że mam to zrobić...).
A poza tym ostatnio w teatrze Darek mnie woził na krześle miłosierdzia. Po tym, jak przełamał moje obawy, że się nie zmieszczę. Woził mnie do momentu, kiedy prawie wywaliliśmy się na którymś zakręcie ;D. Ale i tak było fajnie :D
poniedziałek, 22 listopada 2010
Od ponad 24 godzin tkwię myślami w świecie, który powołałam do życia. Tekst skoczył objętościowo z 10 stron do 27. Od wczoraj. Kiedy tylko na chwilę się zatrzymuję, wyobraźnia podsuwa mi kolejne obrazy, których nie mogę zlekceważyć. Do tego mam mnóstwo pomysłów odważnych, takich z rodzaju - albo się uda i będzie tak, że nikt nie uwierzy, że można było to zrobić, albo się nie uda i nikt się nie dowie, że coś takiego miało się pojawić.
Gorzej, kiedy wyobraźnia miesza obrazy z kolejnych scenek z konsekwencjami pomysłów. Bo wtedy z fazy "spisywanie tego, co słyszę" przechodzi się do fazy "marzenia".
A potem człowiek zasypia.
Widziałam się dzisiaj z Bossem. "Bo ty mi uciekłaś do Mirka" - powiedział.
"Bo on mnie chciał przygarnąć".
Tyle.
Gorzej, kiedy wyobraźnia miesza obrazy z kolejnych scenek z konsekwencjami pomysłów. Bo wtedy z fazy "spisywanie tego, co słyszę" przechodzi się do fazy "marzenia".
A potem człowiek zasypia.
Widziałam się dzisiaj z Bossem. "Bo ty mi uciekłaś do Mirka" - powiedział.
"Bo on mnie chciał przygarnąć".
Tyle.
środa, 17 listopada 2010
1029.
Centrum Katowic. Matka idzie szybko z kilkuletnim dzieckiem. Nagle pyta:
- Co tak dyszysz? Głodna jesteś?
I jeszcze specjalne pozdrowienia dla Sala! :)
- Co tak dyszysz? Głodna jesteś?
I jeszcze specjalne pozdrowienia dla Sala! :)
poniedziałek, 8 listopada 2010
1021. jak schudnąć
1. Wyrzucić wagę.
2. Jeść, co się chce i w ilościach, jakich się akurat potrzebuje.
3. Nie kontrolować masy ciała w żaden sposób.
4. Po dwóch latach przez przypadek zmierzyć się w pasie.
5. Zdziwić się, że ma się o 10 centymetrów mniej, niż się przypuszczało.
Ciekawe, gdzie mi się te dziesięć centymetrów odłożyło...
2. Jeść, co się chce i w ilościach, jakich się akurat potrzebuje.
3. Nie kontrolować masy ciała w żaden sposób.
4. Po dwóch latach przez przypadek zmierzyć się w pasie.
5. Zdziwić się, że ma się o 10 centymetrów mniej, niż się przypuszczało.
Ciekawe, gdzie mi się te dziesięć centymetrów odłożyło...
czwartek, 4 listopada 2010
1018. zielone światło
Skłonności do przechodzenia przez ulicę w niedozwolonym miejscu Mrówka od zawsze miała raczej niewielkie (być może jest to konsekwencja nierozróżniania kierunków i brak pewności, w którą stronę się rozglądać najpierw). Do wrodzonej niechęci do nadużywania statusu pieszego doszła jeszcze regularna tresura, prowadzona przez 1) kolejnych facetów Mrówki, 2) przyjaciół, z którymi łaziła po różnych miastach.
I tak, nadkładając drogi, udała się Mrówka na przejście dla pieszych, prowadzące do jej przystanku.
Zatrzymała się i nacisnęła guzik, wierząc, że w magiczny sposób zmieni tym światło na zielone (raz, w 2003 roku, zadziałało).
- Zepsute - odezwał się za jej plecami Pan Robotnik z pobliskiej budowy. - Musi pani przejść na drugą stronę, tam nacisnąć, wrócić tu i poczekać, aż się zmieni.
I tak, nadkładając drogi, udała się Mrówka na przejście dla pieszych, prowadzące do jej przystanku.
Zatrzymała się i nacisnęła guzik, wierząc, że w magiczny sposób zmieni tym światło na zielone (raz, w 2003 roku, zadziałało).
- Zepsute - odezwał się za jej plecami Pan Robotnik z pobliskiej budowy. - Musi pani przejść na drugą stronę, tam nacisnąć, wrócić tu i poczekać, aż się zmieni.
niedziela, 24 października 2010
1014. rewia mody
- Nastrój mi siadł - oznajmiła Mrówka. - Idę przymierzyć kieckę, za chwilę mi dopiero siądzie...
- Może się stanie cud i będziesz w niej wyglądać jako tako - spróbował pocieszyć Mrówkę Robo.
Mrówka stanęła przed lustrem i spróbowała przebrać się w kieckę.
Pierwsze zaskoczenie polegało na tym, że w nią weszła.
Drugie zaskoczenie - że kiecka podkreśliła talię Mrówki (przynajmniej przy powyciąganych dresach różnica była dość spora).
Rozradowana Mrówka wróciła do pogawędki z Robo.
- Weszłam w kieckę i wyglądam w niej fajnie - napisała. - Gdybym sobie jeszcze mogła maskę na twarz nałożyć.
- Worek - podpowiedział Robo. - Maska ukazuje jednak kształt głowy. Worek nie.
Podniesiona na duchu tą myślą Mrówka postanowiła zrobić sobie parę zdjęć.
I zepsuł się jej aparat.
Sądzę, że to był zbieg okoliczności...
A jeszcze a propos dodatków do kiecki.
- Masz może mocno czerwoną szminkę? - zapytała Mrówka Moni, szefowej praktykantek. - Przecież nie będę sobie na dwa wieczory kupować...
Moni zastanowiła się przez chwilę.
- Wiesz, że mam? - odparła zdziwiona. - Jeszcze po babci.
Dziwny jest ten świat... Uciekam do teatru.
- Może się stanie cud i będziesz w niej wyglądać jako tako - spróbował pocieszyć Mrówkę Robo.
Mrówka stanęła przed lustrem i spróbowała przebrać się w kieckę.
Pierwsze zaskoczenie polegało na tym, że w nią weszła.
Drugie zaskoczenie - że kiecka podkreśliła talię Mrówki (przynajmniej przy powyciąganych dresach różnica była dość spora).
Rozradowana Mrówka wróciła do pogawędki z Robo.
- Weszłam w kieckę i wyglądam w niej fajnie - napisała. - Gdybym sobie jeszcze mogła maskę na twarz nałożyć.
- Worek - podpowiedział Robo. - Maska ukazuje jednak kształt głowy. Worek nie.
Podniesiona na duchu tą myślą Mrówka postanowiła zrobić sobie parę zdjęć.
I zepsuł się jej aparat.
Sądzę, że to był zbieg okoliczności...
A jeszcze a propos dodatków do kiecki.
- Masz może mocno czerwoną szminkę? - zapytała Mrówka Moni, szefowej praktykantek. - Przecież nie będę sobie na dwa wieczory kupować...
Moni zastanowiła się przez chwilę.
- Wiesz, że mam? - odparła zdziwiona. - Jeszcze po babci.
Dziwny jest ten świat... Uciekam do teatru.
niedziela, 12 września 2010
czwartek, 9 września 2010
Na osiedlowych przykopalnianych basenach (takich zbiornikach z wodą, nie w prawdziwych basenach) zamieszkały na początku sierpnia cztery kaczki. Przez dwadzieścia lat nic tam nie żyło, a tu nagle cztery zadowolone z siebie kaczki, które musiały przefrunąć nad ogrodzeniem, żeby dostać się do środka.
Wczoraj było tam szesnaście kaczek (specjalnie się zatrzymałam, żeby policzyć).
Jeśli będzie ich przybywać w takim tempie, kiedy basen całkiem zarośnie kaczkami?
I co będzie, kiedy te kaczki zechcą się tam rozmnożyć?
I jak małe kaczki będą wychodzić po stromych ściankach basenów? (duże biorą rozpęd i wyfruwają...).
Jak tylko znajdę chwilę, zrobię sobie przerwę w pisaniu i kiedy nie będzie padać, pójdę zrobić zdjęcia szesnastu kaczkom.
Bo na razie mam tylko takie:
Wczoraj było tam szesnaście kaczek (specjalnie się zatrzymałam, żeby policzyć).
Jeśli będzie ich przybywać w takim tempie, kiedy basen całkiem zarośnie kaczkami?
I co będzie, kiedy te kaczki zechcą się tam rozmnożyć?
I jak małe kaczki będą wychodzić po stromych ściankach basenów? (duże biorą rozpęd i wyfruwają...).
Jak tylko znajdę chwilę, zrobię sobie przerwę w pisaniu i kiedy nie będzie padać, pójdę zrobić zdjęcia szesnastu kaczkom.
Bo na razie mam tylko takie:
środa, 1 września 2010
989. obchody
- Dziś mamy 101 dni - powiedziała Ania Sz., obchodząca ze swoim chłopakiem kolejną małą rocznickę.
- To daj mu w prezencie dalmatyńczyka - zaproponowała Mrówka.
- Właśnie to samo pomyślałam - wyznała Ania Sz. - Nie no, poczekam do jutra. Dam mu czołg.
A ja napisałam bajkę.
- To daj mu w prezencie dalmatyńczyka - zaproponowała Mrówka.
- Właśnie to samo pomyślałam - wyznała Ania Sz. - Nie no, poczekam do jutra. Dam mu czołg.
A ja napisałam bajkę.
środa, 11 sierpnia 2010
poniedziałek, 19 lipca 2010
udało się!!! :D
Chorzowski Teatr Ogrodowy - sezon czwarty

Wypromuj również swoją stronę
a adres facebookowej strony ChTO to od dzisiaj http://www.facebook.com/4ChTO :D
I w związku z tym, że się udało, chciałabym bardzo podziękować Marcinowi, adminowi facebookowej strony LOT-u - bez niego nie odważyłabym się nawet próbować :).

Wypromuj również swoją stronę
a adres facebookowej strony ChTO to od dzisiaj http://www.facebook.com/4ChTO :D
I w związku z tym, że się udało, chciałabym bardzo podziękować Marcinowi, adminowi facebookowej strony LOT-u - bez niego nie odważyłabym się nawet próbować :).
poniedziałek, 12 lipca 2010
958. Sal
Ponieważ antybiotyk, który dostałam, zamienił mnie w częściowego wampira (to znaczy: mam unikać promieni słonecznych, bo coś tam), siedziałam w domu. Ponieważ mam do napisania parę rzeczy obszernych z gatunku twórcze bardzo - wzięłam się za porządki. W trakcie tych porządków zapikał mi telefon. Sal.
"Halo, Teatr Korez? :)" - przeczytałam na wyświetlaczu, więc odpisałam, że chwilowo nie Korez, ale dam wieczorem na bloga, a w zamian napiszę Salowi jakiś wierszyk.
"Dokładnie na to liczyłem :)" - odpisał Sal.
Jutro mam zamiar ostrożnie wystawić nos za próg. Zobaczymy, co się stanie.
I teraz siedzę między pragnieniem napisania czegoś twórczego a niechęcią do pisania ogólnie, wiedzą o odwołanym koncercie Nohavicy, na który się wybierałam, a smsami, szalenie poprawiającymi humor (tak do euforii włącznie, dzięki ;)), rozleniwieniem pochorobowym i świadomością upływającego czasu, niecierpliwością i nadzieją. Chyba ktoś mnie powinien kopnąć, bo sama się nie wykaraskam z tego ;).
"Halo, Teatr Korez? :)" - przeczytałam na wyświetlaczu, więc odpisałam, że chwilowo nie Korez, ale dam wieczorem na bloga, a w zamian napiszę Salowi jakiś wierszyk.
"Dokładnie na to liczyłem :)" - odpisał Sal.
Jutro mam zamiar ostrożnie wystawić nos za próg. Zobaczymy, co się stanie.
I teraz siedzę między pragnieniem napisania czegoś twórczego a niechęcią do pisania ogólnie, wiedzą o odwołanym koncercie Nohavicy, na który się wybierałam, a smsami, szalenie poprawiającymi humor (tak do euforii włącznie, dzięki ;)), rozleniwieniem pochorobowym i świadomością upływającego czasu, niecierpliwością i nadzieją. Chyba ktoś mnie powinien kopnąć, bo sama się nie wykaraskam z tego ;).
piątek, 2 lipca 2010
952. Łódź
- Mrówka, masz książkę "Kpiny i kpinki" Załuckiego? - zapytała Ania Sz. przez telefon.
- Nie wiem - odparła Mrówka, która czasami traci rachubę co do stanu posiadania w biblioteczce satyrycznej (głównie dlatego, że tam książek stale przybywa).
- Bo stoję przed antykwariatem, w którym Załucki jest na wystawie - wyjaśniła Ania Sz.
- O, ale fajnie, a gdzie ten antykwariat? - ucieszyła się Mrówka.
- Na Piotrkowskiej, w Łodzi - powiedziała Ania.
- Nie wiem - odparła Mrówka, która czasami traci rachubę co do stanu posiadania w biblioteczce satyrycznej (głównie dlatego, że tam książek stale przybywa).
- Bo stoję przed antykwariatem, w którym Załucki jest na wystawie - wyjaśniła Ania Sz.
- O, ale fajnie, a gdzie ten antykwariat? - ucieszyła się Mrówka.
- Na Piotrkowskiej, w Łodzi - powiedziała Ania.
środa, 30 czerwca 2010
951. brzuch
Miejsce akcji: Korez, wejście na widownię
Czas akcji: 16 czerwca 2010, przed Kabaretową Sceną Trójki
Występują: Mrówka, Pani z Publiczności
gong
Mrówka *targa bilety przed Kabaretową*
Pani z Publiczności *podając Mrówce swój bilet*: Ależ pani ma płaski brzuch!
Mrówka: Bo jak stoję na bramce, to wciągam.
Kurtyna.
Czas akcji: 16 czerwca 2010, przed Kabaretową Sceną Trójki
Występują: Mrówka, Pani z Publiczności
gong
Mrówka *targa bilety przed Kabaretową*
Pani z Publiczności *podając Mrówce swój bilet*: Ależ pani ma płaski brzuch!
Mrówka: Bo jak stoję na bramce, to wciągam.
Kurtyna.
sobota, 26 czerwca 2010
poniedziałek, 7 czerwca 2010
942. zasłyszane
- Nie dam ci nawet dziesięciu groszy - powiedziała jakaś matka do swojego dziecka. - Jak chcesz, możesz się nawet położyć na ziemi i walić głową o chodnik.
A ja się zastanawiałam, skąd dzieci biorą takie pomysły...
Dziś do wieczora w ukochanym teatrze.
A ja się zastanawiałam, skąd dzieci biorą takie pomysły...
Dziś do wieczora w ukochanym teatrze.
czwartek, 27 maja 2010
937. cylinder
Taki miałam pomysł na siebie - pierwszą naiwną - na Sceny w tym miesiącu:

("Zakochałam się w kacie... tylko nie mówcie tacie").
W Korezie na korytarzu minęłam Jacka przebranego raczej ponuro do jednego z numerów.
Jacek miał długi ciemny szal i cylinder.
- O, jaki fajny cylinder - zawołałam. - Mogę przymierzyć?
Jacek westchnął, zdjął cylinder z głowy i mi podał.
- Nie wiem, co to jest - wyznał. - Wszystkie baby chcą go przymierzać.
Nie przeszkodziło mi to w triumfalnym wkroczeniu do garderoby w tym cylindrze.

("Zakochałam się w kacie... tylko nie mówcie tacie").
W Korezie na korytarzu minęłam Jacka przebranego raczej ponuro do jednego z numerów.
Jacek miał długi ciemny szal i cylinder.
- O, jaki fajny cylinder - zawołałam. - Mogę przymierzyć?
Jacek westchnął, zdjął cylinder z głowy i mi podał.
- Nie wiem, co to jest - wyznał. - Wszystkie baby chcą go przymierzać.
Nie przeszkodziło mi to w triumfalnym wkroczeniu do garderoby w tym cylindrze.
wtorek, 18 maja 2010
931. Zdzisiek
sobota, 15 maja 2010
928. abstynencja
- Napiszę o piciu. Podrzucaj mi, co ci się kojarzy z alkoholem, kacem, naczyniami do picia...
- Mdłości mi się kojarzą - odparł Piotrek.
Jednak stanowczo brakuje mi doświadczenia do poruszania takich tematów ;D.
- Mdłości mi się kojarzą - odparł Piotrek.
Jednak stanowczo brakuje mi doświadczenia do poruszania takich tematów ;D.
czwartek, 13 maja 2010
926. wierszyk z gipsu
Dawno twórczości użytkowej tu nie było, więc wrzucam dzisiaj wierszyk napisany dla Ani od Piotrka, wierszyk przeznaczony do wpisania na gipsie (i naprawdę nie rozumiem, dlaczego od momentu otrzymania tekstu, Ania od Piotrka unika spotkania ze mną...)
Tu nie pomoże pielęgniarka ani medyk,
który tajemnic fachu wciąż strzeże zazdrośnie.
Mogą Ci ulżyć w bólu, pocieszyć od biedy,
lecz bez mego wierszyka nic Ci się nie zrośnie.
Ten gips na pamiątkę sobie później weź, by
potwierdzenie zdarzenia nigdy nie zginęło,
przedtem był on jedynie czymś w rodzaju rzeźby,
teraz, z moim wierszykiem, to już arcydzieło.
