czwartek, 28 czerwca 2007

306. pod Olka obronę

Kiedyś nie wytrzymam.
Przyjechałam dzisiaj do Katowic, spotkać się z Fimbulem i Olkiem.
Olek miał obronę pracy mgr. I w związku z redukowaniem przedobronnego stresu cały czas coś wymyślał.
A to doszukiwał się w serialach i kinowych przebojach aluzji do arcydzieł literatury (i ODWROTNIE, przy czym nie miała znaczenia kolejność powstawania utworów).
A to dopatrywał się w elementach ubioru obecnych osób motywów ludowych i posądzał wszystkich o przynależność do zespołu pieśni i tańca; sam zresztą postanowił się tam na lato zapisać po paru podskokach.
A to opowiadał po góralsku nieprzyzwoite dowcipy.
A to wymyślał konkurencje związane ze striptizem (z rzucaniem bielizną do celu, jak podpowiada mi na gg Fimbul).
A to pocieszał Fimbula, który jutro ma egzamin z historycznej (hasło "to bardzo przyjemny egzamin, przyjemny gdzieś tak za szóstym razem" Fimbul wrzucił sobie do opsu na gg).
Doprowadził nas do tego stanu, że kiedy złożył na pół kartkę papieru, śmialiśmy się przez dobre pięć minut. Olek skwitował to stwierdzeniem "złożyłem kartkę i już sensacja na dwa tygodnie", co oczywiście NIE przyczyniło się do uspokojenia nas.

Aż żal, że komisji nie było z nami ;).

Po swojej obronie Olek przyjrzał się bukietowi kwiatków, który miał wręczyć i najpierw powiedział:
- O, owadzik! A co ty tu robisz? - ale tajemniczy owadzik nie podjął dialogu, jakiś aspołeczny był.
Następnie Olek przyjrzał się bukietowi uważniej i zauważył:
- Te kwiatki rosną w betonie!

Kiedy przyszedł Recenzent, powiedziałam mu, żeby zadał Olkowi jakieś BARDZO trudne pytanie. Zgodził się od razu i pobiegł do sali.
- Jeśli rzeczywiście mi zada jakieś BARDZO trudne pytanie - mruknął Olek - to masz pięć sekund na ucieczkę!

środa, 27 czerwca 2007

305. chatka z piernika

Siedzieliśmy sobie wczoraj z Fimbulem na wydziale i uczyliśmy się gramatyki historycznej.
Nagle podeszła do nas jakaś sympatyczna dziewczyna.
- Przepraszam was bardzo - powiedziała. - Nasza koleżanka brała ślub i zostało nam trochę ciasta. Chcieliśmy was poczęstować.
I wyciągnęła do nas jednorazowy talerzyk z ogromnymi kawałami ogromnego ciasta.

Życie nie przestanie mnie zaskakiwać ;)

wtorek, 26 czerwca 2007

304. historia poniekąd kryminalna

- Aaaaaaa! - mrożący krew w żyłach okrzyk zbudził mieszkańców pewnego bloku o godzinie 9:35. - Aaaaaaaa! - darła się Mrówka, przyciskając rękę do serca. - Aaaaaaaaaa! - zakomunikowała światu, a echo niosło jej przesłanie na sąsiednie osiedle. - Aaaaaaaa! - dodała, a blok zadrżał w posadach.

12 godzin później wciąż roztrzęsiona siedziała w komisariacie. Inspektor Fimbulwinter, wezwany do prowadzenia tej sprawy, westchnął i otworzył granatowy notes.
- Aaaaa! - powiedziała mu Mrówka. Inspektor Fimbulwinter pomyślał, że o wiele łatwiej byłoby mu pracować w dziale przestępstw gospodarczych. Podrapał się długopisem po policzku, a następnie zapytał:
- A więc znalazła pani zwłoki?
Mrówka pokiwała głową.
- Zechce je pani opisać?
- Nie - odparła zdecydowanie.
- Rozumiem, że był to dla pani przykry widok. Czy zwłoki były zmasakrowane?
- Nie.
"Trup jak żywy" - zanotował Inspektor Fimbulwinter.
- Gdzie znalazła pani denata? - drążył temat.
- W kącie pokoju - odezwała się słabo Mrówka. - Leżał na plecach, jakby sobie odpoczywał...
- I nie próbowała mu pani udzielić pierwszej pomocy? Wezwać pogotowia?
- Nie - otrząsnęła się z obrzydzeniem Mrówka. Inspektor Fimbulwinter przyjrzał się jej uważnie.
- Czy to znaczy - zaczął ostrożnie - że jego śmierć była pani na rękę?
Mrówka na przemian kiwała i kręciła głową.
- Nie... to znaczy tak... to znaczy... wolałabym, żeby zdechł sobie gdzie indziej! - wyrzuciła z siebie.
- Zdechł? Mam rozumieć, że nie darzyła go pani zbytnią sympatią?
- Nie darzyłam! - warknęła Mrówka.
- Dlaczego? - dociekał Inspektor Fimbulwinter.
- Przylatywał wieczorami... - odparła Mrówka z namysłem. - Zaglądał mi w okno... Czasami się do niego dobijał. A poza tym jest... to znaczy był... odrażający.
- Słyszała pani, kiedy wpadł do pokoju?
- Nie, wpadł bezszelestnie. Może chciał mnie okraść? A może... - Mrówka zniżyła głos - może chciał mnie zabić?
Inspektorowi Fimbulwinterowi wyrwało się coś w rodzaju "nie dziwiłbym mu się", ale zamaskował to zgrabnie pozorowanym atakiem kaszlu.
- Cóż... - powiedział. - niewątpliwie była to dla pani bardzo przykra sprawa. Ale ja nie mogę tu nic poradzić... - Inspektor Fimbulwinter podniósł się z krzesła i zamierzał wskazać Mrówce drogę do wyjścia. Mrówka jednak chwyciła go mocno za rękaw.
- Inspektorze... proszę o przydzielenie mi jakiejś ochrony! Na wypadek, gdyby pojawili się tu jego koledzy...

