sobota, 29 grudnia 2007

449. konwersacja na szczycie

Notka ku przestrodze tym, co lubią wypić.
Przy klawiaturze.

Ania Szczepanek (26-12-2007 19:30)
he
Ania Szczepanek (26-12-2007 19:30)
j
Ania Szczepanek (26-12-2007 19:30)
nie oge pisac
Ania Szczepanek (26-12-2007 19:31)
k/awiatua
Ania Szczepanek (26-12-2007 19:33)
j pisze . załała

Tak mniej więcej wyglądało zagajenie rozmowy z Anią parę dni temu na gg. Ania zalała klawiaturę i nie mogła wystukać żadnego wyrazu poprawnie. Przyznaję, że zaczęło mi to sprawiać szaloną radość.
- jutroj - napisała Ania.
Próbowałam się domyślić, o co chodzi.
- Jutro jidziesz do klawiaturmistrza, żeby wysuszył? - zapytałam.
Okazało się, że nie, Ania wkleiła emotkę kręcącą głową.
- k/upic anow - wyjaśniła. - Ata 9 łat m - dodała, tonem usprawiedliwienia. Zrozumiałam, że tę miała 9 lat.
- Będziesz musiała wymienić - napisałam.
- i chya tza - zgodziła się Ania. - wymienić.
- O, popatrz, już jest lepiej, dobrze napisałaś wyraz! No chyba że to było "kopiuj".
- /kopiu - odparła Ania.

Chwilę później uzupełniła konwersację:
Ania Szczepanek (26-12-2007 19:47)
1.
Ania Szczepanek (26-12-2007 19:47)
2 azyj
Ania Szczepanek (26-12-2007 19:47)
azy
- Bardzo bym chciała cię zrozumieć - napisałam, płacząc ze śmiechu. - 2 razy?
Okazało się, że znowu zgadłam ;).

Ania Szczepanek (26-12-2007 19:57)
uchh
Ania Szczepanek (26-12-2007 19:58)
mam ci/kaw
Mrowka (26-12-2007 19:58)
mi masz kawę?
Mrowka (26-12-2007 19:58)
ciekawe?
Ania Szczepanek (26-12-2007 19:58)
ciekawe
Ania Szczepanek (26-12-2007 19:59)
do powidznia


Padałam przy tej rozmowie.
Na drugi dzień dostałam od Ani smsa, że klawiaturę ma już nową i sprawną, ale zepsuł się internet, więc i tak nie może ze mną pogadać. Odpisałam z miejsca, że życie badacza humoru jest pełne nieustających radości.

środa, 26 grudnia 2007

447. życzenia

- Masz dla mnie jakiś prezent? - zapytał Sal.
- Hmmm - powiedziała Mrówka oględnie. - Jeszcze nie mam. A na co? - zainteresowała się, przebiegając w myślach urodzinowy kalendarz. - Na obronę?
- Nie, tak ogólnie - wyjaśnił Sal. - Już dawno miałaś mieć.

wtorek, 25 grudnia 2007

446. Sal wspaniały

2007-12-25 22:41:25
- Wesołych świąt, leszczu - przywitał mnie czule (jak zwykle) Sal.
- Saaal! Wesołych świąt i tobie! - ucieszyłam się.
- Co tak późno? - zdziwił się Sal. - Obrażam się.
- Który to już raz? - zapytałam, bo Sal obraża się na mnie zawsze jak rozmawiamy.
- 9803232.
- Mogłeś się o 3 pomylić, ale Sal nie myli się nigdy...
- Byłaś na Pasterce? - zmienił sprytnie temat Sal.
- Byłam. I jak zwykle na Pasterkach, myślałam o tych wszystkich, którzy teraz są na Pasterkach i może pomyślą sobie o mnie...
- I kto to mógł być? - zainteresował się Sal.
- No ty też...
- A śpiewałaś kolędy?
- Nie, bo nie umiem bez gitary - odparłam.
- Mówiłem, że leszcz - ucieszył się Sal. - Ja śpiewałem niczym Luciano Pavarotti.

No bo Sal to zdolny jest...

- Poszedłem dziś spać przed piątą - powiedział.
- Ja przed drugą... mam bliżej z kościoła - ucieszyła się Mrówka.
- Jutro wstaję o szóstej - skrzywił się biedny Sal.
- Dlaczego?
- Idę na grzyby.
- To pozdrów je ode mnie - poleciła Mrówka Salowi.

Uwielbiam te absurdalne rozmowy ;)



z ostatniej chwili:
- Zaraz będziesz na blogu.
- Za ile?
- Za momencik.
- Ile mi zapłacisz? - sprecyzował Sal.
- Pewnie nic, jak zwykle.

sobota, 22 grudnia 2007

445. zdjęcia

Robiliśmy sobie z bratem zdjęcia z nudów.
- Zrób mi ŁADNE zdjęcie teraz! - zażądałam.
Brat obejrzał aparat, obejrzał mnie na wyświetlaczu, obejrzał mnie normalnie, potem popatrzył na aparat...
- E, nie mamy takiego dobrego aparatu - powiedział.

piątek, 21 grudnia 2007

444. Sal - cd cd

2007-12-21 19:56:14
- Opowiadałaś swoim studentom o Salu? - zainteresował się nagle Sal.
- Hahahahaha... nie - odparła Mrówka. - A powinnam była od tego zacząć!
- Każę cię rzucić do fosy z krokodylami! - zagroził Sal.
- Nie możesz, bo to by był koniec bajki. Czym byłby Sal bez Mrówki?
- Pomyśl inaczej. Czym byłaby Mrówka bez Sala!

czwartek, 20 grudnia 2007

443. Sal - cd

2007-12-20 22:33:32
- Ale pomyśl, co to by był za szał, gdybyś mogła umieścić moje zdjęcie na blogu! - powiedział Sal. - No ale nie możesz.
- A nie mogę? - zapytała Mrówka.
- Wy-klu-czo-ne!
- Moglibyśmy zrobić na przykład przez tydzień stopniowanie napięcia, odliczanie... Wiesz jaką bym miała rekordową liczbę wejść???
- A potem klapa - oznajmił Sal w przypływie samokrytycyzmu. - Zero przez kolejny tydzień.
- Nie. Potem by czytelnicy przyprowadzali swoich znajomych, a ci znowu swoich. Naszą-klasę bym pobiła popularnością. Przemyśl to, sława by cię czekała... - kusiła Mrówka.
- Nie szukam sławy ni poklasku - odrzekł Sal.
- No ja wiem... ale to by się zaznaczyło, że nie szukasz! I miałbyś dodatkowe punkty! Za skromność!
- Jam jest niczym Kordian - wyskoczył Sal.
- Że niby nikt o tobie nie czyta?
- Jestem niczym Pan Tadeusz - wbijał się w dumę Sal. - Jestem Sal Wspaniały!
- No... to jak średniowieczny król... jakiś Bolesław Kędzierzawy czy coś...
- Kazimierz Wielki. (...). Zostanę cesarzem - zmienił zdanie Sal.
- Ale bym miała znajomości! - ucieszyła się Mrówka. - Wszystko byś mi mógł załatwić. A tych co by mnie nie słuchali - krokodylom na pożarcie! Nawet lepiej bym miała niż ty! Bo ty jako cesarz nie miałbyś znajomości! A ja tak! I to jakie! W samym cesarzu oparcie!
- Ty się nie spoufalaj tak szybko - zirytował się Sal.

środa, 19 grudnia 2007

442. inteligentne dialogi

Sal: Widziałaś "Film o pszczołach"?
Mrowka: Nie...
Sal: Obejrzyj.
Mrowka: A o czym jest?

niedziela, 16 grudnia 2007

440. z miasta R. retrospekcja

2007-12-16 21:42:11
W ostatni poniedziałek przyszłam sobie na dworzec PKS.
O godzinie 8:10 (czyli pięć minut przed czasem) podjechał na stanowisko autobus do miasta R. Ogrzewany i czysty.
Kierowca otworzył drzwi i odpowiadał pasażerom na "dzień dobry".
Sprzedał wszystkim bilety bez żadnego marudzenia i z uśmiechem.
Punktualnie o 8:15 zamknął drzwi i pojechał.
Po drodze nie trafiliśmy na żaden korek.
Żaden pasażer nie narzekał. Na nic.
W mieście R. byliśmy o godzinie 9:20 (normalnie jesteśmy o 9:55, a według rozkładu - o 9:35).
90% drogi przespałam, budząc się tylko, kiedy mijaliśmy tablice witające w kolejnych miastach.

I nie idealizuję teraz przeszłości, tak było naprawdę.



Co za nuda!!!

sobota, 15 grudnia 2007

439. książki mrówkowe

- I Boss stwierdził, że z moich peregrynacji rybnickich faktycznie zrobię książkę. Rozdział pierwszy: kierowcy - opowiadałam wczoraj Fimbulowi.
- Rozdział drugi: jak kupić bilet w kasie - odparł natychmiast Fimbul.
- Wiesz... jak KUPIĆ, to ja za bardzo nie wiem, bo mi nigdy nie sprzedali... - zastanowiłam się.

piątek, 14 grudnia 2007

438. po kole i...

- Jedzie Szefowa? - zapytał Boss, zatrzymując się przy windzie. Mrówce dopiero po chwili skojarzyło się, że mowa o Ani Szczepanek, szefowej Koła.
- A myślałam, że Boss o swoją żonę pyta... - wyrwało jej się.

Jeden z piękniejszych tekstów Bossa dzisiaj. PrzenajBosski zniecierpliwiony, bo Mrówka ciągle coś gada i mu przeszkadza: Mrówka, bo małe zwierzątka to wiesz...

sobota, 8 grudnia 2007

434. ból brzucha

Znalazłam przy okazji szukania opowieści o Rewii:


Mrówka: Cześć Fimbul. Masz no-spę?
Fimbul: A co to jest?
Mrówka: Taka tabletka, jak cię brzuch boli, jak masz okres.
Fimbul: Jasne, codziennie noszę, na wypadek, jakbym dostał.

piątek, 7 grudnia 2007

433. Wielka Rewia Satyryczna

2007-12-07 19:44:28
Rewia od początku miała być okołoblogowym prezentem urodzinowym dla Bossa.

Dzisiaj urodziny PrzenajBosskiego. Wszystkiego najlepszego raz jeszcze!!!



Szukałam sobie właśnie w archiwalnych rozmowach odprysków Rewii... i sama jestem zaskoczona tym, co znalazłam. Chronologicznie wygląda to mniej więcej tak:

16.08.2007 Mrówka w rozmowie na gg improwizuje "notkę" na czwartą stronę okładki Rewii:

Tu leży Mrówka, co ma defekt:
padła, natchnieniem przygnieciona,
a jej (i innych) muzy efekt
znajdziesz w tej książce, na jej stronach.

20.08.2007 Ania Szczepanek o Rewii:
- Kurczę, Mrówka, to będzie dłuższe od twojej pracy doktorskiej!

20.08.2007 Zadra:
- Mrówa, a ja cię trzepnę! Czytam sobie twoją notkę i to, że się żalisz, że "dzisiaj nikt nic nie napisał". A wysłałaś, marudo, uaktualniony tekst Rewii? Od dwóch dni czekam na obiecany materiał!

21.08.2007 Zadra:
- My powinniśmy chyba się na tydzień zamknąć razem,z robić burzę mózgów i od ręki to napisać...

21.08.2007 Mrówka i Zadra:
Mrówka: no, takiej sceny z vetem bym nie wymyśliła.
Zadra: szczerze? Ja po raz drugi też nie.

22.08.2007 Mrówka do Ani Szczepanek:
- Bossowi będziesz wróżyć. Z fusów. Ciekawe jak ty chcesz wróżyć z fusów po liptonie.
Ania: A może z torebki po liptonie? Nie wiem, z torebki po liptonie nie wróżyłam nigdy.

27.08.2007 Mrówka:
- Cholera, nie zasługuję na takiego Promotora...

3.09.2007 o planach trzech Rewii
Egzekutor: Trylogia - owszem, byle nie przesadzić z objętością, bo się Boss załamie i nie doczyta...
Mrówka: Zawsze możemy gdzieś na czwartej stronie okładki napisać, że nikt się nie domyśla, co spotka Bossa - i wtedy doczyta bez względu na objętość...

4.09.2007 improwizowana rozmowa Mrówki i Zadry
Zadra: Mrówka gdzieś nam zwiała, znikła...
pisać teksty miała zmora!
Mrowka: fakt, dostała się do pikła
albo poszła do doktora
Zadra: doktor? raczej żaden internista
taki zbytnio nie pomoże...
Mrowka: tu pomoże tylko czysta...
czysta? A uchowaj, Boże!

środa, 5 grudnia 2007

431. nic mnie nie zdziwi

Poniedziałek, godzina 18:30.
Katowice, słabo oświetlony skwerek na Warszawskiej (między przystankiem a kościołem na Mariackiej).
Mrówka leci na swój autobus.
Dwaj pijani faceci idą (LEDWO idą), obejmując się za ramiona.
I śpiewają na cały głos:

OTO JEST DZIEŃ, KTÓRY DAAAAŁ NAAAAM PAAAAAAN!

wtorek, 4 grudnia 2007

430. wariacje z miasta R.

2007-12-04 20:59:07
notka z wczoraj

Taki Bilet z Kasy to dla niektórych dobro nieosiągalne. Byłam dzisiaj w Katowicach o 7:55 (tym samym autobusem, którym dwa tygodnie temu byłam o 8:22).
Stwierdziłam, że tym razem na pewno uda mi się kupić Bilet z Kasy. Poszłam do kasy.
- Dzień dobry, proszę normalny do Rybnika na 8:15.
Pani w okienku już miała wystukać coś na kasie, ale nagle jakby się rozmyśliła.
- 8:15, bilety u kierowcy, stanowisko trzecie - powiedziała.
Rozczarowałam się.
Przyjechał autobus do miasta R. Punktualnie. Stosunkowo czysty, nieogrzewany (ale ciepło dzisiaj dosyć). Najnormalniejszy w świecie kierowca nie zapewnił jak dotąd żadnych atrakcji. Ot, sprzedał bilety (bez słowa) i jedzie. Nudno. Nie ma co opisywać.

Swoją drogą nie mam pojęcia, skąd ludzie biorą bilety z kasy...

poniedziałek, 3 grudnia 2007

po recitalu

Ponieważ byłam tam pół godziny wcześniej, mogłam sobie usiąść. Na schodach. Nie ja jedna, całe schody były zajęte, z pozostawionym na wszelki wypadek wąziutkim przejściem.
Średnia wieku na sali - 70 lat. Jako najmłodsza (poza dźwiękowcami) i tak pewnie bym sobie na krzesełku długo nie posiedziała.
Będę dawkować napięcie, co mi tam.
Boję się reinterpretacji piosenek. Zwłaszcza kabaretowych, które składają się przecież w takim samym stopniu z tekstu i interpretacji. Boję się tematyzowania, bo to grozi monotonią.
Ale na ten recital (Maria Meyer: Kobieta w polskim kabarecie) czekałam 1,5 miesiąca. I kiedy wreszcie znalazłam się w Parnassosie, a Maria Meyer wbiegła na scenę boso (ze szpilkami w rękach), w sukni koloru czerwonego wina i w białym futrze, kiedy zaczęła śpiewać "Ta mała piła dziś..." wiedziałam już, że warto na tych schodach choćby i do rana...

