Siedzi tu gdzieś ten mały, głupi krwiopijca. Zaczaił się, teraz poczeka, aż zgaszę światło i zacznę zasypiać.
Ech, chyba dzisiaj nie zacznę.
Jeśli tylko zamknę oczy i zapadnę w półsen, zabzyczy mi prosto do ucha.
Nawet się nie poderwę.
Nie będę zapalać światła, po co?
I tak zawsze jest szybszy. Schowa się.
Położę przy łóżku patelnię. I jak tylko usłyszę choćby jedno bzyknięcie, rąbnę z całej siły.
Któreś z nas tego nie przeżyje.
Mam nadzieję, że to nie będę ja.
Już nawet nie mam pretensji o to, że gryzie, że potem lata sobie taki - krew z mojej krwi. Tylko że BZYCZY!!!
Jakby nie mógł gryźć po cichu. Najlepiej kogoś w innym województwie...
A to pierwszy komar w tym roku.
Po tym, jak zeszłoroczny idiota zdechł z głodu.
Chyba z głodu, bo z czego innego? Ani razu mnie nie ugryzł, mieszkał sobie w pokoju i na własne oczy widziałam, jak wgryzał się w poręcz od mojego fotela do spania. Nie zdążyłam go wtedy zabić. A potem już go nie było. A może się wyprowadził, bo mu nie smakował fotel, albo coś...
W drewnianą szafkę też się wgryzał. Nie mam dobrego zdania o komarach, ale ten był przypadkiem szczególnym...
Nie wiem, czy ten, którego przed chwilą widziałam (widziałam, bo mi próbował do oka wleźć, w każdej innej sytuacji zostałby przeoczony, a ja żyłabym sobie w błogiej nieświadomości), więc nie wiem, czy on mnie już ugryzł, czy jeszcze nie.
W związku z tym WSZYSTKO mnie swędzi.
Jeśli nie zobaczę tu dzisiaj jego zwłok, nie kładę się spać.
I kto tu ma krwiożercze myśli?
poniedziałek, 30 lipca 2007
piątek, 27 lipca 2007
327. świętowanie
Lubię się rano wyspać, nie powiem. Dlatego niezbyt przyjazne myśli naszły mnie dzisiaj, kiedy przed siódmą rano pod blokiem jakiś kre... ekhm... jakiś facet zaczął się wydzierać.
Wydzierał się do kogoś, kto, sądząc po odgłosach, siedział w oknie.
Po to ludzkość wymyśliła telefony komórkowe (i stacjonarne też zresztą), internety, rozmaite krótkofalówki, łącza z dwóch pudełek i nitki i ozdobną papeterię, żeby facet w XXI wieku musiał się wydzierać pod oknem. Przed siódmą rano.
Grrmrrrh.
Próbowałam zasnąć.
- Mam dzisiaj urodziny! - pochwalił się ów spod okna. - Może wpadniesz? - zawołał do kogoś.
- A kto będzie? - zainteresowała się osoba z okna.
I facet zaczął wyliczać.
Chwała mu za to, że nie podawał rysopisów i wieku. Gdyby na przykład zawołał, że przyjdzie wujek Ziutek, lat trzydzieści cztery, grafik komputerowy, średnio owłosiony, poszłabym spać na balkon. Nie, facet spokojnie i kulturalnie zaczął wyliczać. Mogłam wyjrzeć i złożyć mu życzenia, oblewając go jednocześnie wiaderkiem wody, żeby miał na śmigus-dyngus. Ale nie chciało mi się wstawać i miałam nadzieję na to, że jemu się nie będzie chciało gadać. Chciało mu się.
O SIÓDMEJ RANO. POD OKNEM!
Naliczyłam ośmiu gości (i nie zasnęłam, a podobno liczenie baranów pomaga...). Osoba z okna dalej nie była zdecydowana.
- Przyjdź, bigosik się już od środy gotuje! - zachwalał facet, a we mnie też się zaczęło gotować. Nie bigosik, raczej furia.
Jeszcze coś tam powymieniał i poszedł.
W związku z tym od połowy dnia zaczęli się po osiedlu snuć panowie w wieku konsumpcyjnym, po spożyciu. Różne rzeczy śpiewali, ale mało twórczo. Przeważnie po kilku słowach kończyła im się wena. Spacerom panów towarzyszył dźwięk stukających o siebie flaszek. Niedawno przestali spacerować. I śpiewać. I nastała błoga cisza. Jeśli wieczorem wznowią swoje śpiewy, to znowu się nie wyśpię.
A tak zupełnie bez związku - dzisiaj urodziny ma Sławek (ale to nie on wydzierał się rano pod moim oknem :D).
Posłałam mu smsa (bo zdarzenia ostatnich dni niczego mnie nie nauczyły):
Dla Sławka prezenty, życzenia, ordery
i wierszyk w komórce - niech ma!
od dziś imię jego: Czterdzieści i Cztery!
(to co, że dzielone przez dwa?)
Może bardziej umiliłabym mu urodziny NIE wysyłając tego wierszyka? ;)
Wydzierał się do kogoś, kto, sądząc po odgłosach, siedział w oknie.
Po to ludzkość wymyśliła telefony komórkowe (i stacjonarne też zresztą), internety, rozmaite krótkofalówki, łącza z dwóch pudełek i nitki i ozdobną papeterię, żeby facet w XXI wieku musiał się wydzierać pod oknem. Przed siódmą rano.
Grrmrrrh.
Próbowałam zasnąć.
- Mam dzisiaj urodziny! - pochwalił się ów spod okna. - Może wpadniesz? - zawołał do kogoś.
- A kto będzie? - zainteresowała się osoba z okna.
I facet zaczął wyliczać.
Chwała mu za to, że nie podawał rysopisów i wieku. Gdyby na przykład zawołał, że przyjdzie wujek Ziutek, lat trzydzieści cztery, grafik komputerowy, średnio owłosiony, poszłabym spać na balkon. Nie, facet spokojnie i kulturalnie zaczął wyliczać. Mogłam wyjrzeć i złożyć mu życzenia, oblewając go jednocześnie wiaderkiem wody, żeby miał na śmigus-dyngus. Ale nie chciało mi się wstawać i miałam nadzieję na to, że jemu się nie będzie chciało gadać. Chciało mu się.
O SIÓDMEJ RANO. POD OKNEM!
Naliczyłam ośmiu gości (i nie zasnęłam, a podobno liczenie baranów pomaga...). Osoba z okna dalej nie była zdecydowana.
- Przyjdź, bigosik się już od środy gotuje! - zachwalał facet, a we mnie też się zaczęło gotować. Nie bigosik, raczej furia.
Jeszcze coś tam powymieniał i poszedł.
W związku z tym od połowy dnia zaczęli się po osiedlu snuć panowie w wieku konsumpcyjnym, po spożyciu. Różne rzeczy śpiewali, ale mało twórczo. Przeważnie po kilku słowach kończyła im się wena. Spacerom panów towarzyszył dźwięk stukających o siebie flaszek. Niedawno przestali spacerować. I śpiewać. I nastała błoga cisza. Jeśli wieczorem wznowią swoje śpiewy, to znowu się nie wyśpię.
A tak zupełnie bez związku - dzisiaj urodziny ma Sławek (ale to nie on wydzierał się rano pod moim oknem :D).
Posłałam mu smsa (bo zdarzenia ostatnich dni niczego mnie nie nauczyły):
Dla Sławka prezenty, życzenia, ordery
i wierszyk w komórce - niech ma!
od dziś imię jego: Czterdzieści i Cztery!
(to co, że dzielone przez dwa?)
Może bardziej umiliłabym mu urodziny NIE wysyłając tego wierszyka? ;)
wtorek, 24 lipca 2007
324. kto siedzi w szafie?
- Popatrz - mruknął Olek, wskazując mi jakieś mikroskopijne i niewidzialne kropki na jego koszuli. - Tu sobie wypaliłem dziurę papierosem. Tu mam odrobinę krwi... - jak facet po przejściach, rozwodził się nad stanem własnej garderoby, a ja, bez mała jeżdżąc mu nosem po koszuli, próbowałam dojrzeć to, o czym mówił. W końcu nie wytrzymałam.
- To wiesz co? - zawołałam radośnie - jeszcze sobie potargaj rękaw, poszarp go, to będzie pełny zestaw!
- Skąd w tobie tyle agresji? - zdziwił się Olek i na wszelki wypadek odsunął się ode mnie razem z krzesłem. A potem rzucił jeszcze - Opanuj się!
Nie wiem, skąd mu się wzięły te podejrzenia, że stanowię jakieś zagrożenie...
No dobra, w razie czego pomogłabym mu poszarpać...
Ale tylko na jego wyraźne polecenie ;)
- To wiesz co? - zawołałam radośnie - jeszcze sobie potargaj rękaw, poszarp go, to będzie pełny zestaw!
- Skąd w tobie tyle agresji? - zdziwił się Olek i na wszelki wypadek odsunął się ode mnie razem z krzesłem. A potem rzucił jeszcze - Opanuj się!
Nie wiem, skąd mu się wzięły te podejrzenia, że stanowię jakieś zagrożenie...
No dobra, w razie czego pomogłabym mu poszarpać...