Inspektor Fimbulwinter znów westchnął, a potem wręczył Mrówce specjalnie przygotowane pułapki na chrabąszcze.
- To powinno wystarczyć - rzekł. - A na drugi raz proszę tak nie histeryzować. Jeden martwy chrabąszcz w pokoju to przecież nic strasznego.

Ale OBRZYDLIWY był.

sobota, 23 czerwca 2007

302. historyczna zabawa

Gramatyka historyczna ciągle jeszcze dostarcza mi sporo radości. Ostatnio Fimbul rekonstruował nazwiska uczonych, a najtrudniejszy wyraz, jaki mu się trafił do fonetycznej analizy, to pczęfiąskęnąć.
Sama wymyślałam, bo o rozwój nosówek chodziło.

[tu wywaliłam kawałek własnej twórczości o epitafiach]

Fimbul za to odpowiedział ułożonym na poczekaniu:

Nagrobek studenta filologii polskiej
Wczoraj interpretując używał bajerów
Dzisiaj - podzielił los jerów.

- Czyli że się zwokalizował? - pytam podejrzliwie i prowokacyjnie.
- Zanikł - odpowiada mi Fimbul.

piątek, 22 czerwca 2007

301. robota wre

W klatce przeprowadzają remont schodów. To znaczy karteczka "Uwaga! remont schodów" wisi w strategicznie doskonałym miejscu - zauważy ją każdy, kto przez remont już się jakoś przedrze i będzie do domu wracał, ale nie bądźmy drobiazgowi.
Póki co - do wczoraj - został wybetonowany nierówno kawałek pierwszego stopnia. Perspektywa możliwości wchodzenia do domu po drabinie bawi mnie szalenie, dopóki mieści się w dziale "nieprawdopodobne".
W każdym razie wychodzę sobie z klatki i widzę strzępki jakiegoś zastygającego cementu, deski obudowujące schodek i dziurę po metalowej "wycieraczce".
- Którędy mogę przejść? - pytam jednego z panów remontowców.
- A, może pani prosto - machnął ręką. - Byle nie do dziury.
Na wszelki wypadek przeszłam bokiem. Bo wpatrywali się we mnie, jakby chcieli przez to moje przejście sprawdzić, czy na pewno im ten cement zastygł.

Po drodze na przystanek, poszłam wyrzucić śmieci. Wybrałam sobie na cel najmniej pełny kosz (to znaczy taki, z którego się nic nie wysypywało). Zostawiłam w nim worek. A kiedy miałam spokojnie iść dalej, obsługujący śmieciarkę kierowca wziął sobie na cel mnie. Chciał mnie, zdaje się, nabić na uchwyty do zaczepiania kontenerów.

Właśnie wyjrzałam przez okno - panowie budowlańcy już skończyli robotę.
Zaraz zejdę na dół i odcisnę w tym betonie ślad swojej dłoni. Będę mieć Aleję Gwiazdy pod własnym oknem. Na pohybel zazdrośnikom. A co!

czwartek, 21 czerwca 2007

300. burza

To było ciekawe doświadczenie.
Nie, żebym się trochę bała burzy. Skądże. Ja się PANICZNIE boję burzy. No, może nie panicznie. W każdym razie najbardziej w takich chwilach lubię siedzieć pod stołem. Albo za łóżkiem. Albo w nietypowych zakamarkach mojego pokoju. Przy szczelnie zamkniętych oknach i z wyłączonym sprzętem audio.
Boję się burzy, kiedy siedzę w domu. Na otwartej przestrzeni wmawiam sobie - chyba z konieczności - że niczego się nie boję. I robię to tak sugestywnie, że sama się czasami nabieram.
No to miałam pole do popisu...