Inni będą wpisywać jakieś "lubię Anię"
"pozdrowienia na gipsie", "nie łam więcej kości".
Ja napiszę Ci wierszyk i policzę taniej
- i zyskasz piękny utwór dzięki znajomości.
I na koniec wierszyka jeszcze prawda goła,
co pozornie tu skrywa przesłanie złowieszcze:
chcesz dostać arcydzieło, to coś jeszcze połam,
bo z wierszykiem na gipsie nie bardzo się zmieszczę.
Tu nie pomoże pielęgniarka ani medyk,
który tajemnic fachu wciąż strzeże zazdrośnie.
Mogą Ci ulżyć w bólu, pocieszyć od biedy,
lecz bez mego wierszyka nic Ci się nie zrośnie.
Ten gips na pamiątkę sobie później weź, by
potwierdzenie zdarzenia nigdy nie zginęło,
przedtem był on jedynie czymś w rodzaju rzeźby,
teraz, z moim wierszykiem, to już arcydzieło.
Inni będą wpisywać jakieś "lubię Anię"
"pozdrowienia na gipsie", "nie łam więcej kości".
Ja napiszę Ci wierszyk i policzę taniej
- i zyskasz piękny utwór dzięki znajomości.
I na koniec wierszyka jeszcze prawda goła,
co pozornie tu skrywa przesłanie złowieszcze:
chcesz dostać arcydzieło, to coś jeszcze połam,
bo z wierszykiem na gipsie nie bardzo się zmieszczę.
środa, 12 maja 2010
925. komplement
- Wiesz, że na tu-czytam mam 23 wydawnictwa? - napisałam Fimbulowi. Nie pamiętam, czy dokładnie 23, ale chyba tyle było, kiedy je ostatnio liczyłam.
- Bardziej mnie zastanawia, kiedy ty to czytasz - odparł Fimbulek.
- Przy jedzeniu głównie - wyjaśniłam. - Nie czytam przez cały dzień, nie chciałoby mi się.
- To trzymasz mimo wszystko niezłą figurę jak na tyle jedzenia - pochwalił mnie Fimbul.
- Bardziej mnie zastanawia, kiedy ty to czytasz - odparł Fimbulek.
- Przy jedzeniu głównie - wyjaśniłam. - Nie czytam przez cały dzień, nie chciałoby mi się.
- To trzymasz mimo wszystko niezłą figurę jak na tyle jedzenia - pochwalił mnie Fimbul.
poniedziałek, 3 maja 2010
918.
Jechaliśmy do Bielska i rozmowa zeszła na łyskacza, nie wiem, dlaczego.
- Fuj! - powiedziała Mrówka. - Tobie to smakuje? Bo wiesz, X i Y mnie kiedyś poczęstowali... błe, jakie to obrzydliwe.
Jacek długo i w milczeniu patrzył na Mrówkę, aż ta poczuła się nieswojo.
- No co? - zapytała obronnie. - Nie smakowało mi.
- W tej branży bez alkoholu daleko nie zajdziesz - uświadomił Mrówce Jacek.
To macie jeszcze piosenkę Kaczek. Kiedy byłam mała, odbierałam ją jakoś inaczej i zupełnie nie rozumiałam :D. Teraz, w którymś miesiącu (nie pamiętam, w którym), tańczyliśmy do niej z Jackiem za kulisami, jak Kaczki grały w Korezie:
Luśka
- Fuj! - powiedziała Mrówka. - Tobie to smakuje? Bo wiesz, X i Y mnie kiedyś poczęstowali... błe, jakie to obrzydliwe.
Jacek długo i w milczeniu patrzył na Mrówkę, aż ta poczuła się nieswojo.
- No co? - zapytała obronnie. - Nie smakowało mi.
- W tej branży bez alkoholu daleko nie zajdziesz - uświadomił Mrówce Jacek.
To macie jeszcze piosenkę Kaczek. Kiedy byłam mała, odbierałam ją jakoś inaczej i zupełnie nie rozumiałam :D. Teraz, w którymś miesiącu (nie pamiętam, w którym), tańczyliśmy do niej z Jackiem za kulisami, jak Kaczki grały w Korezie:
Luśka
środa, 28 kwietnia 2010
środa, 21 kwietnia 2010
ogłoszenie ;)
sobota, 17 kwietnia 2010
909. alkohole
Siedziałam sobie u X i Y i zawracałam im głowę. W końcu Y wygrzebał skądś butelkę johnnie walkera.
- Nie piję, bo czekam na twoją decyzję, czy cię zawieźć do domu - powiedział X. - Ale może chcesz spróbować? - zapytał, podając mi szklankę.
- Chcę spróbować - uznałam, bo wiem, że Fimbul czystej whisky nie pije, więc szanse na spróbowanie trunku przy nim maleją.
Spróbowałam.
- Błe, jakie to niedobre - powiedziałam, oddając szklankę X i poszłam do Y.
- Nalać ci? - zapytał Y życzliwie.
- Nie, dziękuję, spróbowałam od X i teraz się zastanawiam... czy ty to pijesz tak z własnej woli?
Y spojrzał na swoją whisky.
- Nie, ze szklanki - odparł.
Na drugi raz się nie będę głupio pytać ;).
Ale ciągle nie wierzę, że im to może smakować. No i mam pomysł na tekst.
Wczoraj Złośnica przywiozła mi płytę, przy której oszalałam z radości i zaczęłam bić dziękczynne pokłony. Tydzień temu Sławek (korezowy oczywiście) dał mi płytę ze spektaklem, który widziałam dwa razy na żywo (i który w tym tygodniu obejrzałam już dwa razy). Czuję się rozpieszczana ;).
- Nie piję, bo czekam na twoją decyzję, czy cię zawieźć do domu - powiedział X. - Ale może chcesz spróbować? - zapytał, podając mi szklankę.
- Chcę spróbować - uznałam, bo wiem, że Fimbul czystej whisky nie pije, więc szanse na spróbowanie trunku przy nim maleją.
Spróbowałam.
- Błe, jakie to niedobre - powiedziałam, oddając szklankę X i poszłam do Y.
- Nalać ci? - zapytał Y życzliwie.
- Nie, dziękuję, spróbowałam od X i teraz się zastanawiam... czy ty to pijesz tak z własnej woli?
Y spojrzał na swoją whisky.
- Nie, ze szklanki - odparł.
Na drugi raz się nie będę głupio pytać ;).
Ale ciągle nie wierzę, że im to może smakować. No i mam pomysł na tekst.
Wczoraj Złośnica przywiozła mi płytę, przy której oszalałam z radości i zaczęłam bić dziękczynne pokłony. Tydzień temu Sławek (korezowy oczywiście) dał mi płytę ze spektaklem, który widziałam dwa razy na żywo (i który w tym tygodniu obejrzałam już dwa razy). Czuję się rozpieszczana ;).
piątek, 9 kwietnia 2010
908. McGyFimbul
Do otwieracza puszek, który dostał Fimbul, nie było instrukcji obsługi. Na odległość trudno coś doradzać, pomijając fakt, że nie naotwierałam się w życiu zbyt dużej ilości puszek, co doprowadziło do wymyślania rozwiązań z pogranicza absurdu.
- Połóż puszkę przy drzwiach, podejdź do okna i rzucaj otwieraczem - zaproponowałam. - Prawdopodobnie dlatego wyginęli ludzie pierwotni. Mieli puszki z jedzeniem i nie umieli ich otworzyć.
Odpowiedziało mi milczenie Fimbula.
- Aha! Ludzie pierwotni nie wyginęli, wyginęły mamuty pierwotne - zreflektowałam się. - Podobno. Może one miały jedzenie w puszkach. "Twój mamut kupowałby mamucskas".
Fimbul otworzył puszkę ząbkowanym nożem do masła. Prawdopodobnie siły dodała mu moja wizja wyginiętego z głodu człowieka pierwotnego.
A ja jutro idę z pomysłem. Myślę, że albo zostanę wyrzucona drzwiami (wersja optymistyczna), albo oknem (wersja pesymistyczna). Ale spróbować muszę. Kto ma marzenia, a nie ma siły, żeby próbować je spełnić, to jakby nie marzył. Trzymajcie... ech, zobaczymy. W każdym razie spróbuję, a to się liczy.
Macie jeszcze z Kabaretowego Dnia Kobiet wywiad z Cześkiem. Powiedziałam mu dziś, że nieźle czarował dziennikarkę ;).
- Połóż puszkę przy drzwiach, podejdź do okna i rzucaj otwieraczem - zaproponowałam. - Prawdopodobnie dlatego wyginęli ludzie pierwotni. Mieli puszki z jedzeniem i nie umieli ich otworzyć.
Odpowiedziało mi milczenie Fimbula.
- Aha! Ludzie pierwotni nie wyginęli, wyginęły mamuty pierwotne - zreflektowałam się. - Podobno. Może one miały jedzenie w puszkach. "Twój mamut kupowałby mamucskas".
Fimbul otworzył puszkę ząbkowanym nożem do masła. Prawdopodobnie siły dodała mu moja wizja wyginiętego z głodu człowieka pierwotnego.
A ja jutro idę z pomysłem. Myślę, że albo zostanę wyrzucona drzwiami (wersja optymistyczna), albo oknem (wersja pesymistyczna). Ale spróbować muszę. Kto ma marzenia, a nie ma siły, żeby próbować je spełnić, to jakby nie marzył. Trzymajcie... ech, zobaczymy. W każdym razie spróbuję, a to się liczy.
Macie jeszcze z Kabaretowego Dnia Kobiet wywiad z Cześkiem. Powiedziałam mu dziś, że nieźle czarował dziennikarkę ;).
czwartek, 8 kwietnia 2010
907. przychodzi Mrówka do...
Przychodzi Mrówka do Egzekutora podczas przerwy między zajęciami.
Po piętnastu minutach ożywionej dyskusji Mrówka mówi "tak, wiem, już sobie idę".
I gada z Egzekutorem dalej.
Pięć minut później Egzekutor patrzy na zegarek i wzdycha, stwierdzając, że od pięciu minut ma seminarium.
Mrówka potakuje i gadają dalej.
Dwie minuty później Mrówka podnosi się z krzesła, nie przerywając rozmowy.
Egzekutor też wstaje i odprowadza Mrówkę do drzwi.
I gadają dalej.
Mrówka kładzie rękę na klamce. I gada.
Minutę później otwiera drzwi. I gada z Egzekutorem jeszcze.
Wychodzi, obiecując, że w najbliższym możliwym czasie wpadnie pogadać.
Po piętnastu minutach ożywionej dyskusji Mrówka mówi "tak, wiem, już sobie idę".
I gada z Egzekutorem dalej.
Pięć minut później Egzekutor patrzy na zegarek i wzdycha, stwierdzając, że od pięciu minut ma seminarium.
Mrówka potakuje i gadają dalej.
Dwie minuty później Mrówka podnosi się z krzesła, nie przerywając rozmowy.
Egzekutor też wstaje i odprowadza Mrówkę do drzwi.
I gadają dalej.
Mrówka kładzie rękę na klamce. I gada.
Minutę później otwiera drzwi. I gada z Egzekutorem jeszcze.
Wychodzi, obiecując, że w najbliższym możliwym czasie wpadnie pogadać.
środa, 7 kwietnia 2010
906. piosenki
Leżąca na środku pomieszczenia szarobura kupka czegoś poruszyła się. Spod kupki wypełzł leniwie Pomysł. Przeciągnął się i ziewnął, nic dziwnego, zagrzebał się w kupce trzy lata temu i od tamtej pory trwał w uśpieniu. Rozejrzał się i mruknął:
- Czas na mnie.
Potem poszedł do kuchni i jadł, jadł, jadł, jadł aż zwiększył swoją objętość trzykrotnie. Poczuł się silny. Postanowił wyruszyć w świat.
- Gdzie idziesz, idioto? - szturchnął go Rozsądek. - Nie masz najmniejszych szans, Świat cię zgniecie.
Ale Pomysł już wiedział, że nic go nie powstrzyma.
I nawet jeśli świat faktycznie go zgniecie - warto będzie spróbować.
W sobotę.
Życzliwych proszę o trzymanie kciuków, nieżyczliwych o niezawracanie głowy (bo na nadzieje, że mi się nie uda, jestem wyjątkowo uodporniona).
*****************************
- Słuchaj, zrobiłem twoją piosenkę - powiedział mi Darek parę miesięcy temu. - Wpłyń na Jacka, żeby ją wreszcie przygotował.
- Dobra - mruknęłam.
Miesiąc temu Darek wpadł do garderoby, rozejrzał się i bardzo głośno powiedział:
- Iza, napisałem muzykę do twojej piosenki!
- Do której piosenki, Darku? - zapytałam równie głośno.
- Do... (tu padł tytuł, którego nie pamiętam zwykle).
- Ach! Do...! Wiesz, że ... była drugą piosenką, jaką napisałam w życiu? Bardzo jestem ciekawa, jak wypadnie. Czy Jacek już ją słyszał?
Kontynuowalibyśmy ten teatralny dialog, gdyby Jacek wcześniej nie zabił mnie spojrzeniem ;).
- Czas na mnie.
Potem poszedł do kuchni i jadł, jadł, jadł, jadł aż zwiększył swoją objętość trzykrotnie. Poczuł się silny. Postanowił wyruszyć w świat.
- Gdzie idziesz, idioto? - szturchnął go Rozsądek. - Nie masz najmniejszych szans, Świat cię zgniecie.
Ale Pomysł już wiedział, że nic go nie powstrzyma.
I nawet jeśli świat faktycznie go zgniecie - warto będzie spróbować.
W sobotę.
Życzliwych proszę o trzymanie kciuków, nieżyczliwych o niezawracanie głowy (bo na nadzieje, że mi się nie uda, jestem wyjątkowo uodporniona).
*****************************
- Słuchaj, zrobiłem twoją piosenkę - powiedział mi Darek parę miesięcy temu. - Wpłyń na Jacka, żeby ją wreszcie przygotował.
- Dobra - mruknęłam.
Miesiąc temu Darek wpadł do garderoby, rozejrzał się i bardzo głośno powiedział:
- Iza, napisałem muzykę do twojej piosenki!
- Do której piosenki, Darku? - zapytałam równie głośno.
- Do... (tu padł tytuł, którego nie pamiętam zwykle).
- Ach! Do...! Wiesz, że ... była drugą piosenką, jaką napisałam w życiu? Bardzo jestem ciekawa, jak wypadnie. Czy Jacek już ją słyszał?
Kontynuowalibyśmy ten teatralny dialog, gdyby Jacek wcześniej nie zabił mnie spojrzeniem ;).
poniedziałek, 5 kwietnia 2010
905. zastępstwo
- Mam pewien pomysł na tekst do zrobienia z Darkiem - wyznała Mrówka Fimbulowi na gg. - Ale gdyby się okazało, że teraz nie mogę wystąpić, to Darek by został na lodzie i byłoby mu przykro, więc nie wiem, czy w ogóle próbować.
- To poprosisz Cześka, żeby cię zastąpił - oznajmił pogodnie Fimbul. - Założy jakąś kieckę, śpiewa lepiej od ciebie...
- To poprosisz Cześka, żeby cię zastąpił - oznajmił pogodnie Fimbul. - Założy jakąś kieckę, śpiewa lepiej od ciebie...
niedziela, 4 kwietnia 2010
904. powiedzenia
Mrówka (3-04-2010 22:10)
jakie znasz powiedzenia?:D
Fimbulwinter (3-04-2010 22:11)
błyskotliwe
Mrówka (3-04-2010 22:11)
LL
Fimbulwinter (3-04-2010 22:11)
;D
Mrówka (3-04-2010 22:11)
LOL
Mrówka (3-04-2010 22:11)
lD
Mrówka (3-04-2010 22:11)
:D
Fimbulwinter (3-04-2010 22:11)
np. kto nie trafia w klawisze ten 3 razy pisze
Fimbulwinter (3-04-2010 22:12)
:D
jakie znasz powiedzenia?:D
Fimbulwinter (3-04-2010 22:11)
błyskotliwe
Mrówka (3-04-2010 22:11)
LL
Fimbulwinter (3-04-2010 22:11)
;D
Mrówka (3-04-2010 22:11)
LOL
Mrówka (3-04-2010 22:11)
lD
Mrówka (3-04-2010 22:11)
:D
Fimbulwinter (3-04-2010 22:11)
np. kto nie trafia w klawisze ten 3 razy pisze
Fimbulwinter (3-04-2010 22:12)
:D
środa, 31 marca 2010
ogłoszenia drobne
Aaaa szukam tematów.
Potrzebuję tematu takiego, żeby Darek mógł sobie coś w tle grać.
I tematów na monologi własne, czyli nic nowego pod słońcem.
Jakby ktoś miał jakiś pomysł...
Bo na razie idę realizować zamówienia.
Przysyłajcie mi jakieś proste hasła i byle jakie skojarzenia, może coś z tego wyjdzie...
Potrzebuję tematu takiego, żeby Darek mógł sobie coś w tle grać.
I tematów na monologi własne, czyli nic nowego pod słońcem.
Jakby ktoś miał jakiś pomysł...
Bo na razie idę realizować zamówienia.
Przysyłajcie mi jakieś proste hasła i byle jakie skojarzenia, może coś z tego wyjdzie...
sobota, 27 marca 2010
900. mamuty 2
W zeszłym roku zrobiłam Ani Sz. na urodziny kalendarz mamutów. 12 wierszyków o mamutach w różnych porach roku. Pisałam to, leżąc z gorączką, przez jakieś trzy dni.