Kontakt z publicznością nawiązała od razu, a nie było łatwo, bo publiczność wybitnie niekabaretowa (jak przepiszę kabareaktówkę, to się przekonacie). Chwila szukania przychylnych osób - i atmosfera podgrzana.
Hitem satyrycznym był fragment piosenki Ja się boję sama spać:
- Ja się bo- jak się siada w pierwszym rzędzie, to tak potem jest - ję sama spać! - wyśpiewany do zażenowanego dżentelmena.
Ponad godzina genialnych piosenek. W najlepszym z możliwych wykonań. Meyer sprostała - że się do Przybory odwołam - i Kwiatkowskiej, i Jędrusik. A to nie było łatwe.

Na bis - energetyzujące Kocham cię, życie.

Kto nie był, może się tylko smucić, ewentualnie poczekać na obszerniejszą i bardziej oficjalną relację.

czwartek, 29 listopada 2007

418. o hamburgerze


W mieście R. nie mam kiedy zjeść obiadu. Koło 15 postanowiłam, że pójdę sobie na hamburgera, bo od rana biegałam o jabłku i rogaliku, a potem, do 21, nie miałabym kiedy czegokolwiek przegryźć, bo w PKS-ie ciemno, w Katowicach 8 minut wolności i wykład, a w autobusie do Jaworzna niewygodnie.
Poszłam do "knajpy", którą odkryłyśmy z Anią jeszcze w sierpniu i zamówiłam sobie średniego hamburgera.
Podobało mi się tam, bo właściciel przypominający starego rubasznego marynarza słuchał stacji Złote Przeboje i życzył wszystkim smacznego do rymu.
Kiedy w wakacje Ania kupowała tam hamburgera jarskiego średniego, dostała olbrzymią bułę, z którą nie bardzo wiedziała, co zrobić. Pamiętałam o tym, ale jakoś wydawała mi się ta buła mniejsza, a poza tym teraz podobna miała stanowić mój obiad.
Tylko że dostałam bułę większą.
Taką na wielkość talerza do drugiego dania.
Sama sałatka z tego hamburgera wystarczyłaby mi na dwa posiłki.
Kotlet był rozmiarów młyńskiego koła.
Żeby utrzymać tego hamburgera, trzeba było go trzymać w dwóch rękach.
Najpierw płakałam nad tym ze śmiechu, potem z rozpaczy.
Jadłam go przez 35 minut zastanawiając się, czy od razu dać znać komuś, że umarłam w trakcie jedzenia, albo z przejedzenia, albo że wszystkie autobusy mi pouciekały, czy poczekać. No pyszny był, zgoda, ale ile można?
Żałowałam strasznie, że nikt tam ze mną nie przyszedł.
Przeżyłam tylko cudem.
Nigdy więcej średniego ;).

środa, 28 listopada 2007

417. jak ja wyglądam

- Zrobię ci kiedyś rano zdjęcie - zaproponował wczoraj brat Mrówki.
- Po co? - zakrztusiłam się.
- Zrobię zdjęcie... i wrzucę na twojego bloga. Czytelnicy pewnie nie wiedzą, jak wyglądasz rano.

wtorek, 27 listopada 2007

416. z miasta R.

notka z wczoraj, pisana w autobusie.
26.11.2007, godzina 8:27
Autobus do miasta R. przyjechał siedem minut po czasie. Gdyby tak przyjechał w zeszłym tygodniu, zdążyłabym na niego. Teraz w nim marznę, bo nieogrzewany. Dobrze chociaż, że śniegu nie ma. W środku.
Kierowca znany. Ten od "kto ma bilety z kasy". Podjechał.
- Dzień dobry - powiedziała Mrówka, ładując się do środka.
- Najpierw z bilecikami z kasy - odparł kierowca. Mrówka wysiadła.
Wsiadły dwie osoby z bilecikami z kasy.
- Nikt już nie ma bilecików z kasy? - zapytał kierowca.
- Nikt - chórem odrzekli pasażerowie. Mam wrażenie, że sprawili mu tym zawód.
Ale był w wyjątkowo dobrym humorze. Sprzedał reszcie bileciki.
- Jedzie pan przez Łaziska Górne? - chciała się dowiedzieć jedna z pasażerek.
- Mam taki zamiar - odpowiedział kierowca. A potem powiedział, żeby go o nic nie pytać, jak sprzedaje bilety. Już ostatnio podejrzewałam, że jest jednofunkcyjny.
Zimno.

godzina 8:29
Zaczął sypać śnieg. Na razie na zewnątrz. Oby nie nasypało do autobusu. Chociaż podobno pod śniegiem cieplej (patrz: Eskimosi)

A potem włączył ogrzewanie (kierowca, nie śnieg)

***

Dzisiaj rozżalona Mrówka na trzy minuty przed odjazdem autobusu wsiadła do windy i wjechała na czwarte piętro własnego wydziału.
- Cześć Mróweczko - powiedział jej Bosski Promotor.
I już przestała być taka rozżalona ;)

poniedziałek, 26 listopada 2007

415. skandal w mieście R.

"Skandal w mieście R.!", "Mrówka zabita hamburgerem nadnaturalnej wielkości!", "A miał być średni!" - krzyczą nagłówki w prasie.



Takiego smsa wysłała dziś Mrówka do Megi. Z miasta R. Dlaczego? O tym jutro, bo padam na nos.

niedziela, 25 listopada 2007

414. trudne zdania

- Uwaga, teraz będzie trudne zdanie - oznajmił Fimbul, kiedy rozmawialiśmy parę tygodni temu na wydziale. Po czym nabrał tchu i powiedział: - To jest reinterpretacja hermetycznych systemów neognostyckich.
Zapisałam sobie.

piątek, 23 listopada 2007

413. zachody słońca

Korzystałam z kilku dni dość ładnej pogody. Ładnej - czyli w miarę bezchmurnej. Kiedy tylko było widać niebo, czatowałam na zachód słońca. Całymi dniami, można powiedzieć.
Normalnie to ja mam zachód na wyciągnięcie ręki. Na wprost okna. Ale w zimie przesuwa się trochę nad inne osiedle i muszę się wychylić, żeby ujrzeć cokolwiek. Jak się wychylam przez zamknięte okno, to czasami mogę sobie nabić guza o szybę. Nieważne.
Wczoraj zobaczyłam, że słońce już zachodzi (a koło 15:30 było dopiero). Pobiegłam po aparat. Przybiegłam z nim. Wyrwałam go z futerału, włączyłam, otworzyłam szarpnięciem okno, zrobiłam zdjęcie, zamknęłam okno i w tym momencie słońca już nie było.

Albo ja się starzeję i tak wolno biegam, albo słońce trochę przyspieszyło.

czwartek, 22 listopada 2007

412. późno już

Ostatnio mieliśmy talent do późnego opuszczania rozmaitych budynków.
Najpierw po wieczorku poetyckim.
Z niższego poziomu BŚ, z poziomu Benedyktynki, musieliśmy się dostać jakoś do wyjścia. Baliśmy się ryzykować z wózkiem po schodach bez jakichkolwiek rynienek podjazdowych, więc wyjechaliśmy z jedną z pań pracujących w BŚ windą na poziom podstawowy.
- Ja bym się tu zgubiła - przyznałam, podążając za panią z BŚ i pokonując kolejne zakręty.
- Ja też! - wyznała Megi.
- Ja tu pracuję dziesięć lat, a też mi się zdarza zgubić - oznajmiła pani, otwierając przed nami kolejne drzwi.
Dotarliśmy wreszcie pod wyjście główne. I okazało się, że zamknięte już jest na głucho. Pani zadzwoniła po ochroniarza, a my zaczęliśmy snuć wizje pozostania w gmachu BŚ na noc.
- Nie cieszyliby się państwo z takiej możliwości? To piękny budynek! - pani zatoczyła ręką koło.
- Cieszylibyśmy się bardzo - powiedziała w imieniu wszystkich Mrówka. - Tylko jedzenie nam się kończy - dodała cichutko, a fakt, że była po mieście R. i bez obiadu też wiele znaczył.

Mała dygresja żywieniowa.
Mrówka urwała się z zajęć trochę wcześniej, błyskawicznie poleciała na przystanek, dojechała do Katowic, pędem pobiegła na wydział, łapiąc tam Slka, z Slkiem pognała do BŚ, gdzie czekała Megi. Z Megi w trójkę przedostali się do Benedyktynki.
Po krótkiej rozmowie z bohaterką wieczoru, Mrówka, głodna jak szakal, wyjęła z torby kanapkę.
I w tym momencie rozbłysły światła, bo kamerzyści przygotowywali salę. Wszystkie wycelowane w Mrówkę.
- Ej, dlaczego na mnie świecą? Ja nie chcę jeść w błysku fleszy - rozpłakała się (z głodu) Mrówka nieszczęśliwa. Megi i Slk rozpłakali się ze śmiechu. Poirytowana Mrówka musiała odwrócić się plecami do świateł i spróbować zjeść cokolwiek w atmosferze a) pośpiechu (bo spotkanie zaczynało się za kilka minut), b) stresu (bo kamery). Stąd potem obsesja na punkcie jedzenia.
Koniec dygresji.

Kiedy Mrówka powiedziała, że kończy się jedzenie, wszyscy zrobili błyskawiczny remanent swoich zapasów.
- Ja mam wodę - powiedziała Megi.
- Ja mam coca-colę - poinformował nas Slk.
- Ja mam jeszcze gruszkę - mruknęła Mrówka.
- Zamówimy sobie pizzę - pocieszył nas Slk.

Biorąc pod uwagę fakt, że stany naszych portfeli nie prezentowały się najlepiej, jakoś nas to nie podniosło na duchu. Trochę wcześniej, kiedy jeden z redaktorów "Śląska" zapytał, czy ktoś ma rozmienić 50 złotych doszliśmy do wniosku, że nawet razem byśmy nie mieli. Slk miał 50 groszy, Mrówka 2 złote pozostałe po kupnie biletu z miasta R., a Megi jakieś 10 złotych.
- A jak ją dostarczą? - praktyczny zmysł Mrówki wziął górę nad głodem.
- Będziemy iść od okna do okna i sprawdzać, czy któreś nie zostało przypadkiem uchylone.

Na szczęście pojawił się pan ochroniarz i nas wypuścił.

Kilka tygodni później wychodziliśmy z Olkiem jako ostatni z wydziału. Oj, no dobra, przeze mnie, ale już trudno.
Wychodzę pierwsza.
- Czekaj - woła do mnie Olek. - I tak nie wyjdziesz!
Fakt, właśnie dobiłam do kraty w drzwiach.
Z Olkiem idzie pan ochroniarz, pobrzękując kluczami. I mruczy:
- Za karę powinni tu państwo do rana siedzieć.
A to znowu był poniedziałek i znowu problem jedzenia...

środa, 21 listopada 2007

411. jaka praca

- Pracuję jako moderator na - powiedziała Megi Olkowi.
- Aaaaa! To ty wycinasz moje chamskie komentarze! - odparł Olek.

wtorek, 20 listopada 2007

410. lista

Wykład.
Pani profesor czyta listę obecności.
Mrówka, Olek i Megi są przeważnie na listach w tym samym miejscu, bo i siedzą koło siebie.
Pani profesor czyta.
Wyczytuje Megi.
I czyta dalej.
Mrówka coraz bardziej przerażona wpatruje się w Megi:
- Tyy, dlaczego mnie na tej liście nie ma, a ty jesteś?
I nagle doznaje olśnienia:
- Ahaaaa, bo to alfabetyczna lista!

I Megi dostała ataku śmiechu.

A dzisiaj przypadkowe spotkanie, zupełnie przypadkowe, nieumawiane. I w miejscu nietypowym. Piętnaście minut rozmowy o problemach.
- Tak myślałem, że się dzisiaj pojawisz. I poprawisz mi humor.
- I poprawiłam?
- Tak.

Ciepło, coraz cieplej.


Są na Ziemi budowle, które widać z kosmosu. Ja mam teraz budowlę, z której widać kosmos. Ha.

poniedziałek, 19 listopada 2007

409. z miasta R.

2007-11-19 22:43:31
Kiedy w poniedziałek jadę rano autobusem z Jaworzna, według rozkładu jazdy mam pół godziny zapasu (przed przesiadką na dworcu na PKS), praktycznie - 14 minut.
W związku z tym dzisiaj mój autobus spóźnił się o kwadrans, a potem stał w korkach. Na dworzec PKS przybyłam w 7 minut po planowanym odjeździe autobusu do miasta R.
Zastałam pusty przystanek.
PRZEWAŻNIE (90% przypadków) PKS do miasta R. odjeżdża przynajmniej 10 minut po czasie.
Bo kierowca wysiada, idzie po tabliczki, wraca, upycha te tabliczki w autobusie, otwiera drzwi, wpuszcza pasażerów, sprzedaje bilety, wydaje resztę, szuka drobnych, wyciera okno, zagląda pod fotel, sprawdza wycieraczki, uchyla okno, przymyka je, wyciera jeszcze raz, zamyka drzwi, otwiera, żeby wpuścić spóźnionych pasażerów, zamyka...
Dzisiaj widocznie nie musiał. Bo 7 minut po 8:15 już go nie było.
W związku z tym Mrówka zadzwoniła do miasta R., bo następny PKS miała za pół godziny. Poinformowała, że spóźni się, ale przyjedzie. Posnuła się chwilę po dworcu.

I WYMYŚLIŁA.
Wymyśliła, że skoro do najbliższego PKS-u ma pół godziny, to... kupi bilet w kasie!
Kiedy przyjedzie autobus i pan kierowca zapyta "kto ma bilety z kasy?", to Mrówka dumnie pokaże mu swój! Swój Bilet z Kasy!
Uszczęśliwiona podeszła do okienka.
- Dzień dobry, poproszę bilet do Rybnika - powiedziała przejęta (dobrze, że nie poprosiła o bilet z kasy...), myśląc sobie, jak bardzo zdziwi się kierowca, kiedy nie będzie musiał sprzedawać biletu Mrówce.
- Bilety tylko u kierowcy - odparła pani z kasy.
I Mrówka odeszła na bok i rozpłakała się rzewnie.
W duchu.
Ze śmiechu.

Jak ja się potem bałam, że przyjedzie autobus i kierowca zada to nieśmiertelne pytanie "kto ma bilety z kasy?"... tego bym chyba nie wytrzymała.

W mieście R. za to na zakładzie optycznym jest reklama dotycząca aparatów słuchowych. To miasto zaskakuje mnie niezmiennie.

piątek, 16 listopada 2007

408. profesjonalizm

2007-11-16 22:00:10
Mrówka przychodzi do kuchni i widzi brata, przygotowującego sobie kanapkę.
Brat właśnie usiłuje złożyć równiutko dwie części bułki. Co chwilę niezadowolony odrywa je od siebie i przykłada inaczej. Mrówka przygląda mu się w milczeniu przez parę minut.
- Ociosaj, będzie szybciej - doradza wreszcie bratu.

czwartek, 15 listopada 2007

407. telewizja nie kłamie

To strasznie stara notka, sądząc z miejsca, w którym ją zapisałam - z sierpnia.

Leżałam sobie i bolała mnie głowa.
- Będziemy odczuwać bóle głowy - powiedziała pani prezenterka pogody.

I jak tu mówić, że telewizja kłamie?

środa, 14 listopada 2007

406. szczegóły anatomiczne

Jako osoba oburęczna, nie rozróżniam stron.
Jeśli ktoś mi powie "teraz w prawo" to zatrzymuję się i czekam, aż mi wskaże kierunek, bo jak próbuję iść sama, to murowane, że skręcę źle.
I nie pomaga powiedzenie "prawa ręka to ta, którą piszesz", bo przecież piszę tą, którą akurat mogę.
Dobrze, że w wojsku nie jestem...