Ale tylko na jego wyraźne polecenie ;)
sobota, 21 lipca 2007
323. kwestie tytułów
- Ty, weź mi wymyśl tytuł... - poprosiłam brata przy obiedzie. - Bo zastanawiam się już drugą godzinę i nic. Poczekam na olśnienie, a jak mnie nic nie natchnie, to chyba ogłoszę konkurs...
- O, konkurs? - ożywił się brat. - A co będzie można wygrać?
- Tytuł! - oznajmiłam.
- To ja poproszę lorda - parsknął brat.
- Co?????
- Nic, ja poczekam, za chwilę zrozumiesz - powiedział brat i zajął się jedzeniem.
Po chwili załapałam.
- Ahaaaa! Nie! Ten tytuł, co go wymyślisz, zaistnieje jako tytuł! To będzie nagroda! A nie że hrabiowski jakiś...
Przez tę rozmowę przypomniał mi się dialog z uczelni.
Śmialiśmy się wtedy, jeszcze przed obronami, z angielskich brzmień tytułów naszych prac magisterskich. Byliśmy akurat na etapie nabijania się z Olka.
- Angielski to jest dziwny język! - zirytował się Olek. - No sami zobaczcie: powieść po angielsku to "novel".
- Ciekawe, jak w takim razie będzie "nowela" - rzucił ktoś.
- To jasne, "powieść" - wzruszyliśmy z Olkiem ramionami, gnani identycznym skojarzeniem.
- A może "story"? - zastanowił się Olek. - Ale "story" u nas to też coś innego! Mówiłem, że to dziwny język!
- O, konkurs? - ożywił się brat. - A co będzie można wygrać?
- Tytuł! - oznajmiłam.
- To ja poproszę lorda - parsknął brat.
- Co?????
- Nic, ja poczekam, za chwilę zrozumiesz - powiedział brat i zajął się jedzeniem.
Po chwili załapałam.
- Ahaaaa! Nie! Ten tytuł, co go wymyślisz, zaistnieje jako tytuł! To będzie nagroda! A nie że hrabiowski jakiś...
Przez tę rozmowę przypomniał mi się dialog z uczelni.
Śmialiśmy się wtedy, jeszcze przed obronami, z angielskich brzmień tytułów naszych prac magisterskich. Byliśmy akurat na etapie nabijania się z Olka.
- Angielski to jest dziwny język! - zirytował się Olek. - No sami zobaczcie: powieść po angielsku to "novel".
- Ciekawe, jak w takim razie będzie "nowela" - rzucił ktoś.
- To jasne, "powieść" - wzruszyliśmy z Olkiem ramionami, gnani identycznym skojarzeniem.
- A może "story"? - zastanowił się Olek. - Ale "story" u nas to też coś innego! Mówiłem, że to dziwny język!
piątek, 20 lipca 2007
322. notka upalna
Nie mam pomysłu na notkę, a wszelkie wysiłki dzisiaj ograniczam do niezbędnego minimum. Nie z gorąca, ja lubię, kiedy jest gorąco. Z lenistwa.
Wygrzebałam z zapisków rozmowę z Olkiem. Dialog z czasów, które opisywałam w notkach 292. i 297.
Mam nadzieję, że Olek mnie za ujawnienie tego nie ukatrupi, siła wyższa.
Było wtedy dość gorąco.
Olek stwierdził, że zaraz, z upału, poleci mu krew z nosa. I, nagle ożywiony, dodał:
- Zejdę za moment do dziekanatu, cały zakrwawiony, z podbitym okiem! [musiałby sobie specjalnie podbijać, przyp. Mrówka] I powiem: polemizowałem z Promotorem!
Bo praca była za słona?
(w końcu Olek między innymi o Soli ziemi miał pisać...)
Wygrzebałam z zapisków rozmowę z Olkiem. Dialog z czasów, które opisywałam w notkach 292. i 297.
Mam nadzieję, że Olek mnie za ujawnienie tego nie ukatrupi, siła wyższa.
Było wtedy dość gorąco.
Olek stwierdził, że zaraz, z upału, poleci mu krew z nosa. I, nagle ożywiony, dodał:
- Zejdę za moment do dziekanatu, cały zakrwawiony, z podbitym okiem! [musiałby sobie specjalnie podbijać, przyp. Mrówka] I powiem: polemizowałem z Promotorem!
Bo praca była za słona?
(w końcu Olek między innymi o Soli ziemi miał pisać...)
320. egzamin
Kiedyś Ygrek pilnował studentów piszących pewien egzamin z przedmiotu, który wciąż uwielbiam, ale z którym nic wspólnego już nie mam. Nie to piętro. Dodatkowa wskazówka: z tego przedmiotu Boss wymyślał kiedyś kawał, który spointował odruchowo Sal.
Przechodziłam akurat obok otwartej sali.
- Ygrekuś? - ucieszyłam się na widok Y. smętnie siedzącego za biurkiem.
Ygrek uśmiechnął się i podszedł do drzwi. Wiedziałam, że ma pilnować piszących egzamin (do końca zostało pół godziny), więc teatralnym szeptem zapytałam:
- I co? Bardzo ściągają?
- Bardzo! - Ygrek zrobił groźną minę. - A najbardziej te panie tam! - wskazał, które. "Panie" natychmiast zanurzyły nosy w kartkach i udały, że zajmują się tylko własnymi testami.
- Bo ty jesteś niedobry! Powinieneś im sam te przykłady porozwiązywać na tablicy - roześmiałam się szeptem.
- Też coś! Żebym się skompromitował? - mruknął Ygrek.
- Ile czasu nam jeszcze zostało? - zapytał grzecznie ktoś z sali.
Ygrek policzył.
- Dwadzieścia dwie minuty.
- Jako zegarynka byłbyś bezkonkurencyjny! - zauważyłam.
- Zegarynek raczej! - odparł Ygrek, a potem chrząknął głośno i z dezaprobatą. - JA BĘDĘ CHYBA MUSIAŁ UPRZEJMIE DONIEŚĆ, że panie z tyłu się porozumiewają!
Popłakałam się na korytarzu ze śmiechu.
- Cieszę się, że tego z nimi nie piszę... - wypiszczałam.
- Czemu?
- Bo bym się cały czas śmiała. Pięknie udajesz groźnego... - skuliłam się pod ścianą.
Ygrek zrobił dumną minę.
Jakiś czas później ogłosił surowo (oficjalnie - do mnie, nieoficjalnie - tak, żeby słyszała go cała sala):
- Chyba przyniosę aparat. I zrobię zdjęcia. Paniom tu. I tym paniom. Jak ściągają na egzaminie! Będę miał dowód!
A jednak czuli respekt przed Ygrekiem i zachowywali się przyzwoicie.
Wesoło i tak było ;).
Przechodziłam akurat obok otwartej sali.
- Ygrekuś? - ucieszyłam się na widok Y. smętnie siedzącego za biurkiem.
Ygrek uśmiechnął się i podszedł do drzwi. Wiedziałam, że ma pilnować piszących egzamin (do końca zostało pół godziny), więc teatralnym szeptem zapytałam:
- I co? Bardzo ściągają?
- Bardzo! - Ygrek zrobił groźną minę. - A najbardziej te panie tam! - wskazał, które. "Panie" natychmiast zanurzyły nosy w kartkach i udały, że zajmują się tylko własnymi testami.
- Bo ty jesteś niedobry! Powinieneś im sam te przykłady porozwiązywać na tablicy - roześmiałam się szeptem.
- Też coś! Żebym się skompromitował? - mruknął Ygrek.
- Ile czasu nam jeszcze zostało? - zapytał grzecznie ktoś z sali.
Ygrek policzył.
- Dwadzieścia dwie minuty.
- Jako zegarynka byłbyś bezkonkurencyjny! - zauważyłam.
- Zegarynek raczej! - odparł Ygrek, a potem chrząknął głośno i z dezaprobatą. - JA BĘDĘ CHYBA MUSIAŁ UPRZEJMIE DONIEŚĆ, że panie z tyłu się porozumiewają!
Popłakałam się na korytarzu ze śmiechu.
- Cieszę się, że tego z nimi nie piszę... - wypiszczałam.
- Czemu?
- Bo bym się cały czas śmiała. Pięknie udajesz groźnego... - skuliłam się pod ścianą.
Ygrek zrobił dumną minę.
Jakiś czas później ogłosił surowo (oficjalnie - do mnie, nieoficjalnie - tak, żeby słyszała go cała sala):
- Chyba przyniosę aparat. I zrobię zdjęcia. Paniom tu. I tym paniom. Jak ściągają na egzaminie! Będę miał dowód!
A jednak czuli respekt przed Ygrekiem i zachowywali się przyzwoicie.
Wesoło i tak było ;).
czwartek, 19 lipca 2007
321. filozoficzna intymność
Uwaga, będzie notka intymna.
Ostrzegam, jeszcze jest szansa na przerwanie lektury i wycofanie się. Żeby potem nie było na mnie.