Info o tym jest w notce 733 (to znaczy będzie, jak przekopiuję). W tym roku postanowiłam kontynuować tradycję i stworzyłam nowy kalendarz mamutów, w trzy godziny i bez gorączki.
Tym razem motywem przewodnim są przebieranki (mamut, żeby przetrwać, musi się przebierać za inne stworzenia).
Jak ktoś chce całość na maila (ale bez rysunków, rysunki robiłam ręcznie i nie mam kopii) - to czekam na sygnał.
Na zachętę/zniechęcenie pierwszy wierszyk, jaki powstał.
LUTY
Mamut dziś z samego ranka
chciał się przebrać za bałwanka.
Nie chciał w sumie, ale zaspał,
wstaje, patrzy – na nim zaspa,
więc, miast otrzepywać włoski,
myśli – na wzór eskimoski,
przechadzając się po polu:
jak nie zwalczysz czegoś – polub.
Zamiast stać jak posąg grecki,
z górki rzucił się na plecki
i z łomotem w dół się turla.
Za nim sypie zaś się z gór la-
wina, śnieg już go otula –
mamut – jedna wielka kula.
Nosem zarył w prapragrządki
(naszej szklarni to początki),
a gdy się wyplątał z chaszczy,
to marchewkę trzymał w paszczy.
Chciał węgielki na guziki,
ale sprawdził sobie w Wiki,
że z tworzeniem węgla proces
zaczął w innej się epoce.
Och, nie pora tu na wykład,
choć historia to niezwykła.
W każdym razie z węgla braku
mamut zabrał garść ziemniaków
(i nie próbuj pytać tutaj,
skąd garść jakaś u mamuta,
skoro nie miał łap wśród kończyn,
bo mi wierszyk się nie skończy).
W tajemnicy też ci powiem –
garnka nie miał on na głowie,
nie był przez to smutny, a zły,
że mu uszy tam nie wlazły.
Jeszcze wziął do łapy chwasta,
no a wtedy marzec nastał.
Słońce wyszło z chmur czeluści
i nasz mamut się rozpuścił.
Info o tym jest w notce 733 (to znaczy będzie, jak przekopiuję). W tym roku postanowiłam kontynuować tradycję i stworzyłam nowy kalendarz mamutów, w trzy godziny i bez gorączki.
Tym razem motywem przewodnim są przebieranki (mamut, żeby przetrwać, musi się przebierać za inne stworzenia).
Jak ktoś chce całość na maila (ale bez rysunków, rysunki robiłam ręcznie i nie mam kopii) - to czekam na sygnał.
Na zachętę/zniechęcenie pierwszy wierszyk, jaki powstał.
LUTY
Mamut dziś z samego ranka
chciał się przebrać za bałwanka.
Nie chciał w sumie, ale zaspał,
wstaje, patrzy – na nim zaspa,
więc, miast otrzepywać włoski,
myśli – na wzór eskimoski,
przechadzając się po polu:
jak nie zwalczysz czegoś – polub.
Zamiast stać jak posąg grecki,
z górki rzucił się na plecki
i z łomotem w dół się turla.
Za nim sypie zaś się z gór la-
wina, śnieg już go otula –
mamut – jedna wielka kula.
Nosem zarył w prapragrządki
(naszej szklarni to początki),
a gdy się wyplątał z chaszczy,
to marchewkę trzymał w paszczy.
Chciał węgielki na guziki,
ale sprawdził sobie w Wiki,
że z tworzeniem węgla proces
zaczął w innej się epoce.
Och, nie pora tu na wykład,
choć historia to niezwykła.
W każdym razie z węgla braku
mamut zabrał garść ziemniaków
(i nie próbuj pytać tutaj,
skąd garść jakaś u mamuta,
skoro nie miał łap wśród kończyn,
bo mi wierszyk się nie skończy).
W tajemnicy też ci powiem –
garnka nie miał on na głowie,
nie był przez to smutny, a zły,
że mu uszy tam nie wlazły.
Jeszcze wziął do łapy chwasta,
no a wtedy marzec nastał.
Słońce wyszło z chmur czeluści
i nasz mamut się rozpuścił.
wtorek, 23 marca 2010
898. trauma
W zeszłym miesiącu nocowałam u Ani Sz. po Scenie.
- Co zjesz na kolację? - zapytała Ania Sz., po czym jednym tchem wymieniła mi dwieście produktów z szafki. W końcu udało się ją przekonać, że mogę zjeść cokolwiek i nie mam wymagań. Ania zaproponowała herbatę.
- Jaką chcesz? Mam... - i wymieniła sześć rodzajów herbat.
Tydzień później wpadłam do Fimbula, który zapragnął poczęstować mnie (i siebie) herbatą.
- Dobrze, że nie jesteś Anią Sz. - powiedziałam z ulgą, jak się okazało, przedwczesną.
- Jaką chcesz? - zapytał Fimbul, zaglądając do szafki. - I dlaczego dobrze, że nie Anią? - po czym zaczął wymieniać gatunki herbat, które ma.
Niedawno umówiliśmy się na spotkanie w większym gronie i z Fimbulem wpadliśmy do Ani B. i Mariusza.
- Czego się napijecie? - zapytała Ania B. gościnnie. Zgodnie poprosiliśmy o herbatę.
- A jaką chcecie? - rzuciła Ania B., zaglądając do szafki - bo mam... - i zaczęła wyliczać.
Trauma na całe życie. Przez najbliższe dwadzieścia lat będę się bała o herbatę poprosić.
A jutro znowu nocuję u Ani Sz... już czuję, że łatwo nie będzie...
- Co zjesz na kolację? - zapytała Ania Sz., po czym jednym tchem wymieniła mi dwieście produktów z szafki. W końcu udało się ją przekonać, że mogę zjeść cokolwiek i nie mam wymagań. Ania zaproponowała herbatę.
- Jaką chcesz? Mam... - i wymieniła sześć rodzajów herbat.
Tydzień później wpadłam do Fimbula, który zapragnął poczęstować mnie (i siebie) herbatą.
- Dobrze, że nie jesteś Anią Sz. - powiedziałam z ulgą, jak się okazało, przedwczesną.
- Jaką chcesz? - zapytał Fimbul, zaglądając do szafki. - I dlaczego dobrze, że nie Anią? - po czym zaczął wymieniać gatunki herbat, które ma.
Niedawno umówiliśmy się na spotkanie w większym gronie i z Fimbulem wpadliśmy do Ani B. i Mariusza.
- Czego się napijecie? - zapytała Ania B. gościnnie. Zgodnie poprosiliśmy o herbatę.
- A jaką chcecie? - rzuciła Ania B., zaglądając do szafki - bo mam... - i zaczęła wyliczać.
Trauma na całe życie. Przez najbliższe dwadzieścia lat będę się bała o herbatę poprosić.
A jutro znowu nocuję u Ani Sz... już czuję, że łatwo nie będzie...
sobota, 20 marca 2010
897. teksty
Po trzech godzinach pisania różnych tekstów satyrycznych (efekt zobaczycie wkrótce być może), wymyśliłam sobie jeszcze i napisałam tekst na Kabaretową (23 marca gramy w Bielsku, 24 w Katowicach, CHYBA ;)). Robo przeczytał.
- Podoba mi się bardzo ten tekst - napisał. - Jest taki fajny, w stylu Waligórskiego.
- Coś kombinujesz, ale nie mogę wyczuć, co. To mnie bardzo niepokoi - stwierdziła Mrówka. - Możesz mi powiedzieć, co knujesz?
- Nie mogę - odparł Robo. - Bo jak powiem, to się okaże, że nic nie knuję, a tak to chociaż fajny nastrój tajemniczości się robi.
- Już samo to, że go chwalisz, jest podejrzane - drążyła Mrówka. - Teraz nie wiem, czy go wyrzucić, czy przerobić.
- Ej, no sorry, że mi się podoba! - napisał Robo. - Postaram się go znielubić.
Teraz on się stara, a ja mam dylemat.
A Ania Sz. ma dziś urodziny, zadzwoniłam do niej.
- Złóż sobie w moim imieniu życzenia - powiedziałam.
- Ej, to właściwie PO CO dzwonisz? - zainteresowała się Ania.
- Podoba mi się bardzo ten tekst - napisał. - Jest taki fajny, w stylu Waligórskiego.
- Coś kombinujesz, ale nie mogę wyczuć, co. To mnie bardzo niepokoi - stwierdziła Mrówka. - Możesz mi powiedzieć, co knujesz?
- Nie mogę - odparł Robo. - Bo jak powiem, to się okaże, że nic nie knuję, a tak to chociaż fajny nastrój tajemniczości się robi.
- Już samo to, że go chwalisz, jest podejrzane - drążyła Mrówka. - Teraz nie wiem, czy go wyrzucić, czy przerobić.
- Ej, no sorry, że mi się podoba! - napisał Robo. - Postaram się go znielubić.
Teraz on się stara, a ja mam dylemat.
A Ania Sz. ma dziś urodziny, zadzwoniłam do niej.
- Złóż sobie w moim imieniu życzenia - powiedziałam.
- Ej, to właściwie PO CO dzwonisz? - zainteresowała się Ania.
piątek, 19 marca 2010
896. oceny
- Co myślisz o moim ostatnim występie? - zapytał Czesiek, kiedy już obgadaliśmy zadania na dni najbliższe. Usłyszał odpowiedź i się zdenerwował: - Genialne? Ja cię tam zabieram nie po to, żebyś mi mówiła, że genialne, tylko żebyś krytykowała.
Zawsze w robocie...
- Na drugi raz może coś spieprz, żebym miała łatwiej, a nie zabieraj mnie na najlepszy z występów, co? - zaproponowałam.
Zobaczymy, co z tego wyniknie ;).
Zawsze w robocie...
- Na drugi raz może coś spieprz, żebym miała łatwiej, a nie zabieraj mnie na najlepszy z występów, co? - zaproponowałam.
Zobaczymy, co z tego wyniknie ;).
wtorek, 16 marca 2010
895. Tenor i Hrabi w ChCK
- Nie przejmuj się mną, jak nie zabłądzę, to dojadę sama - obiecała Mrówka rozrywanemu Cześkowi przez telefon.
- Nie masz szans zabłądzić - stwierdził Cz. spokojnie.
- To mnie jeszcze nie znasz - mruknęła Mrówka.
Potem się okazało, że Cz. miał rację, nie miałam szans zabłądzić, nawet z moimi uzdolnieniami w tym zakresie.
Spotkaliśmy się w ChCK-u, dostałam imienne zaproszenie na widownię, poszłam sobie spokojnie usiąść na swoim miejscu (walcząc z pokusą wysłania Cześkowi smsa z jego własnego programu). Traf chciał, że wszyscy znajomi akurat siedzieli za kulisami i w garderobach, do których w Chorzowie wstępu nie mam, więc po prostu czekałam na rozpoczęcie koncertu.
I nagle poczułam stukanie w ramię.
- Przepraszam... czy pani dziś będzie czytać swój wiersz? - zapytała pewna pani, nazwijmy ją roboczo Panią z Widowni.
- Nie, dzisiaj nie - powiedziała Mrówka.
- Szkoda - odparła Pani z Widowni i poszła usiąść na widowni.
A potem dwie i pół godziny śmiechu bez przerwy. Och, jak ja się będę za dwa lata nienawidzić za tak treściwe wpisy...
A potem lekkie zmartwienie, że nie ma już powrotnych autobusów i ciepłe "nie przejmuj się, odwiozę cię z przyjemnością, gdzie tylko będziesz chciała".
Nie będę już narzekać na los tekściarza.
Dzięki, Tenorze.
- Nie masz szans zabłądzić - stwierdził Cz. spokojnie.
- To mnie jeszcze nie znasz - mruknęła Mrówka.
Potem się okazało, że Cz. miał rację, nie miałam szans zabłądzić, nawet z moimi uzdolnieniami w tym zakresie.
Spotkaliśmy się w ChCK-u, dostałam imienne zaproszenie na widownię, poszłam sobie spokojnie usiąść na swoim miejscu (walcząc z pokusą wysłania Cześkowi smsa z jego własnego programu). Traf chciał, że wszyscy znajomi akurat siedzieli za kulisami i w garderobach, do których w Chorzowie wstępu nie mam, więc po prostu czekałam na rozpoczęcie koncertu.
I nagle poczułam stukanie w ramię.
- Przepraszam... czy pani dziś będzie czytać swój wiersz? - zapytała pewna pani, nazwijmy ją roboczo Panią z Widowni.
- Nie, dzisiaj nie - powiedziała Mrówka.
- Szkoda - odparła Pani z Widowni i poszła usiąść na widowni.
A potem dwie i pół godziny śmiechu bez przerwy. Och, jak ja się będę za dwa lata nienawidzić za tak treściwe wpisy...
A potem lekkie zmartwienie, że nie ma już powrotnych autobusów i ciepłe "nie przejmuj się, odwiozę cię z przyjemnością, gdzie tylko będziesz chciała".
Nie będę już narzekać na los tekściarza.
Dzięki, Tenorze.
niedziela, 14 marca 2010
894. egzamin
Siedzieliśmy z Fimbulem w sali, w której dr PM miał konsultacje.
- Proszę mnie zaintrygować - powiedział dr PM do studentki, która coś zdawała. Dziewczyna zaczęła odpowiadać zupełnie standardowo, od daty urodzin twórcy.
Kiedy wyszła, powiedzieliśmy, że nie zrozumiała polecenia :D
- Proszę mnie zaintrygować - powiedział dr PM do studentki, która coś zdawała. Dziewczyna zaczęła odpowiadać zupełnie standardowo, od daty urodzin twórcy.
Kiedy wyszła, powiedzieliśmy, że nie zrozumiała polecenia :D
czwartek, 11 marca 2010
wtorek, 9 marca 2010
892. perpetuum mobile
Wiecie, że jak się leży na plecach i patrzy w sufit, a przy tym bez poduszki ryczy w poduszkę, to łzy wpływają do uszu?
Jak cierpię, to nie chcę, żeby mnie takie rzeczy rozśmieszały...
Jak cierpię, to nie chcę, żeby mnie takie rzeczy rozśmieszały...
poniedziałek, 8 marca 2010
Nie mówcie mi w najbliższym czasie o kabaretach, na które nie będę mogła iść.
Nie mówcie mi o projektach, które nie mają miejsca na rozbudowę.
Myślałam, że znalazłam przyczynę. Ba, myślałam, że ZNAM przyczynę i jestem w stanie ją zwalczyć.
Na razie jeszcze nie jestem.
Przejdzie.
Chociaż najwyraźniej nie dziś.
Sto lat temu w takich chwilach pisałam "ja tak naprawdę nie istnieję", wyłączałam komputer i telefon na wiele godzin i znikałam ze świata.
Pięćdziesiąt lat temu tworzyłam sobie w wyobraźni scenki satyryczne, z których rodziły się zalążki piosenek.
Teraz nie mam ochoty, chociaż może by pomogło.
Stare, sprawdzone sposoby.
Ale nie chcę ryzykować, gdyby miało się okazać, że nie.
Dzień w zasadzie piąty.
Nie mówcie mi o projektach, które nie mają miejsca na rozbudowę.
Myślałam, że znalazłam przyczynę. Ba, myślałam, że ZNAM przyczynę i jestem w stanie ją zwalczyć.
Na razie jeszcze nie jestem.
Przejdzie.
Chociaż najwyraźniej nie dziś.
Sto lat temu w takich chwilach pisałam "ja tak naprawdę nie istnieję", wyłączałam komputer i telefon na wiele godzin i znikałam ze świata.
Pięćdziesiąt lat temu tworzyłam sobie w wyobraźni scenki satyryczne, z których rodziły się zalążki piosenek.
Teraz nie mam ochoty, chociaż może by pomogło.
Stare, sprawdzone sposoby.
Ale nie chcę ryzykować, gdyby miało się okazać, że nie.
Dzień w zasadzie piąty.
piątek, 5 marca 2010
890. narzędzie zbrodni
Jestem przybita z głupiego powodu, powoli mi to przybicie wszyscy po kolei rozładowują (S. ostatni w łańcuchu jak na razie, ale i tak skuteczny).
- Jakie jest najbardziej niebezpieczne narzędzie, jakie mam w domu? - zapytała Mrówka Anię Sz.
- Firanka - odparła Ania Sz. bez namysłu.
Akurat nie firanka, ale w sumie może nie będę dzisiaj dopowiadać, zgadujcie sobie (albo nie). Niech to będzie urwana notka, nie wrócił mi jeszcze nastrój do opowiadania całych.
- Jakie jest najbardziej niebezpieczne narzędzie, jakie mam w domu? - zapytała Mrówka Anię Sz.
- Firanka - odparła Ania Sz. bez namysłu.
Akurat nie firanka, ale w sumie może nie będę dzisiaj dopowiadać, zgadujcie sobie (albo nie). Niech to będzie urwana notka, nie wrócił mi jeszcze nastrój do opowiadania całych.
środa, 3 marca 2010
889. kurczę
- Mamo, mamo, dłonie mi się skurczyły - zawołała Mrówka.
- Czemu?
- Dawniej mogłam się objąć palcami w pasie, a teraz zobacz, nie mogę!
Świat się kurczy, dzień się kurczy, to palce mi nie mogły?
- Czemu?
- Dawniej mogłam się objąć palcami w pasie, a teraz zobacz, nie mogę!
Świat się kurczy, dzień się kurczy, to palce mi nie mogły?
poniedziałek, 1 marca 2010
888. życzenia
Koniec lutego to czas gęsty od urodzin. 25 - Ania B., 26 - brat Mrówki, 27 - Mariusz Ani (i potem Sal pierwszego marca). Ponieważ Ania B. i Mariusz byli w tym czasie nad morzem, spróbowałam wysłać życzenia do Ani smsem. Nie udało się. Napisałam więc do Mariusza, żeby przekazał.