I kiedy siedzieliśmy przed spotkaniem z Basią Gruszką-Zych, Megi kupiła sobie jej tomik.
- Możesz mi podać MÓJ tomik? - zapytała Megi.
Popatrzyłam na dwie leżące przed nią książki.
- A który jest twój?
- Ten po prawej.
Nic mi to nie wyjaśniło, ale Megi wskazała odpowiednią książkę.
- Po prawej to ten dalej - wtrącił się Slk.
Zbaraniałam.
- Dlaczego po prawej to dalej? Prawa ręka jest dalej? - wytrzeszczyłam oczy na Sławka.
- Obie ręce są teoretycznie w tej samej odległości - wyjaśnił mi Sławek. - Dalej, bo ta książka leżała dalej od Megi.

A już miałam nadzieję...

wtorek, 13 listopada 2007

405. z drogi do miasta R., raport

Dziennik pokładowy, 12.11.07, godzina 8:20

Drogowcy mnie zaskoczyli.
Myślałam, że - jak co roku - zaskoczy ich zima. Zwłaszcza że miasto (moje miasto, nie miasto R.) unieważniło przetarg na odśnieżanie. Ale nie: piaskarki i pługi wyjechały na ulice skoro świt i doprowadziły drogi do stanu używalności.
Co prawda mało się na PKS nie spóźniłam, ale to dlatego, że korki były na światłach, a mój autobus tradycyjnie przyjechał po czasie.

PKS do miasta R. przyjechał punktualnie. Ogrzewany. Kierowca przyniósł i upchnął na miejsce tabliczkę z napisem "Rybnik". Wsiadł do środka.
- Można u pana kupić bilet? - zapytała jedna z pasażerek.
- Nawet trzeba - odparł kierowca. Wreszcie jakiś z poczuciem humoru.

"Łóżka, które leczą i odchudzają" - zobaczyłam za oknem przez ścianę śniegu. Nie wiem, co leczą, ani jak odchudzają, ale przyjmując, że to faktycznie ŁÓŻKA, to myślę, że działają na zasadzie "śpij, aż ci przejdzie".

***

Wracam z miasta R.
- Normalny do Katowic proszę.
- Normalny? - kierowca otaksował mnie wzrokiem.
"A wyglądam na nienormalny?" - chciałam zapytać, ale wolałam nie. Są pewne kwestie, których się bliźnim do rozstrzygania nie zostawia.
Może zresztą widział we mnie studentkę i chciał mi sprzedać ulgowy.
I tej wersji się będę trzymać.

poniedziałek, 12 listopada 2007

404. Bosski koncert

2007-11-12 22:29:33
W tym miejscu miała znaleźć się notka z podróży do miasta R., notka zresztą powstała w PKS-ie, razem z Wielką Sceną Zazdrości napisaną do Rewii. Ale to może poczekać.

Byliśmy dzisiaj, z Megi i Slkiem, na spotkaniu autorskim z Basią Gruszką-Zych.
Boss (który spotkanie prowadził) przyniósł ze sobą rekwizyt. W kształcie gruszki.
- Co to jest? - zapytała się Madzia Mrówki.
- Nie wiem. Bossie, co to jest? - zapytała się Mrówka własnego Promotora.
- To jest cukinia a la gruszka - odparł spokojnie Boss. Jakby to było najoczywistsze w świecie.
- Trafi pan na bloga - mruknęła (mrówknęła?) Mrówka półgębkiem, zapisując tę odpowiedź.
- Panie profesorze, Mrówka mówi, że trafi pan na bloga - zaśmiał się Slk.
- A Mrówka do kosza! - odrzekł mój Promotor.

Od motywu gruszki zresztą jeszcze zaczęło się to spotkanie:
- Mamy cukinię jako gruszkę i mamy Gruszkę jako poetkę - rozpoczął Boss.

W trakcie dyskusji głos zabrał jeden z redaktorów "Śląska".
- Ja bym zaczął od polemiki z MK [czyli z Bossem - przyp. Mrówka] - odezwał się.
- Będzie to twoja OSTATNIA polemika - poinformował go Boss.
Padłam i już nie byłam w stanie się podnieść.

sobota, 10 listopada 2007

402. okrągło

Na pierwszym posiedzeniu Koła Literatury XX Wieku zabrakło nam paru osób. Najwidoczniej nie dotarła do nich wiadomość rozsyłana pocztą pantoflową i plakatami, które Ania ofiarnie rozklejała po wydziale (co przyjmuję na wiarę, bo nie widziałam, jak rozklejała, ani też nie widziałam, gdzie przykleiła. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że nie przyglądałam się zbytnio, a plakat w wersji przed powieszeniem mogłam sobie obejrzeć i pomacać w Jaworznie).

Wśród wielkich nieobecnych na pierwszy plan wybijał się Lucek, entuzjasta literatury współczesnej, recenzent Granicowy. Po krótkiej gg-konsultacji postanowiłyśmy z Anią poinformować go o kolejnym spotkaniu.
- Wysyłałam mu maila przed Kołem - przypomniała sobie Mrówka. - Ale nie odpisał, a to znaczy, że go nie odebrał najprawdopodobniej. Poczekaj, jeszcze smsa mu mogę wysłać!
- Ok - odpisała Ania, Szefowa Koła.
- Nie wyślę - zmartwiła się Mrówka. - Bramka nie działa, a na telefonie nie chce mi się tego wystukiwać.
- To czekaj, wyślę z mojej - zaproponowała Ania-spiskowiec. - Tylko mi podrzuć numer do Lucka.
- To jeszcze treść ci dam, po co masz się zastanawiać, co mu napisać.
- Dobra - ucieszyła się Ania. - To podpiszę się twoim imieniem... ... ... Poszło! - zameldowała po chwili.

Dziesięć minut później Mrówce zmaterializowała się myśl, która nie dawała jej spokoju.
- Ania, podpisałaś się moim imieniem? To znaczy "Iza"??? Czy "Mrówka"?
- No Mrówka oczywiście - napisała Ania z oburzeniem. - Iza to by mi nawet do głowy nie przyszło.
To dobrze, bo Luckowi pewnie też nie ;D. Nie ma to jak wyrazisty nick ;).



A wieczorem Lucek przysłał mi smsa, że jeśli się wyrobi, to na najbliższe Koło wpadnie z chęcią ogromną.

czwartek, 8 listopada 2007

400. exegi monumentum

Kiedy skończyliśmy już w górującym nad Katowicami (przynajmniej na Placu Sejmu) Gołębniku dzielenie się łupami (czyt. przekazywanie sobie książek do recenzji), zaspokajanie podstawowych potrzeb życiowych (czyt. jedzenie) i realizowanie części towarzyskiej (czyt. gadanie o wszystkim i o niczym), postanowiłam zrobić burzę mózgów, bo czas leci, a mnie się pomysł urwał nietypowo.
- Słuchajcie, burza mózgów - obwieściłam więc Ani (Szczepanik) i Slkowi. - Potrzebuję pomnik.
Po odrzuceniu kilku propozycji (w tym moich własnych), Slk zaproponował:
- Sama się przebierz za pomnik.
- Nie umiem. Nie mam wprawy - odparłam ze smutkiem.
- Musisz tylko wziąć krem Nivea - polecił Slk. - A ja w ciebie rzucę mąką.

Cóż, dalej czekamy na olśnienie.

A czas leci.

Jeśli ktoś ma pomysł na pomnik, to proszę o info :D.
Jeśli ktoś jest obeznany z tekstami Rewii - to proszę o kreatywność ;).

wtorek, 6 listopada 2007

398. Igor, pies asystent

2007-11-06 21:59:05
Wczoraj Megi była na wydziale ze swoim psem asystentem, Igorem. Stanowią razem wesołą parę, Blondyn i Blondyna, poczucie humoru mają ogromne. Obydwoje.
Przyjechałam z miasta R. jak zwykle, po 17. Igor wykazał uprzejme zainteresowanie, na mój widok podniósł się, pomachał ogonem i powąchał mnie z grzeczności.
- To jest Mrówka - powiedziała Megi.
- Jestem Mrówka - przedstawiłam się grzecznie. Igor się rozpromienił. Widać lubi Mrówki.
Kucnęłam przy nim i zaczęłam go głaskać. Wprawdzie psów asystentów na służbie nie powinno się rozpieszczać, ale Igora można ;).
- Jesteś ślicznym pieskiem - powiedziałam. Igor ucieszył się bardzo i spróbował wleźć mi na kolana.
Zważywszy na to, że jest rozmiaru nadnaturalnego, trochę ciężko było mi go utrzymać. Odsunęłam się delikatnie. Igor postanowił poudawać kota i trochę się połasił.
Potem spotkałyśmy Olka.
- To jest Olek - powiedziałam psu.
Igor przeszedł koło Olka, kompletnie go ignorując. Chyba nawet nie zauważył, że ktoś tam był.
- Ejjj, to Olek! - zawołałyśmy go.
Igor przeszedł w przeciwną stronę, znowu omijając Olka. Ale tak naprawdę mógłby do niego dobić, a i tak by go nie zauważył, nawet go nie powąchał.

Kusiło go wszystko, co nadawało się do zjedzenia.
Kiedy wreszcie uplasował się pod naszą ławką, Megi konspiracyjnie szepnęła:
- Możesz mi teraz podać oponkę, ale tak, żeby nie widział?
Kiwnęłam głową i po cichutku zaczęłam przesuwać w stronę Magdy ciastko.
Igor ani drgnął.
Zaszeleściłam woreczkiem, w którym były oponki.
Igor śpi.
- PODOBNO PSY MAJĄ ZNAKOMITY SŁUCH I WĘCH - powiedziałam dobitnie w jego stronę, z całej siły szeleszcząc folią woreczka i machając oponką.
Spał dalej :D.
Chyba mnie uznał za członka stada, bo położył w pewnym momencie pysk na moim bucie i tak sobie siedział, zatopiony w egzystencjalnych myślach.
- On wygląda zupełnie jak świnka morska, tylko jest trochę większy - przyznałam, patrząc na niego z lotu ptaka.
Megi po raz kolejny dostała ataku śmiechu. A następnego - jak zawołałam do Igora "kici kici". Bo w końcu zachowywał się jak kot, mogło mi się pomylić ;).
Zareagował.

Cały wykład grzecznie przespał pod ławką, w pewnym momencie westchnął przez sen, przewrócił się na bok i spał sobie dalej.

- Załóż mu halter - poprosiła Megi przed wyjściem. - Powiem ci jak.
Powiedziała. Trzymałam w rękach pętelkę z czegoś takiego jak poplątana smycz i miałam w to ubrać psa.
- Daj mi tu pyszczek - poprosiłam zwierzątko.
Igor się odwrócił i udawał, że mnie nie widzi.
Megi kazała mu stanowczym tonem odwrócić pysk w naszą stronę.
Z ogromną niechęcią odwrócił i pozwolił sobie nałożyć uprząż.
A potem się na mnie obraził za to, że założyłam mu coś, czego nie lubi :D. Nie chciał na mnie spojrzeć i cały czas odwracał się tyłem :D. Przeszło mu po pięciu minutach, ale pomysły ma niezłe... :D

poniedziałek, 5 listopada 2007

397. z miasta R.

- Ciekawe, co się jutro głupiego przydarzy w drodze do miasta R. - zastanawiała się wczoraj wieczorem Mrówka, siedząc na dywanie. Melancholijnie siedząc.
- Może nic? - stwierdziła mama Mrówki. Nadzieja w oczach Mrówki błysnęła i zgasła niemal natychmiast.
- To niemożliwe - odparła (Mrówka, nie nadzieja). - Zawsze się coś głupiego dzieje...

Podróż do miasta R. nie rozpoczynała się.
- Oczekuje się na autobus do Rybnika, który nie zjechał jeszcze z trasy - poinformowały głośniki dworcowe.
Po dziesięciu minutach bezowocnego oczekiwania głośniki powtórzyły komunikat.
Po piętnastu zresztą też.
Przyjechał autobus z kierowcą, który zapoczątkował relacje z podróży do miasta R. (tym, który otworzył drzwi i wrzasnął na pasażerów, że k..., w korku stał).
Przyjechał i podjechał na stanowisko czwarte.
Do miasta R. jedzie się o tej porze z trzeciego. Lekko zdezorientowani ludzie zastanawiali się, czy się nie pomylił. Mógł sobie w końcu w odpowiednią zatoczkę nie trafić... przy takim stanie nerwów...
Ale nie. Kierowca dawniej rybnicki jechał teraz, jak się okazało, do Wisły.
A okazało się uroczo, bowiem otworzył drzwi swojego autobusu i wydarł się na pasażerów z sąsiedniej zatoczki. Za nic. Po prostu nie w humorze przyjechał.
Wiedziałam, że się wydrze, ale przypuszczałam, że jedzie do miasta R. i że wszystko spadnie na moich przyszłych współpasażerów. Co za rozczarowanie...
- Oczekuje się na opóźniony autobus do Rybnika - powiedziały głośniki.
Po kolejnych kilku minutach powiedziały jeszcze:
- Opóźniony autobus do Rybnika podjedzie na stanowisko trzecie.

Podjechał.
Nieznany kierowca. Autobus znany i wrakowaty jak to PKS-y mają w zwyczaju.
Kierowca otworzył drzwi.
Bez słowa sprzedał wszystkim oczekującym bilety.
Bez zwłoki ruszył z przystanku.
I włączył ogrzewanie. Myślałam, że źle wsiadłam.

Półgodzinne opóźnienie nadrobił w trasie.
Do miasta R. mogłam sobie jechać bez kurtki.

Kupiłam sobie w mieście R. zapiekankę nadnaturalnej wielkości. Zrobioną z bagietki. Metrowej. Za 2,80. Rubaszny właściciel życzył każdemu klientowi smacznego. Czasami do rymu.

A w kampusie był dzisiaj mój ulubiony portier. Pan, który na pożegnalne "miłego tygodnia" rozpromienia się tak, jakby właśnie dostał beczkę pełną złotych monet.

No i na dwie pochwały za Rewię niedokończoną (Prawa Ręka i Egzekutor) też się załapałam. To dodaje skrzydeł. Jak się wyśpię, to pofruwam.



To nie sen wariata. To dzisiejsza rzeczywistość.

niedziela, 4 listopada 2007

396. łatwiej zapobiegać

- Auuu - jęknęła Mrówka. - Skaleczyłam się!
- Owiniemy cię chyba w gąbkę - zaproponowała mama Mrówki.

sobota, 3 listopada 2007

395. magia szklanego ekranu

Olek od dłuższego czasu siedzi w telewizji. Robił tam sobie praktyki, co robi teraz - nie wiem. W każdym razie dużo się w jego życiu zmieniło.
Zaczęło się od tego, że, odkąd pamiętam, Olek nie używał telefonu komórkowego. Dawno, dawno temu zepsuł mu się aparat, więc wrzucił go na dno szafy i od tamtej pory nie korzystał. Stwierdził, że jak ktoś będzie miał do niego ważną sprawę, to i tak go jakoś znajdzie (Olka, nie telefon).
Kiedy w zeszłym tygodniu przyjechałam na wydział, zastałam na korytarzu Olka rozmawiającego przez komórkę. Zaniosłam swoją kurtkę do sali, a potem wyszłam, żeby obejrzeć sobie to zjawisko.
Olek właśnie skończył rozmawiać, rozłączył się i bez słowa wszedł do sali.
Wlazłam za nim z wytrzeszczonymi oczami.
- No co? - zapytał Olek. - Ja teraz w telewizji pracuję, muszę mieć kontakt ze światem!
No niby fakt.
Potem oznajmił, że najbardziej kuszącym elementem pracy w tv jest legitymacja i smycz z logo telewizji. Które to akcesoria może zabierać na podryw.
A ja myślałam, że on na urok osobisty...