Po spotkaniu poszliśmy z Fimbulem i Anią na dworzec, prowadząc cały czas filologiczne dyskusje. Padało umiarkowanie. Wsiadłam do autobusu.
Ostatnią rzeczą, którą zarejestrowałam, był sms od Ani: "Jedziesz? Bo jest taka burza, że mój autobus przecieka". Nie udało mi się jej odpisać (mój nie przeciekał, specjalnie się przyjrzałam...), bo telefon odmówił posłuszeństwa. Wyłączyłam go i wtedy się rozpętała burza.
Burza... Nawałnica. Pięć nawałnic razem wziętych.

Siedziałam z nosem przyklejonym do szyby i dostawałam zeza rozbieżnego. Widowisko było piękne. Jednym okiem patrzyłam na błyskawice (u góry), drugim na rzeki, które tworzyły się w miejsce jezdni (na dole). Czasami mi się to przeplatało, to znaczy pioruny sięgały czegoś na ziemi, a fontanny spod kół samochodów wystrzeliwały w niebo.
CAŁY autobus zaczął dzwonić do znajomych. Że burza jest.
Nie pytam, dlaczego moja komórka przestała działać na moment przed burzą. Ale dlaczego im działały? Dlaczego dzwonili w czasie burzy?
Baba, która siedziała obok mnie, przegadała 90% czasu jazdy. "Cześć. Idzie straszna burza, powyłączaj wszystko". Miałam nadzieję, że się dostosuje i wyłączy swój telefon, ale oczywiście NIE. Odsunęłam się trochę od niej, żeby w razie czego trafiło w nią, nie we mnie. Z pełną świadomością, że to nic nie da, ale już trudno.

Zastanawiałam się, czy czeka mnie upojna noc na przystanku. Bo przecież piętnastominutowy spacerek przy tej częstotliwości błyskawic nie wchodził w grę.
Zdecydowałam się na przesiadkę. Wybiegłam ze swojego autobusu i wbiłam się pod wiatę.
Natychmiast - pod tą wiatą - jakiś młodzieniec wyciągnął z kieszeni telefon, zadzwonił do kogoś i powiedział, że burza jest. Oni to chyba specjalnie na mój widok robili... Biedna Mrówka, jak człowiek rzucony na szyny. A wokół błyskawice.
Po paru ciekawych świetlno-akustycznych efektach doczekałam się autobusu jadącego na moje osiedle. Burza jakoś przycichła (i już nikt nie rzucał się do telefonu, żeby powiedzieć, że się burza kończy, co za ludzie dziwni...).

Kiedy wjechaliśmy na osiedle Mrówki, jakiś chłopak z radością powiedział: "O, zobaczcie, na Gigancie jest prąd!"
Mnie bardziej spodobał się fakt, że burza się skończyła... ale cóż, każdego cieszy coś innego.

Weszłam do domu ze słowami "głupi ma zawsze szczęście" ;).


A poza tym korytarze prowadzące do Benedyktynki udało mi się dzisiaj przebiec w obie strony. Nie dlatego, że burza, tylko leciałam do wejścia, sprawdzić, czy Fimbul nie przyszedł. Przebiegłam. I się nie zgubiłam. Tylko za ostre tam są zakręty jak na mój gust ;).

PS - ta notka była już gotowa, kiedy zrestartował mi się komputer. I jak tu lubić wyładowania atmosferyczne...

środa, 20 czerwca 2007

299. brat Olka

Umówiłam się wczoraj z Olkiem w południe pod Biblioteką Śląską. Miałam mu przywieźć między innymi trochę różnych rzeczy o Różewiczu (i dwa tomy Różewicza) i partię książek do recenzji. Wzięłam toto ze sobą i ruszyłam do Katowic.
Oczywiście pod ciężarem własnej torby uginałam się tak, że nosem mogłam dotykać ziemi.
Wcale się autobus nie przechylał na moją stronę...
Oczywiście nie wpadłam na pomysł, żeby umówić się z Olkiem na przystanku pod jego domem, z tej prostej przyczyny, że już mi się tam autobus nie zatrzymuje.
Oczywiście nie wzięłam mu wszystkiego, bo mam ograniczone możliwości udźwigu ;). Olkowi na szczęście wystarczyło to, co dostał. W razie protestów sam by sobie musiał przyjechać ;). A w ogóle zastanawiam się, jak mi się udało namówić go do wizyty w BŚ, skoro przerażają go regały. W każdym razie wziął głęboki oddech i postanowił, że przyjdzie. Dzielny. Chociaż zawsze mówił, że się boi tego budynku... a ja wrednie o tym zapomniałam ;)

O mamo... w trakcie pisania tej notki skojarzyło mi się, że on mi te książki kiedyś odda... to znaczy Różewicza, bo książki do recenzji są dla niego, na szczęście.