Gadałam sobie na gg z Fimbulem. Z racji upałów okno mam przez dwadzieścia cztery godziny na dobę otwarte najszerzej, jak się da. Co ma swoje dobre i złe strony. Dobre to takie, że czasami robi się przeciąg (chociaż od wentylatorów się odsuwam, bo od razu robi mi się zimno). Złe - że włazi mi do pokoju gorąco. I owady. Owady w postaci małych muszek (sztuk: 2) i motyla (sztuk: 1, ale za to dwa razy... co on na czwartym piętrze robił?)
Świadomość, że w każdej chwili może coś do mnie przez to okno wleźć i nie mówię że ugryźć, ale choćby dotknąć, mam zakodowaną głęboko. W umyśle, żeby nie było niedomówień.
Rozmawiałam wczoraj wieczorem na gg z Fimbulem.
- Właśnie bym zabiła - zaczęłam niepewnie - ramiączko od stanika.
(refleksja sprzed chwili: mogłam napisać, że "biustonosza", ładniej by na blogu wyglądało. Inteligentniej na pewno)
- ??? - zareagował Fimbul.
- No bo coś mnie łaskotało w ramię. I trzepnęłam odruchowo, bo myślałam, że to jakiś komar. Więc chciałam go zabić. A to ramiączko mi się zsunęło tylko - tłumaczyłam cierpliwie.
- I je zabiłaś? - zdziwił się Fimbul. - Pomyśl tylko... Gdyby odskoczyło, mogłoby zabić ciebie!
- No popatrz, jakie to wszystko kruche na tym ziemskim świecie... - odpisałam mu i poszłam się wyśmiać.
Ostrzegam, jeszcze jest szansa na przerwanie lektury i wycofanie się. Żeby potem nie było na mnie.
Gadałam sobie na gg z Fimbulem. Z racji upałów okno mam przez dwadzieścia cztery godziny na dobę otwarte najszerzej, jak się da. Co ma swoje dobre i złe strony. Dobre to takie, że czasami robi się przeciąg (chociaż od wentylatorów się odsuwam, bo od razu robi mi się zimno). Złe - że włazi mi do pokoju gorąco. I owady. Owady w postaci małych muszek (sztuk: 2) i motyla (sztuk: 1, ale za to dwa razy... co on na czwartym piętrze robił?)
Świadomość, że w każdej chwili może coś do mnie przez to okno wleźć i nie mówię że ugryźć, ale choćby dotknąć, mam zakodowaną głęboko. W umyśle, żeby nie było niedomówień.
Rozmawiałam wczoraj wieczorem na gg z Fimbulem.
- Właśnie bym zabiła - zaczęłam niepewnie - ramiączko od stanika.
(refleksja sprzed chwili: mogłam napisać, że "biustonosza", ładniej by na blogu wyglądało. Inteligentniej na pewno)
- ??? - zareagował Fimbul.
- No bo coś mnie łaskotało w ramię. I trzepnęłam odruchowo, bo myślałam, że to jakiś komar. Więc chciałam go zabić. A to ramiączko mi się zsunęło tylko - tłumaczyłam cierpliwie.
- I je zabiłaś? - zdziwił się Fimbul. - Pomyśl tylko... Gdyby odskoczyło, mogłoby zabić ciebie!
- No popatrz, jakie to wszystko kruche na tym ziemskim świecie... - odpisałam mu i poszłam się wyśmiać.
wtorek, 17 lipca 2007
319. samo-ch(ł)ód
Gdybym, tak zupełnie hipotetycznie, szła dzisiaj po papierze ściernym drobnoziarnistym, powłócząc nogami, albo i nawet nie powłócząc, to zeszlifowałabym się do uszu. Od dołu.
Zrobiłam jakieś 7368348 kilometrów. Pieszo (dawno temu Egzekutor, dawniej znany jako w-s, czyli mój wykładowca-satyryk, powiedział, że nie lubi określenia "na piechotę" i tego się będę trzymać).
Po dzisiejszych spacerach mam zapewnioną zgrabną sylwetkę do końca 2015 roku, a że przez cały czas świeciło wściekłe słońce, to i opaleniznę na trzy lata z hakiem posiadam.
Miałam do załatwienia sprawę w pobliżu Ikei (na drodze z Sosnowca do Katowic). Żeby się tam dostać, musiałam wysiąść w Katowicach, na Zawodziu, pod Słowianem. I przejść kawałek. Jakiś kilometr i trochę (wiem, bo były szyldy ;)). Na miejscu połaziłam sobie trochę w różnych kierunkach, żeby odkryć, czy mam jakikolwiek autobus do Katowic. Nie miałam, chyba że przebiegłabym przez autostradę. Pomysł wydał mi się mało zachęcający.
Załatwiłam wszystko i poszłam z powrotem pod Słowiana (a szyld o kilometrze z hakiem wisiał na drodze i bardzo mnie denerwował). Pod Słowianem okazało się, że żadnych autobusów ani tramwajów do centrum nie mam. To znaczy owszem, mam, ale nie teraz. Za godzinę. Obwąchałam trzy przystanki, na żadnym się nie udało znaleźć potrzebnego mi środka komunikacji.
Wróciłam się do połowy drogi pod Ikeę (czyli pół kilometra i pół haka). Z kładki nad drogą szybkiego ruchu widać na horyzoncie taki malutki, mniejszy niż pudełko zapałek, budyneczek. Hotel Qubus. Tam musiałam dotrzeć, żeby skręcić na wydział, na którym za godzinę byłam umówiona z Fimbulem i Luckiem.
Zeszłam sobie na poziom Osiedla Gwiazd i zadzwoniłam do Fimbula.
- Fimbulku?
- Stało się coś? Pewnie chcesz mi powiedzieć, że nie dotrzesz na czas?
- Nie, chciałam właśnie powiedzieć, że ja już zmierzam na wydział i możesz nawet wyjeżdżać z domu od razu. CHCIAŁAM. Ale w tej chwili to już nie wiem. Słuchaj, idę... i zrozum mnie dobrze, IDĘ z Zawodzia. Jestem koło Rawy więc może jakoś trafię. Ale nie wiem, o której!
Chwilę jeszcze pogadaliśmy, Fimbul powiedział, że spotkamy się jak dojdę (JEŚLI dojdę). A potem zachichotał i dodał "powodzenia".
No bardzo śmieszne.
Szłam sobie.
Szłam.
I szłam.
I szłam.
A przypominam uprzejmie, że słońce trochę świeciło.
Szłam.
Po dwudziestu minutach zgubił mi się brzeg Rawy (mam nadzieję, że ta rzeka się nazywa Rawa, że nic nie pokręciłam...), ale za to zauważyłam majaczący w oddali budynek WPiA. Więc ten budynek obrałam sobie za cel.
I szłam.
I szłam.
Po drodze minęłam jakiegoś pana z psem. Pies spojrzał na mnie niechętnie (bo MIAŁAM wodę i NIE MIAŁAM futra, dwa powody, dla których mnie nie polubił) i natychmiast skręcił do cienia. Pomyślałam, że to ma sens i poszłam tam za nim.
I szłam.
I szłam. Cieniem.
Cień mi się skończył. Zgubił mi się brzeg Rawy, zgubił się też budynek WPiA, ale wydawało mi się cały czas, że utrzymuję przynajmniej dobry kierunek.
Więc szłam.
I szłam.
I szłam. Ze świadomością, że jak się zgubię całkiem, to będę musiała wrócić się do miejsca, które poznam...
Odnalazł mi się budynek.
Potem odnalazł się brzeg Rawy, zaraz potem budynek zniknął, a brzeg Rawy zniknął chwilę później. I to wcale nie jakaś odwrotność fatamorgany, tylko stale mi te punkty orientacyjne coś zasłaniało.
I szłam.
I szłam.
I doszłam na Bankową.
Na Bankowej ochlapałam się wodą, żeby się chociaż trochę ochłodzić.
Chlapałam się przez pięć minut.
Wyszłam z budynku.
Wyschłam w 20 sekund.
Doszłam na wydział. Wyrobiłam się w godzinę. Lucek na wieść o tym, że SZŁAM z Zawodzia, padł ze śmiechu.
Przyszedł Fimbul.
I zaciągnął mnie do Biblioteki Śląskiej.
Po drodze okazało się, że musimy zrobić obejście zwykłej trasy, bo wylewają asfalt.
Chciałam zawrócić.
Fimbul powiedział, że mam ogromne zdolności w wymyślaniu coraz to nowych powodów do marudzenia.
I poszliśmy.
A z BŚ trzeba było wrócić. Na dworzec, który jest od wydziału oddalony o 15 minut drogi, a od BŚ o jeszcze dodatkowe 15.
Poszłam.
To, że w Jaworznie nie mam przystanku pod domem, naprawdę stanowi niegodny uwagi szczegół, a wyjście na czwarte piętro to piękne ukoronowanie dzisiejszych spacerów.
Zrobiłam jakieś 7368348 kilometrów. Pieszo (dawno temu Egzekutor, dawniej znany jako w-s, czyli mój wykładowca-satyryk, powiedział, że nie lubi określenia "na piechotę" i tego się będę trzymać).
Po dzisiejszych spacerach mam zapewnioną zgrabną sylwetkę do końca 2015 roku, a że przez cały czas świeciło wściekłe słońce, to i opaleniznę na trzy lata z hakiem posiadam.