Na koniec powiedział:
- Zauważyłem, że przez te praktyki znacznie ograniczyły mi się potrzeby. Teraz marzę tylko o tym, żeby się najeść i wyspać.

piątek, 2 listopada 2007

394. notka przyziemna

Z nieznanych przyczyn i kompletnie bez sensu boli mnie palec u nogi. Duży palec u prawej, dla ścisłości. Snuję się w związku z tym po domu, starając się chodzić na piętach, nie dotykać palca niczym i nie myśleć o całym dniu w butach w poniedziałek. Układam sobie przy tym idiotyczne rymowanki w rodzaju:
boli mnie okropnie palec
jakbym wlazła gdzieś pod walec.
Co najlepiej świadczy o stopniu zirytowania.
- Nie martw się - pocieszyła mnie Ania (Szczepanik), kiedy zwierzyłam się jej z mojego problemu (bo zauważyła opis "aaaaaaaaaauć" na gg). - To tylko jeden palec. Pomyśl sobie, co by było, gdyby cię bolało 20.
- Nawet nie wiem, czy tyle mam. Debil z tego palca.
- No faktycznie, niepoważny - zgodziła się Ania. - To idź się połóż i leż do niedzieli.
- Nie mogę leżeć, bo jak go tylko dotknę kołdrą, to mnie boli!
- To może go odetnij? - poradziła Ania.
- Już o tym myślałam... - zwierzyłam się jej.
- Albo odmroź, sam odpadnie - Ania wyraźnie się rozkręcała.
- Na to nie wpadłam! - przyznałam.
- Bo mało praktyczna jesteś - skrytykowała Ania. - Potem go jeszcze możesz dać lekarzom do sekcji i jeszcze na tym zarobisz.

środa, 31 października 2007

393. sukcesy

Wszelkimi sukcesami okołozawodowymi (no dobra, dziewięćdziesięcioma procentami sukcesów) Mrówka dzieli się z własnym Promotorem.
Inaczej. Mrówka CHWALI SIĘ własnemu Promotorowi (no bo właściwie komu innemu miałaby się chwalić?), bez względu na to, czy Bosski Promotor akurat ma ochotę i czas na wysłuchiwanie jej, czy nie. Tego, że przeważnie nie ma, Mrówka uparcie nie przyjmuje do wiadomości ;).

Tym razem na tapecie było wydawnictwo naukowe, w którym Mrówka robi sobie praktyki.
- I redaktor powiedział, że jak następna korekta pójdzie mi tak, jak ta pierwsza, to zaproponuje mi pracę przy poprawianiu książki! - relacjonowała uradowana Mrówka.
- Współczuję - powiedział Boss z aktorsko smutną miną. Po czym cichutko dodał: - wydawnictwu...

wtorek, 30 października 2007

392. korale

Wsiadłam do windy pełnej ludzi.
Nie dlatego, że lubię windy (bo nie lubię i jeżdżę tylko jak wożę Megi), a dlatego, że wsiadł do niej Piotrek. A ostatnio mieliśmy bardzo mało czasu, żeby po prostu pogadać.
Zaraz za mną wsiadło jeszcze parę osób, więc zamiast gadać z Piotrkiem, krzyczeliśmy do siebie z dwóch stron windy.
No dobra, przesadzam, po prostu mówiliśmy normalnymi głosami, zamiast się sobie zwierzać w intymnej atmosferze.
- Znowu nas rozdzieliło! - ogłosił Piotrek, a ludzie popatrzyli na nas dziwnie.
- Fakt. Dokąd jedziesz? Do siebie, na piąte? Bo ja na czwarte, to mamy chwilę, żeby pogadać. Albo pojadę z tobą na piąte, to sobie jeszcze po drodze pogadamy, a potem zejdę.
Pogadaliśmy przez pięć sekund.
Potem Piotrek zniknął za drzwiami.
Natychmiast z nich wyjrzał i przywołał mnie skinieniem ręki.
W pokoju siedziała Ania od Piotrka i Piotrek.
Po chwili jeszcze Fimbul puścił mi z korytarza sygnałka, więc wyjrzałam i zawołałam go. Siedzieliśmy sobie w czwórkę i w pewnym momencie Ania od Piotrka zdenerwowała się.
- Już dziesięć minut tu jestem, a jeszcze nie pochwaliłeś moich nowych korali! - wyrzuty skierowała pod adresem Piotrka.
Piotrek przyjrzał się jej w skupieniu. Jej, a raczej jej biżuterii.
- Tak... są bardzo... estetyczne... - powiedział.

Mistrz komplementów, nie ma co...

poniedziałek, 29 października 2007

391. z podróży do miasta R.

Podróże do miasta R. są... no chyba już wszyscy Czytelnicy tego bloga wiedzą, jakie są podróże do miasta R. Dlatego dzisiaj w ogromnym skrócie. Przepiszę notkę, którą stworzyłam w drodze do miasta R., będzie komentarz na gorąco. Może nie zasnę nad klawiaturą.

Przyjechał autobus do miasta R.
- RYBNIK! - zawołał kierowca, dzierżąc w dłoniach tabliczkę z odpowiednim napisem. - Najpierw z biletami z kasy!
Wsiadły cztery osoby. Reszta (czyli trzy osoby, w tym Mrówka) zaczekały na zewnątrz. Jak się jedzie z przesiadkami, a kasy zamykają na kwadrans przed odjazdem PKS-u, to marne są szanse na udany zakup.
Kierowcy to nie wystarczyło.
- Kto ma bilety z kasy? - zapytał.
- Nikt - odpowiedzieli chórem pasażerowie.
- Kto ma bilety z kasy?
Wszyscy pokręcili głowami.
- Kto ma bilety z kasy? - gromko powtórzył kierowca.
Wsiadła jedna z pań-pasażerek-bez-biletu i poprosiła o bilet do miasta R.
- Nie! - odsunął ją kierowca. - Kto ma bilety z kasy?

Było już dobre pięć minut po planowanym odjeździe autobusu, a na ruszenie z miejsca nie było większej nadziei, ludzie zaczęli się niecierpliwić.
- Kto ma bilety z kasy?
- Nikt - odpowiedziała owa pani, rozglądając się bezradnie i patrząc na pasażerów.
- To jeszcze wsiadać, jak ktoś ma bilety z kasy - zarządził kierowca.
Dobra, przyznaję, szlag mnie mało nie trafił. Powiedziałam w myślach brzydkie słowo.
- NIKT - odrzekła Mrówka bardzo dobitnie. - JUŻ. NIKT. NIE MA. BILETÓW. Z KASY.
- A co się pani stało? - zdziwił się kierowca.
- Trzeci raz pan pyta - odparła Mrówka. - Chcemy już wsiąść i JECHAĆ.
Reszta pasażerów się z tym zgodziła.
Kierowca sprzedał bilet owej pierwszej pani.
- Kto ma bilety z kasy? - zapytał.

Wgrało mu się.

Kiedy opowiedziałam to po południu Olkowi, ten stwierdził z prostotą:
- A może świat się na chwilę zawiesił?

Może...
Dalszą część podróży do miasta R. przespałam. W mieście R. powitała mnie tablica: "Prezydent [miasta R.] przeprasza za utrudnienia w ruchu, wynikające z bla bla bla bla".
Wzruszyłam się.
To nic, że na korki w samym mieście R. tracę godzinę co poniedziałek (pół godziny w jedną stronę). Ważne, że sam Prezydent Miasta R. o mnie myśli. Sam Prezydent mnie przeprasza. No i jak tu się złościć?

niedziela, 28 października 2007

390. dialogi wieczorne - część druga

- Fimbulku, jest o tobie notka na blogu - wystukała Mrówka na gg.
- Ta notka - odpisał po chwili Fimbul - brzmi strasznie. Jakbym umarł.

Chwilę później zmaterializował się Piotrek i wśród różnych rozważań napisał mi na gg:
- "Macamy gdzie miękcej w rzeczy a ono wszędy ciśnie". Szkoda, że nie jesteś na staropolce...
- Dlaczego? - przestraszyłam się lekko.
- Bo byś mi to przetłumaczyła. Tam jest mowa o macaniu, a ja nie wiem, co wszędy ciśnie. Dzisiaj te słowa brzmią perwersyjnie. A w szesnastym wieku - tragicznie... To z któregoś środkowego trenu...
- Ale wiesz, dzisiaj też mogą brzmieć tragicznie...
- No! - zgodził się Piotrek. - Ale tylko wtedy, jak ktoś wyjaśni, co w nim ciśnie...

Jakiś tydzień temu odezwałam się znienacka do Marka Lenca na gg.
- Ło matko! - zdziwił się ML. - Mrówka! Kopę lat!
- Lol... no! - odpisała Mrówka. - *padają sobie w objęcia*
- *cmok - dodał ML.
A potem POSZEDŁ SOBIE BEZ SŁOWA ;).

Dzisiaj, przed chwilą, w rozmowie, wystukał do mnie:
- No rozchmurz się na chwilę, zołzu.

Rozmawiałam też z Anią (Szczepanik), w kontekście wtorkowego spotkania koła.
- Czy ja muszę na to przychodzić? - zainteresowała się Mrówka gwałtownie.
- Myślę, że zaczniemy na rozgrzewkę... - napisała Ania. Mrówka wpadła jej w słowo:
- Mam na imię Lolek, interesuję się literaturą?
- Nie. Zaczniemy na rozgrzewkę od grafomanii.
- Cholera - zmartwiła się Mrówka. - To będę musiała przyjść.
- Przyjdź koniecznie i przynieś trochę swoich tekstów.

No właśnie taki miałam zamiar ;D.



Z ostatniej chwili: ML wymyśla tytuły, jakie ukażą się jutro w jakimś szmatławcu, jeśli się pozabijamy (pobijemy) nawzajem przez gg. Jego propozycje:

"Znany rysownik w szpitalu - podejrzenie zatrucia jadem mrówczanym i PMS"
"Marna kabareciara mści się na słynnym rysowniku"

Kariery jako reporter to on nie zrobi ;)

sobota, 27 października 2007

389. dialogi wieczorne

Ustawiłam sobie na gg opis "trzymajcie mnie, bo pogryzę". Natychmiast prawie zmaterializował się Biały, z którym kilka notek wcześniej umawialiśmy się na wieczorną rozmowę komunikatorową.
- - napisał Biały.
- Hahahaha - odpowiedziałam.
- Nadal pogryziesz jak puszczę? - zapytał Biały, a mnie trochę wmurowało. Dlaczego mam gryźć cokolwiek jak puszczę, skoro ja w życiu puszczy nie ugryzłam?
- Dlaczego jak puszczę? - poinformowałam się nieśmiało.
- No bo nadal trzymam! - wyjaśnił Biały, a mnie dopiero wtedy oświeciło. Że nie chodzi o to, że jest sobie puszcza i ja ją gryzę, tylko...

Ech, trzeba mieć wyobraźnię ;)

Chwilę później skomentowałam rysunek u ML. Ponieważ rysował ML, a kolorował Zadra, skomentowałam oczywiście tak:

Taki rysownik satyryczny to ma dobrze. Siądzie, coś tam nabazgra, a potem biedny Zadra się musi męczyć i kolorować, żeby to JAKOŚ wyglądało ;)

- - napisał mi na gg Zadra.

Teraz trochę się boję, bo co będzie, jak wróci ML?

piątek, 26 października 2007

388. Fimbul

Nasza znajomość z Fimbulem rozpoczęła się od pisania sobie wiadomości. Najpierw PW (Prywatne Wiadomości) na forum, potem maili i wieści na gg, potem, kiedy się wreszcie poznaliśmy - godzinami potrafiliśmy gadać, pisaliśmy do siebie tradycyjne listy zwane "ręcznymi PW". Każdy, kto chociaż raz dostał od Fimbula maila, ten wie, jaka to wspaniała lektura. Nic więc dziwnego, że kiedy czuję się nieswojo, uciekam w azyl stworzony właśnie przez niego (to znaczy przez Fimbula, nie przez maila).

- Fimbulku, bądź... - poprosiłam na gg tradycyjnie.
- No jestem - odparł Fimbul z drugiej strony kabla.
- Ja już nie mogę wytrzymać, wszystko mnie denerwuje i wyprowadza z równowagi, na wszystkich się złoszczę - napisałam mu.
- I dlatego chciałaś, żebym był? - zainteresował się gwałtownie Fimbul.
- Hmm... cóż... wszyscy inni już sobie poszli - oznajmiłam mu i wreszcie się roześmiałam.
- Tak też właśnie myślałem - z filozoficznym spokojem stwierdził Fimbul.
- A tak poza wszystkim, miałam ci powiedzieć, że nie możemy już więcej rozmawiać. Najlepiej by było, żebyś zniknął z mojego życia.
- Dlaczego?
- BO MI ZAWYŻASZ STANDARDY! I potem z nikim nie mogę się dogadać, bo prawie każdy wydaje się mniej inteligentny niż ty!

I Fimbul dostał ataku śmiechu ;).

czwartek, 25 października 2007

387. sen zimowy

2007-10-25 22:22:57
Pogoda mnie nie nastraja twórczo.
A właściwie inaczej - twórczo mnie nastraja, owszem, ale jednocześnie nakazuje spać. Całymi godzinami, całymi dniami (żeby tak się dało...), całymi tygodniami.
Sen zimowy wydaje mi się teraz największym osiągnięciem przyrody. W związku z tym na gg mam ustawiony od dawna opis "śpię / SEN ZIMOWY".
I nie mogę się doczekać przestawienia czasu na zimowy, bo pośpię sobie godzinę dłużej.
Czy to znaczy, że jestem stara? Czy tylko - że przemęczona?

- Jak się czujesz w ogóle? - zapytała Mrówka z troską Zadrę.
- Generalnie może być, dzięki. W poniedziałek wracam do pracy.
- O ranyyy... to za długo sobie nie poodpoczywałeś - zmartwiła się Mrówka.
- No jak nie? - zdziwił się Zadra. - Trzy tygodnie zwolnienia! Ty naprawdę w sen zimowy zapadłaś, czy jak?

środa, 24 października 2007

386. biblioteka w Jaworznie

- Widzieliście kiedyś głupka? - zapytała Mrówka, wpadając wczoraj do domu.

Ale od początku.
Rano pojechałam sobie do Katowic.
Ponieważ im zimniej, tym większa szansa, że nie przyjedzie autobus, stałam sobie 20 minut w deszczu (ZIMNYM), czekając na powrotny. Na przystanek wybiegłam tak, żeby czekać najwyżej 15 sekund...

W każdym razie przyjechałam do domu na ostatnią chwilę przed obiadem i dostałam awizo z poczty. Po obiedzie pojechałam więc do centrum po książki. Rzuciłam przez ramię "zaraz wracam", popędziłam na przystanek, biorąc ze sobą tylko awizo, bilet miesięczny i dwie chusteczki. I parasolkę.
Nie miałam zegarka, bo mi się zepsuł ostatnio i nie mam czasu nic z nim zrobić.
Nie wzięłam telefonu, bo i po co, skoro zaraz wracałam.
Nie wzięłam portfela z takich samych względów.
Dotarłam do centrum, odebrałam książkę i wracam.
W centrum układ jest taki:

POCZTA - PRZYSTANEK - BIBLIOTEKA

jedno przy drugim.
Na przystanku okazało się, że nie mam autobusu, dopiero za dwadzieścia minut. Godzinę sprawdziłam sobie na poczcie. Postanowiłam przejść się pod bibliotekę.
Przeszłam i z nudów przeczytałam wystawiony za szybą plan imprez bibliotecznych do końca października.
I zobaczyłam, że za godzinę mam w bibliotece spotkanie klubu książki. Spotkanie, na którym mi zależało. Do tej pory żyłam w przekonaniu, że mam do niego jeszcze kilka dni i nawet nie sprawdzałam, kiedy jest.
Nagle zaczęło mi się trochę spieszyć.
Gdybym miała komórkę, zadzwoniłabym do domu, że zamiast za pięć minut, wrócę za trzy godziny.
Gdybym miała pieniądze, mogłabym sobie kupić w jakiejś knajpce coś gorącego do picia.
Zresztą, pal sześć, mogłam wejść do biblioteki i naciągnąć na herbatkę moje znajome, które tam pracują. Zrobiłyby mi.
Ale nie mogłam zmienić butów na suche. A te, w których biegałam cały dzień nasiąkły mi wodą tak, że równie dobrze mogłabym po tym zamarzniętym deszczu chodzić boso.