Idealna synchronizacja sprawiła, że pod gmach Lickatego dotarliśmy jednocześnie - ja - od góry przez cmentarz, Olek z dołu. Z bratem.

Olek dokonał krótkiej prezentacji (przez pięć lat nasłuchałam się trochę o jego bracie, tylko w mojej wyobraźni to był mały chłopczyk, który Olkowi złamał nos samochodzikiem. A na spotkanie przyszedł facet większy od Olka...). Zaczęłam podawać mu po kolei wszystkie książki. A Olek dawał je bratu. Który z kolei wkładał książki do swojej torby. Mogli mi powiedzieć, zamienilibyśmy się torbami po prostu ;).
- Ej, ładnie to tak, brata wykorzystywać? - stanęłam w obronie uciśnionych.
- A ty myślisz, że po co ja go ze sobą zabrałem? - odparował Olek.

Mój brat by się pewnie nie zgodził ;)

- To może brata też wykorzystaj do recenzowania książek? - zaproponowałam. Olek podskoczył z radości.
- A wiesz, że to jest dobra myśl? - zastanowił się.
- Barrrrrrrdzo śmieszne - mruknął pod nosem jego brat.
No... mój by się nie zgodził ;).

wtorek, 19 czerwca 2007

298. rzut okiem

Siedziałyśmy ostatnio gdzieś z mamą, przeczekując burzę. I nudziłyśmy się niemiłosiernie. Przyjrzałam się wiszącemu pod sufitem obrazkowi.
- Patrz, zaraz siłą spojrzenia wyciągnę gwóźdź ze ściany - powiedziałam mamie. Ta skwitowała moje słowa uważnym spojrzeniem.
Wpatrywałam się w gwóźdź z zapałem przez jakieś cztery minuty. Ani drgnął. Skapitulowałam.
- Nie dam rady - oznajmiłam ze smutkiem. - Za wysoko przyczepiony.
- A może masz po prostu wzrok za słaby? - zapytała mama.

Tja...

poniedziałek, 18 czerwca 2007

297. sesja zdjęciowa

- Jak podpisywać zdjęcia w pracy? - to pyranie zadała Bosskiemu Promotorowi Dominika, na konsultacjach, które przerodziły się nam w miniseminarium.
- Czytelnie - odparł natychmiast nasz Boss znany z błyskawicznych ciętych ripost. Czasami najtrudniejsze są rzeczy najoczywistsze ;). Nie zdążyłam się jeszcze przewrócić ze śmiechu, bo siedzący z boku zbulwersowany Olek zaszeptał do mnie:
- To można mieć zdjęcia w pracy magisterskiej?
- Widocznie można - odszepnęłam mu, kiedy Boss cierpliwie tłumaczył Dominice zawiłości technicznej strony pracy.
- O! - ucieszył się Olek. - To ja dołączę do pracy swoje zdjęcia z Solą ziemi. I podpiszę: "Ja z Solą ziemi nad morzem". "Ja z Solą ziemi w parku". "Ja z Solą ziemi w swoim pokoju".
Wyobraziłam sobie to i pisnęłam słabo.
- "Ja z Solą ziemi na tle ziemi" - rozkręcał się Olek.

Żałuję, że go nie nagrywałam ;)

piątek, 15 czerwca 2007

295. metamorfoza prerodzynka

Dokumenty zostały złożone.
(brzmi jak "kości zostały rzucone", ale niech już będzie)

Szłam sobie ostatnio z mamą przez targ. Kątem oka dostrzegłam winogrona zapakowane w takie malutkie pudełka.
- Bo można kupić białe winogrona - powiedziałam w zamyśleniu. - Dorobić im włoski... I domalować takie kreski... a potem sprzedawać jako agrest.
- A co na to lekarze? - zapytała mama.
- Hmmm... myślisz, że nie dostanę pozwolenia na handel? Że sanepid, albo coś? - zaniepokoiłam się, czysto profilaktycznie, bo na myśl o dorabianiu chałupniczą metodą włosków winogronom trochę mnie otrzepywało.
- Nie, ja pytam, co o tobie sądzą lekarze - odparła mama.