Przekazał.
Dwa dni później wysyłałam do Mariusza smsa "dziś sam sobie złóż w moim imieniu życzenia, tylko się postaraj!". Mariusz odpisał, że się postara.
Opowiedziałam całą sytuację Ani Sz.
- Nie wiem, czy sobie zdajesz sprawę z tego, że to raz na zawsze rozwiązuje nasz problem ze składaniem ludziom życzeń - oznajmiłam jej. - Teraz zawsze możemy przez kogoś składać.
- Mrówka, od dziś mówię na ciebie Miszcz - oświadczyła Ania Sz.
Sal, dziś sobie sam złóż ;).
Przekazał.
Dwa dni później wysyłałam do Mariusza smsa "dziś sam sobie złóż w moim imieniu życzenia, tylko się postaraj!". Mariusz odpisał, że się postara.
Opowiedziałam całą sytuację Ani Sz.
- Nie wiem, czy sobie zdajesz sprawę z tego, że to raz na zawsze rozwiązuje nasz problem ze składaniem ludziom życzeń - oznajmiłam jej. - Teraz zawsze możemy przez kogoś składać.
- Mrówka, od dziś mówię na ciebie Miszcz - oświadczyła Ania Sz.
Sal, dziś sobie sam złóż ;).
niedziela, 28 lutego 2010
887. ręce
- Bo ja mam ręce, które leczą - napisałam Fimbulowi w mailu (było o tym kilka notek wstecz).
- KA-leczą - odpisał Fimbul.
- KA-leczą - odpisał Fimbul.
piątek, 26 lutego 2010
886. zapowiedzi
Nie pamiętam, w jaki sposób zapowiadał mnie Piotrek w styczniu.
Było wtedy tak, że poznałyśmy z Czapi w garderobie Jurki i Tenora. O ile przy Jurkach myśl, że kiedyś spotkamy się w trasie, wystarczyła, o tyle przy Tenorze było mi zwyczajnie żal, że prawdopodobnie się więcej nie zobaczymy, a jak się zobaczymy, to Czesiek w ogóle mnie nie będzie kojarzyć. Bo i dlaczego by miał.
Zapowiedź Piotrka sprawiła wtedy, że jeszcze za kulisami umówiliśmy się na kontakt mailowy.
Który przerodził się w telefoniczny.
Który przerodził się w normalny, face-to-face.
I który się uintensywnił do stopnia nieprzewidywalnego dla mnie w najśmielszych garderobianych snach.
- Jak mnie dzisiaj zapowiesz? - zainteresowałam się w lutym.
- Jestem otwarty na propozycje - odparł Piotrek.
- To możesz powiedzieć, że są w kabarecie kobiety piękne, są inteligentne, są utalentowane, a u was ja występuję?
I Piotrek tak powiedział :D. Dobrze, bo mi się to komponowało potem z tekstem.
- Jak tam twój ulubiony tenor? - zainteresował się Robo.
- Cudowny jest, odrzucił mi wstęp do tekstu - odpisała Mrówka.
- To tyle wystarczy, żeby zdobyć twoją sympatię? - zdziwił się Robo.
- Nie, ale napisał, że wytłumaczy, o co chodzi, jak się zobaczymy. A to znaczy, że niedługo się zobaczymy.
Po czym Robo się załamał i poszedł.
Było wtedy tak, że poznałyśmy z Czapi w garderobie Jurki i Tenora. O ile przy Jurkach myśl, że kiedyś spotkamy się w trasie, wystarczyła, o tyle przy Tenorze było mi zwyczajnie żal, że prawdopodobnie się więcej nie zobaczymy, a jak się zobaczymy, to Czesiek w ogóle mnie nie będzie kojarzyć. Bo i dlaczego by miał.
Zapowiedź Piotrka sprawiła wtedy, że jeszcze za kulisami umówiliśmy się na kontakt mailowy.
Który przerodził się w telefoniczny.
Który przerodził się w normalny, face-to-face.
I który się uintensywnił do stopnia nieprzewidywalnego dla mnie w najśmielszych garderobianych snach.
- Jak mnie dzisiaj zapowiesz? - zainteresowałam się w lutym.
- Jestem otwarty na propozycje - odparł Piotrek.
- To możesz powiedzieć, że są w kabarecie kobiety piękne, są inteligentne, są utalentowane, a u was ja występuję?
I Piotrek tak powiedział :D. Dobrze, bo mi się to komponowało potem z tekstem.
- Jak tam twój ulubiony tenor? - zainteresował się Robo.
- Cudowny jest, odrzucił mi wstęp do tekstu - odpisała Mrówka.
- To tyle wystarczy, żeby zdobyć twoją sympatię? - zdziwił się Robo.
- Nie, ale napisał, że wytłumaczy, o co chodzi, jak się zobaczymy. A to znaczy, że niedługo się zobaczymy.
Po czym Robo się załamał i poszedł.
wtorek, 23 lutego 2010
- Nie mogliście mnie uprzedzić przed pierwszym razem, że to tak wciąga? - zapytała Mrówka.
- Nie mogliśmy, bo jeszcze byś nie wystąpiła - odparł Piotrek Perfidny.
Wczoraj i dziś moja czwarta i piąta Scena (Jacek mówi, żeby liczyć jako piątą i szóstą, pamiętając o redutkach jeszcze na studiach, ale wtedy nie występowałam).
- To co, śpiewasz dzisiaj? - rzucił Darek (pianista), kiedy spotkaliśmy się w Bielsku.
Mam nadzieję, że następnym razem na próbie, dziś było za mało czasu.
Na próbie.
TYLKO na próbie :D.
Przywiozłam do domu kubek z Korezu, płytę od Cześka i mnóstwo pomysłów na teksty.
Dostałam głupawki na stacji benzynowej, bo mi się przypomniała znienacka Stolica Niedomkniętych Drzwi, jak jechaliśmy z Panem Kierowcą na dworzec (wcześniej Czesiek odebrał telefon słowami "No cześć, Andrzejku", mało się nie udusiłam ze śmiechu, kilka spotkań temu przyznałam, że tylko na to czekam).
A poza tym - scena-teksty-scena-teksty-scena-teksty-scena-teksty.
I wiecie co? Uwielbiam to.
- Nie mogliśmy, bo jeszcze byś nie wystąpiła - odparł Piotrek Perfidny.
Wczoraj i dziś moja czwarta i piąta Scena (Jacek mówi, żeby liczyć jako piątą i szóstą, pamiętając o redutkach jeszcze na studiach, ale wtedy nie występowałam).
- To co, śpiewasz dzisiaj? - rzucił Darek (pianista), kiedy spotkaliśmy się w Bielsku.
Mam nadzieję, że następnym razem na próbie, dziś było za mało czasu.
Na próbie.
TYLKO na próbie :D.
Przywiozłam do domu kubek z Korezu, płytę od Cześka i mnóstwo pomysłów na teksty.
Dostałam głupawki na stacji benzynowej, bo mi się przypomniała znienacka Stolica Niedomkniętych Drzwi, jak jechaliśmy z Panem Kierowcą na dworzec (wcześniej Czesiek odebrał telefon słowami "No cześć, Andrzejku", mało się nie udusiłam ze śmiechu, kilka spotkań temu przyznałam, że tylko na to czekam).
A poza tym - scena-teksty-scena-teksty-scena-teksty-scena-teksty.
I wiecie co? Uwielbiam to.
to miał być zwykły komć, ale nie daje się go wkleić, więc macie jako notkę:
cieszę się z biegu. Od wczoraj nie byłam w domu, teraz piszę z wydziału. W Korezie byłam bileterką, satyrykiem i prawie wokalistką, dostałam kubek korezowy i wlazłam do tego miejsca, z którego Sergiusz rządzi świat(ł)em. I mialam tekst w rekawie. I napisalam Piotrkowi zapowiedz dla mnie, i odegralismy tekst jako kawalek scenki. I byl Sponsor. Wczoraj piękna noc u Ani Sz (dziękuję! :D), dziś piękne trzy godziny u Tenora. Za pół godziny zmierzamy do Bielska, ciekawe, czy dadzą mi trochę pośpiewać, niosło mnie to wczoraj przez pół dnia, nie przypuszczalam, że potrafię. NIKT nie przypuszczal, pianista chcial od razu, zebysmy wykonali tę piosenkę, zawolal wszystkich, żeby posluchali jak spiewam, więc sobie wyobraźcie, jak to wyszlo :D. A godzinę wczesniej mówilam Sergiuszowi, ze nie spiewam, bo nie umiem :D. Dużo przyjaciół, dużo uśmiechów, dużo pomysłów na nowe teksty i bieg. A potem się charakteryzuję na intelektualistkę i klnę za kulisami, bo mi niewygodnie w okularach na czubku nosa. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak jestem wdzięczna Piotrkowi, że wyrzucił mnie w grudniu na scenę... (przypuszczam, że widzowie są mniej wdzięczni, ale już trudno, nie można mieć wszystkiego). Lecę, do zobaczenia wkrótce. mrowka
Edit: teraz już tylko 20 minut
PS - wiem, że nie zawsze używam pl znaków, ale czasami co tu przeskakuje i się nie da.
PS 2 - siedzi tu Ania Sz i powtarza czasowniki portugalskie (POWIEDZIALA mi, że to czasowniki, nie wiem, co naprawdę powtarza, bo mówi cos nie po pl).
Edit 2 - 17 minut
cieszę się z biegu. Od wczoraj nie byłam w domu, teraz piszę z wydziału. W Korezie byłam bileterką, satyrykiem i prawie wokalistką, dostałam kubek korezowy i wlazłam do tego miejsca, z którego Sergiusz rządzi świat(ł)em. I mialam tekst w rekawie. I napisalam Piotrkowi zapowiedz dla mnie, i odegralismy tekst jako kawalek scenki. I byl Sponsor. Wczoraj piękna noc u Ani Sz (dziękuję! :D), dziś piękne trzy godziny u Tenora. Za pół godziny zmierzamy do Bielska, ciekawe, czy dadzą mi trochę pośpiewać, niosło mnie to wczoraj przez pół dnia, nie przypuszczalam, że potrafię. NIKT nie przypuszczal, pianista chcial od razu, zebysmy wykonali tę piosenkę, zawolal wszystkich, żeby posluchali jak spiewam, więc sobie wyobraźcie, jak to wyszlo :D. A godzinę wczesniej mówilam Sergiuszowi, ze nie spiewam, bo nie umiem :D. Dużo przyjaciół, dużo uśmiechów, dużo pomysłów na nowe teksty i bieg. A potem się charakteryzuję na intelektualistkę i klnę za kulisami, bo mi niewygodnie w okularach na czubku nosa. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak jestem wdzięczna Piotrkowi, że wyrzucił mnie w grudniu na scenę... (przypuszczam, że widzowie są mniej wdzięczni, ale już trudno, nie można mieć wszystkiego). Lecę, do zobaczenia wkrótce. mrowka
Edit: teraz już tylko 20 minut
PS - wiem, że nie zawsze używam pl znaków, ale czasami co tu przeskakuje i się nie da.
PS 2 - siedzi tu Ania Sz i powtarza czasowniki portugalskie (POWIEDZIALA mi, że to czasowniki, nie wiem, co naprawdę powtarza, bo mówi cos nie po pl).
Edit 2 - 17 minut
poniedziałek, 22 lutego 2010
Ha, nabrałam Was.
Nie ma mnie teraz przy kompie, siedzę w Korezie.
Notkę napisałam w sobotę, o 22:50, ale ustawiłam ją tak, żeby się wyświetliła właśnie teraz.
Możecie mi teraz dać dużo komciuff, jak wrócę, to się będę cieszyć ;).
A tak naprawdę sprawdzam tylko, czy ta możliwość ustawiania postów do dodania na potem działa.
Mr.
Nie ma mnie teraz przy kompie, siedzę w Korezie.
Notkę napisałam w sobotę, o 22:50, ale ustawiłam ją tak, żeby się wyświetliła właśnie teraz.
Możecie mi teraz dać dużo komciuff, jak wrócę, to się będę cieszyć ;).
A tak naprawdę sprawdzam tylko, czy ta możliwość ustawiania postów do dodania na potem działa.
Mr.
czwartek, 18 lutego 2010
885. przeklinanie
Ania Sz. poprawia tekst do książki.
Tekst najmniej skołowanego ze Skołowanych.
Pokazuje mi co smaczniejsze kawałki.
- Przypuszczam, że nie podejrzewałaś nawet, że znasz tyle brzydkich słów, którymi da się wyrazić to, co czujesz? - zagaiłam.
- Wystarczą 4 - odpisała Ania. - Ale nie znałam tylu ich możliwości derywacyjnych.
Tekst najmniej skołowanego ze Skołowanych.
Pokazuje mi co smaczniejsze kawałki.
- Przypuszczam, że nie podejrzewałaś nawet, że znasz tyle brzydkich słów, którymi da się wyrazić to, co czujesz? - zagaiłam.
- Wystarczą 4 - odpisała Ania. - Ale nie znałam tylu ich możliwości derywacyjnych.
884. umiejętności
Zestaw umiejętności własnych z ostatnich dni.
1. Moje umiejętności w majsterkowaniu ograniczały się do wykręcania śrubek i wyciągania gwoździ (w drugą stronę za nic w świecie nie działa, nie umiem DOkręcić śrubki, chyba że muszę, ale robię to niechętnie, o wbiciu gwoździa nie wspominam). Przedwczoraj nauczyłam się lutowania.
Też fajne.
2. Umiejętnie rozwaliłam sobie plecy. Nie chciało mi się porządnie schylić, więc schyliłam się nieporządnie, a potem nie umiałam podnieść prześcieradła (bo okazało się za ciężkie). Zdążyłam sobie wyobrazić, że na poniedziałkową Scenę muszę napisać nowy tekst, przy którym nikogo nie będzie dziwiło, że podchodzę do mikrofonu zgięta i pilnie obserwująca deski w podłodze. Ale:
3. Umiejętnie - to znaczy siłą woli - naprawiłam sobie te plecy, rozgrzewając i przykładając do nich własne ręce. Które leczą. Obie lewe. Przeszło.
Wszystko może mieć działanie lecznicze, pod warunkiem, że będzie się mocno w to wierzyło.
Co za dziwny świat.
1. Moje umiejętności w majsterkowaniu ograniczały się do wykręcania śrubek i wyciągania gwoździ (w drugą stronę za nic w świecie nie działa, nie umiem DOkręcić śrubki, chyba że muszę, ale robię to niechętnie, o wbiciu gwoździa nie wspominam). Przedwczoraj nauczyłam się lutowania.
Też fajne.
2. Umiejętnie rozwaliłam sobie plecy. Nie chciało mi się porządnie schylić, więc schyliłam się nieporządnie, a potem nie umiałam podnieść prześcieradła (bo okazało się za ciężkie). Zdążyłam sobie wyobrazić, że na poniedziałkową Scenę muszę napisać nowy tekst, przy którym nikogo nie będzie dziwiło, że podchodzę do mikrofonu zgięta i pilnie obserwująca deski w podłodze. Ale:
3. Umiejętnie - to znaczy siłą woli - naprawiłam sobie te plecy, rozgrzewając i przykładając do nich własne ręce. Które leczą. Obie lewe. Przeszło.
Wszystko może mieć działanie lecznicze, pod warunkiem, że będzie się mocno w to wierzyło.
Co za dziwny świat.
wtorek, 16 lutego 2010
883. przypisy na nowo
Skołowani przygotowują nowy tom pokonferencyjny.
Posłałam do Basi maila z prośbą o uzupełnienie jednego przypisu.
Basia uzupełniła, dodając, że kiedy próbowała ustalić, datę czasopisma, do jakiego dołączona była książka, którą cytuje, wyszło jej tylko "gdzieś w październiku".
Zaproponowałam zrobienie nowego standardu przypisów, na co Basia odpisała, żeby dodać tam jeszcze:
"książka tego autora na M."
"gdzieś tu leżało"
"to w czerwonej okładce"
i
"wydane, gdzieś, kiedyś, chyba niedawno"
Posłałam do Basi maila z prośbą o uzupełnienie jednego przypisu.
Basia uzupełniła, dodając, że kiedy próbowała ustalić, datę czasopisma, do jakiego dołączona była książka, którą cytuje, wyszło jej tylko "gdzieś w październiku".
Zaproponowałam zrobienie nowego standardu przypisów, na co Basia odpisała, żeby dodać tam jeszcze:
"książka tego autora na M."
"gdzieś tu leżało"
"to w czerwonej okładce"
i
"wydane, gdzieś, kiedyś, chyba niedawno"
poniedziałek, 15 lutego 2010
pusto
Za tydzień scena.
- Nie wiesz, o której się to wszystko zaczyna? - zapytał Robo.
- Cholera, nie wiem. Znam datę, myślałam, że mi wystarczy.
Wszyscy się porozjeżdżali (prawie wszyscy). A ja siedzę, rzuciłam katar w kąt i pojechałam na koncert Czerwonego Tulipana, cudowny, prawie dwie godziny trwał (a mógłby dłużej), wracając prawie wpadłam pod pług.
Napisałam siódmą wersję pewnej piosenki i trzecią wersję pewnego monologu, na oceny przyjdzie poczekać do końca tygodnia, więc zamiast gryźć palce i zastanawiać się, czy się nada, spokojnie piszę następne. Najwyżej przyjdzie mi napisać ósmą i czwartą wersję tego samego. I to zrobię, Cz. dokładnie wie, co chce uzyskać. I chce, żebym dla niego pisała, a to uskrzydla.