Miałam do załatwienia sprawę w pobliżu Ikei (na drodze z Sosnowca do Katowic). Żeby się tam dostać, musiałam wysiąść w Katowicach, na Zawodziu, pod Słowianem. I przejść kawałek. Jakiś kilometr i trochę (wiem, bo były szyldy ;)). Na miejscu połaziłam sobie trochę w różnych kierunkach, żeby odkryć, czy mam jakikolwiek autobus do Katowic. Nie miałam, chyba że przebiegłabym przez autostradę. Pomysł wydał mi się mało zachęcający.
Załatwiłam wszystko i poszłam z powrotem pod Słowiana (a szyld o kilometrze z hakiem wisiał na drodze i bardzo mnie denerwował). Pod Słowianem okazało się, że żadnych autobusów ani tramwajów do centrum nie mam. To znaczy owszem, mam, ale nie teraz. Za godzinę. Obwąchałam trzy przystanki, na żadnym się nie udało znaleźć potrzebnego mi środka komunikacji.
Wróciłam się do połowy drogi pod Ikeę (czyli pół kilometra i pół haka). Z kładki nad drogą szybkiego ruchu widać na horyzoncie taki malutki, mniejszy niż pudełko zapałek, budyneczek. Hotel Qubus. Tam musiałam dotrzeć, żeby skręcić na wydział, na którym za godzinę byłam umówiona z Fimbulem i Luckiem.
Zeszłam sobie na poziom Osiedla Gwiazd i zadzwoniłam do Fimbula.
- Fimbulku?
- Stało się coś? Pewnie chcesz mi powiedzieć, że nie dotrzesz na czas?
- Nie, chciałam właśnie powiedzieć, że ja już zmierzam na wydział i możesz nawet wyjeżdżać z domu od razu. CHCIAŁAM. Ale w tej chwili to już nie wiem. Słuchaj, idę... i zrozum mnie dobrze, IDĘ z Zawodzia. Jestem koło Rawy więc może jakoś trafię. Ale nie wiem, o której!
Chwilę jeszcze pogadaliśmy, Fimbul powiedział, że spotkamy się jak dojdę (JEŚLI dojdę). A potem zachichotał i dodał "powodzenia".
No bardzo śmieszne.
Szłam sobie.
Szłam.
I szłam.
I szłam.
A przypominam uprzejmie, że słońce trochę świeciło.
Szłam.
Po dwudziestu minutach zgubił mi się brzeg Rawy (mam nadzieję, że ta rzeka się nazywa Rawa, że nic nie pokręciłam...), ale za to zauważyłam majaczący w oddali budynek WPiA. Więc ten budynek obrałam sobie za cel.
I szłam.
I szłam.
Po drodze minęłam jakiegoś pana z psem. Pies spojrzał na mnie niechętnie (bo MIAŁAM wodę i NIE MIAŁAM futra, dwa powody, dla których mnie nie polubił) i natychmiast skręcił do cienia. Pomyślałam, że to ma sens i poszłam tam za nim.
I szłam.
I szłam. Cieniem.
Cień mi się skończył. Zgubił mi się brzeg Rawy, zgubił się też budynek WPiA, ale wydawało mi się cały czas, że utrzymuję przynajmniej dobry kierunek.
Więc szłam.
I szłam.
I szłam. Ze świadomością, że jak się zgubię całkiem, to będę musiała wrócić się do miejsca, które poznam...
Odnalazł mi się budynek.
Potem odnalazł się brzeg Rawy, zaraz potem budynek zniknął, a brzeg Rawy zniknął chwilę później. I to wcale nie jakaś odwrotność fatamorgany, tylko stale mi te punkty orientacyjne coś zasłaniało.
I szłam.
I szłam.
I doszłam na Bankową.
Na Bankowej ochlapałam się wodą, żeby się chociaż trochę ochłodzić.
Chlapałam się przez pięć minut.
Wyszłam z budynku.
Wyschłam w 20 sekund.
Doszłam na wydział. Wyrobiłam się w godzinę. Lucek na wieść o tym, że SZŁAM z Zawodzia, padł ze śmiechu.
Przyszedł Fimbul.
I zaciągnął mnie do Biblioteki Śląskiej.
Po drodze okazało się, że musimy zrobić obejście zwykłej trasy, bo wylewają asfalt.
Chciałam zawrócić.
Fimbul powiedział, że mam ogromne zdolności w wymyślaniu coraz to nowych powodów do marudzenia.
I poszliśmy.
A z BŚ trzeba było wrócić. Na dworzec, który jest od wydziału oddalony o 15 minut drogi, a od BŚ o jeszcze dodatkowe 15.
Poszłam.
To, że w Jaworznie nie mam przystanku pod domem, naprawdę stanowi niegodny uwagi szczegół, a wyjście na czwarte piętro to piękne ukoronowanie dzisiejszych spacerów.
poniedziałek, 16 lipca 2007
318. krtek
Już mi się oberwało od paru osób, że nowej notki nie ma na blogu, więc odrywam się od przeżyć siatkarskich i wracam do rozśmieszania.
- Mnie jest remont w domu - wytłumaczył mi Piotrek swoją chwilową nie-obecność (czyli obecność gdzie indziej). - I trawnik do koszenia.
- Trawnik to bym ci może nawet i skosiła - wyrwałam się. - Bo nigdy w życiu nie kosiłam trawników, zawsze to nowe doświadczenie.
- Wiele nie straciłaś - mruknął zgryźliwie Piotrek.
- Ale myślę, że to może być zabawne, dopóki sobie nic nie odetnę...
- To bardzo przyjemne, gdy kosisz spalinową. I trawnik rośnie na równej powierzchni... - zaczął Piotrek.
- Aha, czyli twój rośnie na nierównej i kosisz nożyczkami?
- Ale jak masz elektryczną, która ciągle się zacina - kontynuował Piotrek, który na moje docinki uodpornił się dawno temu. - A po drodze kretowiska...
- Biedne kreciki! - rzuciłam. - Ty sobie wyobrażasz, co one czują? "Ten głupek znowu rozwalił nam domek!"
- A czy one sobie wyobrażają, co ja czuję? - zirytował się Piotrek. - Ich domek jest pod ziemią. Ja im co najwyżej rozwalam tymczasowe wyjścia.
- Oczywiście, że sobie wyobrażają, co czujesz! Tylko jako zwierzęta dyskretne, nie muszą cię o tym informować! Niszczysz im nawierzchnię! Robią sobie konkursy na najładniejsze wyjście, a ty wszystko rozwalasz!
- To one niszczą mi nawierzchnię - zauważył trzeźwo Piotrek. - Ja się do ich norek nie wpycham.
- Właściwie racja... Ale nie możesz być takim egoistą! - broniłam prawa kretów do kopania dołków.
- A one mogą? Nie mogą wyłazić gdzie indziej? Albo za każdym razem w tym samym miejscu?
- Ale teraz ty wychodzisz na samoluba, bo one ci w końcu nie bronią wstępu do norek.
- Ale ja im do norek nie włażę! - zaznaczył Piotrek z naciskiem.
- Ale mógłbyś!
- Ale ja nigdzie nie chcę wychodzić! Mogły włazić pod ziemię w lesie. A nie na terenach zamieszkanych przez innych.
- Tak, w lesie jest taka tabliczka z napisem "Do ogrodu Piotrka" i strzałką przy odpowiedniej norce. Tamtędy przechodzą. One się po prostu czują niedoceniane i chcą zwrócić na siebie twoją uwagę - wyjaśniłam.
- Mnie jest remont w domu - wytłumaczył mi Piotrek swoją chwilową nie-obecność (czyli obecność gdzie indziej). - I trawnik do koszenia.
- Trawnik to bym ci może nawet i skosiła - wyrwałam się. - Bo nigdy w życiu nie kosiłam trawników, zawsze to nowe doświadczenie.
- Wiele nie straciłaś - mruknął zgryźliwie Piotrek.
- Ale myślę, że to może być zabawne, dopóki sobie nic nie odetnę...
- To bardzo przyjemne, gdy kosisz spalinową. I trawnik rośnie na równej powierzchni... - zaczął Piotrek.
- Aha, czyli twój rośnie na nierównej i kosisz nożyczkami?
- Ale jak masz elektryczną, która ciągle się zacina - kontynuował Piotrek, który na moje docinki uodpornił się dawno temu. - A po drodze kretowiska...
- Biedne kreciki! - rzuciłam. - Ty sobie wyobrażasz, co one czują? "Ten głupek znowu rozwalił nam domek!"
- A czy one sobie wyobrażają, co ja czuję? - zirytował się Piotrek. - Ich domek jest pod ziemią. Ja im co najwyżej rozwalam tymczasowe wyjścia.
- Oczywiście, że sobie wyobrażają, co czujesz! Tylko jako zwierzęta dyskretne, nie muszą cię o tym informować! Niszczysz im nawierzchnię! Robią sobie konkursy na najładniejsze wyjście, a ty wszystko rozwalasz!
- To one niszczą mi nawierzchnię - zauważył trzeźwo Piotrek. - Ja się do ich norek nie wpycham.
- Właściwie racja... Ale nie możesz być takim egoistą! - broniłam prawa kretów do kopania dołków.
- A one mogą? Nie mogą wyłazić gdzie indziej? Albo za każdym razem w tym samym miejscu?