A bo ja wiem... ;)

czwartek, 14 czerwca 2007

294. to, co ważne

Dzisiaj podpadłam panu od WARTOŚCI, co notuję z dziką uciechą.
- Ja, przyznam, nie przeczytałem żadnej książki Chwina - oznajmił ów pan beztrosko na jakieś 15 minut przed rozpoczęciem spotkania ze Stefanem Chwinem. - Nie chciało mi się - dodał z rozbrajającą szczerością. - Więc czy może mi pani przybliżyć, jakie są w jego książkach wartości?
Jemu się nie chciało czytać - mnie się nie chciało streszczać, pan w końcu i tak wie swoje (przy czym użycie słowa "wie" jest tu sprawą dość dyskusyjną).
- Przepraszam, ale nie teraz - odpędziłam się od niego, notując sobie pomysł na satyryczne rozwiązanie w tekście. Pan poczuł się zlekceważony (i słusznie) - przypuszczam, że będzie miał teraz kolejny dowód na poparcie tezy, że u Chwina nie ma WARTOŚCI. Już miał dać mi spokój, ale jeszcze coś wymyślił. Pochylił się, żebym na pewno dobrze go usłyszała.
- Studentki tu zawsze miejsce zajmują, żeby się pokazać profesorowi! - powiedział wskazując na Bossa i na mnie, a jad skapywał z jego słów i wypalał dziurę w podłodze.
Grzecznie stłumiłam parsknięcie i wróciłam do pisania.
Cała zabawa polega na tym, że od pierwszego mojego wyjścia na spotkanie Klubu Dobrej Książki, miejsce mam stałe. Na lewo od wejścia, tyłem do drzwi, jakby się kto pytał. Pół godziny przed spotkaniem natomiast wpadłam przypadkiem na Bossa, który zakomenderował:
- Mrówka - na spotkanie!
Chwilę później wpadłam na Bosskiego Promotora w samej BŚ. Nie mówiąc już o tym, że od co najmniej dwóch dni opowiadałam na prawo i lewo, że idę na Chwina i Boss był o tym doskonale poinformowany.
Inna sprawa, że nie ma szans, żeby mnie na spotkaniu w BŚ NIE zauważył, śmiem egoistycznie twierdzić, że jednak rzucam się w oczy. ZWŁASZCZA własnemu Promotorowi, ku jego rozpaczy niekiedy, jak przypuszczam.
Aż mam ochotę się za tydzień (w ostatni-przedostatni czwartek, przypominam) ubrać jakoś jaskrawo, żeby mnie przypadkiem Boss nie przeoczył, bo się normalnie zapłaczę ;).
W każdym razie pan od WARTOŚCI się obraził, miejmy nadzieję, że nieodwracalnie.

Ale mam do zakomunikowania o wiele ważniejszą rzecz i nie wiem, czy Boss mi za to głowy nie ukręci. A ten pomysł, który notowałam w BŚ z tym ogłoszeniem się właśnie wiąże. Otóż: Boss został profesorem zwyczajnym. GRATULACJE!!!!
Jasne jest chyba, że z tej okazji powstać musiał wierszyk okolicznościowy. Bo Mrówka ma zamiar pobawić się trochę w krakowskich parodystów - do tego przydają się okazje do świętowania.
Tekst powstał w drodze do Katowic, na autostradzie A4. Szlify - w BŚ.
Boss - profesorem jest zwyczajnym -
radości w słowa nie ubiorę...
Należy mu się - bo jest fajny,
bo jest najlepszym profesorem.

Ten sukces dumą nas napawa
(w wierszu nie widać, bo wiersz skromny)
lecz gratulacje, wielkie brawa,
i ze słów pomnik dla potomnych,

życzenia też od blog-ferajny
z przesłaniem takim teraz niosę:
Boss - profesorem jest zwyczajnym
i zawsze NADZWYCZAJNYM BOSSEM

środa, 13 czerwca 2007

293. orzeczenie lekarskie

Żeby kontynuować naukę, musimy mieć z Olkiem orzeczenia lekarskie, stwierdzające przydatność kandydata. Do studiów.
- Zawsze myślałem, że takie coś jest ważne na kierunkach typu biologia... chemia... AWF... - irytuje się Olek. - Bo tak to CO mi napiszą na tej kartce? Odczuwa lęk przed regałami? Albo: panicznie boi się litery "ż"?

Cholera, przez cztery lata studiów siedziałam z nim w ławce i nie wiedziałam, że boi się regałów. Stroni od nich, to prawda, ale nie miałam pojęcia, że to ma jakieś głębsze podstawy...

;)

poniedziałek, 11 czerwca 2007

291. dzieckiem w kolebce

Na spotkaniu z Chotomską było cudownie, niech żałuje, kto nie był. Ubawiłyśmy się z Anią bardzo, a pytanie, którego nie zadałyśmy, brzmiało: skąd pani czerpie tyle energii?!
Powiem tylko, że Ania chciała się w pewnym momencie do mnie nie przyznawać, wcale jej się nie dziwię. Wanda Chotomska układała z dziećmi rap o drabie.
- Wymyślcie rymy do słowa "rap" - zaproponowała autorka.
- Cap - mruczę do Ani.
- Pub - odmrukuje Ania, ale nie chciałyśmy demoralizować dzieci, więc nie mówiłyśmy tego głośno. Okazało się, że niesłusznie, na pub dzieci zostały naprowadzone.
I po zebraniu rymów wymyślają maluchy piosenkę.
Deszczyk z nieba kap kap kap,
po ulicy idzie drab,
co opuścił właśnie pub,
lecz tam nie pił 7up,
nagle z wody wylazł krab
i za spodnie draba - cap!...
I w tym momencie Chotomska powiedziała, że w ostatniej linijce chce zmieścić słowo "schab".
- I przerobił go na schab - wyrwało mi się.
Dzieci zwinęły się w kłębki ze śmiechu.
Ania zwinęła się prawdopodobnie ze wstydu ;).
Coś mi się wydaje, że więcej się ze mną nie wybierze ;)