Sprawdziłam, że mam szansę dojechać do domu, przebrać się i wrócić.
Autobus przyjechał w miarę punktualnie.
Z przystanku do domu biegłam.
Wbiegłam i zasapana poinformowałam w progu mamę:
- Widziałaś kiedyś głupka? Bo jak nie, to masz teraz dziesięć minut, żeby mi się przyjrzeć.
(dowiedziałam się, że przecież widzą mnie w domu codziennie, to już się zdążyli naprzyglądać.)
Przebrałam się, zabrałam torebkę i pobiegłam na autobus w kierunku centrum.
Wróciłam w to samo miejsce, w którym byłam chwilę wcześniej. Ale z o wiele mniejszym poczuciem własnej wartości.

wtorek, 23 października 2007

385. moje przygody w mieście R. odcinek trzeci (czy tam czwarty)

O moich wyjazdach do miasta R. mogłabym już książkę napisać. Kiedy wczoraj opowiadałam Megi najnowsze przygody, ta parsknęła śmiechem, a potem powiedziała:
- Ty chyba na poczekaniu wymyślasz te historyjki, to niemożliwe, żeby ci się tak tydzień w tydzień coś takiego przydarzało.
A opowiadałam (tak jak i na blogu) tylko historie "dojazdowe".

Marzłam sobie na przystanku, kiedy na stanowisko 3. podszedł jeden z moich dawnych wykładowców, profesor L.
- Dzień dobry, panie profesorze! Pan też do Rybnika? - zapytała dziarsko Mrówka, poszczękując zębami. Profesor skinął głową. Mrówka rzuciła mu współczujące spojrzenie.
I w tym momencie nadjechał autobus, a właściwie AUTOBUS. Spełnienie marzeń - gdyby ktoś, oczywiście, marzył akurat o autobusie. Piękny. Biały. CZYSTY. Umyty, cichy i pachnący. Z przyciemnianymi szybami. Z elektroniczną tablicą, na której mrugał zachęcająco napis "Rybnik". Ciepły i połyskujący.
W dodatku przyjechał punktualnie.
Popatrzyłam na profesora L. ze zdumieniem.
- Coraz lepsze autobusy na tej trasie! - zauważyliśmy. - I w dodatku nie jest opóźniony!
Atmosfera radosnego oczekiwania trwała dwie sekundy. Autobus idealny już podjeżdżał na nasze stanowisko. Nie zmieniał napisu, nie mogliśmy więc mieć wątpliwości - przyjdzie (czy tam przyjedzie) nam odbyć przymusową podróż w warunkach komfortowych. W warunkach idealnych nawet.
I wtedy Autobus zatrzymał się i przepuścił karykaturę autobusu. Typowy PKS, stary, roztrzęsiony (szyby mu klekotały), brudny od spalin, warczący, hałasujący i dryndowaty... i z pustymi tekturkami zamiast nazwy miasta, podjechał na nasze stanowisko, kierowca otworzył zaś drzwi (czy może same się otworzyły?) i wrzasnął z całej siły:
- RYBNIK!
- Tak wygląda zderzenie marzeń z rzeczywistością - mruknęłam do profesora L.
Cóż było robić, wsiedliśmy.
Kierowca poszedł po tabliczki i zostawił otwarty autobus. Siedziałam w środku szczękając zębami (ogrzewania nie było, więc kiedy wysiadłam w mieście R., nie musiałam przeżywać termicznego szoku). Po chwili usłyszałam z głośników dworcowych:
- Autobus do Rybnika podjedzie na stanowisko trzecie.
Autobus pasował (no, umownie pasował, powiedzmy, że można to nazwać autobusem, bo miało koła), stanowisko trzecie pasowało. Nie grał mi tylko użyty w tej wypowiedzi czas... Siedziałam w autobusie, autobus stał na stanowisku trzecim i jako żywo nie miał zamiaru na nie podjeżdżać. Nawet kierowcy nie było.
Na szczęście kierowca wrócił, upchnął tabliczki tam, gdzie się zmieściły i ruszyliśmy.
Pojechał inną trasą niż zwykle, więc miałam wycieczkę krajoznawczą. Nie spałam, bo za zimno. A poza tym... przed nosem miałam przyklejoną naklejkę-ulotkę-reklamę "pół wieku PKS".
Oczywiście dostałam ataku śmiechu, bo przyszło mi do głowy, że przez te pół wieku nie zmienili taboru.
Dopiero na uczelni kolega ze studiów powiedział, że nie wiadomo, czy ta naklejka nie pochodzi z lat 90.
Ja przyjmowałam za pewnik, że jest z tego roku (taki rodzaj wzmocnienia autobusu od środka, żeby się nie rozpadł). Jak się okazuje - mogła być starsza :D.

Ale to nie wszystko, mówiłam przecież, że moje wyjazdy do miasta R. kończą się materiałem na książkę.

W Domu Kultury w Łaziskach Górnych odbywa się (widziałam szyld) wystawa kanarków kształtnych.
Całe szkolne życie przebyłam w przekonaniu, że BEZKSZTAŁTNE bywają tylko ameby. Nie wiedziałam, że kanarki też. Tak mnie wmurowało, że zapisałam tylko miejsce i nazwę wystawy, daty nie. Jeśli ktoś będzie chciał pojechać i zobaczyć na własne oczy kształtne kanarki, a potem podzielić się tu wrażeniami, to proszę kontaktować się z DK w Łaziskach Górnych.
A jeśli wystawa już była, to przepraszam ;) baneru nie zdjęli ;).

To nie wszystko.
Kiedy dojeżdżałam do własnego przystanku i dwie wieże Bazyliki w mieście R. było już widać na horyzoncie (a dwie wieże Bazyliki to dla mnie sygnał do wysiadania), kierowca odebrał telefon. I powiedział:
- Tutaj jestem! No w Katowicach!

Bardziej uwierzyłam Bazylice, wysiadłam. Obejrzałam otoczenie - byłam w mieście R.
Kierowca był w innej czasoprzestrzeni widocznie.
I zawsze twierdziłam, że ludzie przez wynalezienie komórek więcej kłamią.

niedziela, 21 października 2007

384. kto tu kłamie?

- Ale mam teraz ładny pulpit - pochwalił się Piotrek. - Z jabłkiem na środku. Jabłko jest niebieskie.
- Ktoś cię oszukał - wybiła go z zachwytu Mrówka. - Nie ma niebieskich jabłek.
Piotrek wyjaśnił, że firma Apple, bynajmniej nie spożywcza, ma niebieskie jabłka.
- Ale to się nie liczy! - upierała się Mrówka. - Zjadłbyś szarlotkę z niebieskich jabłek?
- Bardzo chętnie - odparł Piotrek. - Za to z brązowych bym raczej nie zjadł.

- Dyski zdefragmentowane - dodał po chwili.
- Biedne dyski... - zmartwiła się Mrówka.
- Czemu?
- Bo je zdefragmentowałeś. Jakbym była dyskiem, to nie wiem, czy by mnie to ucieszyło.
- Ale wymyślasz - zdenerwował się Piotrek. - Gdybyś się pofragmentowała, to za defragmentację byłabyś wdzięczna.
- Ale myślisz, że bym się zrosła z powrotem?
- Nie wiem. Ja tylko dyski umiem defragmentować, nie mrówki. Mrówek to nawet nie fragmentowałem.

I to mu się chwali ;)

piątek, 19 października 2007

383. błyskawiczna notka instant

Wsypać do wody i wymieszać.

Egzekutor wrócił z Cieszyna, z tej okazji wymyśliła Mrówka kawałek wierszyka powitalnego:




Z początku flesze, werbel trzaska,
tłum dziennikarzy tworzy szpaler.
I na ludowo, jak z obrazka
chleb, sól i panna. I kawaler.

I wstążek wielobarwna tęcza,
i głośno gra orkiestra dęta,
i dziecko bukiet kwiatów wręcza,
i uroczystość rozpoczęta.

I są humory znakomite,
i jest też pełno w kuflach piwa.
No i dygnitarz jest z odczytem.
I też okrzyki są (na wiwat).


Egzekutor był w Cieszynie,
teraz wraca - serca w górę.
niechaj pieśń radosna płynie,
niech rozbrzmiewa kalamburem
(wiedzą satyryczne bogi,
że kalambur to ubogi
i nie mówię wcale, że nie...)
Cieszył Cieszyn się szalenie,
że tam Egzekutor wpadł.
I pomyśleć aż się lękam,
jak by brzmiała ta piosenka
gdyby zwiedzić chciał Kraj Rad...

czwartek, 18 października 2007

382. awantury

- Moja pani promotor zrobiła mi awanturę, że się u niej nie pojawiam - wyznała mi ostatnio M.
- No żeby tak mój Promotor kiedyś mnie zrobił... - westchnęła Mrówka.

poniedziałek, 15 października 2007

380. w krainie absurdu

Dojazd do miasta R. to zawsze loteria.
Bywa, że loteria inspirująca.
Rano przyjechał PKS, spóźniony o dobre 10 minut.
Ponieważ marznę, kiedy tylko temperatura powietrza spadnie poniżej 20 stopni, możecie sobie wyobrazić, jak się czułam.
Jak pojemnik na lód do whisky.
Przyjechał spóźniony PKS, kierowca otworzył drzwi i wrzasnął:
- Co to, k***, pół godziny w korku stałem!
Miałam szczerą ochotę odwrzasnąć, że przynajmniej, k***, było mu ciepło, ale zajęłam się szczękaniem zębami.
Pojechaliśmy.
Pan Kierowca bardzo wziął sobie do serca wszelkie porady co do zachowania odległości między pojazdami. Kiedy stał w kolejnym korku, zatrzymywał się na 10 metrów przed innymi samochodami.
Wyprzedzały nas średniej wielkości CIĄGNIKI.
Tylko patrzyłam, czy kierowcy, wzorem autobusów komunikacji miejskiej, nie pozdrawiają się wzajemnie (to znaczy Nasz Pan Kierowca Już Opanowany i kierowcy ciągników).
Na widok znaku "uwaga, fotoradar, zwolnij" dostałam ataku śmiechu. BARDZIEJ zwolnić się nie dało. Na pustej drodze jechaliśmy jakieś 15 km/h.

Poza tym dowiedziałam się, że jedno z miast leżących na trasie jest monitorowane KAMERAMI.
Moje chyba monitorami w takim razie, bo tego nikt na jaworznickich tablicach nie sprecyzował.

A potem, po wszystkim, już w domu zaskoczył mnie edytor tekstu.
Napisałam "4400 liter". Jako ilość LITER.
Edytor zaproponował mi przelicznik:
4400 liters - 1 162,10 gallons

i zapytał "czy chcesz usunąć tag INTELIGENTNY?"

Może i jestem zmęczona.
Ale to mnie zdecydowanie przerosło. Idę spać.

niedziela, 14 października 2007

379. NIKe

Przez pewien czas cały korytarz jednego z szacownych wydziałów żył zaliczeniem, które M. musiał uzyskać z kultury literackiej.
Po zwycięskiej potyczce M. wyszedł z sali i zdawał nam raport.
Powiedział, że został zapytany o to, kto cztery dni temu (notka z poślizgiem) dostał nagrodę NIKE. Odparł, że nie ma pojęcia. Na wieść, że przecież była o tym mowa i w telewizji i w internecie odrzekł M. dzielnie, że nie miał pojęcia, bo przez ostatnie dni uczył się pilnie, żeby zdać kulturę literacką.

O, ironio losu ;).

sobota, 13 października 2007

378. pokolenie sms

2007-10-13 19:50:24
Siedzieliśmy sobie z Damianem na ławce. I wymienialiśmy się numerami telefonów. W związku z tym siedzieliśmy razem, ale każde wpatrzone we własny aparat.
Przyszedł Sal.
Obejrzał nas z zainteresowaniem.
Zastanowił się.
I zapytał:
- Piszecie do siebie smsy? Trochę to nieekonomiczne...

środa, 10 października 2007

377. kotek siostry Arturka

Wczoraj wieczorem umówiłyśmy się z Patiinką, siostrą Arturka, na ploty. Drzwi otworzyła mi Pysia, druga (najmłodsza) siostra Arturka, z maleńkim kotem na rękach.
- Jakiiii słoooooodkiiiiiii! - zawołała Mrówka i zaczęła natychmiast drapać kotka za uchem, głaskać po nosku, mierzwić futerko na karku i ogólnie zajmować się zwierzątkiem. Kotek (właściwie kotka) zaczął z zainteresowaniem przyglądać się Mrówce, próbował pacnąć ją łapką, trącić pyszczkiem, a wreszcie - zaczął lizać.
- Liże mnie właśnie - poinformowała z zachwytem Mrówka Patiinkę, kiedy weszły już wszystkie z kotem do pokoju.
- Na razie cię liże - mruknęła Patiinka. Co jeszcze wcale nie zabrzmiało złowieszczo. Kotek wyglądał jak jedna trzecia normalnego kota, był mały, szary i słodki. I czasami popiskiwał zamiast miauczeć. Mrówka rozpływała się w zachwytach. Patiinka i Pysia wyszły na chwilę.
Kotek, puszczony luzem, usiadł na podłodze koło Mrówki. Mrówka natychmiast przykucnęła przy nim. Kotek z zaciekawieniem podniósł łebek i uważnie przyjrzał się Mrówce. Jeden skok - i już był na tapczanie, na którym Mrówka opierała się łokciem. Nie spuszczał przy tym Mrówki z oczu.
Zafascynował go kolczyk Mrówki. Jak zahipnotyzowany (kotek, nie kolczyk) zaczął się wspinać po ramieniu Mrówki, wpatrzony w jej głowę. Wspiął się i zrezygnował z zamiaru zabawy kolczykiem, próbował mnie za to polizać w ucho.
Potem zeskoczył na ziemię i spodobały mu się napy w dżinsach Mrówki.
Najpierw bez uprzedzenia wskoczył na Mrówkę, rozcapierzył pazurki, przewrócił się na Mrówki kolanach na bok i próbował ugryźć ją w dżinsy.
Mrówka zdjęła go z siebie i postawiła na podłodze.
Kotek wykonał natychmiastowy obrót i znowu wskoczył na Mrówkę, z zamiarem zjedzenia jej.
Mrówka odstawiła kotka na podłogę.
Kotek wskoczył.
Mrówka odstawiła.
Po chwili do pokoju wróciły siostry Arturka i przyniosły ze sobą kłębek wełny. Kotek zajął się wełną.
Dziewczyny wyszły.
Kotek poszedł za nimi. W progu pokoju zatrzymał się. Zastanowił (jakby był w komiksie albo w kreskówce, to pojawiłaby mu się nad łebkiem narysowana żarówka). Powoli się odwrócił, zobaczył siedzącą pod oknem Mrówkę.
W oku mu błysnęło.
Rozpłaszczył się na podłodze i zaczął się skradać, cały czas przyglądając się Mrówce uważnie.
Skradał się przez pół pokoju (nie wiem, czy mu się wydawało, że jak się tak skrada, to go nie widzę, czy co...), a w połowie pokoju podskoczył i w takich podskokach świerszczo-kangurzych dopadł Mrówkę.
Wlazł jej na kolana i próbował ugryźć w spodnie. Bokiem.
Mrówka odstawiła kotka na podłogę.
Wróciły dziewczyny, rozmawiamy sobie, kotek się znudził i wyszedł.
Stał w przedpokoju, kiedy Mrówkę podkusiło i delikatnie podrapała małym palcem w oparcie tapczanu.
Kotek pobił rekord prędkości. NATYCHMIAST znalazł się na Mrówce i próbował ugryźć ją w palec.
Wyturlał kłębek wełny do przedpokoju i pobiegł za nim.
Cisza i spokój.
Mrówka delikatnie pociągnęła za koniec nitki. W przedpokoju coś gruchnęło.
Poszłyśmy zobaczyć, co się dzieje.
Kotek stał przy drzwiach, pod którymi zaczepiła się nitka i pilnie ją obserwował. Chyba wskoczył na framugę, żeby złapać uciekającą wełnę...