- Ale teraz ty wychodzisz na samoluba, bo one ci w końcu nie bronią wstępu do norek.
- Ale ja im do norek nie włażę! - zaznaczył Piotrek z naciskiem.
- Ale mógłbyś!
- Ale ja nigdzie nie chcę wychodzić! Mogły włazić pod ziemię w lesie. A nie na terenach zamieszkanych przez innych.
- Tak, w lesie jest taka tabliczka z napisem "Do ogrodu Piotrka" i strzałką przy odpowiedniej norce. Tamtędy przechodzą. One się po prostu czują niedoceniane i chcą zwrócić na siebie twoją uwagę - wyjaśniłam.
wtorek, 10 lipca 2007
316. Freud by się uśmiał
Obudziłam się na dwie godziny przed południem i trwałam przez chwilę w niemym osłupieniu.
Zastanawiałam się, jakim cudem moja wyobraźnia, nieskrępowana racjonalistycznymi uwagami, potrafi we śnie wykreować coś, czego nie stworzyłabym na jawie.
Ale od początku.
Śniło mi się (i bardzo proszę, bez psychoanalizy ;)), że uciekam i ukrywam się przed... siedmioma krasnoludkami i jednym teletubisiem. Tylko że te krasnoludki i teletubiś były monstrualnych rozmiarów! Wszyscy mieliśmy dostęp do eliksirów powiększających i pomniejszających, żeby było sprawiedliwie. Tylko te moje NIE DZIAŁAŁY!
Cóż, sprytna byłam i udało mi się schować.
W wiosce Smerfów.
Dokładnie - za oszkloną willą Papy Smerfa.
Przez co stałam się mimowolnym świadkiem przestępstwa.
Przeszła mianowicie przez wioskę Smerfów (żadne tam chatki-grzybki, piękne domy!) mała dziewczynka. Narysowana przez Billa Wattersona. To znaczy - tą samą kreską, co Calvin i Hobbes.
Dziewczynka szła przez wioskę, obserwowana przez wszystkie Smerfy i przeze mnie (zza winkla). Szła i machała koszyczkiem.
Nie, nie zjawił się wilk.
Dziewczynka przeszła sobie (czasami podskakując) za dom Papy Smerfa i z koszyczka wyjęła balonik. Nie przejmowała się, że cały czas była pod obstrzałem spojrzeń całej wioski i mnie
Sięgnęła do rurociągu, który zaopatrywał osadę Smerfów w gaz.
Odkręciła gumowego węża i przytknęła jego końcówkę do balonika.
Nadmuchała sobie balonik gazem (węża przykręciła z powrotem).
I poszła sobie, wymachując koszyczkiem i nadmuchanym balonikiem.
WSZYSCY (to znaczy wszystkie Smerfy i ja) wiedzieli, że ona kradnie gaz. Tylko nikt nie był w stanie zareagować, nie wiem dlaczego.
Poszła sobie z tym balonikiem i kradzionym gazem, a ja się do tej pory nie potrafię otrząsnąć.
No bo naprawdę - nigdy nie rozmyślałam nad metodami podprowadzania gazu. SMERFOM w dodatku.
Nigdy bym nie wpadła na to, że gaz można w baloniku wynosić.
"Ja się boję sama spać"... Ale w sumie nieźle się w tym śnie bawiłam.
Tylko na widok teletubisiów będę pluć.
Zastanawiałam się, jakim cudem moja wyobraźnia, nieskrępowana racjonalistycznymi uwagami, potrafi we śnie wykreować coś, czego nie stworzyłabym na jawie.
Ale od początku.
Śniło mi się (i bardzo proszę, bez psychoanalizy ;)), że uciekam i ukrywam się przed... siedmioma krasnoludkami i jednym teletubisiem. Tylko że te krasnoludki i teletubiś były monstrualnych rozmiarów! Wszyscy mieliśmy dostęp do eliksirów powiększających i pomniejszających, żeby było sprawiedliwie. Tylko te moje NIE DZIAŁAŁY!
Cóż, sprytna byłam i udało mi się schować.
W wiosce Smerfów.
Dokładnie - za oszkloną willą Papy Smerfa.
Przez co stałam się mimowolnym świadkiem przestępstwa.
Przeszła mianowicie przez wioskę Smerfów (żadne tam chatki-grzybki, piękne domy!) mała dziewczynka. Narysowana przez Billa Wattersona. To znaczy - tą samą kreską, co Calvin i Hobbes.
Dziewczynka szła przez wioskę, obserwowana przez wszystkie Smerfy i przeze mnie (zza winkla). Szła i machała koszyczkiem.
Nie, nie zjawił się wilk.
Dziewczynka przeszła sobie (czasami podskakując) za dom Papy Smerfa i z koszyczka wyjęła balonik. Nie przejmowała się, że cały czas była pod obstrzałem spojrzeń całej wioski i mnie
Sięgnęła do rurociągu, który zaopatrywał osadę Smerfów w gaz.
Odkręciła gumowego węża i przytknęła jego końcówkę do balonika.
Nadmuchała sobie balonik gazem (węża przykręciła z powrotem).
I poszła sobie, wymachując koszyczkiem i nadmuchanym balonikiem.
WSZYSCY (to znaczy wszystkie Smerfy i ja) wiedzieli, że ona kradnie gaz. Tylko nikt nie był w stanie zareagować, nie wiem dlaczego.
Poszła sobie z tym balonikiem i kradzionym gazem, a ja się do tej pory nie potrafię otrząsnąć.
No bo naprawdę - nigdy nie rozmyślałam nad metodami podprowadzania gazu. SMERFOM w dodatku.
Nigdy bym nie wpadła na to, że gaz można w baloniku wynosić.
"Ja się boję sama spać"... Ale w sumie nieźle się w tym śnie bawiłam.
Tylko na widok teletubisiów będę pluć.
sobota, 7 lipca 2007
313. lipcowa majówka w rajskim ogrodzie
- Co jutro robisz? - zapytał w piątek wieczorem w telefonicznej rozmowie Profesor W. Odpowiedziałam, mniej lub bardziej zgodnie z prawdą, że nic. Profesor W zaproponował, żebym w takim razie przyjechała do niego. Posprawdzałam sobie wszystkie połączenia autobusowe i zaczęłam opracowywać trasę. U Profesora W byłam raz, ze Sławkiem, robiłam wtedy za pilota, ale mieliśmy samochód, więc nie musiałam się martwić o najkrótszą drogę...
Ania zaczęła mi tłumaczyć, w którą stronę muszę skręcić, kiedy wysiądę na przystanku. Po półgodzinie tłumaczenia powiedziała, że mam zapomnieć o jej wskazówkach i podała drogę łatwiejszą.
- Wysiadasz z autobusu i musisz przejść przez tory tramwajowe - produkuje się Ania.
- Gdzie mam te tory? - informuję się mało inteligentnie, bo co jak co, ale tory trudno przeoczyć. - Po lewej czy po prawej?
- POD NOGAMI MASZ! - zirytowała się Ania. - Jak tylko wysiądziesz z autobusu!
Wytłumaczyła mi w końcu gdzie mam przejść.
- Najśmieszniej będzie, jak sobie nie wysiądę na dobrym przystanku - mruknęłam. Ania dostała ataku śmiechu.
- Wiesz, ja i tak przypuszczam, że jutro zadzwonisz do mnie z pytaniem, gdzie jesteś. Będę wtedy twoim GPS-em - obiecała.
Pojechałam, przesiadłam się na dworcu w Sosnowcu, wysiadłam na odpowiednim przystanku i dotarłam do domu Profesora W bez przygód, konieczności pytania o drogę i dzwonienia do Ani. Powitałam Profesora W triumfującym:
- Ha! Nie zgubiłam się jednak!
A po chwili zastanowienia dodałam, że i tak pewnie zapomnę, którędy mam wrócić.
Zrobiliśmy sobie z Profesorem W lipcową majówkę. Już nawet nie mówię, że właziłam po drabinie na czereśnię, zrywałam owoce wielkie jak pięciozłotówki i sobie jadłam (od razu wyjaśniam, drabina się pode mną NIE załamała, z niczego NIE spadłam). Już nie mówię, że zjedliśmy pół krzaczka malin (z malin nie spadłam tym bardziej).
W ogródku Profesora W jest wszystko. Zatrzęsienie owoców. I kwiatów. Można utonąć w zieleni. Odpocząć w Świątyni Dumania ;). Wyciszyć się. Pogadać o wszystkim. Uciec od codziennej bieganiny. Czas mi się tam zatrzymuje. Dużo się zmieniło od naszej z Slkiem ostatniej wizyty - a przecież gdyby nie ten rozrośnięty gąszcz w miejscu, w którym dawniej siedzieliśmy, powiedziałabym, że byliśmy tam nie dawniej niż wczoraj...
Widziałam mrówkę wspinającą się na drzewo, motyla na wysokości nosa (mojego), ślimaka, który nigdzie się nie spieszył (jak ja) i pszczołę, która się wytarzała w pyłku kwiatka. Pszczoły pojawiające się na moim balkonie mają przeważnie umorusane pyłkiem pyszczki (no pyszczki, bo nie wiem, jak się nazywa twarz pszczoły). Te u Profesora W wyglądają tak, jakby się w tych pyłkach kąpały. Brudne jednolicie na całym futerku.