Już nie wspomnę o chłopczyku, który siedział najbliżej mnie i Ani, pilnie wyłapywał wszystkie nasze szeptem wymieniane uwagi i skręcał się ze śmiechu podwójnie. Tego to potem musiały mięśnie twarzy boleć. Skoro mnie bolały, a śmiech przez pełną godzinę to dla mnie nie pierwszyzna...

Wracam do domu. Wsiadłam sobie w jaworznicki autobus, a tu ktoś mówi mi "cześć".
Michał, kumpel z klasy z liceum.
- Cześć, skąd wracasz? - zapytałam, kiedy już razem usiedliśmy.
- Z Warszawy - odparł Michał.
Rozejrzałam się ze zdziwieniem... żeby zamiast do autobusu Sosnowiec-Jaworzno wsiąść do autobusu Warszawa- Jaworzno?! Ale przecież NIE MA autobusów Warszawa-Jaworzno...
Michał westchnął i wyznał, że ma dzisiaj pecha wyjątkowego. Jego pociąg stał godzinę w korku (to znaczy wcześniejszy pociąg miał wypadek i zatarasował tory), więc Michał spóźnił się na autobus w Sosnowcu. Czekał na niego godzinę, a potem prawie spóźnił się na następny. A kiedy nasz autobus podskoczył na jakiejś dziurze, Michał powiedział mi:
- Wcale bym się nie zdziwił, gdyby ten autobus się teraz zepsuł. Ale... nie mów pasażerom, że to moja wina...
Obiecałam, że nie powiem ;).

Z Michałem też mamy ciekawe wspomnienia...
Jeszcze w czasach liceum wracaliśmy po lekcjach paczką ośmioosobową (Mrówka, Marta i faceci z klasy). Michał niósł moją gitarę. Szedł dumnie z futerałem i nagle ogłosił w przestrzeń:
- Szef z przodu, mafia za nim!
Natychmiast wszyscy chłopcy zaczęli się ścigać i wyprzedzać. Nam (Mrówce i Marcie) rola "mafii" jak najbardziej odpowiadała, więc zostałyśmy w tyle. Ale przynajmniej bez bagażu ;).
Innym razem, kiedy wszyscy byliśmy ubrani na apelowo, faceci z klasy zbuntowali się akurat przed religią i stwierdzili, że nie będą już chodzić w krawatach. Krawaty, ku zniesmaczeniu księdza, przejęły dziewczyny. Ja miałam krawat od Michała, bo mi najbardziej pasował kolorystycznie do spodni od kostiumu :). Cały dzień chodziłyśmy w tych krawatach i potem ciężko się było z nimi rozstać. Szkoda, że nie zrobiłyśmy sobie wtedy zdjęcia.
A ostatnio Michał odwoził mnie po święceniach Tolka z Olkusza.
Doszliśmy do wniosku, że chociaż jeszcze mieszkamy w jednym mieście, to nie możemy się normalnie przez przypadek spotkać na ulicy. Musimy w nietypowych okolicznościach. Zdarza się.

niedziela, 10 czerwca 2007

290. wiersz o Fimbulu

Napisałam tekst, który już możecie przeczytać w środzie piętnastej. Na gg rozmawialiśmy o nim z Fimbulem.
- Muszę o Fimbulku napisać jakiś panegiryk... - piszę. - Tylko powinien być piękny i wspaniały...
W tym momencie Fimbul odpowiedział fraszką:

"Wiersz o Fimbulu"
Mrówka chce uczynić pięknym tak
że od trzech lat wiersza brak.

Celne, nie powiem ;).

sobota, 9 czerwca 2007

289. wolny wieczór

Marlena, koleżanka mojego brata, którą z niewiadomych dla mnie samej przyczyn nazywam Leniem, poskarżyła mi się ostatnio, że od paru miesięcy bezskutecznie umawia się z moim bratem na pizzę.
- To jak będziecie iść, to przypomnij mojemu bratu, że ma siostrę - zaproponowałam.