Kiedy wreszcie się zmęczył i poszedł spać, wygłaskałam go za wszystkie czasy.
Na wszystko znajdzie się sposób ;).

wtorek, 9 października 2007

376. smsowa rozmowa

2007-10-09 22:58:25
Przeżyłam.
I nawet lepiej się czuję.

Wczoraj rozmawiałam smsowo z bratem.
- Dobra, bracie, będę kończyć rozmowę, bo dochodzę do przejścia dla pieszych i muszę się skupić, żeby mnie nic nie przejechało - powiedziałam do słuchawki, kiedy szłam sobie na dworzec w R. - A potem muszę zacząć myśleć, w którą stronę skręcić i kiedy, więc łatwo nie będzie - dodałam. Brat się zaśmiał.
20 minut później wysłałam mu smsa:
- Jestem na dworcu pks. Trafiłam.
- Ale pewnie busa nie masz - odpisał brat.
- Mam! Za 10 minut! - odparłam.
- To pewnie się spóźni - odrzekł mój brat-sceptyk.
- Spóźnił się. 7 minut. Pewnie dlatego, że to pospieszny - przyznałam mu rację, już z busa. - Ale trzęsie.
- Bo w busach tak zawsze.
- Nie, bo tu na dworcu nie ma asfaltu tylko piasek ubity.
- Bo tam asfalt na noc zwijają - odpisał mi brat po konsultacji z mamą.
- Na dzień też. Stoję w ogromnym korku i czekamy na asfalt zdaje się - zauważyłam po chwili.

Kierowca busa wyciągnął telefon i powiedział koledze, że jedzie objazdem, poleconym przez znajomego kierowcę. Bo na zwykłej trasie miał być korek. Ale na objeździe też jest.

Wesoło było.

niedziela, 7 października 2007

375. hipocośtam

Medycyna idzie do przodu.
Lekarze strajkują, bo chcą podwyżek.
Uczeni potrafią wyhodować żabę. Przezroczystą.
Ale nikt, nikt absolutnie nie umie odkryć lekarstwa na katar.

W związku z tym siedzę w golfie i polarze, trzęsę się z zimna, zalewając się potem, przez zmrużone oczy widzę w oddali majaki przybierające kształty kaloryfera (no dobra, kaloryfer widzę na jawie. GORĄCEGO kaloryfera).
Jutro wstaję o piątej. W nocy. Jakby się tak dobrze zastanowić, to właściwie ZARAZ muszę wstać. Może lepiej się nie kłaść?
Wychodzę z domu o szóstej.
Wrócę - jak przypuszczam - koło 21.
I to wszystko bez możliwości oddychania.

I to dopiero będzie zabawne.

sobota, 6 października 2007

374. Olek z indeksem

2007-10-06 19:01:09
Siedzimy sobie na miniwydziałowej inauguracji roku. Ja, Magda, Piotrek i Ania od Piotrka (to znaczy: Ania od Piotrka to nie przydomek jak Jan bez Ziemi, tylko żeby się te Anie na blogu nie pomyliły. Ania od Piotrka jeszcze tu nie występowała).
Siedzimy.
Pan Dziekan wręcza indeksy.
Wręcza.
Miałyśmy już swoje indeksy (Piotrek jeszcze nie), kiedy zauważyłam smutną minę Olka.

Olek przyszedł później niż my, więc siedział w innym końcu sali, chociaż przy tym samym, okrągłym stole (władowaliśmy się na miejsca przy stole, nie - jak większość - pod ściany, bo lubimy luksus i nie boimy się odpowiedzialności, ha ;)).
Siedział Olek i minę miał ponurą.

Dawno temu to Olek nauczył nas tworzyć historyjki mało prawdopodobne, chociaż wiarygodne. Im mniej prawdopodobne, tym bardziej trzeba się było starać, żeby je uwiarygodnić.
Pobawiłam się i teraz.
- Popatrzcie - szepnęłam do Ani od Piotrka, Piotrka i Magdy. - Olek jest smutny. Chyba nie dostanie indeksu.
Przyjrzeliśmy mu się w milczeniu.
Olek siedział spokojnie, a na jego twarzy nie malował się wcale smutek. Musieliśmy jednak udawać, że tak jest. Każdy gest Olka musieliśmy od teraz interpretować zgodnie z naszym wymysłem.
- Faktycznie - zatroskała się Magda.
- Mnie się wydaje, że on nie dostanie indeksu - powiedziałam. - Pan Dziekan stwierdził, że nie będzie go przyjmował na studia, tylko jeszcze nikt Olka nie uprzedził. I on teraz biedny siedzi i czeka...
Znowu spojrzeliśmy w stronę nic nie przeczuwającego Olka.
Kupka indeksów na stole przed Panem Dziekanem malała. A Olka nikt nie wywoływał po odbiór dokumentu.
Biedny Olek...
- Biedny Olek... - zaczęliśmy kiwać głowami. - Nawet za daleko siedzi, żeby go jakoś pocieszyć...
Nakręciliśmy atmosferę (no dobra, ja nakręcałam ;)). Aż w końcu, kiedy w naszych oczach Olek stracił już nadzieję na uzyskanie indeksu, wyczytali go!
Radość nasza nie miała granic!

***
- I kiedy wyszedłeś na środek po swój indeks, chcieliśmy ci zacząć bić brawa! - relacjonowała Mrówka Olkowi całą (naprawdę całą, inaczej by nie było zabawy) historię.
- To TRZEBA BYŁO! - odparł Olek.



A przy okazji rozmowy o Olku okazało się, że "mnie już trzeba uśpić".
- Piotrek, ty znasz Olka, prawda? - upewniłam się.
- Znam, chodziliśmy razem na dialektologię.
- Ej!!! Ale to ja z Olkiem chodziłam na dialektologię! Byłeś w tej grupie?
- Tak.
- Hmmm... Piotruś, ale tam było chyba tylko 8 osób... gdzie siedziałeś?
- Pod oknem. W TYM SAMYM RZĘDZIE, CO TY!

Pod wieczór przypomniałam sobie, że wtedy siedzieliśmy w trójkę w jednej ławce - ja, Olek i Piotrek.

czwartek, 4 października 2007

372. warto wiedzieć

2007-10-04 22:29:01
"Palący się student powinien bezzwłocznie i bezwzględnie opanować chęć natychmiastowej ucieczki"

z wyciągu BHP na jakimś kierunku studiów.
Brat mi przed chwilą to powiedział (bo dowiedział się od koleżanki i tak mu się to spodobało, że sobie zapisał).
Ciekawe, czy palący się student pamięta o swoich powinnościach?

Ja bym uciekła. Bezzwłocznie i bezwzględnie.

środa, 3 października 2007

371. interesy

2007-10-03 21:02:54
Na pierwszych zajęciach ze studentami Piotrek zapytał, jak wymawiają słowo "gęś".
Kiedy poinformował mnie o tym, oczywiście natychmiast zaczęłam przed komputerem sprawdzać, jak ja to wymawiam. Dobrze, że siedziałam we własnym pustym pokoju, przynajmniej nikt mnie nie posądził o pomieszanie zmysłów (no bo co byście powiedzieli o osobie, która siedzi i powiedzmy, że pracuje, a nagle zaczyna mówić do siebie "gęś" na różne sposoby?)
- I powiedzieli, że wymawiają to jako [gei`ś] - relacjonował mi Piotrek.
- Oszukują cię, mam wrażenie - odparłam. - Ja tak nie wymawiam. Ale wiesz, zawsze byłam wyjątkowa.
- A jak wymawiasz? - zainteresował się Piotrek.
Sprawdziłam raz jeszcze.
- Przez u`! Mogłabym przez i, ale to nienaturalnie wychodzi!
- A powiedz mi, czy to twoje u jest zaokrąglone czy płaskie?
Po raz kolejny zwymyślałam się na głos od gęsi.
- Płaskie - odpisałam.
- No widzisz i też się z tym zgadzam! - pocieszył mnie Piotrek. - Badania nad wymową kontekstu sęs wykazały właśnie taką wymowę.
- A mnie nikt nie badał - zmartwiła się Mrówka. - Znaczy, że standardowa jestem po prostu...
- Ja cię mogę kiedyś przebadać, gdybym się wziął za badania fonetyczne - zaofiarował się Piotrek.
- Możesz. Będzie bolało?
- A masz jakieś szczególne życzenia co do kawy? Tzn. badań? - zainteresował się Piotrek.
- Nie mam.
- To chyba nie - odpowiedział na moje pytanie (swoją drogą - dlaczego CHYBA?). - Podetknąłbym ci tylko ten... mikrofon z gąbką.
- Dlaczego z gąbką? Żeby nie bolało? - zapytałam naiwnie, testując wytrzymałość Piotrka.

A w ogóle wiszę mu już jedną herbatę, więc będzie wesoło ;). Jakbym wpadła na pomysł przeprowadzenia badań satyrycznych, to z kolei Piotrek byłby jednym z głównych obiektów, więc wszystko się ładnie łączy.

Przy okazji współpracy naukowej ze wszystkimi jak leci - rozmowa z Salem.
Podrzucił mi cytat o mrówkach.
- Dzięki! - odpisałam z uczuciem.
- 5 zeta - odparł Sal.
- A piszesz już pracę? To znaczy - czy piszesz ją teraz na kompie?
- Tak.
- Bo wykryłam w ramach własnych zajęć fajny sposób na przyspieszenie roboty! - powiedziałam mu. Podałam ten sposób, a Sal:
- Dobra, to daruję ci te 5 zeta!

tak się robi interesy ;)

wtorek, 2 października 2007

370. drogi panie z telewizji

Olek przesiaduje teraz całymi dniami w telewizji i zgłębia tajniki. Niejedną historyjkę mógłby opowiedzieć (gdyby nie to, że to mój blog, ha! ;)). W każdym razie poprosiłam go, żeby - jeśli mnie gdzieś zobaczy - nie przeprowadzał ze mną wywiadu.
- Dzisiaj interweniowałem w B. w sprawie demontażu blaszanych garaży - poinformował mnie niedawno, dumny i zadowolony. Potem powiedział, że nie chce być dziennikarzem pracującym przy newsach (ja to wiem i bez praktyk w tv ;)). A dzisiaj zapytał:
- Słyszałaś ostatnio o czymś ciekawym?
- Takim, żeby się nadawało do telewizji? Bo jeśli nie, to ja jestem ciekawa.

Nie sądzę, żeby w czymś mu to pomogło.

W sumie to mu współczuję znajomości ze mną ;D.

O, przed chwilą powiedział, że do reportażu musi znaleźć jakiś absurd prawny, aferę albo wyjątkową osobę.
Oczywiście powiedziałam, że z wyjątkową osobą mogę mu pomóc.
ZIGNOROWAŁ TO.

środa, 26 września 2007

368. notka (prze)łomowa

1) zagadka:
Wczoraj Mrówka nie miała internetu (stąd też brak notki przy obfitości materiałów na nią... na notkę, nie na Mrówkę). W związku z tym brakiem napisała do Slka smsa:

Fraszka przedstawiająca aktualny stan komputera Mrówki:
Net?
Niet!

Pytanie: jakie dzieło zainspirowało Mrówkę do stworzenia własnego?

2) notka:

Pierwszy dzień wakacji.
Znaczy, nie to, że oszalałam i uważam, że dzisiaj jest pierwszy dzień wakacji (ale byłoby miło, nie? ;)), tylko mam notkę z pierwszych dni wakacji, a do tej pory nie było kiedy jej zaprezentować na blogu.
Szła sobie Mrówka katowicką ulicą... no dobra, nie bądźmy drobiazgowi, szła sobie chodnikiem. Katowickim. Słuchała sobie muzyki [dygresja: kiedyś leciałam na autobus z słuchawkami od mp3 na uszach, pogłaskałam jakiegoś psa, bo mi akurat do ręki sięgał i sam się nawinął, a właściciel tego psa rozpromienił się i zapytał: co grają? Zdziwiłby się, gdybym mu powiedziała, że to składanka kabaretowych piosenek, od Komuno wróć w pierwotnym wykonaniu począwszy, po Hi Fi z No co ty robisz].
Szła więc sobie Mrówka katowickim szlakiem i słuchała muzyki (celowo to powtarzam, żebyście nie musieli wracać do odpowiedniego miejsca w tekście i sobie przypominać, o czym pisałam, nie przez sklerozę). Szła, słuchała i nawet wygrzewała się i opalała na słońcu. Szła sobie Mrówka wielofunkcyjna i dumna, że tyle czynności naraz potrafi wykonać..
I nagle przed nią pojawiły się cztery dziewczyny, idące wprawdzie w tym samym kierunku, ale jakieś cztery razy wolniej niż Mrówka. Cztery dziewczyny zajmowały cały chodnik. Calutki (wszerz, dodam, jakby ktoś miał zbyt bujną wyobraźnię).
Mrówka od razu odrzuciła metodę najprostszą, czyli huknięcie "przepraszam", odsunięcie sobie jednej z dziewczyn, uczynienie w ich murze przerwy o szerokości Mrówki i przedarcia się siłą. Bo akurat nie była w nastroju czołgowym, a kontemplacyjnym. Zwolniła i zastanowiła się, jak też poradzą sobie inni.
Gdyby ktokolwiek chciał się przebić przez te dziewczyny, musiałby albo
a) chwycić się wystających części kamienicy katowickiej i przejść po ścianie, co Mrówka odrzuciła z uwagi na stan elewacji - nie miała zamiaru zwalać sobie na głowę tony tynku, a że nie umie też chodzić po ścianach - z pomysłu zrezygnowała bez żalu,
b) zastosować manewr wykonany przez Hilary Swank w którejś tam części Karate Kid, czyli wykonać skok tygrysa na maskę jakiegoś samochodu ograniczającego chodnik od drugiej strony - co Mrówka odrzuciła z uwagi na brak wprawy i funduszy na pokrycie ewentualnych strat.

Mrówka zwolniła i wtedy wyprzedził ją pewien pan.
Pan w wieku "pod sześćdziesiątkę", elegancki. W garniturze i z teczką. Spieszył się i ani myślał zwalniać.
Ryknął "przepraszam", chwycił jedną z dziewczyn (które nawet go nie usłyszały) za ramię i odstawił na bok, drugą chwycił w pasie i też przesunął, po czym powiedział:
- Przepraszam, ale idą panie całą szerokością chodnika!
No spostrzegawczy... też to zauważył!
"Panie" się obraziły. Nie żeby za "panie", chociaż może też, tylko bezczelny przechodzień wdarł się im w sam środek piskliwie prowadzonej rozmowy. Śmiał im przerwać!
Obrzuciły go pogardliwymi spojrzeniami.
- A jak inaczej mamy iść? - zapytała gniewnie jedna z nich.
- Racja - powiedział pan, a mnie zatkało, bo tego się po nim nie spodziewałam. Ale pan dodał jeszcze ze współczuciem: - Jak się ma takie szerokie tyłki...