U Profesora W człowiek szybko zaczyna się czuć jak u siebie. Ale i tak nie da się tej niepowtarzalnej atmosfery i całego piękna oddać w pospolitej Mrówkowej notce. Kto był, ten wie, kto nie był, niech żałuje ;).
Odprowadził mnie potem Profesor W na przystanek, a właściwie zrobiliśmy sobie jeszcze mały spacer (ja - na przystanek, Profesor W do sklepu).
Wsiadłam w sosnowiecki autobus, żeby dojechać na dworzec.
W autobusie reklama "z nami dojedziesz punktualnie". Tja... autobus spóźnił się osiem minut, wobec czego uciekł mi bezpośredni do Jaworzna. Też nie pomyślałam, bo gdybym wysiadła przystanek przed dworcem i pobiegła pod bibliotekę, mogłabym na niego jeszcze zdążyć. Uznajmy, że mi się nie chciało. Następny do Jaworzna miałam za godzinę.
Sprawdziłam połączenia do Katowic, Mysłowic i na Niwkę.
Kupiłam sobie na dworcu bilet. Pan w kiosku dostał ataku śmiechu, bo rano też kupowałam sobie u niego bilet. Być może pomyślał, że jeżdżę w kółko, zataczając przy tym coraz szersze kręgi. Ale w końcu "każdy ma prawo do rozrywek na urlopie" (Slk - źródło cytatu rozpoznasz na pewno).
Wymyśliłam sobie, że dojadę do przystanku Niwka Kościół i tam złapię jaworznicki autobus jakikolwiek.
Jadę sobie autobusem linii, którą pierwszy raz w życiu na oczy widzę i pogwizduję. Z nadzieją, że nie ma wielu przystanków zatytułowanych "Niwka Kościół" i z nadzieją drugą - że poznam, gdzie mam wysiąść.
Jadę sobie dzielnie.
Jadę.
Wyglądam przez okno.
Za oknem jakaś hala produkcyjna, a na hali napis "Bydgoszcz".
Taaaak...
Dojechałam na Niwkę, przesiadłam się w autobus do domu i trafiłam bez problemów.
I z miłymi wspomnieniami.
Ania zaczęła mi tłumaczyć, w którą stronę muszę skręcić, kiedy wysiądę na przystanku. Po półgodzinie tłumaczenia powiedziała, że mam zapomnieć o jej wskazówkach i podała drogę łatwiejszą.
- Wysiadasz z autobusu i musisz przejść przez tory tramwajowe - produkuje się Ania.
- Gdzie mam te tory? - informuję się mało inteligentnie, bo co jak co, ale tory trudno przeoczyć. - Po lewej czy po prawej?
- POD NOGAMI MASZ! - zirytowała się Ania. - Jak tylko wysiądziesz z autobusu!
Wytłumaczyła mi w końcu gdzie mam przejść.
- Najśmieszniej będzie, jak sobie nie wysiądę na dobrym przystanku - mruknęłam. Ania dostała ataku śmiechu.
- Wiesz, ja i tak przypuszczam, że jutro zadzwonisz do mnie z pytaniem, gdzie jesteś. Będę wtedy twoim GPS-em - obiecała.
Pojechałam, przesiadłam się na dworcu w Sosnowcu, wysiadłam na odpowiednim przystanku i dotarłam do domu Profesora W bez przygód, konieczności pytania o drogę i dzwonienia do Ani. Powitałam Profesora W triumfującym:
- Ha! Nie zgubiłam się jednak!
A po chwili zastanowienia dodałam, że i tak pewnie zapomnę, którędy mam wrócić.
Zrobiliśmy sobie z Profesorem W lipcową majówkę. Już nawet nie mówię, że właziłam po drabinie na czereśnię, zrywałam owoce wielkie jak pięciozłotówki i sobie jadłam (od razu wyjaśniam, drabina się pode mną NIE załamała, z niczego NIE spadłam). Już nie mówię, że zjedliśmy pół krzaczka malin (z malin nie spadłam tym bardziej).
W ogródku Profesora W jest wszystko. Zatrzęsienie owoców. I kwiatów. Można utonąć w zieleni. Odpocząć w Świątyni Dumania ;). Wyciszyć się. Pogadać o wszystkim. Uciec od codziennej bieganiny. Czas mi się tam zatrzymuje. Dużo się zmieniło od naszej z Slkiem ostatniej wizyty - a przecież gdyby nie ten rozrośnięty gąszcz w miejscu, w którym dawniej siedzieliśmy, powiedziałabym, że byliśmy tam nie dawniej niż wczoraj...
Widziałam mrówkę wspinającą się na drzewo, motyla na wysokości nosa (mojego), ślimaka, który nigdzie się nie spieszył (jak ja) i pszczołę, która się wytarzała w pyłku kwiatka. Pszczoły pojawiające się na moim balkonie mają przeważnie umorusane pyłkiem pyszczki (no pyszczki, bo nie wiem, jak się nazywa twarz pszczoły). Te u Profesora W wyglądają tak, jakby się w tych pyłkach kąpały. Brudne jednolicie na całym futerku.
U Profesora W człowiek szybko zaczyna się czuć jak u siebie. Ale i tak nie da się tej niepowtarzalnej atmosfery i całego piękna oddać w pospolitej Mrówkowej notce. Kto był, ten wie, kto nie był, niech żałuje ;).
Odprowadził mnie potem Profesor W na przystanek, a właściwie zrobiliśmy sobie jeszcze mały spacer (ja - na przystanek, Profesor W do sklepu).
Wsiadłam w sosnowiecki autobus, żeby dojechać na dworzec.
W autobusie reklama "z nami dojedziesz punktualnie". Tja... autobus spóźnił się osiem minut, wobec czego uciekł mi bezpośredni do Jaworzna. Też nie pomyślałam, bo gdybym wysiadła przystanek przed dworcem i pobiegła pod bibliotekę, mogłabym na niego jeszcze zdążyć. Uznajmy, że mi się nie chciało. Następny do Jaworzna miałam za godzinę.
Sprawdziłam połączenia do Katowic, Mysłowic i na Niwkę.
Kupiłam sobie na dworcu bilet. Pan w kiosku dostał ataku śmiechu, bo rano też kupowałam sobie u niego bilet. Być może pomyślał, że jeżdżę w kółko, zataczając przy tym coraz szersze kręgi. Ale w końcu "każdy ma prawo do rozrywek na urlopie" (Slk - źródło cytatu rozpoznasz na pewno).
Wymyśliłam sobie, że dojadę do przystanku Niwka Kościół i tam złapię jaworznicki autobus jakikolwiek.
Jadę sobie autobusem linii, którą pierwszy raz w życiu na oczy widzę i pogwizduję. Z nadzieją, że nie ma wielu przystanków zatytułowanych "Niwka Kościół" i z nadzieją drugą - że poznam, gdzie mam wysiąść.
Jadę sobie dzielnie.
Jadę.
Wyglądam przez okno.
Za oknem jakaś hala produkcyjna, a na hali napis "Bydgoszcz".
Taaaak...
Dojechałam na Niwkę, przesiadłam się w autobus do domu i trafiłam bez problemów.
I z miłymi wspomnieniami.
czwartek, 5 lipca 2007
311. wyjechali na wakacje...
No, ja nie wiem, co się tu będzie działo przez wakacje. Bossowi obiecałam święty spokój na trzy miesiące, licząc od wczoraj, Marek Lenc wyjechał za granicę i go do września nie będzie w świecie netowym (a przez telefon będzie nam trudno sobie dogryzać), z Kaśką widuję się tylko przy wielkich okazjach, z Olkiem wspólnych zajęć chwilowo brakuje, a na gg jakoś nam wygłupy nie wychodzą, ostatnie czwartki się skończyły, Arturek wsiąkł nie wiadomo gdzie, Sal wsiąkł wiadomo gdzie, a kontaktu z nim na razie jakoś nie mam, Tyran zajęty konferencją tańca, Fimbul siedzi we Wrocławiu i mam nadzieję, że wróci jutro (a z Wrocławia kazał mi Bossa pozdrowić), z Anią (Szczepanik) jeszcze chyba wspólnych wakacji nie miałyśmy, to znaczy - poznałyśmy się w październiku zeszłego roku, Piotrek się zdematerializował, z Lady Q nie gadamy poza komentarzami w blogach, z Zadrą ewentualnie jeszcze na gg, Biały przestał podsyłać mi mrówkowe pastisze... nic, tylko rzucić się w wir pracy ;)
Zanim Marek Lenc wyjechał, stoczyliśmy jeszcze ostatnią słowną bitwę na gg. Mam pozwolenie wykorzystania tego na blogu, więc sobie wykorzystam...
- Będę się zbierał, więc jeśli chcesz mnie jakoś specjalnie pożegnać, to teraz jest ten moment - oznajmił mi ML. Rzecz jasna, udałam wielkie przejęcie i zaangażowanie emocjonalne:
- *rzuca się na szyję* (Markowi oczywiście)... - odpisałam.