I znowu zasypiam o drugiej i piszę tekst, albo budzę się o piątej nad ranem i piszę, po omacku, w starym pustym kalendarzu. Satyra daje cudowny azyl. Jestem szczęśliwa.
A jeszcze, jakby ktoś się chciał pośmiać, siatkówka, mecz gwiazd Północ - Południe.
Oglądałam mecz i płakałam ze śmiechu. Nie wkleili tu fragmentu, kiedy zawodnicy grali naraz dwiema piłkami, nie wkleili wielu zagrywek ani zmian z liniowymi. Ale są zmiany, jakie dali trenerzy i sędziowie, jest gra 6 na 12, jest parę pomysłowych wygłupów.
- Nie wiesz, o której się to wszystko zaczyna? - zapytał Robo.
- Cholera, nie wiem. Znam datę, myślałam, że mi wystarczy.
Wszyscy się porozjeżdżali (prawie wszyscy). A ja siedzę, rzuciłam katar w kąt i pojechałam na koncert Czerwonego Tulipana, cudowny, prawie dwie godziny trwał (a mógłby dłużej), wracając prawie wpadłam pod pług.
Napisałam siódmą wersję pewnej piosenki i trzecią wersję pewnego monologu, na oceny przyjdzie poczekać do końca tygodnia, więc zamiast gryźć palce i zastanawiać się, czy się nada, spokojnie piszę następne. Najwyżej przyjdzie mi napisać ósmą i czwartą wersję tego samego. I to zrobię, Cz. dokładnie wie, co chce uzyskać. I chce, żebym dla niego pisała, a to uskrzydla.
I znowu zasypiam o drugiej i piszę tekst, albo budzę się o piątej nad ranem i piszę, po omacku, w starym pustym kalendarzu. Satyra daje cudowny azyl. Jestem szczęśliwa.
A jeszcze, jakby ktoś się chciał pośmiać, siatkówka, mecz gwiazd Północ - Południe.
Oglądałam mecz i płakałam ze śmiechu. Nie wkleili tu fragmentu, kiedy zawodnicy grali naraz dwiema piłkami, nie wkleili wielu zagrywek ani zmian z liniowymi. Ale są zmiany, jakie dali trenerzy i sędziowie, jest gra 6 na 12, jest parę pomysłowych wygłupów.
niedziela, 14 lutego 2010
882. pomocna dłoń
Fimbul nie wiedział, jak pogodzić wszystkie zajęcia i obowiązki z przeprowadzką, żeby zrobić jak najmniej kilometrów między starym a nowym mieszkaniem. Przyszłam na gg i podpowiedziałam mu, jak może to rozwiązać. Podpowiedziałam wbrew sobie, bo przez to, co wymyśliłam, Fimbul od wczoraj jest już w nowym mieszkaniu, bez internetu i zostaje nam tylko telefon.
- Dziękuję - ucieszył się Fimbul.
- Proszę. Cieszę się, że mogłam pomóc, ale popatrz, jak ja to wbrew sobie zrobiłam, dla mnie byłoby lepiej, jakbyś siedział jeszcze w domu z internetem.
- Hahaha - odparł Fimbul. - Na szczęście niektórzy najpierw działają, a potem myślą.
- Dziękuję - ucieszył się Fimbul.
- Proszę. Cieszę się, że mogłam pomóc, ale popatrz, jak ja to wbrew sobie zrobiłam, dla mnie byłoby lepiej, jakbyś siedział jeszcze w domu z internetem.
- Hahaha - odparł Fimbul. - Na szczęście niektórzy najpierw działają, a potem myślą.
piątek, 12 lutego 2010
881. spis lektur
Układamy z Fimbulem spis lektur na jego zajęcia.
- Walnąłbym sobie temat o szatanie - wymyślił Fimbul.
- Ale nie masz w spisie tekstów - odpisała Mrówka mało przytomnie.
- Mam Micińskiego, Przybyszewskiego... - odparł Fimbul. Mrówka załapała, że faktycznie pod "utwory wybrane" kryje się wiele różnych tekstów, które przychodziły jej na myśl.
- Faktycznie. Zapomniałam, że diabeł tkwi w szczegółach - wyjaśniła.
- Haha, dobre - napisał Fimbul. - Daj to na bloga. Niech wiedzą że od wielkiego dzwona i ty masz jakiś koncept!
- Walnąłbym sobie temat o szatanie - wymyślił Fimbul.
- Ale nie masz w spisie tekstów - odpisała Mrówka mało przytomnie.
- Mam Micińskiego, Przybyszewskiego... - odparł Fimbul. Mrówka załapała, że faktycznie pod "utwory wybrane" kryje się wiele różnych tekstów, które przychodziły jej na myśl.
- Faktycznie. Zapomniałam, że diabeł tkwi w szczegółach - wyjaśniła.
- Haha, dobre - napisał Fimbul. - Daj to na bloga. Niech wiedzą że od wielkiego dzwona i ty masz jakiś koncept!
czwartek, 11 lutego 2010
880. katar
Mam katar.
Kiedy kichnę, lecę trzy metry w tył, albo zatrzymuję się na pierwszej przeszkodzie, jaka się pojawi.
- Chyba idę, bo łeb mnie boli trochę.
- Od kataru pewnie - wyjaśnił współczująco Fimbul.
- No. I od rozbijania się o ściany.
- Weź sobie jakąś maść rozgrzewającą - zaproponował Fimbul.
- Chyba nie mam. Może wezmę, posmaruję się zwykłą i podpalę? Powinno mnie rozgrzać trochę.
Po czym doszliśmy do wniosku, że najwidoczniej ktoś mi zrobił wodę z mózgu.
A tu deadline'y satyryczne.
Dwa.
Trzy właściwie.
Nie ma mnie, idę spać.
Kiedy kichnę, lecę trzy metry w tył, albo zatrzymuję się na pierwszej przeszkodzie, jaka się pojawi.
- Chyba idę, bo łeb mnie boli trochę.
- Od kataru pewnie - wyjaśnił współczująco Fimbul.
- No. I od rozbijania się o ściany.
- Weź sobie jakąś maść rozgrzewającą - zaproponował Fimbul.
- Chyba nie mam. Może wezmę, posmaruję się zwykłą i podpalę? Powinno mnie rozgrzać trochę.
Po czym doszliśmy do wniosku, że najwidoczniej ktoś mi zrobił wodę z mózgu.
A tu deadline'y satyryczne.
Dwa.
Trzy właściwie.
Nie ma mnie, idę spać.
środa, 10 lutego 2010
879. powtórka z matematyki
Brat przyniósł mi mój notesik z matematyki, który przez cztery lata w klasie mat-inf mi służył i bardzo się przydawał na wszelkiego rodzaju powtórkach.
Mam tam praktyczne informacje, na przykład o tym, co to jest cecha i mantysa liczby. Funkcja homograficzna. Wzory Viete'a. Funkcje cyklometryczne. Ciągłość funkcji w punkcie i przedziale.
To było fajne, naprawdę.
Mam tam praktyczne informacje, na przykład o tym, co to jest cecha i mantysa liczby. Funkcja homograficzna. Wzory Viete'a. Funkcje cyklometryczne. Ciągłość funkcji w punkcie i przedziale.
To było fajne, naprawdę.
niedziela, 7 lutego 2010
a dzisiaj narzekam
Czasami chce się przeklinać...
Kabaretowy Dzień Kobiet
Co z tego, że 3/4 wykonawców znam, a z częścią jestem na ty, skoro cena biletu jest trochę zaporowa? (do 180 złotych, jakby się ktoś pytał).
Jakby ktoś chciał mnie zawieźć do Warszawy, przemycić za kulisy, potem przenocować i odwieźć z powrotem po występie, to byłoby miło.
Ech, pomarzyć zawsze można.
To jeszcze odsyłam na tu-czytam, dziś ciekawy wywiad z Piotrem Milewskim: wywiad z Piotrem Milewskim
Kabaretowy Dzień Kobiet
Co z tego, że 3/4 wykonawców znam, a z częścią jestem na ty, skoro cena biletu jest trochę zaporowa? (do 180 złotych, jakby się ktoś pytał).
Jakby ktoś chciał mnie zawieźć do Warszawy, przemycić za kulisy, potem przenocować i odwieźć z powrotem po występie, to byłoby miło.
Ech, pomarzyć zawsze można.
To jeszcze odsyłam na tu-czytam, dziś ciekawy wywiad z Piotrem Milewskim: wywiad z Piotrem Milewskim
sobota, 6 lutego 2010
878. fruwam
- Stara wyjadaczka z ciebie - oznajmił Piotrek, kiedy opowiedziałam mu o wczorajszym spotkaniu w Sosnowcu.
- Tak, z akcentem na stara - zgodziłam się.
- I zwierzę sceniczne - dodał Piotrek.
- Nawet wiem, jakie zwierzę. Mrówka.
- Mam obycie sceniczne - pochwaliłam się Fimbulowi w mailu, trochę zresztą na wyrost.
- No ja już dawno zauważyłem, że robisz sceny jak mało kto - odpisał Fimbulek.
Fruwam. Fruwam intensywnie, czasami padając w locie na nos.
http://www.sunghajung.com/xe/10004#25
- Tak, z akcentem na stara - zgodziłam się.
- I zwierzę sceniczne - dodał Piotrek.
- Nawet wiem, jakie zwierzę. Mrówka.
- Mam obycie sceniczne - pochwaliłam się Fimbulowi w mailu, trochę zresztą na wyrost.
- No ja już dawno zauważyłem, że robisz sceny jak mało kto - odpisał Fimbulek.
Fruwam. Fruwam intensywnie, czasami padając w locie na nos.
http://www.sunghajung.com/xe/10004#25
czwartek, 4 lutego 2010
877. kurs pisania
Siedzimy w kopalni pomysłów na Z. i omawiamy kolejne projekty, a przy okazji przechodzę właśnie przyspieszony kurs pisania na scenę. Nagle dzwoni telefon. Czesiek odbiera i po chwili rozmowy mówi do słuchawki:
- Tak, siedzi tu koło mnie.
Wytrzeszczam oczy, jako że jestem jedynym elementem krajobrazu, który właśnie siedzi koło Tenora, ale na Z. przebywam drugi raz w życiu (i drugi raz w tym tygodniu), i niewiele osób tam właśnie by mnie szukało.
Okazuje się, że to kolejny kontakt kabaretowo-sceniczny.
Powiem Wam tylko tyle: jest cudownie. Siedzę i piszę, leżę i piszę, budzę się o piątej rano, piszę i idę spać, budzę się o ósmej rano i jadę do Katowic, urywam się z innych zajęć i jadę na kurs pisania, wracam do domu, pisząc, siadam w pokoju i piszę, a potem jeszcze dopisuję coś w wannie. 99% idzie do śmieci, 1% idzie do poprawki. Jestem szczęśliwa.
To macie jeszcze jeden skecz kabaretu Tenor, chyba pierwszy, który pamiętam (po reklamach Pana Kierowcy), szkoda, że nie ma na nim zejścia ze sceny, bo też jest warte uwagi: On i Ona.
- Tak, siedzi tu koło mnie.
Wytrzeszczam oczy, jako że jestem jedynym elementem krajobrazu, który właśnie siedzi koło Tenora, ale na Z. przebywam drugi raz w życiu (i drugi raz w tym tygodniu), i niewiele osób tam właśnie by mnie szukało.
Okazuje się, że to kolejny kontakt kabaretowo-sceniczny.
Powiem Wam tylko tyle: jest cudownie. Siedzę i piszę, leżę i piszę, budzę się o piątej rano, piszę i idę spać, budzę się o ósmej rano i jadę do Katowic, urywam się z innych zajęć i jadę na kurs pisania, wracam do domu, pisząc, siadam w pokoju i piszę, a potem jeszcze dopisuję coś w wannie. 99% idzie do śmieci, 1% idzie do poprawki. Jestem szczęśliwa.
To macie jeszcze jeden skecz kabaretu Tenor, chyba pierwszy, który pamiętam (po reklamach Pana Kierowcy), szkoda, że nie ma na nim zejścia ze sceny, bo też jest warte uwagi: On i Ona.
wtorek, 2 lutego 2010
niedziela, 31 stycznia 2010
876. telefon
Zadzwonił telefon.
- Tak, słucham? - wysapała Mrówka (która do niego dobiegła, jak sobie skojarzyła, że to może jej telefon dzwoni).
- Cześć Iza, Czesiek, kabaret Tenor z tej strony - powiedziała słuchawka.
- Nie wierzę! Zaśpiewaj! - ucieszyła się Mrówka.
I Czesiek zaczął udawać, że fałszuje.
A rano miałam głupawkę ze śmiechu, bo mi się przypomniał ten jego monolog (oglądany zza kulis w Bielsku):
Reżyser - kabaret Tenor
PS - chociaż na starym blogu usunęli nam z niewiadomych powodów prawie wszystko, nie martwcie się, nie ufałam im od początku i wszystkie notki mamy w notatniku, tylko je kopiuję powoli ;).
- Tak, słucham? - wysapała Mrówka (która do niego dobiegła, jak sobie skojarzyła, że to może jej telefon dzwoni).
- Cześć Iza, Czesiek, kabaret Tenor z tej strony - powiedziała słuchawka.
- Nie wierzę! Zaśpiewaj! - ucieszyła się Mrówka.
I Czesiek zaczął udawać, że fałszuje.
A rano miałam głupawkę ze śmiechu, bo mi się przypomniał ten jego monolog (oglądany zza kulis w Bielsku):
Reżyser - kabaret Tenor
PS - chociaż na starym blogu usunęli nam z niewiadomych powodów prawie wszystko, nie martwcie się, nie ufałam im od początku i wszystkie notki mamy w notatniku, tylko je kopiuję powoli ;).
sobota, 30 stycznia 2010
875. kurtyna
- Wiesz, co muszę przećwiczyć? - zapytałam Jacka, kiedy jechaliśmy do Bielska. - Wyłażenie na scenę i złażenie z niej.
- Dlaczego?
- Żeby się nie zaplątać w kurtynę.
Jacek załamał ręce.
- Nie wyobrażałeś sobie, że można się zaplątać w kurtynę?
Jacek pokiwał głową z niedowierzaniem.
- A ja się zawsze zaplątuję w Korezie...
- W Bielsku nie ma kurtyny - pocieszył mnie J.
A i tak w Korezie przy schodzeniu ledwo trafiłam.
- Dlaczego?
- Żeby się nie zaplątać w kurtynę.
Jacek załamał ręce.
- Nie wyobrażałeś sobie, że można się zaplątać w kurtynę?
Jacek pokiwał głową z niedowierzaniem.
- A ja się zawsze zaplątuję w Korezie...
- W Bielsku nie ma kurtyny - pocieszył mnie J.
A i tak w Korezie przy schodzeniu ledwo trafiłam.
piątek, 29 stycznia 2010
---
Komentarz Władka Sikory do moich poscenicznych przeżyć:
No to witamy w klubie uzależnionych.
:D
Wrzuciłam fotkę z Bielska na n-k, to tu już może nie będę...
No to witamy w klubie uzależnionych.
:D
Wrzuciłam fotkę z Bielska na n-k, to tu już może nie będę...
środa, 27 stycznia 2010
874. notka bez ładu i składu
Kochani,
jestem po dwóch występach (wczoraj na Bielskiej Scenie Kabaretowej, dziś na katowickiej Kabaretowej Scenie Trójki). Wykończona, ale szczęśliwa.
- A weźmiecie mnie jeszcze na scenęęęęę? - zapytała Mrówka Jacka po dzisiejszym występie.
- Tak, w lutym gramy - odparł Jacek.
- Ale z litości?
Kiedyś nie wytrzymają ;).
Jacek, odwożąc mnie wczoraj z Bielska do domu, w Jaworznie po 22 powiedział:
- Słuchaj, masz jeszcze do jutrzejszego występu dużo czasu, napisz coś może.
Dziś o 11 dostał gotowy tekst, chwalę się, bo pierwszy raz w życiu próbowałam sił w skeczu (NIERYMOWANYM, to znaczy, rymowany też był, ale potem i w serii pastiszy).
O 15:30 zadzwonił.
- Dostałaś mojego maila?
- Nie sprawdzałam poczty.
- Bo ci napisałem, że przydałby się jeszcze pastisz z Gałczyńskiego na koniec.
O 16:00 dostał tego Gałczyńskiego (2 zwrotki i refren).
O 18:00 wyszedł z Piotrkiem na scenę i zagrali to.
A po nich wyszłam ja ;).
Wczoraj Piotrek wywołał mnie z roześmianego grona i stwierdził, że robimy próbę. Próbę, która zestresowała mnie bardziej niż oba występy razem wzięte.
- KIWAM SIĘ PRZY MIKROFONIE! - stwierdziłam z rozpaczą. - Przecież się przewrócę.
Wróciłam do zespołu zakulisowego.
- Ej, czy ktoś kiedyś wywalił się przy mikrofonie? - zapytałam ze smutkiem.
- Nawet sobie nie wyobrażasz, ile razy - odparł Znany Wojtek K.
Kiedy wczoraj w Bielsku Piotrek mnie zapowiadał, a ja stałam za kulisami, do występu miałam jeszcze ostatnią sekundę, stwierdziłam "rany, nie pamiętam ani pół słowa!!!".
Na szczęście po drodze do mikrofonu skojarzyłam, co mam powiedzieć.
Szkoda za to, że nikt nie nagrywał tego wszystkiego, co wymyślaliśmy w garderobie z Jurkami, Czapi i Tenorem. Dzisiaj już kabaretów nie było, więc obyło się bez wygłupów.