I przedarł się, korzystając z ich zaszokowania, przez uczyniony przez siebie wyłom, a za nim przeszłam przez ten sam wyłom i ja, i rozpłakałam się dopiero kilkadziesiąt kroków dalej.

sobota, 22 września 2007

365. ze świnką Marzenki

Z Marzenką znamy się od podstawówki (chyba...), ale dopiero w LO trafiłyśmy do jednej klasy. Od dawna Marzenka proponowała, żebym wpadła do niej, pobawić się z jej nową świnką morską.
Ostatni raz zabawa ze świnką skończyła się ponad setką zdjęć, bo poszłam uwiecznić zwierzaka na fotkach. Teraz Marzenka ma nową świnkę...
Zadzwoniłam do niej (jakbym nie mogła wrzasnąć przez okno... Marzenka mieszka w bloku naprzeciwko, tylko na drugim piętrze. A ja na czwartym ;)). I umówiłyśmy się, że Marzenka napisze mi w mailu, kiedy mam do niej przyjść.
O 18 odebrałam maila "wpadnij do mnie o 17".
Tja...
Za chwilę Marzenka napisała znowu. Żebym przyszła. Ubrałam się, porwałam aparat i stwierdziłam, że idę zrobić ze dwa zdjęcia zwierzątku.
- Szybciej by było, jakby Marzenka otworzyła swoje okno, ty swoje, mogłabyś przeskoczyć - stwierdziła mama, przyglądając mi się krytycznie, bo zaplątałam się w sznurówkę.
- Cholera, wiążę buty, wejdę do Marzenki, będę je musiała zdjąć, zaraz wracam do domu, bo mecz jest, więc znowu będę musiała zawiązać... - mruczę pod nosem zdenerwowana.
W klatce Marzenki zaskoczył mnie domofon. Wyciągam telefon i dzwonię.
- Marzenka? Słuchaj, jaki ty masz właściwie numer mieszkania? Bo stoję pod drzwiami w twojej klatce i nie wiem, pod co zadzwonić.

Przyszłam do Marzenki i zaczęła się zabawa z jej świnką.
Kocham świnki morskie (miałam kiedyś podobną nawet). Zdjęć nam wyszło około 140 ;). W pewnym momencie świnka Marzenki... hmm... zapaskudziła parkiet. Marzenka wyszła po papierowy ręcznik.
Wróciła zapłakana.
Rzuciła się na łóżko i płakała.
Ciągle.
Bez przerwy.
Przeczekałam (świnka zresztą też).
Wreszcie Marzenka odzyskała głos.
- Poszłam po ręcznik - machnęła trzymanym w ręku kłębkiem jednorazowych ręczników. - I powiedziałam: "zsikała się". A moja mama na to zapytała, kto...







tak na wszelki wypadek dodam, że ja nie ;).

czwartek, 20 września 2007

365. ideały

Ta wczorajsza dyskusja z okropnym ML miała oczywiście dalszy ciąg, ale urwałam w korzystnym dla siebie momencie.

Kiedy Mrówka prychnęła, że puenty się Markowi rzadziej zdarzają (niż linijki), ML parsknął:
- To wszystko co wielkimi literami to PUENTA!
Mrówka w odpowiedzi poturlała się ze śmiechu emotką :rotfl:
- POTRAKTUJĘ TĘ EMOTĘ JAKO PRZEPROSINY, WIEM JAK ONE CI TRUDNO PRZYCHODZĄ - złościł się ML.
- No dobra - uległa Mrówka. - Przepraszam. Że mam lepsze puenty.
- KIEPSKI ŻART - odparł rozsierdzony ML. - Wpisz se go do Rewii. Będzie się świetnie komponował!

On zapomniał, KTO będzie ilustrował Rewię... A poza tym dalej się łudzi, że mu zapłacę ;D. Hihi ;D.

A tak przy okazji - powiedziałam coś Ani Szczepanek o Czterech Pancernych.
- Lubię ten serial - powiedziała Ania.
- Ja też!
- Ech... Janek Kos... się mi kiedyś podobał, jak byłam w podstawówce - rozmarzyła się Ania.
- Mnie też... - zawtórowała jej Mrówka.
- Mrówka, czy zauważyłaś, że po raz pierwszy nam się podoba ta sama osoba? - zdziwiła się Ania, bo zwykle ja krytykuję jej ideały (urody męskiej), a ona moje. I wykłócamy się do upadłego, bo mnie się jej wybrańcy (ze świata sportu na przykład) wydają zbyt młodzi, a jej moi - za starzy.
- Zauważyłam. A wiesz, jaki szok przeżyłam, jak któregoś dnia pokazali Pancernych po latach? - wywnętrzyła się Mrówka. - Ja się zachwycałam serialem, czytałam Przymanowskiego równolegle, a tu w jakimś programie wystąpili aktorzy z Pancernych po kilkudziesięciu latach... i tylko po głosach można ich było poznać!
- Mrówka... my też kiedyś takie będziemy - powiedziała mi Ania.
No nie ma jak pociecha na starość, naprawdę...

środa, 19 września 2007

364. koszt sławy

- Nie będzie ci brakować moich komentarzy? - zapytałam Marka Lenca, który założył sobie nowego bloga gdzieś, gdzie nie mam konta. - Subtelnych i tego... ładnych?
- Hmm, gdzie napisałaś mi ten komentarz, o którym mówisz? - zainteresował się gwałtownie ML. - Bo pięknych, subtelnych i tego... ładnych... w twoim wykonaniu nie widziałem...
- No bo to jest taki idealny komentarz, który chciałabym kiedyś zamieścić!

Zawsze, kiedy ML mnie irytuje, odpowiadam mu pełnym pogardy "pfffff". Ostatnio nie trafiłam w odpowiednie klawisze.
- Pdffff - napisała Mrówka.
- Pdffff? Seplenisz? - przyczepił się od razu ML. - Czy coś ci spadło na klawiaturę? Coś ciężkiego... głowa? Nie... głowa pusta... nie byłaby chyba tak ciężka... - zastanowił się. A zaraz potem dodał - Matko, czy ja ci znowu notki nie podrzucam?

- Pewnie znowu wycinasz mnie do notki - powiedział mi wczoraj. - Muszę sobie normalnie wierszówkę zażyczyć. Wolisz od linijki czy od puenty?
- Od puenty - odpowiedziałam mu natychmiast. - Bo ci się rzadziej zdarzają.

Ha ;)

sobota, 15 września 2007

362. mail do Bossa

Ania (Szczepanik) kleciła maila do Bossa. I zastanawiała się, jak się Bossowi przedstawić, żeby ją skojarzył. Mrówka miała potem maila przeczytać i zaakceptować, była więc informowana na bieżąco o postępach w pisaniu.
- Daj mi 10 minut - poprosiła Ania. - Bo potrzebuję 2 minut na opisanie problemu i 8 minut na przedstawienie się w jakiś sposób.

A potem jeszcze powiedziała:
- Stresuję się. Nie lubię pisać do kogoś, kogo nie znam, ale kogo dopiero poznam, bo wolę pisać do kogoś, kogo nie znam, ale nie muszę poznawać, albo do kogoś, kogo znam.

Już nie wnikam, do której grupy zaliczyła Bossa... na wszelki wypadek ;)

czwartek, 13 września 2007

360. like Shakespeare

Piotrek ofiarnie rozmawia ze mną codziennie po angielsku. Aż mu współczuję i postanowiłam napisać dla niego jakiś wierszyk. Inspiracją była wczorajsza wieczorna dyskusja o łazienkach.
- Small doesn't mean worse - powiedział mi Piotrek i oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Nasze poczucie humoru ma ten sam kierunek i ten sam zwrot, tylko że Piotrkowe jest znacznie większe.

"Small doesn't mean worse" - chodziło mi po głowie cały dzień, aż przekuło się w "the size is not important".
Pomysł na wierszyk zaistniał: rozmiar jest nieważny. W takim razie nie powinno mi przeszkadzać, że Piotrka IQ jest znacznie większe niż moje... Mogę go lubić mimo że jest mądrzejszy ;). Chociaż czasami mnie to drażni ;). Oczywiście drażni tylko w puencie tekstu, nie w rzeczywistości.

Nie chciało mi się liczyć sylab (a od 1,5 godziny dyskutujemy na gg po angielsku między innymi o długościach samogłosek, wymowie itp.), więc posłałam mu tekst bez przeróbek:

I know you have a high IQ
though my one's tiny - I like you

my IQ is thin and small and short and...
but if the size's not important...

I know my IQ is too small
Your is the biggest - that is all!

there's new idea in my minds eyes:
that SOMETIMES is important size...

Reakcja Piotrka była nawet pocieszająca, więc sobie ją przytoczę:
- I see U're trying to change the ordinary syntax. Shakespeare did the same.

Ha! ;)

środa, 12 września 2007

359. w biegu

Marek Lenc wrzucił sobie jakiś czas temu na gg opis: "Onet też poleca..." i dalej adres swojego bloga.
- TEŻ poleca - prychnęła wzorem Bossa Mrówka. - Jakby ktoś jeszcze polecał!
- Już myślałem, że zaczepnie walczysz o temat do notki - odezwał się ML.
"Prorok jaki, czy co?" - pomyślała Mrówka.
- Nie, skądże! - zaprzeczyła kłamliwie.
- A już miałem trzy chamskie odzywki... - oznajmił ML. - Zaczynało się banalnie: SPADAJ INSEKCIE!
(...)
- Mnie możesz mieszać z błotem - poinformowała Marka Mrówka w dalszej części rozmowy.
- Na mieszanie ciebie nie muszę mieć specjalnego pozwolenia chyba? - upewnił się ML.
- Musisz, ale ci go udzielam.
(...)
- Robię książkę - poinformował Mrówkę ML. - Może chcesz napisać wstęp?
- Chcę! - podskoczyła Mrówka.
- Ale wstęp mam już od dwóch lat. To może napiszesz zakończenie?
- No dobra! Będzie się zaczynało "ten okropny i niedobry Marek Lenc..."

Nie spodobało mu się. W ogóle nie mam pojęcia czemu...



Poza tym podpadłam Salowi. I to miała być właściwa dzisiejsza notka.
Wczoraj wybiegłam z domu w ogromnym pośpiechu. Jechałam do Katowic, umówiona byłam z trzema osobami. Przy czym z żadną w konkretnym miejscu i o konkretnej godzinie - wszystkim powiedziałam, że powinnam być między 11 a 12, potem będę w pośpiechu wracać do domu. Sal wysłał mi nawet zamówienie w BŚ, żebym się wyrobiła (dzięki, Sal!)
Wybiegłam więc z domu, oczywiście lekko spóźniona (na dojście na przystanek potrzebuję 14 minut szybkim krokiem, wyszłam na 9 przed odjazdem autobusu).
W jednej ręce trzymałam torbę, w drugiej torbę z książkami dla Slka i Ani, w trzeciej pieniądze na bilet, bo jakbym miała szukać portfela przy kiosku, to nie wyrobiłabym się na pewno, w czwartej paczkę chusteczek, w piątej parasolkę, w szóstej odtwarzacz mp3, bo mi się zachciało słuchać muzyki, tylko nie miałam już jak go sobie wetknąć... (do uszu, bo ostatnio Piotrek ma cały czas skojarzenia różne). Drzwi od klatki otwierałam sobie nogą. Leciałam i modliłam się w biegu, żeby nikt mi teraz nie zadzwonił, bo musiałabym odebrać czułkiem. Albo czółkiem. Na jedno wychodzi.
Na szczęście wszyscy zaczęli dzwonić dopiero kiedy byłam w autobusie, kiedy wreszcie usiadłam i mogłam sobie kilka rąk (i plecy denerwująco-bolące) uwolnić od ciężarów i przedmiotów rozmaitych.
Najpierw Piotrek - przysłał mi smsa, że wprawdzie nie pamięta, jak w końcu się umówiliśmy, ale będzie o 12.
Potem Sal - zadzwonił po moim smsie, żeby powiedzieć, że zaczeka na mnie na dworcu.
Potem Magda, dla odmiany czekająca na wydziale.
Na przystanek przed dworcem Sal zadzwonił znowu.
- Jestem przystanek przed dworcem - odebrałam.
- Aha, to dobrze, bo myślałem, że cię nie widzę. To czekam - powiedział i rozłączył się.
Przyjechałam na dworzec, polazłam w umówione miejsce, rozglądam się - Sala nie ma. Wyciągam telefon i dzwonię do niego.
Połączenie odrzucone.
Stoję i bezmyślnie wpatruję się w telefon.
Podnoszę głowę - Sal siedzi sobie na przystanku i się śmieje. Ładny musiał mieć ubaw ;).
I jeszcze mi się oberwało, że ludzi nie rozpoznaję.

poniedziałek, 10 września 2007

357. bardzo wolny przekład własnej twórczości

Dalej się uczę angielskiego.
Wysłałam Fimbulowi własnoręcznie [;)] wymyślonego smsa:

I swear on my Ant-shaggy tail
I wish to get (a) Fimbulful mail
So when you get rest and be free
I hope you'll write a mail to me.

Właśnie spróbowałam go przetłumaczyć na polski. Po angielsku czasami łatwiej znaleźć rym ;)

Przysięgam na mój ogon kosmaty
maila bym chciała od ciebie, a ty
jak już odpoczniesz i wolny będziesz,
że ja chcę maila, miejże na względzie.

- Angielskie rymy były dokładniejsze - powiedział Piotrek.

Też fakt.

piątek, 7 września 2007

355. korzonki

W związku z tym, że od paru dni chodziłam z twarzą równolegle do podłogi, a w dodatku jakieś 30 centymetrów niżej niż zwykle, usłyszałam parę ciekawych komentarzy. Najważniejszy był taki, że jak się potknę i przewrócę, to upadnę na głowę.

Piotrek udzielił mi kilku cennych rad, które mogę stosować, żeby uniknąć problemów z korzonkami. Najlepsza moim zdaniem jest ta:
- nie schylać się ani o milimetr nigdy, nigdzie i pod żadnym pozorem.

Zdopingował mnie Zadra - który najpierw rzuca mi na gg wiersze i wierszyki (za dwie zwrotki dopisane do jednej piosenki Rewiowej pod mój refren gratulacje), a potem mówi, że już sobie idzie. Bo ma chore zatoki i gorączkę. A tworzy jakby nie miał.
Zaczęłam się uczyć angielskiego. To znaczy od czterech dni spędzam nad angielskim tak od 60 do 65 minut dziennie. I to spędzam z radością, co mnie samą w zadziwienie wprawia. Wysłałam dzisiaj do Piotrka smsa z pytaniem (po angielsku) o jeden ze związków frazeologicznych, z którym nie potrafiłam sobie poradzić. Piotrek wytłumaczył mi (po angielsku), o co w nim chodzi. A potem zaczęliśmy sobie żartować smsami. Po angielsku oczywiście. Sama siebie zaskakuję.