Postanowiłam też zwrócić uwagę brata na istnienie tych planów i jednocześnie zareklamować się dyskretnie.
- Jak będziecie z Leniem szli na pizzę, to pamiętaj, że masz starszą siostrę! - zagadnęłam go.
- Dobra - odparł brat Mrówki. - Zapytamy, czy możemy zabrać ze sobą resztki.

czwartek, 7 czerwca 2007

288. zagadki matematyczno-przyrodnicze

1. Z punktu A do punktu B z prędkością 10 km/h wyrusza procesja. Obliczyć, po jakim czasie od startu panowie policjanci będą musieli wstrzymać ruch na drodze prowadzącej do punktu B, jeśli zaraz za punktem A znajduje się furtka, przez którą jednocześnie mogą przejść trzy osoby.

2. Jakie jest prawdopodobieństwo, że zepsuje się głośnik obsługiwany przez jednego z braci K., skoro przez ostatnią dekadę bracia K. notorycznie (choć nie specjalnie) wpływali na brak sprawnego nagłośnienia w czasie procesji?

3. Jak daleko dotarł żuk, którego Mrówka strzepnęła z rękawa taty? Dla ułatwienia dodam, że żuk natychmiast i z ogromnym oburzeniem przefrunął odrobinę do przodu i wylądował na rękawie jakiegoś pana. Przez dobre pięć minut siedział tam sobie spokojnie. Potem słuch o nim zaginął (o żuku, bo pan zniknął nam z pola widzenia... hmm, może raczej należałoby napisać, że potem WZROK o nim zaginął?). Pół godziny później brat Mrówki szepnął do Mrówki:
- Pspspspsps jakiś żuk, podobny do tamtego!
- Co ty powiesz! - ucieszyła się Mrówka. - I na jakimś panu siedział?
- Tak - mruknął brat Mrówki. - Na mnie!

Ciekawe, czy to był ten sam... jakoś czuję się za niego odpowiedzialna. Człowiek musi patrzeć, co i gdzie strzepuje.

środa, 6 czerwca 2007

287. owadem być

Mrówka pisze dzisiejszą notkę kuląc się na krześle i starając się, żeby jak najmniej jej wystawało na żer dla przeróżnych owadów, które właśnie pokój Mrówki wybrały sobie teraz na miejsce zlotu.

Wpadają tu dzisiaj przez uchylone okno owady różnej wielkości, ale przeważnie małe i różnego przeznaczenia, ale przeważnie obrzydliwe. I fruwają. Może też jakieś pełzają, albo po prostu chodzą, ale Mrówce nic o nich nie wiadomo - przezornie nie rozgląda się na boki i na dół w myśl zasady, że czego oczy nie widzą...
Niestety i tak procesje owadów przelatują ciągle (jak dotąd trzykrotnie) przed nosem Mrówki, która ma zbyt mało siły psychicznej, żeby zgnieść takiego owada w ręce albo żeby wytrzymywać to fruwanie; i za małą koordynację wzrokowo-zeszytową potrzebną, żeby trafić owada zeszytem. Ponadto sprytne robale wybierają sobie na arenę swoich fruwań ekran komputera. Albo klawiaturę. Więc nawet jakby próbowała trafić, skończyłoby się to całkowitym zdemolowaniem sprzętu przy równie całkowitym ocaleniu owada.

W związku ze złośliwością świata maleńkich robali (to znaczy minikomarów i muszek owocówek, innych jak dotąd nie zarejestrowałam) Mrówka co chwilę otrząsa się ze zgrozy i obrzydzenia, przez co wygląda, jakby miała dreszcze. A to przy dzisiejszej pogodzie świadczy niechybnie o upadku umysłowym.

Być może dlatego wąchając kwiatki na balkonie z rozpędu powąchałam pszczołę. Wiecie, że pszczoła ma futerko???

Przynajmniej ta miała...

wtorek, 5 czerwca 2007

286. telefonów ciąg dalszy

Rozmawiałam wczoraj wieczorem z Piotrkiem. Okazało się, że oboje mamy sprawę do dziekanatu, więc może się tam spotkamy.
- W razie czego jestem pod komórką cały czas - przypomniałam Piotrkowi, jednocześnie wyobrażając sobie to, co właśnie powiedziałam.
- Dobra! - ucieszył się Piotrek. - To smsy z pogróżkami masz gwarantowane. I sygnałki o trzeciej nad ranem.
- Super! - odpisuję. - To będzie notka z pogróżek!
- Znowu o mnie napiszesz? - zaniepokoił się Piotrek.
- A nie? To w końcu nobilitacja! - powiedziała bezczelnie Mrówka i uciekła. Tak na wszelki wypadek ;).