Manager na próbie Elżbiety Adamiak przyjrzał się pianiście i stwierdził:
- On przecież robi w tej piosence tak. *usiadł za pianinem, zwiesił ręce i siedzi*
- ALE ZA TO JAK PROFESJONALNIE!!! - zawołała mu Mrówka z widowni.
Dobrze, że nie przestaną mnie tam wpuszczać...
Obiecuję składniejszą i sensowniejszą notkę, jak tylko trochę odpocznę.
Aha! Biały pyta, czy ktoś ma niepotrzebne płyty winylowe, bo potrzebuje do słuchania.
jestem po dwóch występach (wczoraj na Bielskiej Scenie Kabaretowej, dziś na katowickiej Kabaretowej Scenie Trójki). Wykończona, ale szczęśliwa.
- A weźmiecie mnie jeszcze na scenęęęęę? - zapytała Mrówka Jacka po dzisiejszym występie.
- Tak, w lutym gramy - odparł Jacek.
- Ale z litości?
Kiedyś nie wytrzymają ;).
Jacek, odwożąc mnie wczoraj z Bielska do domu, w Jaworznie po 22 powiedział:
- Słuchaj, masz jeszcze do jutrzejszego występu dużo czasu, napisz coś może.
Dziś o 11 dostał gotowy tekst, chwalę się, bo pierwszy raz w życiu próbowałam sił w skeczu (NIERYMOWANYM, to znaczy, rymowany też był, ale potem i w serii pastiszy).
O 15:30 zadzwonił.
- Dostałaś mojego maila?
- Nie sprawdzałam poczty.
- Bo ci napisałem, że przydałby się jeszcze pastisz z Gałczyńskiego na koniec.
O 16:00 dostał tego Gałczyńskiego (2 zwrotki i refren).
O 18:00 wyszedł z Piotrkiem na scenę i zagrali to.
A po nich wyszłam ja ;).
Wczoraj Piotrek wywołał mnie z roześmianego grona i stwierdził, że robimy próbę. Próbę, która zestresowała mnie bardziej niż oba występy razem wzięte.
- KIWAM SIĘ PRZY MIKROFONIE! - stwierdziłam z rozpaczą. - Przecież się przewrócę.
Wróciłam do zespołu zakulisowego.
- Ej, czy ktoś kiedyś wywalił się przy mikrofonie? - zapytałam ze smutkiem.
- Nawet sobie nie wyobrażasz, ile razy - odparł Znany Wojtek K.
Kiedy wczoraj w Bielsku Piotrek mnie zapowiadał, a ja stałam za kulisami, do występu miałam jeszcze ostatnią sekundę, stwierdziłam "rany, nie pamiętam ani pół słowa!!!".
Na szczęście po drodze do mikrofonu skojarzyłam, co mam powiedzieć.
Szkoda za to, że nikt nie nagrywał tego wszystkiego, co wymyślaliśmy w garderobie z Jurkami, Czapi i Tenorem. Dzisiaj już kabaretów nie było, więc obyło się bez wygłupów.
Manager na próbie Elżbiety Adamiak przyjrzał się pianiście i stwierdził:
- On przecież robi w tej piosence tak. *usiadł za pianinem, zwiesił ręce i siedzi*
- ALE ZA TO JAK PROFESJONALNIE!!! - zawołała mu Mrówka z widowni.
Dobrze, że nie przestaną mnie tam wpuszczać...
Obiecuję składniejszą i sensowniejszą notkę, jak tylko trochę odpocznę.
Aha! Biały pyta, czy ktoś ma niepotrzebne płyty winylowe, bo potrzebuje do słuchania.
poniedziałek, 25 stycznia 2010
873. lodówka
- Niech cię ktoś nagra - napisał Fimbul na gg, odnosząc się do jutrzejszego i pojutrzejszego występu Mrówki na KST. Myślałam, że chodzi mu o to, że chciałby mnie na scenie zobaczyć...
- Niech cię ktoś nagra - powtórzył Fimbul. - Bo jest szansa, że jak tam nie odniesiesz sukcesu, to wygramy jakąś lodówkę w Maratonie Uśmiechu.
- Niech cię ktoś nagra - powtórzył Fimbul. - Bo jest szansa, że jak tam nie odniesiesz sukcesu, to wygramy jakąś lodówkę w Maratonie Uśmiechu.
niedziela, 24 stycznia 2010
872. wywiad z Anią Sz.
Zadzwonił dziś rano Profesor W.
- Nie zamarzłaś? - zapytał.
- Jeszcze nie, ale wszystko przede mną - odparłam.
- Bo gdybyś miała zamarznąć, to wziąłbym cię do siebie i posadził przy piecu - powiedział Profesor W.
Dziś drugi wywiad z serii poznajmy się, tym razem już na poważnie. Następne będą się pojawiać stopniowo (w najbliższych dniach pracuję wieczorami, więc jak wrócę dopiero ;)).

Rowerki na monety. O podróżach z Anią Sz. rozmawia Mrówka
Mrówka: Twoją pasją są podróże. Ile krajów już zwiedziłaś?
Ania Sz.: Rzeczywiście, staram się wiele podróżować. Tak "na poważnie" zaczęłam całkiem niedawno, bo po pierwszym roku studiów - moją pierwszą wielką wyprawą był wyjazd do Francji. Pojechaliśmy w sześć osób i przez tydzień mieszkaliśmy w Taize. To jedyne miejsce we Francji, gdzie mówi się po angielsku :D Kolejny tydzień spędziliśmy na Lazurowym Wybrzeżu - oczywiście w warunkach studenckich. Poza Francją byłam w Niemczech, Hiszpanii, Portugalii, Szwecji, Danii, Włoszech, Chorwacji, Słowacji, Czechach, na Węgrzech, przejeżdżałam przez całą Szwajcarię, więc poniekąd mogę powiedzieć, że i tam byłam. Ach, i Polska jest bardzo ciekawym krajem.
M.: Którą wyprawę wspominasz najlepiej?
A.:Każda jest inna. Wszystkie mają swój niepowtarzalny charakter przede wszystkim dlatego, że nigdy nie mieszkam w hotelach, a co najwyżej w hostelach. Ponadto, wszystko załatwiane jest na własną rękę, a nie przez biura podróży. W związku z tym każda wyprawa ma charakter "autorski", musi być przemyślana przeze mnie samą od początku do końca, a dość specyficzne warunki, w jakich przychodzi czasem mieszkać, sprawiają, że uczę się wielu, czasem dziwnych, a czasem praktycznych rzeczy. Każdy wyjazd jest więc inny. I tak, zdarzyło mi się spać na schodach w Nicei. W Budapeszcie noclegi wykupiłyśmy z koleżankami w budynku poszpitalnym (nie było to wprawdzie powiedziane wprost, ale każde pomieszczenie na placówkę służby zdrowia wskazywało). W Kopenhadze mieszkaliśmy w zaledwie (!) 66-osobowym pokoiku i jeździliśmy po mieście rozklekotanymi rowerami na monetę (coś takiego jak wózki w supermarketach) tylko po to, żeby w niedzielę objechać jak najwięcej muzeów, bo wówczas są darmowe wejścia. Hiszpanię i Portugalię zwiedziłam w wesołym autokarze, prowadząc koczowniczy tryb życia, śpiąc pod namiotami i wydłubując mrówki z chleba. Mogłabym dłuuugo opowiadać o każdej wyprawie, zarówno polskiej, jak i zagranicznej.
M.: W zasadzie po każdej Twojej podróży powinnyśmy pisać osobny wywiad.
A.: Po każdym dniu wyprawy. Poznawanie nowych miejsc, a przy tym innych kultur, innych ludzi sprawia, że każdy dzień zasługuje na osobną relację. Czasem bardzo długą.
Zachwycił mnie Sztohkolm w listopadzie.
M.: Dlaczego?
A.: Sztokholm w listopadzie wyglądał jak wyjęty z bajki - mgły opadały na miasto i wszystko, co przez nie przebijało, wydawało się nierealne. Poza tym, wszelkie kawiarnie, puby zamykane były przed 22, a miasto zamierało.
M.: Może zaczniesz spisywać wspomnienia z wojaży? Naprawdę żałuję, że nie rozmawiałyśmy szczegółowo po każdej wyprawie.
A.: O każdej wyprawię mogę pisać. Mam dokumentację fotograficzną, a to pozwala wiele rzeczy odtworzyć. Myślałam o tym, zastanawiam się tylko nad tym, jak znaleźć złoty środek, tzn. żeby nie popadać w banały, to raz, a dwa - żeby relacje nie były zbyt długie. Choć myślę, że wiele jest do opowiedzenia. Utrzymuję kontakty z ludźmi, których poznałam.
M.: Z Twoich opowieści płynie obraz ludzi przyjaznych, sympatycznych i miłych - czy tylko takich spotykasz na drodze, czy po prostu wyrzucasz z pamięci przykre doświadczenia?
A.: Nie przypominam sobie przykrych doświadczeń. A nie, może jedno, ale nie nazwałabym go przykrym. Wtedy, kiedy we wspomnianej Francji, pani sprzedająca w kasie na dworcu kolejowym nie chciała z nami porozmawiać po angielsku i gdyby koleżanka nie znała francuskiego, musielibyśmy chyba przejść pół kraju na piechotę, bo nie sprzedałaby nam biletów. Poza tym ludzie naprawdę są jeśli nie przyjaźni, to uprzejmi. Myślę, że to wynika z dwóch rzeczy. Po pierwsze, zwykle będąc grzecznym i uśmiechniętym spotkać się można z grzecznością i uprzejmością. Po drugie, ludzie lubią pomagać, więc jeśli widzą kogoś zagubionego, chętnie to robią. Być może jestem zbyt ufna albo zbyt naiwna. Uważam jednak, że mimo że trzeba być zawsze ostrożnym i rozsądnym, nie należy w tym przesadzać. Ludzie są z natury dobrzy i trzeba im wierzyć. Gdyby się nie wierzyło w czyjąś bezinteresowność i chęć wsparcia, wtedy trzeba by się zamknąć w domu i rozpaczać nad złem świata i beznadziejnością życia.
M.: A jak właściwie zaczęła się Twoja przygoda z podróżowaniem? Kiedy stwierdziłaś, że to jest coś, co uwielbiasz?
A.: Kiedy nie chodzilam jeszcze do szkoły i jeszcze oglądałam telewizję. Na TVP3 pokazywano programy podróżnicze i zawsze oglądałam je z wielkim zainteresowaniem. Potem, wiadomo, czytałam Tomki Wilmowskie i inne podobne książki podróżnicze. Prawdziwie zaczęła się dopiero wtedy, kiedy sama na podróże zaczęłam zarabiać - jestem osobą, która uważa, że jeśli ma jakieś zachcianki, nie powinna nimi obarczać innych. Przez szereg lat całe wakacje siedziałam w domu, bo nie miałam możliwości wyjechania gdziekolwiek. Potem były różnego typu obozy, rzecz jasna też nie do końca normalne, bo a to językowy, a to filozoficzny, a to dziennikarski, aż przyszedł okres studiów i początki samodzielności.
M.: Dżentelmeni nie rozmawiają o finansach, my możemy sobie na to spokojnie pozwolić. Wiem, że starasz się ograniczać wydatki i zwiedzać świat jak najmniejszym kosztem. Czy wiążą się z tym jakieś zabawne (albo po prostu ciekawe) sytuacje?
A.: Trzeba przy tym dodać, że z natury jestem dość skąpą osobą, więc moje ograniczanie kosztów jest niezwykle radykalne. Wspominałam już o jeździe rozklekotanymi rowerkami w Kopenhadze i zwiedzaniu muzeów za darmo. Koszta ograniczają też zdecydowanie potrawy zabierane z domu. Potrawy w proszku, rzecz jasna. Nie są przesadnie zdrowe, ale lekkie i tanie. W Avignonie na przykład (znów mówię o Francji, ale to po Danii najdroższy kraj, w jakim byłam) spędziłam cały dzień - od rana do wieczora. Żeby nie kupować tam jedzenia, juz rano ugotowałyśmy z koleżankami makaron (na palniku, na campingu). Kiedy inni jedli kolację w dusznych restauracjach, my miałyśmy ucztę na świeżym powietrzu przy zachodzie słońca nad rzeką. Gratis doszły: widok na pałac papieski i most. Ostatnio odkryłam też portal noclegowy "couchsurfing". W związku z tym już w lutym będę miała okazję jechać na pierwszą wyprawę, na której będę spała całkowicie za darmo - na razie w towarzystwie belgijsko-koreańsko-portugalskim. A dziś, znów korzystając z tego portalu, miałam okazję poznać się z Chińczykiem studiującym w Katowicach. Za darmo dochodzą więc ciekawe i często cenne znajomości.
Potrawy z proszku przypominają mi wiele sytuacji, z czego jedna jest dość zabawna.
M.: Zamieniam się w słuch.
A.: Chcieliśmy się ukryć ze znajomymi przed kibicami Legii Warszawy, którzy przyjechali do Kopenhagi i spali we wspominanym 66-osobowym pokoiku. Kiedy jednak jeden z nich zalewał sobie rodzimą zupkę chińską, nie wytrzymałam i skomentowałam jego zachowanie po polsku. Znanym polskim okrzykiem, będącym jednocześnie przekleństwem o niezwykle rozbudowanej semantyce, powitał mnie, rozpoczynając krótką znajomość.
M.: Dokąd się teraz wybierasz?
A.: Do Portugalii, konkretnie - do Lizbony. Lecę na 12 dni. Żeby ograniczyć koszty - lot z przesiadką, mam więc nadzieję, że pierwszy się nie opóźni na tyle, żebym nie zdążyła na drugi. O ironio, samoloty przerażają mnie. Dlatego też sama podróż w tę i z powrotem nie będzie dla mnie przyjemnością
M.: W takim razie liczę na to, że po powrocie dokładnie nam wszystko opowiesz.
- Nie zamarzłaś? - zapytał.
- Jeszcze nie, ale wszystko przede mną - odparłam.
- Bo gdybyś miała zamarznąć, to wziąłbym cię do siebie i posadził przy piecu - powiedział Profesor W.
Dziś drugi wywiad z serii poznajmy się, tym razem już na poważnie. Następne będą się pojawiać stopniowo (w najbliższych dniach pracuję wieczorami, więc jak wrócę dopiero ;)).

Rowerki na monety. O podróżach z Anią Sz. rozmawia Mrówka
Mrówka: Twoją pasją są podróże. Ile krajów już zwiedziłaś?
Ania Sz.: Rzeczywiście, staram się wiele podróżować. Tak "na poważnie" zaczęłam całkiem niedawno, bo po pierwszym roku studiów - moją pierwszą wielką wyprawą był wyjazd do Francji. Pojechaliśmy w sześć osób i przez tydzień mieszkaliśmy w Taize. To jedyne miejsce we Francji, gdzie mówi się po angielsku :D Kolejny tydzień spędziliśmy na Lazurowym Wybrzeżu - oczywiście w warunkach studenckich. Poza Francją byłam w Niemczech, Hiszpanii, Portugalii, Szwecji, Danii, Włoszech, Chorwacji, Słowacji, Czechach, na Węgrzech, przejeżdżałam przez całą Szwajcarię, więc poniekąd mogę powiedzieć, że i tam byłam. Ach, i Polska jest bardzo ciekawym krajem.
M.: Którą wyprawę wspominasz najlepiej?
A.:Każda jest inna. Wszystkie mają swój niepowtarzalny charakter przede wszystkim dlatego, że nigdy nie mieszkam w hotelach, a co najwyżej w hostelach. Ponadto, wszystko załatwiane jest na własną rękę, a nie przez biura podróży. W związku z tym każda wyprawa ma charakter "autorski", musi być przemyślana przeze mnie samą od początku do końca, a dość specyficzne warunki, w jakich przychodzi czasem mieszkać, sprawiają, że uczę się wielu, czasem dziwnych, a czasem praktycznych rzeczy. Każdy wyjazd jest więc inny. I tak, zdarzyło mi się spać na schodach w Nicei. W Budapeszcie noclegi wykupiłyśmy z koleżankami w budynku poszpitalnym (nie było to wprawdzie powiedziane wprost, ale każde pomieszczenie na placówkę służby zdrowia wskazywało). W Kopenhadze mieszkaliśmy w zaledwie (!) 66-osobowym pokoiku i jeździliśmy po mieście rozklekotanymi rowerami na monetę (coś takiego jak wózki w supermarketach) tylko po to, żeby w niedzielę objechać jak najwięcej muzeów, bo wówczas są darmowe wejścia. Hiszpanię i Portugalię zwiedziłam w wesołym autokarze, prowadząc koczowniczy tryb życia, śpiąc pod namiotami i wydłubując mrówki z chleba. Mogłabym dłuuugo opowiadać o każdej wyprawie, zarówno polskiej, jak i zagranicznej.
M.: W zasadzie po każdej Twojej podróży powinnyśmy pisać osobny wywiad.
A.: Po każdym dniu wyprawy. Poznawanie nowych miejsc, a przy tym innych kultur, innych ludzi sprawia, że każdy dzień zasługuje na osobną relację. Czasem bardzo długą.
Zachwycił mnie Sztohkolm w listopadzie.
M.: Dlaczego?
A.: Sztokholm w listopadzie wyglądał jak wyjęty z bajki - mgły opadały na miasto i wszystko, co przez nie przebijało, wydawało się nierealne. Poza tym, wszelkie kawiarnie, puby zamykane były przed 22, a miasto zamierało.
M.: Może zaczniesz spisywać wspomnienia z wojaży? Naprawdę żałuję, że nie rozmawiałyśmy szczegółowo po każdej wyprawie.