- *rzuca się przez okno* byłoby lepsze! - rozmarzył się ML. - Też za sobą już tęsknię. No, dalej: - ponaglił mnie - *wyrywa se paznokcie* czy coś...
- Hmmm - odrzekła inteligentnie Mrówka. - Tego... *zastanawia się*
*aktorsko wyciera nos... i oczy... i ekran monitora...*
- I klawiaturę... - zniecierpliwił się ML.
- No! - przyświadczyła Mrówka radośnie. - I szafki! I robi generalne porządki!
- Marszczy nos... - kombinuje chwilę później Mrówka, chcąc okazać dostateczną ilość żalu z powodu wakacyjnego wyjazdu Marka.
- Świnia? - pyta ni z tego ni z owego ML.
- Jaka świnia?
- Marszczy nos... myślałem, że to kalambur!
- Mrówka marszczy nos! - zirytowała się Mrówka.
- To one mają nosy? - ML udawał szczerze zdziwionego. - Aha, żeby je wtykać tam gdzie nie trzeba!
- A świnie mają nosy?
- Ok. Świnie i mrówki mają ryje - ML zdecydował się pójść na ugodę.
- A saaaam maaaaasz! - odwrzasnęła mu natychmiast zdenerwowana Mrówka.
- Ja mam usteczka.
- Gdzie? - nie wytrzymała Mrówka.
- W dupie - wyrwało się Markowi błyskawicznie, po czym zaraz dodał - A gdzie się ma?
- Ja wiem gdzie SIĘ ma! Ale TY musisz być oczywiście oryginalniejszy?
- I w ten sposób masz notek na cały tydzień - spointował dzielnie Marek. Wreszcie mogłam zdobyć się na szczere wyznanie:
- Będzie mi cię brakowało - napisałam z uczuciem. - Jak mi się tematy na bloga skończą.
- Wtedy znowu mnie brutalnie zaatakuj i pooczerniaj - poradził.
Taaaa... ale jak, skoro go nie ma do września?
Zanim Marek Lenc wyjechał, stoczyliśmy jeszcze ostatnią słowną bitwę na gg. Mam pozwolenie wykorzystania tego na blogu, więc sobie wykorzystam...
- Będę się zbierał, więc jeśli chcesz mnie jakoś specjalnie pożegnać, to teraz jest ten moment - oznajmił mi ML. Rzecz jasna, udałam wielkie przejęcie i zaangażowanie emocjonalne:
- *rzuca się na szyję* (Markowi oczywiście)... - odpisałam.
- *rzuca się przez okno* byłoby lepsze! - rozmarzył się ML. - Też za sobą już tęsknię. No, dalej: - ponaglił mnie - *wyrywa se paznokcie* czy coś...
- Hmmm - odrzekła inteligentnie Mrówka. - Tego... *zastanawia się*
*aktorsko wyciera nos... i oczy... i ekran monitora...*
- I klawiaturę... - zniecierpliwił się ML.
- No! - przyświadczyła Mrówka radośnie. - I szafki! I robi generalne porządki!
- Marszczy nos... - kombinuje chwilę później Mrówka, chcąc okazać dostateczną ilość żalu z powodu wakacyjnego wyjazdu Marka.
- Świnia? - pyta ni z tego ni z owego ML.
- Jaka świnia?
- Marszczy nos... myślałem, że to kalambur!
- Mrówka marszczy nos! - zirytowała się Mrówka.
- To one mają nosy? - ML udawał szczerze zdziwionego. - Aha, żeby je wtykać tam gdzie nie trzeba!
- A świnie mają nosy?
- Ok. Świnie i mrówki mają ryje - ML zdecydował się pójść na ugodę.
- A saaaam maaaaasz! - odwrzasnęła mu natychmiast zdenerwowana Mrówka.
- Ja mam usteczka.
- Gdzie? - nie wytrzymała Mrówka.
- W dupie - wyrwało się Markowi błyskawicznie, po czym zaraz dodał - A gdzie się ma?
- Ja wiem gdzie SIĘ ma! Ale TY musisz być oczywiście oryginalniejszy?
- I w ten sposób masz notek na cały tydzień - spointował dzielnie Marek. Wreszcie mogłam zdobyć się na szczere wyznanie:
- Będzie mi cię brakowało - napisałam z uczuciem. - Jak mi się tematy na bloga skończą.
- Wtedy znowu mnie brutalnie zaatakuj i pooczerniaj - poradził.
Taaaa... ale jak, skoro go nie ma do września?
środa, 4 lipca 2007
310. z placu boju
Jeszcze w czasach przedlicealnych stwierdziłam, że nie mam zamiaru cierpieć w przyszłości na wrzody z powodu nadmiernego stresu. Wymyśliłam więc sobie, że nie mogę pozwolić na to, żeby ze zdenerwowania bolał mnie brzuch.
Metody opanowywania stresu miałam różne, łącznie z wybuchami śmiechu rano i śpiewaniem do lustra. Pomogło. Dzisiaj, w chwilach wielkiego zdenerwowania, bolą mnie łokcie. ŁOKCIE. Nie brzuch. Nie wiem, dlaczego łokcie, ale już niech będzie.
Z obolałymi łokciami pojechałam sobie na uczelnię.
I uśmiałam się za wszystkie czasy.
Już nie mówię o tym, że na samym początku dostałam od mojego wykładowcy-satyryka epitafium. Nie wiem, czy mogę je tu opublikować, więc na wszelki wypadek się powstrzymam, możecie mi uwierzyć na słowo - padłam po nim ze śmiechu ;).
Przyszedł mój dawny profesor z TL. I do jednej z koleżanek powiedział:
- Muszę się przyjrzeć, jak pani wygląda jako magister!
W pewnym momencie mój wykładowca-satyryk wyszedł z sali, żeby poprosić na rozmowę kolejną osobę.
- Pani Izabela... (wymienił nazwisko)
- Uff, bo już się przestraszyłam, że ja! - odetchnęłam z ulgą.
- E tam, panią zawołam tak: "Mrówka!" - oznajmił mi mój w-s i wrócił spokojnie do sali, podczas gdy ja się zwijałam ze śmiechu na korytarzu.
(Obietnicy dotrzymali :D.)
Siedziałyśmy z Kaśką na korytarzu. Ponieważ Kaśka wchodziła przede mną, poradziłam jej:
- Weź ich [komisję - przyp.red.] na litość!
- Ja nie chcę na litość, ja chcę na geniusz! - zbuntowała się Kaśka.
- No dobra, wejdę tam z tobą - obiecałam jej.
Za co zresztą chwilę później oberwałam ;).
Ale i tak nic nie przebije jednej z dziewczyn, która podeszła (po godzinie 17, to wiele tłumaczy ;))) do swojej koleżanki i zapytała:
- Pamiętasz, co ja RAZ na pierwszym roku piłam?
Metody opanowywania stresu miałam różne, łącznie z wybuchami śmiechu rano i śpiewaniem do lustra. Pomogło. Dzisiaj, w chwilach wielkiego zdenerwowania, bolą mnie łokcie. ŁOKCIE. Nie brzuch. Nie wiem, dlaczego łokcie, ale już niech będzie.
Z obolałymi łokciami pojechałam sobie na uczelnię.
I uśmiałam się za wszystkie czasy.
Już nie mówię o tym, że na samym początku dostałam od mojego wykładowcy-satyryka epitafium. Nie wiem, czy mogę je tu opublikować, więc na wszelki wypadek się powstrzymam, możecie mi uwierzyć na słowo - padłam po nim ze śmiechu ;).
Przyszedł mój dawny profesor z TL. I do jednej z koleżanek powiedział:
- Muszę się przyjrzeć, jak pani wygląda jako magister!
W pewnym momencie mój wykładowca-satyryk wyszedł z sali, żeby poprosić na rozmowę kolejną osobę.
- Pani Izabela... (wymienił nazwisko)
- Uff, bo już się przestraszyłam, że ja! - odetchnęłam z ulgą.
- E tam, panią zawołam tak: "Mrówka!" - oznajmił mi mój w-s i wrócił spokojnie do sali, podczas gdy ja się zwijałam ze śmiechu na korytarzu.
(Obietnicy dotrzymali :D.)
Siedziałyśmy z Kaśką na korytarzu. Ponieważ Kaśka wchodziła przede mną, poradziłam jej:
- Weź ich [komisję - przyp.red.] na litość!
- Ja nie chcę na litość, ja chcę na geniusz! - zbuntowała się Kaśka.
- No dobra, wejdę tam z tobą - obiecałam jej.
Za co zresztą chwilę później oberwałam ;).
Ale i tak nic nie przebije jednej z dziewczyn, która podeszła (po godzinie 17, to wiele tłumaczy ;))) do swojej koleżanki i zapytała:
- Pamiętasz, co ja RAZ na pierwszym roku piłam?
poniedziałek, 2 lipca 2007
308. w Parku Wiewiórek
Uznaliśmy z Fimbulem, że coś tu nie gra. Znamy się prawie trzy lata (zdania na ten temat są podzielone, ja twierdzę, że 3,5 roku, Fimbul, że 2,5, krakowskim targiem wypada, że 3), znamy się więc tak długo i przyjaźnimy się niemal od samego początku, a jeszcze nigdy nie byliśmy razem w Parku Wiewiórek. Czyli w katowickim Parku Kościuszki.