A brat mi dokucza. Nadepnął mi na stopę (specjalnie, stanął przy mnie, popatrzył, nadepnął i odskoczył). I powiedział:
- O, to przez pomyłkę.
- Żebym ja cię przez pomyłkę zaraz nie przejechała walcem! - wrzasnęłam za nim, bo zdążył uciec, a ja zdolności do biegania jeszcze nie odzyskałam.
- A może tangiem? - zapytała mama.
Cóż...

czwartek, 6 września 2007

354. Mrówka się znęca przez Lenca

No i obraził się na mnie. Ten przebrzydły, okropny, zarozumiały, paskudny, straszny, złośliwy, wredny i niesprawiedliwy ML. Wziął i się obraził. Żeby było zabawniej, obraził się, jak go nie było (znaczy, był, tylko gdzieś indziej). Wrócił obrażony. I to nie do mnie wrócił, bo w końcu na żywo się nie widujemy, a wyłącznie w eterze. W e-terze. Wrócił nie do mnie, ale na mnie obrażony i jeszcze to bezczelnie manifestuje na każdym kroku... Na każdym e-kroku dla ścisłości.
Ja go nie rozumiem...

- Zapowiedź numer 2 widziała? - zapytał ML. Nie żeby w przestrzeń tak pytał, tylko mnie traktuje w trzeciej osobie. Czasami, jak mu się nudzi.
- Zapowiedź czego? - poinformowałam się na wszelki wypadek. - Aaaaa! - zrozumiałam. - Zapowiedź u ciebie na blogu? To JUŻ jest? 50 minut temu jeszcze nie było!
- Matko, dlaczego ja mam cię jeszcze na liście? - westchnął ML, a w dobie Wildsteina spieszę z wytłumaczeniem: na liście gg.

Nie zablokował mnie, a mógł.
Więc w związku z tym, że nie zablokował, na drugi dzień, udając smutną, zagadnęłam go:
- Hej, co mam zrobić, żebyś nie był na mnie zły?
- Są na to sposoby - odparł ML. - Kwiaty co rano...
- Chcesz mi przysyłać kwiaty? - ucieszyłam się nawet.
- Czekoladki Wedla... - ML wyraźnie mnie nie słuchał. - Świniak...
Świniak, przyznaję, zaintrygował mnie.
- Jaki świniak?
- Półtusza - odparł ML. Jego psychika stanowi dla mnie ciągle obszar nie do zbadania. - Półtusza, przecież nie ty!
- Nie - odparłam, uspokojona. - Ja to cała tusza.
- Półtorej tuszy - rozkręcił się Marek.
- Nie posuwajmy się za daleko. Zostańmy przy tym, że cała. JEDNA. I mam notkę na jutro.
- Boże, ludzie mnie cytują, jestem sławny! - ucieszył się ML. - CHOĆ NIESZANOWANY - dodał od razu.
- COŚ ZA COŚ, malkontencie! Nie można mieć wszystkiego - pouczyłam go.
- Ale dlaczego nie zacząć od najważniejszego? Szacunek to przecież też uwielbienie tłumów! Nie tylko tłum oków - powiedział mi ML.

Ha ha ha. Bardzo śmieszne.

A tak właściwie - dlaczego ON się na MNIE obraził? Chyba powinno być odwrotnie ;D

środa, 5 września 2007

353. prognozy na przyszłość

Siedzi Mrówka przed telewizorem, siedzi bardziej z przyzwyczajenia niż z ciekawości i ogląda prognozę pogody. Bo skoro już siedzi, skoro nie bardzo może się podnieść, to niech przynajmniej uda zainteresowanie.
- W górach spadł śnieg - obwieścił prezenter pogody, czy jak to się tam nazywa.
- Szkoda, że nie trzy dni temu - mruknęła Mrówka i policzyła sobie na palcach. - Nie, szkoda, że nie sześć dni temu.
- Dlaczego?
- Bo by się można było chwalić, że w tym roku śnieg spadł w sierpniu.

A tak to nie można.
I cała zabawa do niczego.

Poczułam się dzisiaj jak własny pomnik, kiedy ocknęłam się po zapamiętałej lekturze i okazało się, że nie jestem w stanie ruszyć żadną nogą (bo mnie ból korzonków przeszywał), żadną ręką (bo jedna zdrętwiała, trzeba było na niej nie leżeć, a druga działała, ale i tak nie miałam się czego chwycić). Plecy mi nie funkcjonują. Próbowaliście kiedyś wstać, pomagając sobie tylko i wyłącznie KARKIEM?

Może niedługo zacznie mi przechodzić. Dobrze przynajmniej, że reumatyzmu nie mam. Bo zakwasy w plecach już tak ;).

wtorek, 4 września 2007

352. jeszcze o korzonkach

... i ten tytuł wcale nie sugeruje, że zostanę pustelnikiem.

Zadra w robocie ustawił sobie na gg opis:

"i już mija dnia połowa - mnie cholernie boli głowa".

Natychmiast zareagowałam (chociaż reakcje natychmiastowe pozostały mi, póki co, tylko w sferze psychiki, a i to nie zawsze):

"i mijają już dwa dzionki jak mnie męczą wciąż korzonki"

"lecz niedługo będzie lepiej, nikt wszak bidy wciąż nie klepie" - pocieszył mnie Zadra.

"ma być lepiej? No cóż, może - mnie na razie wciąż jest gorzej" - poskarżyłam mu się.

"życie jest jak wielka krzywa: musisz zdychać, by być żywa" - odparł Zadra, wskutek czego poddałam się i powiedziałam, że na pewno go głowa nie boli, bo nie byłby w stanie takich rymowanek wymyślać. Ha. Radość z przejrzenia go była większa niż gorycz z powodu klęski wierszykowej. A potem dopisaliśmy jeszcze kawałek Rewii.

Wiecie, jak wstać, kiedy jest się w moim stanie połamania?
Wystarczy złapać się rękami za zgiętą nogę, trochę pod kolanem. I udawać, że się próbuje tę nogę wyprostować.
Wczoraj wieczorem tak robiłam.
- Mam ci pomóc wstać? - zapytała mama.
- Nie - stęknęłam. - Próbuję się przeturlać.
- Hmmm... to pomóc ci się przeturlać?
- Nie - pisnęłam słabo i po dłuższej chwili udało mi się przewrócić na bok.
Naprawdę, te korzonki to wesoła rzecz jest.
Żeby jeszcze tak nie bolało...

poniedziałek, 3 września 2007

351. notka złożona

Inni mają gorzej. Ileż to razy człowiek się pocieszał podobnymi słowami? Mając w pamięci magiczną siłę tego stwierdzenia postanowiłam podnieść na duchu chorego Zadrę. Metodę, trzeba przyznać, wybrałam dość drastyczną. Posłałam mu mianowicie wczoraj wieczorem przyśpiewkę ludową (samodzielnie przygotowaną):

krótka i nieinteligentna przyśpiewka o niesprawiedliwościach dotyczących stanu posiadania i o charakterystykach kobiet czasami. Z możliwością manewrowania puentą:

hej, ma Antek mercedesa,
Zdzisiek zaś poroże,
hej, a ja mam PMS-a
hej jak stąd nad morze...

(możliwość zmiany puenty polega na zamianie nad / za morze i precyzowaniu nad / za KTÓRE morze).
Osoby śledzące komentarze z łatwością zauważą, że wklejenie tej piosenki na bloga wymusił Zadra.
Gdybym śpiewała mu to osobiście a nie przez gg, pewnie spaliłabym tekst, śpiewając, że mam SMS-a.
Tekst odniósł pożądany efekt, Zadra, pokrzepiony na duchu, trochę wyzdrowiał (przynajmniej taką mam nadzieję).

To było wczoraj. Dzisiaj mogę sobie śpiewać piosenki równie głupie, za to z innej dziedziny. Bo mnie złapały korzonki. Żeby jeszcze przy jakimś dźwiganiu ciężarów czy chociaż przy wstawaniu... ale nie, na prostej drodze, z kuchni do przedpokoju, mnie połamało.

Położyłam się na podłodze, żeby dać kręgosłupowi odpocząć.
Żebyście widzieli, co potem wyczyniałam, żeby wstać... próbowałam się podnieść na ręce - nie udało się. Próbowałam się przeturlać na bok - nie udało się. Próbowałam drgnąć - nie wyszło. Już miałam wołać na pomoc brata, ale w końcu jakoś się udało.
Ale do górnych szafek nie dosięgam.
W związku z tym wszystkie wyjazdy do Katowic chwilowo muszę odwołać.

niedziela, 2 września 2007

350. komedia w jednym akcie

Występują:
Dziecko (2 - 3 latka)
Matka Dziecka (jako matka)
Ksiądz (jako głos z offu)
Dziewczynka (jako przykład)
Mrówka (jako puenta)
Brat Mrówki (jako bierny słuchacz)

Msza. Kazanie.

KSIĄDZ
Wychowanie to bardzo ważna rzecz w życiu każdego człowieka...

DZIECKO (małe)
Iiiiiiooooooooouuuuuuuuuaaaaaaaaaaaa! (udaje, że płacze)

MATKA (dziecka)
Cicho, cicho, cicho!

KSIĄDZ
Warto wychowywać przez wskazywanie wzorców, przez dawanie dobrego przykładu...

DZIECKO
Iiiiiiiiiuuuuuuaaaaaaaaaaarghhhhh oooooooouuuuuu!

MATKA
O, zobacz, tu chodzi sobie dziewczynka i nie płacze!

DZIEWCZYNKA
(chodzi i nie płacze)

DZIECKO
IIIIIIIIIIAAAAAAAAAAAAUUUUUUUUUUU!

MRÓWKA (do brata)
Ironia losu...

sobota, 1 września 2007

347. sposoby na chandrę bis

2007-09-01 20:47:42
Poranek był dzisiaj tak bardzo pochmurny, jak tylko poranek być może.
Humor mi się z różnych przyczyn nie poprawił, chociaż zaczęłam pisać, co pozwala przypuszczać, że kiedyś w przyszłości będzie lepiej. Jak mi się organizm zregeneruje.
Ale żeby ratować sytuację chandrogenną, wysłałam rano smsa do Fimbula:

Deszcz na ziemię leci w kulkach,
ja ślę uśmiech do Fimbulka.

(bardziej by mi grad pasował, ale przecież nie będę rzeczywistości naginać do własnych potrzeb twórczych).

Fimbul odpisał:

Strużka na szybie wygląda jak żyła
Fimbul Mrówce uśmiech odsyła.

I zrobiło się jaśniej ;)

czwartek, 30 sierpnia 2007

348. Mrówka z miasta R.

Czuję się jak w felietonach Grodzieńskiej - pomyślała Mrówka, kiedy tylko postawiła stopę na rybnickiej ziemi.
I to już nawet nie dlatego, że dworzec autobusowy był w miejscu, do którego zamiast dojechać normalnie, jechało się przez sto niepotrzebnych zakrętów.
Nawet nie dlatego, że był przysłonięty tumanami kurzu z pobliskiej budowy.
I nie dlatego, że prawdziwy dworzec autobusowy znajdował się w troszkę innym miejscu.
Mrówka sama nie wiedziała, dlaczego.
No bo chyba nie dlatego, że jedzie się tam 1,5 godziny, beznadziejnie tracąc czas, chociaż można byłoby zrobić setki pożytecznych rzeczy... :| nie będę zmotoryzowana niestety i nigdy.
- Jadę do miasta, którego nie znam, uczyć przedmiotu, którego nie znam - skwitowała wczorajszą rozmowę z Rafałem.
- Ty się prędzej tego miasta nauczysz, niż przedmiotu - odparł Rafał, dając tym samym świadectwo dość dobrej znajomości psychiki Mrówki.
W każdym razie na podbój miasta udałyśmy się razem z Anią Sz. dzisiaj.
Na miejscu Mrówka usiłowała wpakować się pod samochód, ale jej nie wyszło. Kierowca samochodu zatrzymał się na środku pasów i zapytał
- Przepraszam, jak dojechać do... (tu wymienił jakąś miejscowość, czy może ulicę, nie widziałam potrzeby zapamiętywania jej nazwy, skoro i tak nie znałyśmy odpowiedzi)
- Nie wiemy - odpowiedziała Ania. - Jesteśmy tu pierwszy raz.
Tak. Byłyśmy TAM pierwszy raz.
Jako że ulica, która powinna nam się objawić jako pierwsza, nie zaistniała, poszłyśmy posługując się Anią jako GPS-em.
Ale najpierw...
- Czekaj, zapytamy kogoś - zaproponowała Ania, łapiąc jakiegoś przechodnia.
- Tamten kierowca też kogoś zapytał, i co? Dowiedział się? - mruknęła Mrówka, której poza Grodzieńską o powadze sytuacji przypominał jeszcze stary kawał o poliglocie, który się nic nie dowiedział, bo polskiego nie znał. Ale Ania wprowadzała już w czyn swój pomysł na złapanie chodzącego drogowskazu.
- Przepraszam bardzo, gdzie jest ulica Reja? - zapytała grzecznie upolowanego przechodnia (znaczy, Ania grzecznie, a przechodzień upolowany, nie żeby przechodzień był grzecznie upolowany).
- Nie wiem, nie jestem stąd - odparł nagabnięty i uciekł, przechodząc ulicę w niedozwolonym miejscu. I nie wpadając pod samochód (co Mrówka próbowała uczynić na pasach).
Następny przechodzień uciekł, przechodząc jezdnię w niedozwolonym miejscu ZANIM zdążyłyśmy go o cokolwiek zapytać.
Kilku następnych zrobiło to samo, więc w końcu poszłyśmy tam, gdzie Anię intuicja powiodła.
I trafiłyśmy. Idąc zupełnie inną trasą niż ta, którą wczoraj wieczorem wskazały nam mapki.

A przy okazji próbowałyśmy rozwikłać tajemnicę łony.
To znaczy ulicy Łony.
- A może to jest ulica łona? - zastanowiła się Mrówka. - Że łona natury czy coś? Albo ulica nazwana od hiphopowca? Albo może to takie gwarowe? Że ona tylko z ł na początku? (bo słowo "labializacja" do głowy mi w tym momencie nie przyszło)
- Ale to jest ŁonY! - wyprowadziła mnie brutalnie z tych rozważań Ania. - ŁonY, a nie ŁonA. A może to jakieś nazwisko?

No i zepsuła mi taką piękną koncepcję.
A teraz dalej nie wiemy, o co chodziło z tym Łony, chociaż uliczkę znalazłyśmy.



ogłoszenie postscriptowe płatne
w związku z tym, że tak naprawdę to posiadam chorobę lokomocyjną i każdy dalszy wyjazd mnie przyprawia po powrocie o zmęczenie ponad możliwości ogłaszam, że robię sobie przerwę ze wszystkim. Nie przepiszę żadnej z zalegających tu 35 recenzji, nie będę dalej pisać rozdziału, który mi się powakacyjnie już zaczął, nie będę ciągnąć Rewii (z tym to w ogóle chyba do powrotu Egzekutora zaczekam, zresztą dzisiaj muszę się wyspać), nie będę pisać rozmaitych prac konkursowo-publikacyjno-naukowo-rozrywkowych (czyli żadnych), nie będę rozszyfrowywać TeXa (por.: K. w notce niżej), nie będę sobie studiować Słownika rodzajów i gatunków literackich, chociaż kusi jak nie wiem co, nie będę myśleć (czego dowodem są notki), nie będę się uczyć języków obcych (i nieobcych też nie), nie będę czytać tego, co powinnam (za to będę to, czego nie powinnam, jak choćby Grodzieńską, Calvina i Hobbesa czy Wpadki komentatorów), na widok mapy zacznę pluć.
W ogóle nie będę niczego (a, prezydentem też nie zostanę. Ani politykiem, bo, jak powiedziałam dzisiaj Ani w busie, nie potrafiłabym tak nic nie robić).
Idę spać.
Ale to, że się wyśpię, nie oznacza, że wigor mi szybko wróci.
Branoc.