A.: O każdej wyprawię mogę pisać. Mam dokumentację fotograficzną, a to pozwala wiele rzeczy odtworzyć. Myślałam o tym, zastanawiam się tylko nad tym, jak znaleźć złoty środek, tzn. żeby nie popadać w banały, to raz, a dwa - żeby relacje nie były zbyt długie. Choć myślę, że wiele jest do opowiedzenia. Utrzymuję kontakty z ludźmi, których poznałam.
M.: Z Twoich opowieści płynie obraz ludzi przyjaznych, sympatycznych i miłych - czy tylko takich spotykasz na drodze, czy po prostu wyrzucasz z pamięci przykre doświadczenia?
A.: Nie przypominam sobie przykrych doświadczeń. A nie, może jedno, ale nie nazwałabym go przykrym. Wtedy, kiedy we wspomnianej Francji, pani sprzedająca w kasie na dworcu kolejowym nie chciała z nami porozmawiać po angielsku i gdyby koleżanka nie znała francuskiego, musielibyśmy chyba przejść pół kraju na piechotę, bo nie sprzedałaby nam biletów. Poza tym ludzie naprawdę są jeśli nie przyjaźni, to uprzejmi. Myślę, że to wynika z dwóch rzeczy. Po pierwsze, zwykle będąc grzecznym i uśmiechniętym spotkać się można z grzecznością i uprzejmością. Po drugie, ludzie lubią pomagać, więc jeśli widzą kogoś zagubionego, chętnie to robią. Być może jestem zbyt ufna albo zbyt naiwna. Uważam jednak, że mimo że trzeba być zawsze ostrożnym i rozsądnym, nie należy w tym przesadzać. Ludzie są z natury dobrzy i trzeba im wierzyć. Gdyby się nie wierzyło w czyjąś bezinteresowność i chęć wsparcia, wtedy trzeba by się zamknąć w domu i rozpaczać nad złem świata i beznadziejnością życia.
M.: A jak właściwie zaczęła się Twoja przygoda z podróżowaniem? Kiedy stwierdziłaś, że to jest coś, co uwielbiasz?
A.: Kiedy nie chodzilam jeszcze do szkoły i jeszcze oglądałam telewizję. Na TVP3 pokazywano programy podróżnicze i zawsze oglądałam je z wielkim zainteresowaniem. Potem, wiadomo, czytałam Tomki Wilmowskie i inne podobne książki podróżnicze. Prawdziwie zaczęła się dopiero wtedy, kiedy sama na podróże zaczęłam zarabiać - jestem osobą, która uważa, że jeśli ma jakieś zachcianki, nie powinna nimi obarczać innych. Przez szereg lat całe wakacje siedziałam w domu, bo nie miałam możliwości wyjechania gdziekolwiek. Potem były różnego typu obozy, rzecz jasna też nie do końca normalne, bo a to językowy, a to filozoficzny, a to dziennikarski, aż przyszedł okres studiów i początki samodzielności.
M.: Dżentelmeni nie rozmawiają o finansach, my możemy sobie na to spokojnie pozwolić. Wiem, że starasz się ograniczać wydatki i zwiedzać świat jak najmniejszym kosztem. Czy wiążą się z tym jakieś zabawne (albo po prostu ciekawe) sytuacje?
A.: Trzeba przy tym dodać, że z natury jestem dość skąpą osobą, więc moje ograniczanie kosztów jest niezwykle radykalne. Wspominałam już o jeździe rozklekotanymi rowerkami w Kopenhadze i zwiedzaniu muzeów za darmo. Koszta ograniczają też zdecydowanie potrawy zabierane z domu. Potrawy w proszku, rzecz jasna. Nie są przesadnie zdrowe, ale lekkie i tanie. W Avignonie na przykład (znów mówię o Francji, ale to po Danii najdroższy kraj, w jakim byłam) spędziłam cały dzień - od rana do wieczora. Żeby nie kupować tam jedzenia, juz rano ugotowałyśmy z koleżankami makaron (na palniku, na campingu). Kiedy inni jedli kolację w dusznych restauracjach, my miałyśmy ucztę na świeżym powietrzu przy zachodzie słońca nad rzeką. Gratis doszły: widok na pałac papieski i most. Ostatnio odkryłam też portal noclegowy "couchsurfing". W związku z tym już w lutym będę miała okazję jechać na pierwszą wyprawę, na której będę spała całkowicie za darmo - na razie w towarzystwie belgijsko-koreańsko-portugalskim. A dziś, znów korzystając z tego portalu, miałam okazję poznać się z Chińczykiem studiującym w Katowicach. Za darmo dochodzą więc ciekawe i często cenne znajomości.
Potrawy z proszku przypominają mi wiele sytuacji, z czego jedna jest dość zabawna.
M.: Zamieniam się w słuch.
A.: Chcieliśmy się ukryć ze znajomymi przed kibicami Legii Warszawy, którzy przyjechali do Kopenhagi i spali we wspominanym 66-osobowym pokoiku. Kiedy jednak jeden z nich zalewał sobie rodzimą zupkę chińską, nie wytrzymałam i skomentowałam jego zachowanie po polsku. Znanym polskim okrzykiem, będącym jednocześnie przekleństwem o niezwykle rozbudowanej semantyce, powitał mnie, rozpoczynając krótką znajomość.
M.: Dokąd się teraz wybierasz?
A.: Do Portugalii, konkretnie - do Lizbony. Lecę na 12 dni. Żeby ograniczyć koszty - lot z przesiadką, mam więc nadzieję, że pierwszy się nie opóźni na tyle, żebym nie zdążyła na drugi. O ironio, samoloty przerażają mnie. Dlatego też sama podróż w tę i z powrotem nie będzie dla mnie przyjemnością
M.: W takim razie liczę na to, że po powrocie dokładnie nam wszystko opowiesz.
sobota, 23 stycznia 2010
871. wywiad z Fimbulem
- Muszę się zabrać wreszcie za wywiady do tu-czytam - westchnęła Mrówka na gg do Fimbula. - "Fimbulku, wszyscy się zastanawiają, jak to jest być Fimbulkiem?"
A Fimbul wziął i odpowiedział, wstrzelił się natychmiast w konwencję. I w ten sposób zrobiliśmy wywiad. Fimbul mówi, żeby zastrzec, że nie ma takiej megalomanii. Nie ma, obydwoje udawaliśmy. Jak wyszło? Zobaczcie sami...
Bilans i balans. Rozmowa o fimbulkowatości
Mrówka: Fimbulku, wszyscy zastanawiają się: jak to jest być Fimbulkiem?
Fimbulwinter: Fimbulaście dość
M.: Czy bycie Fimbulkiem jest trudne?
F.: Tak.
M.: A co jest w tym najtrudniejsze, Twoim zdaniem?
F.: hm... brak pewnej wymiany. Trzeba wciąż coś od siebie dawać, a dostaje się za to w gruncie rzeczy niewiele.
M.: To rzeczywiście trudne. W takim razie - dlaczego warto być Fimbulkiem?
F.: A warto? Ja nic o tym nie wiem (śmiech). Jestem Fimbulkiem bo w zasadzie nic innego nie potrafię.
M.: Właśnie: wszyscy są na pewno ciekawi, jak to się u Ciebie zaczęło? Skąd wzięło się bycie Fimbulkiem, skąd idea fimbulkowatości?
F.: Ludzie często myślą, że cała fimbulkowatość ma charakter performatywny. Wiesz, o czym mówię: że trzeba robić to i tamto. Najpierw to, później coś innego... Ale to zupełnie nie tak! Ja nic nie robię, ja tylko jestem. A przez to, jakim jestem, wszystko inne dzieje się dokoła właśnie w ten sposób.
M.: Mądrość, wiedza, oczytanie, ciekawość świata, poczucie humoru... - jakie cechy wymieniłbyś jako najbardziej charakterystyczne dla fimbulkowatości?
F.: Bilans i balans. Musisz utrzymywać odpowiedni poziom tego wszystkiego. Odpowiednio wysoki, ale przy tym wypośrodkowany. Nie możesz być mądra, a nie mieć poczucia humoru i tak dalej.
M.: Jak wyobrażasz sobie siebie za dwadzieścia lat? Kim chciałbyś wtedy być?
F.: Chciałbym być wtedy o jakieś... dziesięć lat starszym Fimbulkiem (śmiech). Myślę, że wiele się nie zmieni. Ludzie czekają na jakieś gwałtowne i drastyczne zmiany, ale czekają tak już od wielu generacji. Trudno się pogodzić z tym, że my też nie będziemy pod tym względem wyjątkowi. Może będziemy poruszać się poduszkowcami albo coś podobnego, ale nie będzie to żaden olbrzymi przeskok.
M.: Bycie Fimbulkiem to jednak spore wyróżnienie, wyjątkowość sama w sobie, prawda?
F.: To też spore wyzwanie. Myślę, że każdy jest na swój sposób wyjątkowy, ale nie każdy podejmuje wyzwania swojej wyjątkowości.
M.: W takim razie powinnam Ci chyba życzyć ciągłego podejmowania tych wyzwań.
F.: Też sobie tego życzę. I Tobie. I czytelnikom.
A Fimbul wziął i odpowiedział, wstrzelił się natychmiast w konwencję. I w ten sposób zrobiliśmy wywiad. Fimbul mówi, żeby zastrzec, że nie ma takiej megalomanii. Nie ma, obydwoje udawaliśmy. Jak wyszło? Zobaczcie sami...
Bilans i balans. Rozmowa o fimbulkowatości
Mrówka: Fimbulku, wszyscy zastanawiają się: jak to jest być Fimbulkiem?
Fimbulwinter: Fimbulaście dość
M.: Czy bycie Fimbulkiem jest trudne?
F.: Tak.
M.: A co jest w tym najtrudniejsze, Twoim zdaniem?
F.: hm... brak pewnej wymiany. Trzeba wciąż coś od siebie dawać, a dostaje się za to w gruncie rzeczy niewiele.
M.: To rzeczywiście trudne. W takim razie - dlaczego warto być Fimbulkiem?
F.: A warto? Ja nic o tym nie wiem (śmiech). Jestem Fimbulkiem bo w zasadzie nic innego nie potrafię.
M.: Właśnie: wszyscy są na pewno ciekawi, jak to się u Ciebie zaczęło? Skąd wzięło się bycie Fimbulkiem, skąd idea fimbulkowatości?
F.: Ludzie często myślą, że cała fimbulkowatość ma charakter performatywny. Wiesz, o czym mówię: że trzeba robić to i tamto. Najpierw to, później coś innego... Ale to zupełnie nie tak! Ja nic nie robię, ja tylko jestem. A przez to, jakim jestem, wszystko inne dzieje się dokoła właśnie w ten sposób.
M.: Mądrość, wiedza, oczytanie, ciekawość świata, poczucie humoru... - jakie cechy wymieniłbyś jako najbardziej charakterystyczne dla fimbulkowatości?
F.: Bilans i balans. Musisz utrzymywać odpowiedni poziom tego wszystkiego. Odpowiednio wysoki, ale przy tym wypośrodkowany. Nie możesz być mądra, a nie mieć poczucia humoru i tak dalej.
M.: Jak wyobrażasz sobie siebie za dwadzieścia lat? Kim chciałbyś wtedy być?
F.: Chciałbym być wtedy o jakieś... dziesięć lat starszym Fimbulkiem (śmiech). Myślę, że wiele się nie zmieni. Ludzie czekają na jakieś gwałtowne i drastyczne zmiany, ale czekają tak już od wielu generacji. Trudno się pogodzić z tym, że my też nie będziemy pod tym względem wyjątkowi. Może będziemy poruszać się poduszkowcami albo coś podobnego, ale nie będzie to żaden olbrzymi przeskok.
M.: Bycie Fimbulkiem to jednak spore wyróżnienie, wyjątkowość sama w sobie, prawda?
F.: To też spore wyzwanie. Myślę, że każdy jest na swój sposób wyjątkowy, ale nie każdy podejmuje wyzwania swojej wyjątkowości.
M.: W takim razie powinnam Ci chyba życzyć ciągłego podejmowania tych wyzwań.
F.: Też sobie tego życzę. I Tobie. I czytelnikom.
piątek, 22 stycznia 2010
870. edit: a jednak notka
Miałam zamiar dodać jakąś sensowną notkę, bo dawno nie było, ale cały dzień walczę z uporczywym bólem głowy, więc już sobie odpuszczam. Znalazłam za to na dysku w letnich zdjęciach dowód na puchatość owadów.

Poza tym tradycyjnie poszukuję (na razie mało intensywnie, bo ledwo żywa jestem) tematów na teksty satyryczne, więc gdybyście jakiś chcieli...
Nie chciało mi się robić notki, ale przyszedł Robo.
- Ucho mi się zatkało - poinformowałam go, w oczekiwaniu na satyryczną ripostę.
- Ziewnij, to pomaga - nie wysilił się Robo.
- Nie, ono się zatkało, jak nalało mi się do niego wody.
- Poskacz - wymyślił Robo.
- Uchem???
- Nogami.
- Ale do ucha mi się nalało, a nie do nogi...
- Ale jak upadniesz na łeb, to ci się ucho odetka.
Obiecałam, że dodam na bloga, na co Robo stwierdził, że schodzę na psy z nim.

Poza tym tradycyjnie poszukuję (na razie mało intensywnie, bo ledwo żywa jestem) tematów na teksty satyryczne, więc gdybyście jakiś chcieli...
Nie chciało mi się robić notki, ale przyszedł Robo.
- Ucho mi się zatkało - poinformowałam go, w oczekiwaniu na satyryczną ripostę.
- Ziewnij, to pomaga - nie wysilił się Robo.
- Nie, ono się zatkało, jak nalało mi się do niego wody.
- Poskacz - wymyślił Robo.
- Uchem???
- Nogami.
- Ale do ucha mi się nalało, a nie do nogi...
- Ale jak upadniesz na łeb, to ci się ucho odetka.
Obiecałam, że dodam na bloga, na co Robo stwierdził, że schodzę na psy z nim.
środa, 20 stycznia 2010
869. autobus
Stałam dziś wieczorem na dworcu w Katowicach, czekając na autobus.
Autobus stał w drugim narożniku dworca, czekając nie wiem na co.
Po czterdziestu minutach przyjechał inny autobus.
Wysłałam z niego smsa do brata. W smsie napisałam, że jedziemy z prędkością kuropatwy.
Człowiek z zimna robi różne rzeczy.
Pomysły na przyszłość:
- zapukać do stojącego autobusu i wtarabanić się do środka bez względu na konsekwencje (zrealizowałabym dziś, gdyby nie strach, że jak tam pójdę, to on podjedzie na przystanek),
- załatwić sobie numer telefonu do szefa PKM-u i informować go o KAŻDYM autobusie, który nie przyjechał. Po dwudziestu telefonach dziennie może się facet ruszy i coś zrobi.
Do tej pory jest mi zimno.
Autobus stał w drugim narożniku dworca, czekając nie wiem na co.
Po czterdziestu minutach przyjechał inny autobus.
Wysłałam z niego smsa do brata. W smsie napisałam, że jedziemy z prędkością kuropatwy.
Człowiek z zimna robi różne rzeczy.
Pomysły na przyszłość:
- zapukać do stojącego autobusu i wtarabanić się do środka bez względu na konsekwencje (zrealizowałabym dziś, gdyby nie strach, że jak tam pójdę, to on podjedzie na przystanek),
- załatwić sobie numer telefonu do szefa PKM-u i informować go o KAŻDYM autobusie, który nie przyjechał. Po dwudziestu telefonach dziennie może się facet ruszy i coś zrobi.
Do tej pory jest mi zimno.
wtorek, 19 stycznia 2010
868. zdrowie i medycyna
Przed meczem piłki ręcznej komentator opowiada o naszych zawodnikach. Jeden z nich przeszedł operację wycięcia migdałków (to nie siatkówka, więc nie wiem, który).
Komentator: Po operacji ten zawodnik stracił sześć kilogramów.
Jak miał takie duże migdałki, to faktycznie był ostatni moment na wycięcie, nie?
Komentator: Po operacji ten zawodnik stracił sześć kilogramów.
Jak miał takie duże migdałki, to faktycznie był ostatni moment na wycięcie, nie?
niedziela, 17 stycznia 2010
867. gdyby...
Gdyby ktoś mi piętnaście lat temu powiedział, że będę pisać teksty do kabaretów, zdziwiłabym się bardzo.
Gdyby ktoś mi dziesięć lat temu powiedział, że poznam wielu kabareciarzy osobiście - nie uwierzyłabym.
Gdyby ktoś mi pięć lat temu powiedział, że wyjdę na scenę i mi się to spodoba - pokiwałabym z politowaniem głową.
Gdyby ktoś mi dwa miesiące temu powiedział, że dostanę ofertę cyklicznych występów na dwóch scenach KST, stukałabym się w czoło.
Gdyby ktoś mi miesiąc temu powiedział, że taką ofertę przyjmę...
Przed grudniową Kabaretową Sceną Trójki Piotrek obiecał panikującej Mrówce:
- Słuchaj, jak wystąpisz dzisiaj [na 50. Scenie] to następnym razem cię o to poprosimy dopiero na setną KST.
Pół roku wcześniej marzenie, żeby wyjść na próbie na scenę Korezu, powiedzieć wierszyk i dać sobie z tym spokój na całe życie, uznałam za zbyt śmiałe, żeby je w ogóle brać pod uwagę.