Tak na marginesie: Fimbul kupił mi książkę Stradeckiego W kręgu Skamandra za złotówkę. Dziękuję! :)

A poza tym siedziałam dzisiaj w czytelni Biblioteki Śląskiej. I trzymałam w rękach książkę Załuckiego wydaną w Stanach, Uśmiech po polsku. Z dedykacją od autora ("Uroczej pani Z. z sympatią - Marian Załucki"). Z datą 9.02.1965. Dar z Londynu. Habent sua fata libelli chciałoby się, ku rozpaczy mojego wykładowcy z literatury romantyzmu, napisać.

poniedziałek, 4 czerwca 2007

285. szlachetność charakteru Mrówki

Przyjechałam dzisiaj na uczelnię. Fimbula nie było jeszcze pod planem (potem się okazało, że z mojej winy, bo autobus mi się spóźnił). Poszłam więc na piąte piętro, bo pamiętałam, że o dziesiątej Ania będzie się bronić.
Na piątym piętrze najpierw wypatrzyłam bukiety kwiatków, a potem Anię.
- Ania! Przyszłam cię podtrzymać na duchu! - zawołałam radośnie.
- Przynajmniej ty - westchnęła Ania. - Bo wszystkie dziewczyny mi napisały esemesy, że zaspały, że nie przyjdą, że się spóźnią...
- No, ale ja nie mogłam ci tak napisać! - oburzyłam się. - Nie mam twojego numeru.

niedziela, 3 czerwca 2007

284. fazy przejściowe

Zdenerwowałam się na własne konto pocztowe (to na o2). Bo od paru dni nie działa i nie dochodzą do mnie maile. Zdaje się, że to się nazywa uzależnienie.
- Ale jestem złaaaaa - piszę Fimbulowi na gg.
- Wiem z czego to - odpisuje Fimbul. - To wszystko sprawka nieprzeżycia fazy edypalnej!
- Matko... - odpowiadam, od razu przyznam, że celowo.
- Otóż to! - ucieszył się Fimbul. I tłumaczy mi: - Według Lacana przejście z porządku wyobrażeniowego do porządku symbolicznego jest implikowane przez wejście w fazę edypalną (z preedypalnej). Tylko jest taki problem, że kobiety nie przechodzą do fazy edypalnej, bo mają zupełnie inne relacje z matką i ojcem (w sensie relacji psychoanalitycznych) dlatego jedną nogą ciągle tkwią w porządku wyobrażeniowym. I żeby nie było, że po interpretacji [wiersza Bossa - przyp. Mrówka] mi się tak wkręcił Lacan, to chciałem zauważyć że tego wcale nie wymyślił Lacan.

Po chwili Fimbul z wyczuwalnym smutkiem w czcionce dopisał:
- Więc widzisz Mrówko, ta smutna prawda jest taka że robisz się feministką... to może trochę pobolewać... coś jak "Przemiana" Kafki. Tylko odwrotnie -> z owada robisz się feministką.
No to mnie rozwalił.
- ŁAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA - odpowiadam mu zdenerwowana, co bardzo ładnie kontrastuje z jego naukowym wywodem. - Ty mnie miałeś POCIESZAĆ a nie DOBIJAĆ!
- Spokojnie, ja już myslę o jakimś ratunku - wyjaśnia Fimbul. - Niestety jedyne co mi przychodzi do głowy to wybicie się z tej opozycji porządku wyobrażeniowego i symbolicznego.
A byłam pewna, że reinkarnacja.

piątek, 1 czerwca 2007

282. nie pokażę!

W strugach deszczu przed własnym blokiem stała dwa dni temu Mrówka i wytrzeszczała oczy.
I wcale nie z nudów. Albo z zimna. Czy tam z chęci pokazania, że wytrzeszczać umie jak musi.
Nie.
Mrówka wytrzeszczała oczy na to, co zobaczyła na schodach.

Na pionowej części drugiego stopnia siedział sobie OGROMNY ślimak. Ogromny, bo średnica jego muszli wynosiła tak około 5 centymetrów (teraz mi przychodzi do głowy, że musiał być w takim razie silny, skoro nie zleciał). Przyssał się, więc chyba żywy... martwe ślimaki raczej nie potrafią się przysysać do pionowych ścianek, przynajmniej tak mi się wydaje... Przyssał się co prawda głową na dół, ale mogło mu się ostatecznie pomylić.

W każdym razie stałam tak w ścianie deszczu przez jakieś trzy minuty i wpatrywałam się w tego ślimaka.
I nie dlatego, żebym się bała, że odgryzie mi nogę, jak wejdę na schody.
Nie, żeby za mną nie pobiegł.
Nie że byłam głodna (bo jak wejdzie tu jakiś Francuz, to może mnie źle zrozumieć).
Nie wiem dlaczego.

Jak się wreszcie napatrzyłam (po raz kolejny żałując, że nie noszę ze sobą aparatu fotograficznego; ostatnio maleńka jaszczurka dałaby mi się pogłaskać i też nie miałam jej jak uwiecznić), poszłam do domu.

I powiedziałam mamie z udawanym strachem:
- Mamo! Po schodach do klatki wspina się ogromny ślimak! Za jakieś trzydzieści lat tu dojdzie!