Postanowiliśmy to zmienić.
Wybraliśmy się tam dzisiaj. Z aparatem fotograficznym.
Po wejściu do parku i przejściu kilku alejek, rzuciła się w naszą stronę wiewiórka. Zobaczyła, że nie mamy dla niej żadnego smakołyku i uciekła rozczarowana. Następna zbiegła do nas z drzewa. Podeszła bliżej i zaraz zwiała.
Pierwszej zrobiłam zdjęcie. Kiedy zobaczyliśmy drugą, zaczęłam bardzo wolno i ostrożnie wyjmować z kieszeni aparat, włączać go, czekać, aż się uruchomi...
- Mrówko, ty masz różne talenty - powiedział Fimbul. - Ale na karierę fotoreportera to raczej nie masz co liczyć.
A potem trafiliśmy na polankę, na której pani z dzieckiem próbowała karmić wiewiórki orzechami włoskimi.
Co się tam wyprawiało!
Wiewiórka podchodziła po orzech, po czym dziecko (bachor okropny i wrzaskliwy) rzucało się na nią z piskiem. Wiewiórka dostawała ataku nerwowego i uciekała, a zaraz potem wracała, bo jednak wizja otrzymania CAŁEGO orzecha włoskiego na własność była bardzo kusząca.
Wracała więc biedna wiewiórka z zawałem, brała orzech i oddalała się na odległość bezpieczną (tam, gdzie nie dosięgały jej decybele ani wydające je dziecko... momentami jej zazdrościłam).
Wracała wiewiórka, bo głód brał górę nad emocjami, brała kolejne orzeszki, pozwalała się fotografować i zwiewała znowu. Panie karmiły. Dziecko się darło. Z Fimbulem porozumiewaliśmy się za pomocą spojrzeń, inaczej się zresztą nie dało.
W sumie były tam trzy wiewiórki, z czego dwie raz się pobiły. Bo jedna nie chciała drugiej poczęstować orzechem. Jak w życiu.
Obok wiewiórek chodziły sobie gołębie. Ale JAK chodziły... wszystkie z minami pełnymi wyższości, jakby chciały oznajmić, że mają swoją godność i nie będą się prosić o orzechy.
Narobiliśmy tam trochę fajnych zdjęć (na jednym mam Fimbula, orzeszek i wiewiórkę, w takiej właśnie kolejności. Fimbul i wiewiórka znajdują się po dwóch stronach orzeszka, w równej odległości, wyglądają, jakby się ścigali, kto pierwszy weźmie smakołyk).
Nie rozumiem, dlaczego obsługa parku musi się po nim poruszać w pojazdach robiących AŻ TYLE hałasu. Ale musi. I płoszy przy tym wiewiórki. Po pewnym czasie odkryliśmy zresztą jedną prawidłowość: jeśli widzimy wiewiórkę, to murowane, że zaraz pojawi się człowiek na warkotliwym pojeździe, który z łatwością można wyminąć na piechotę, i tę widzianą wiewiórkę spłoszy. Uciekaliśmy więc przed wrzeszczącymi dziećmi i przed małymi samochodzikami. Wiewiórki też, należałoby więc przypuszczać, że razem znajdziemy się w jakiejś głuszy, wolni od hałasu (i od jedzenia). Ale one chyba były bardziej odporne niż my.
Za każdym razem, kiedy jestem w Parku Wiewiórek (notabene ta nazwa funkcjonuje tylko wśród moich znajomych, nie jest oficjalnie przyjętą nazwą), mam wrażenie, że ten park nie ma granic. Nigdzie się nie kończy. Zawsze chodzę innymi ścieżkami i nigdy dwa razy w to samo miejsce nie trafiłam, zupełnie jak piorun, chociaż mniej błyskotliwa jestem.
Kiedy więc przechodziliśmy z Fimbulem obok jednej alejki, wyglądającej kusząco, bo a) wąskiej, więc nie wjechałby tam żaden hałaśliwy pojazd, b) pustej, więc bez drących się dzieci, c) być może pełnej wiewiórek, co jest wynikiem sumy punktów a) i b), zapytałam od niechcenia:
- Fimbul, co tam jest?
Fimbul zerknął we wskazywanym przeze mnie kierunku.
- Koza - odrzekł spokojnie i z pewnością siebie.
Przyznam, takiej odpowiedzi się nie spodziewałam. Zaskoczona zapytałam, dlaczego koza i odruchowo skręciłam na ścieżkę, przyspieszając nawet kroku.
- No bo masz tu pochyłe drzewo - pokazał mi Fimbul. - A na pochyłe drzewo...
Przyznaję, nie wpadłabym na to.
Postanowiliśmy to zmienić.
Wybraliśmy się tam dzisiaj. Z aparatem fotograficznym.
Po wejściu do parku i przejściu kilku alejek, rzuciła się w naszą stronę wiewiórka. Zobaczyła, że nie mamy dla niej żadnego smakołyku i uciekła rozczarowana. Następna zbiegła do nas z drzewa. Podeszła bliżej i zaraz zwiała.
Pierwszej zrobiłam zdjęcie. Kiedy zobaczyliśmy drugą, zaczęłam bardzo wolno i ostrożnie wyjmować z kieszeni aparat, włączać go, czekać, aż się uruchomi...
- Mrówko, ty masz różne talenty - powiedział Fimbul. - Ale na karierę fotoreportera to raczej nie masz co liczyć.
A potem trafiliśmy na polankę, na której pani z dzieckiem próbowała karmić wiewiórki orzechami włoskimi.
Co się tam wyprawiało!
Wiewiórka podchodziła po orzech, po czym dziecko (bachor okropny i wrzaskliwy) rzucało się na nią z piskiem. Wiewiórka dostawała ataku nerwowego i uciekała, a zaraz potem wracała, bo jednak wizja otrzymania CAŁEGO orzecha włoskiego na własność była bardzo kusząca.
Wracała więc biedna wiewiórka z zawałem, brała orzech i oddalała się na odległość bezpieczną (tam, gdzie nie dosięgały jej decybele ani wydające je dziecko... momentami jej zazdrościłam).
Wracała wiewiórka, bo głód brał górę nad emocjami, brała kolejne orzeszki, pozwalała się fotografować i zwiewała znowu. Panie karmiły. Dziecko się darło. Z Fimbulem porozumiewaliśmy się za pomocą spojrzeń, inaczej się zresztą nie dało.
W sumie były tam trzy wiewiórki, z czego dwie raz się pobiły. Bo jedna nie chciała drugiej poczęstować orzechem. Jak w życiu.
Obok wiewiórek chodziły sobie gołębie. Ale JAK chodziły... wszystkie z minami pełnymi wyższości, jakby chciały oznajmić, że mają swoją godność i nie będą się prosić o orzechy.
Narobiliśmy tam trochę fajnych zdjęć (na jednym mam Fimbula, orzeszek i wiewiórkę, w takiej właśnie kolejności. Fimbul i wiewiórka znajdują się po dwóch stronach orzeszka, w równej odległości, wyglądają, jakby się ścigali, kto pierwszy weźmie smakołyk).
Nie rozumiem, dlaczego obsługa parku musi się po nim poruszać w pojazdach robiących AŻ TYLE hałasu. Ale musi. I płoszy przy tym wiewiórki. Po pewnym czasie odkryliśmy zresztą jedną prawidłowość: jeśli widzimy wiewiórkę, to murowane, że zaraz pojawi się człowiek na warkotliwym pojeździe, który z łatwością można wyminąć na piechotę, i tę widzianą wiewiórkę spłoszy. Uciekaliśmy więc przed wrzeszczącymi dziećmi i przed małymi samochodzikami. Wiewiórki też, należałoby więc przypuszczać, że razem znajdziemy się w jakiejś głuszy, wolni od hałasu (i od jedzenia). Ale one chyba były bardziej odporne niż my.
Za każdym razem, kiedy jestem w Parku Wiewiórek (notabene ta nazwa funkcjonuje tylko wśród moich znajomych, nie jest oficjalnie przyjętą nazwą), mam wrażenie, że ten park nie ma granic. Nigdzie się nie kończy. Zawsze chodzę innymi ścieżkami i nigdy dwa razy w to samo miejsce nie trafiłam, zupełnie jak piorun, chociaż mniej błyskotliwa jestem.
Kiedy więc przechodziliśmy z Fimbulem obok jednej alejki, wyglądającej kusząco, bo a) wąskiej, więc nie wjechałby tam żaden hałaśliwy pojazd, b) pustej, więc bez drących się dzieci, c) być może pełnej wiewiórek, co jest wynikiem sumy punktów a) i b), zapytałam od niechcenia:
- Fimbul, co tam jest?
Fimbul zerknął we wskazywanym przeze mnie kierunku.
- Koza - odrzekł spokojnie i z pewnością siebie.
Przyznam, takiej odpowiedzi się nie spodziewałam. Zaskoczona zapytałam, dlaczego koza i odruchowo skręciłam na ścieżkę, przyspieszając nawet kroku.
- No bo masz tu pochyłe drzewo - pokazał mi Fimbul. - A na pochyłe drzewo...
Przyznaję, nie wpadłabym na to.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