A Egzekutor przysłał mi oktawowy komentarz do całej sytuacji:
Niedroga przestroga*
Jest magia w samym enturage’u sceny
I obietnica, że wysokie loty
(Jeśli zechcemy nie doliczać ceny
Za tremę, schować za kurtyny gotyk
Obiekcje…) wzniosą nas nad to, co geny
Nam przeznaczyły. Scena to narkotyk!
Smakuj ten absynt starannie, po trochu,
Tylko się, Mrówko, w scenie nie zakochuj!
(Egzekutor)
*Łatwo przyszło – w siedem minut.
Gdyby ktoś mi dziesięć lat temu powiedział, że poznam wielu kabareciarzy osobiście - nie uwierzyłabym.
Gdyby ktoś mi pięć lat temu powiedział, że wyjdę na scenę i mi się to spodoba - pokiwałabym z politowaniem głową.
Gdyby ktoś mi dwa miesiące temu powiedział, że dostanę ofertę cyklicznych występów na dwóch scenach KST, stukałabym się w czoło.
Gdyby ktoś mi miesiąc temu powiedział, że taką ofertę przyjmę...
Przed grudniową Kabaretową Sceną Trójki Piotrek obiecał panikującej Mrówce:
- Słuchaj, jak wystąpisz dzisiaj [na 50. Scenie] to następnym razem cię o to poprosimy dopiero na setną KST.
Pół roku wcześniej marzenie, żeby wyjść na próbie na scenę Korezu, powiedzieć wierszyk i dać sobie z tym spokój na całe życie, uznałam za zbyt śmiałe, żeby je w ogóle brać pod uwagę.
A Egzekutor przysłał mi oktawowy komentarz do całej sytuacji:
Niedroga przestroga*
Jest magia w samym enturage’u sceny
I obietnica, że wysokie loty
(Jeśli zechcemy nie doliczać ceny
Za tremę, schować za kurtyny gotyk
Obiekcje…) wzniosą nas nad to, co geny
Nam przeznaczyły. Scena to narkotyk!
Smakuj ten absynt starannie, po trochu,
Tylko się, Mrówko, w scenie nie zakochuj!
(Egzekutor)
*Łatwo przyszło – w siedem minut.
sobota, 16 stycznia 2010
piątek, 15 stycznia 2010
865. rysunki
Przyznam się Wam do czegoś: nie umiem czytać własnych tekstów. Wiem, że nie ma się czym chwalić i że to ułomność po moich studiach dziwna, ale trudno - nie umiem. Jąkam się, mylę i gubię, za nic w świecie nie przedstawię tekstu tak, jak go mam na kartkach, bo mam ochotę powiedzieć coś jeszcze, coś innego, coś mi się przypomina itp. Muszę go odgrywać.
Chyba że...
Chyba że zastosuję metodę rysunkową, przedstawię sobie ten tekst na karteluszkach w obrazkach. Wtedy lecę nim z głowy i nie ma strachu. Absurd: kiedy czytam, to się jąkam, kiedy mówię z głowy (czyli z obrazków) to jakoś nie.
No i kiedy na tydzień przed konferencją o Kocie w worku stwierdziłam, że za nic w świecie nie jestem w stanie wydukać własnego tekstu (na dwa czytania jąkałam się co pół strony), przerobiłam go na rysunki.
To znaczy:
w poniedziałek stwierdziłam, że nie przeczytam,
we wtorek zaczęłam rysować na kartce z referatem w autobusie,
w środę zaczęłam przerysowywać na tradycyjne karteczki dwie pierwsze strony
w czwartek przerysowałam resztę i zaczęłam to "czytać" z karteczek,
w piątek przeczytałam z karteczek dwa razy,
w sobotę też dwa,
w niedzielę raz, bo mi się nie chciało więcej,
w poniedziałek była konferencja.
Radek obejrzał rysunki i powiedział, że kiedyś musi przeczytać z nich swoją wersję referatu.
Ania Sz. pytała, co znaczą poszczególne obrazki.
A Fimbul zaczął do mnie na konferencji pisać obrazkami.
Ania Sz. w pewnym momencie wskazała na poprzedzony literami "de" rysunek maski.
- Mrówka, czy to znaczy "de Sade"? - zapytała.
- Nie - mruknęłam. - Demaskacja. De Sade to by była pewnie jabłonka, od sadu...
- No ja właśnie myślałam, że to drzewko jest - powiedziała zmartwiona Ania.
Chwilę później Fimbul rysunkowo zadał pytanie, czy po konferencji idziemy na
*tu narysował kółko, a w nim π, chciałam wkleić, ale coś nie działa*
Wpatrywałam się w ten rysunek, nie rozumiejąc ostatniego wyrazu.
- Pikolo? - zapytałam niepewnie.
- PIWO! - odpisał Fimbul.
Tja, za mało rebusów, to człowiek z wprawy wychodzi...
Chyba że...
Chyba że zastosuję metodę rysunkową, przedstawię sobie ten tekst na karteluszkach w obrazkach. Wtedy lecę nim z głowy i nie ma strachu. Absurd: kiedy czytam, to się jąkam, kiedy mówię z głowy (czyli z obrazków) to jakoś nie.
No i kiedy na tydzień przed konferencją o Kocie w worku stwierdziłam, że za nic w świecie nie jestem w stanie wydukać własnego tekstu (na dwa czytania jąkałam się co pół strony), przerobiłam go na rysunki.
To znaczy:
w poniedziałek stwierdziłam, że nie przeczytam,
we wtorek zaczęłam rysować na kartce z referatem w autobusie,
w środę zaczęłam przerysowywać na tradycyjne karteczki dwie pierwsze strony
w czwartek przerysowałam resztę i zaczęłam to "czytać" z karteczek,
w piątek przeczytałam z karteczek dwa razy,
w sobotę też dwa,
w niedzielę raz, bo mi się nie chciało więcej,
w poniedziałek była konferencja.
Radek obejrzał rysunki i powiedział, że kiedyś musi przeczytać z nich swoją wersję referatu.
Ania Sz. pytała, co znaczą poszczególne obrazki.
A Fimbul zaczął do mnie na konferencji pisać obrazkami.
Ania Sz. w pewnym momencie wskazała na poprzedzony literami "de" rysunek maski.
- Mrówka, czy to znaczy "de Sade"? - zapytała.
- Nie - mruknęłam. - Demaskacja. De Sade to by była pewnie jabłonka, od sadu...
- No ja właśnie myślałam, że to drzewko jest - powiedziała zmartwiona Ania.
Chwilę później Fimbul rysunkowo zadał pytanie, czy po konferencji idziemy na
*tu narysował kółko, a w nim π, chciałam wkleić, ale coś nie działa*
Wpatrywałam się w ten rysunek, nie rozumiejąc ostatniego wyrazu.
- Pikolo? - zapytałam niepewnie.
- PIWO! - odpisał Fimbul.
Tja, za mało rebusów, to człowiek z wprawy wychodzi...
poniedziałek, 11 stycznia 2010
864. Skołowani
Siedzieliśmy dzisiaj (my, Skołowani) na konferencji Skołowanych, poświęconej tomikowi Różewicza Kup kota w worku. Długo trwała (udało się nam dziesięć referatów wyprodukować), więc pod koniec wszyscy byli już wykończeni i dostawali głupawki.
W związku z tym napisałam Fimbulowi wierszyk:
Za oknami wiatr nam hula,
ludzie czują zimna kęs,
a ja piszę dla Fimbula
wierszyk, który zgubił sens.
Śniegu tyle, że nie zmierzy
żaden system miar i wag,
rośnie wiersz, jak ciasto w dzieży,
tylko sensu już w nim brak.
Gdy guziki ma koszula,
to niestraszna żadna z zim
[tu Fimbul wyrwał mi zeszyt i dopisał długopisem: to jest awangardowa wstawka Fimbula]
piszę wierszyk dla Fimbula,
tylko sensu nie ma w nim (w wierszyku).
Dzieje się nie po raz pierwszy,
że w tomikach tu i tam
się pojawia jakiś wierszyk,
sens dorabiasz sobie sam.
Fimbulkowi - Mrówka.
Fimbul dopisał zaraz:
W końcu! Po TYLU latach! :) Dziękuję :). Możesz wrzucić na bloga.
Chwilę potem szturchnęła mnie Ania Sz. i szepnęła:
- Basia ugotowała kota.
Wychyliłam się i zerknęłam do kartek Basi. Basia narysowała wystającego z garnka kota, garnek, palniki i właśnie kończyła rysować kuchenkę.
- Głodna jesteś? - zapytałam ze współczuciem.
- Tak - odszepnęła Basia.
I jeszcze wiadomość z ostatniej chwili, ML powraca do bloga w stylu starych "Głupot" (kto bywał, ten wie i tęskni, kto nie bywał, niech zacznie teraz, bo warto):
http://mareklenc.blogspot.com/
W związku z tym napisałam Fimbulowi wierszyk:
Za oknami wiatr nam hula,
ludzie czują zimna kęs,
a ja piszę dla Fimbula
wierszyk, który zgubił sens.
Śniegu tyle, że nie zmierzy
żaden system miar i wag,
rośnie wiersz, jak ciasto w dzieży,
tylko sensu już w nim brak.
Gdy guziki ma koszula,
to niestraszna żadna z zim
[tu Fimbul wyrwał mi zeszyt i dopisał długopisem: to jest awangardowa wstawka Fimbula]
piszę wierszyk dla Fimbula,
tylko sensu nie ma w nim (w wierszyku).
Dzieje się nie po raz pierwszy,
że w tomikach tu i tam
się pojawia jakiś wierszyk,
sens dorabiasz sobie sam.
Fimbulkowi - Mrówka.
Fimbul dopisał zaraz:
W końcu! Po TYLU latach! :) Dziękuję :). Możesz wrzucić na bloga.
Chwilę potem szturchnęła mnie Ania Sz. i szepnęła:
- Basia ugotowała kota.
Wychyliłam się i zerknęłam do kartek Basi. Basia narysowała wystającego z garnka kota, garnek, palniki i właśnie kończyła rysować kuchenkę.
- Głodna jesteś? - zapytałam ze współczuciem.
- Tak - odszepnęła Basia.
I jeszcze wiadomość z ostatniej chwili, ML powraca do bloga w stylu starych "Głupot" (kto bywał, ten wie i tęskni, kto nie bywał, niech zacznie teraz, bo warto):
http://mareklenc.blogspot.com/
niedziela, 10 stycznia 2010
863. jak nas widzą...
Od niedawna na blog u-mrowki trafiają - zupełnie przypadkowo - internauci, którzy szukają czegoś innego.
Przykładowe hasła, przez jakie znajdują tę stronę:
1) Znany marcin na konferencji styczeń 2010.
2) Karimata objaśnienie.
Nie jest źle, na tu-czytam trafił ktoś, kto szukał normalnych polskich mydeł, wiersza o przewrotności natury człowieka i "informacji na temat rodziny perwers z lektury narnii".
Nie wymyśliłabym tego.
Powodzenia.
A poza tym - przeczytałam książkę Jerzego Illga "Mój znak" i uznałam, że przyjaźń z noblistami to bogactwo. W związku z czym powstał "limeryk":
Po lekturze książki Illga
klnę: a niech go dziobnie wilga
i coś jeszcze z ptactwa,
bo tego bogactwa
może mu zazdrościć Bill Ga. (tes)
Przypuszczalnie od jutra będę się wyświetlać w googlach także jako "jak Bill G. dorobił się fortuny", "ptactwo domowe" i "wypracowanie o noblistach".
Przykładowe hasła, przez jakie znajdują tę stronę:
1) Znany marcin na konferencji styczeń 2010.
2) Karimata objaśnienie.
Nie jest źle, na tu-czytam trafił ktoś, kto szukał normalnych polskich mydeł, wiersza o przewrotności natury człowieka i "informacji na temat rodziny perwers z lektury narnii".
Nie wymyśliłabym tego.
Powodzenia.
A poza tym - przeczytałam książkę Jerzego Illga "Mój znak" i uznałam, że przyjaźń z noblistami to bogactwo. W związku z czym powstał "limeryk":
Po lekturze książki Illga
klnę: a niech go dziobnie wilga
i coś jeszcze z ptactwa,
bo tego bogactwa
może mu zazdrościć Bill Ga. (tes)
Przypuszczalnie od jutra będę się wyświetlać w googlach także jako "jak Bill G. dorobił się fortuny", "ptactwo domowe" i "wypracowanie o noblistach".
sobota, 9 stycznia 2010
862. gra
- Nie ułożyłam pasjansa i wyszedł mi napis, że nie ma więcej ruchów, co chcesz zrobić - poinformowałam Fimbula. - Ale nie ma opcji "powiesić się".
- Bo to nie wisielec, a pasjans - odparł Fimbul. - Mylisz gry, to potem przegrywasz.
- Bo to nie wisielec, a pasjans - odparł Fimbul. - Mylisz gry, to potem przegrywasz.
czwartek, 7 stycznia 2010
861. liczne
- Jestem stara i obolała - powiedziała Mrówka, wstając z fotela po semi.
- Czy jesteś obolała, to nie wiem - odparł Boss. - Ale stara jesteś na pewno.
Pokażę Wam kiedyś jak w pewnym miejscu skopiowali pomysły z mojej recenzji z tomiku Mleczki. Powiem Wam nawet, kto :). Będzie wesoło.
A poza tym zbliżają się kolejne premiery i kolejne wykonania różnych tekstów, i kolejne debiuty.
15 lutego w BŚ będzie koncert Czerwonego Tulipana. Idzie ktoś? Bo ja na sto procent :).
- Czy jesteś obolała, to nie wiem - odparł Boss. - Ale stara jesteś na pewno.
Pokażę Wam kiedyś jak w pewnym miejscu skopiowali pomysły z mojej recenzji z tomiku Mleczki. Powiem Wam nawet, kto :). Będzie wesoło.
A poza tym zbliżają się kolejne premiery i kolejne wykonania różnych tekstów, i kolejne debiuty.
15 lutego w BŚ będzie koncert Czerwonego Tulipana. Idzie ktoś? Bo ja na sto procent :).
wtorek, 5 stycznia 2010
860. po rewii...
Rozważania o tym, czy Boss poprowadzi najbliższą konferencję Skołowanych, przerwał dramatyczny szept.
- Mrówka, jeśli Boss poprowadzi konferencję, to ja przestanę być Studentką, Która Zna Bossa Tylko Z Widzenia! - rozpaczliwie przypomniała Kama.
- Skreślam cię! - zareagowała błyskawicznie Mrówka i udała, że skreśla Kamę ze swojego planu konferencji. - Albo nie, dam ci tylko autograf na planie.
Mrówka wzięła ołówek i złożyła na planie Kamy autograf z dedykacją.
Kama przechwyciła ołówek i podziękowała pisemnie za autograf na teczce Mrówki.
Doprawdy, ciekawe są spotkania Skołowanych, chodźcie też ;).
PS - cudownie jest obudzić się i móc zapłakać po trzech dniach wyschniętych na wiórek oczu. Co za ulga...
- Mrówka, jeśli Boss poprowadzi konferencję, to ja przestanę być Studentką, Która Zna Bossa Tylko Z Widzenia! - rozpaczliwie przypomniała Kama.
- Skreślam cię! - zareagowała błyskawicznie Mrówka i udała, że skreśla Kamę ze swojego planu konferencji. - Albo nie, dam ci tylko autograf na planie.
Mrówka wzięła ołówek i złożyła na planie Kamy autograf z dedykacją.
Kama przechwyciła ołówek i podziękowała pisemnie za autograf na teczce Mrówki.
Doprawdy, ciekawe są spotkania Skołowanych, chodźcie też ;).
PS - cudownie jest obudzić się i móc zapłakać po trzech dniach wyschniętych na wiórek oczu. Co za ulga...
sobota, 2 stycznia 2010
859. praca
Fimbul ma na gg opis:
Skończyłem esej o Różewiczu ("hurra! hurra!" zawołały króliczki).
Ja wprawdzie go nie skończyłam (muszę skrócić tekst sprzed pół roku, ale nie mam kiedy), ale za to napisałam tekst na jeden z trzech konkursów. I dwa teksty niekonkursowe, które poszły do Sikorowej bezwzględnej oceny. I piszę sobie pierwszy raz w życiu stand-upowy monolog, nie mam pojęcia, czy wyjdzie, ale chwalę się, bo pierwszy raz w życiu piszę tekst satyryczny prozą.
Skończyłem esej o Różewiczu ("hurra! hurra!" zawołały króliczki).
Ja wprawdzie go nie skończyłam (muszę skrócić tekst sprzed pół roku, ale nie mam kiedy), ale za to napisałam tekst na jeden z trzech konkursów. I dwa teksty niekonkursowe, które poszły do Sikorowej bezwzględnej oceny. I piszę sobie pierwszy raz w życiu stand-upowy monolog, nie mam pojęcia, czy wyjdzie, ale chwalę się, bo pierwszy raz w życiu piszę tekst satyryczny prozą.
piątek, 1 stycznia 2010
858. skóra i kości
- Zrobiłam sobie coś w dłonie - poskarżyłam się Fimbulowi. - Kiedy zanurzam je w gorącej wodzie, strasznie mnie boli skóra na tych wystających kościach, na których się liczy miesiące.
- Może sobie odmroziłaś - zasugerował Fimbul, znając moją niechęć do rękawiczek.
- A to przejdzie?
- Tak. W lato.
- Dopiero? - wytrzeszczyłam oczy.
- Nie. Chciałem cię nastraszyć.
- Może sobie odmroziłaś - zasugerował Fimbul, znając moją niechęć do rękawiczek.
- A to przejdzie?
- Tak. W lato.
- Dopiero? - wytrzeszczyłam oczy.
- Nie. Chciałem cię nastraszyć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







