Miałam szczery zamiar, wzorem większości blogowiczów, zrobić jakieś sensowne podsumowanie roku. Ale po pierwszym zdaniu mi się znudziło, więc zrobię podsumowanie w skrócie.
Dla mnie to był rok kabaretowy - na początek dwa ważne przedstawienia (Chlip-Hop w Korezie i Andrus w Rialcie, dzięki, Aniu Sz.!), potem Adin w Korezie (dzięki, Aniu B. i Mariuszu Ani, i Jacku, i Sikorze też!). Potem występ na 30-leciu Długich (Aniu Sz.... ;)). Przełamanie własnej niemocy twórczej dzięki podpowiedziom Imperatora, milion dyskusji z Władkiem Sikorą. Rewia, którą udało się doprowadzić do końca, do ostatniego tomu.
Były nowe zajęcia i nowi, kochani studenci.
Były też spore zmiany - odeszłam z Granic i założyłam własnego bloga recenzenckiego na stronie tu-czytam - i to była jedna z lepszych decyzji, jakie w życiu do tej pory podjęłam.
Było parę spełnionych marzeń, parę nowych marzeń do spełnienia w przyszłości, trochę uśmiechów, ludzi, którzy umożliwili mi realizowanie tego, co przyszło mi do głowy, choćby się wydawało nierealne.
W radiu powiedzieli dzisiaj, że życzą słuchaczom, żeby rok 2010 był najlepszy w ich życiu. Mam nadzieję, że nie będzie najlepszy. Ja Wam życzę, żeby ten najlepszy był zawsze przed Wami.
czwartek, 31 grudnia 2009
środa, 30 grudnia 2009
857. cyferka
- Ej, jakiej cyferki nie znasz? - zainteresował się Fimbul. - 7?
- Chyba 5, myślałam, że to 6 - odparłam. - Dlaczego 7?
- Przeceniłem cię - zmartwił się Fimbul.
- Chyba 5, myślałam, że to 6 - odparłam. - Dlaczego 7?
- Przeceniłem cię - zmartwił się Fimbul.
wtorek, 29 grudnia 2009
856. oczy
Byłam u okulistki, tak sobie, kontrolnie, bo wzrok mi się nie zmienia od lat kilkunastu.
Nie zmienił się i teraz, ale pielęgniarka zaczęła mi robić testy nie wiem na co. Dała mi przyciemnione okulary, pokazała tabliczkę ze zwierzętami. Już samo to powinno mnie zastanowić.
Na jednym obrazku była olbrzymia mucha, która, po włożeniu okularów, okazała się trójwymiarowa. Miałam ją złapać za skrzydełka.
Fuj.
Złapałam (nie wiem, czy prawidłowo, bo według brata odstawało w trójwymiarze jedno skrzydełko, mnie się wydawało, że oba).
A potem dostałam test z królikami.
Cztery rządki po cztery obrazki.
Jakiś królik miał być WYŻEJ niż pozostałe. Szukałam wyżej w dwóch wymiarach, bo od dziecka nie widzę nic na testach trójwymiarowych po trzeciej sekundzie patrzenia, więc nie przyszło mi do głowy, że to chodzi o trójwymiarowego królika. W zasadzie odkrycie sekretów wykonania królików mi pomogło i wskazywałam po prostu te narysowane w innej płaszczyźnie niż wszystkie. Udało się. Wróciłam do gabinetu.
- Jakieś problemy tam były? - zapytała okulistka.
- Tak, ze zrozumieniem polecenia - mruknęła Mrówka. - Dobrze, że to był test na wzrok, a nie na inteligencję...
To już w sumie mogłam powiedzieć, że jedyna cyferka, której nie widziałam, to cyferka, której jeszcze nie znam.
Nie zmienił się i teraz, ale pielęgniarka zaczęła mi robić testy nie wiem na co. Dała mi przyciemnione okulary, pokazała tabliczkę ze zwierzętami. Już samo to powinno mnie zastanowić.
Na jednym obrazku była olbrzymia mucha, która, po włożeniu okularów, okazała się trójwymiarowa. Miałam ją złapać za skrzydełka.
Fuj.
Złapałam (nie wiem, czy prawidłowo, bo według brata odstawało w trójwymiarze jedno skrzydełko, mnie się wydawało, że oba).
A potem dostałam test z królikami.
Cztery rządki po cztery obrazki.
Jakiś królik miał być WYŻEJ niż pozostałe. Szukałam wyżej w dwóch wymiarach, bo od dziecka nie widzę nic na testach trójwymiarowych po trzeciej sekundzie patrzenia, więc nie przyszło mi do głowy, że to chodzi o trójwymiarowego królika. W zasadzie odkrycie sekretów wykonania królików mi pomogło i wskazywałam po prostu te narysowane w innej płaszczyźnie niż wszystkie. Udało się. Wróciłam do gabinetu.
- Jakieś problemy tam były? - zapytała okulistka.
- Tak, ze zrozumieniem polecenia - mruknęła Mrówka. - Dobrze, że to był test na wzrok, a nie na inteligencję...
To już w sumie mogłam powiedzieć, że jedyna cyferka, której nie widziałam, to cyferka, której jeszcze nie znam.
niedziela, 27 grudnia 2009
855. poświątecznie
Dałam sobie chwilę przerwy na obu blogach. Dobra, dobra, w święta nie robiłam nic. Poza czytaniem, objadaniem się i pisaniem tekstów satyrycznych. Szczyt lenistwa. Teraz parę dni mocno intensywnej pracy i znowu zamierzam sobie satyrycznie wypoczywać z okazji Nowego Roku.
- Ej, weszliśmy na dziewiąte piętro do Ani po schodach! - pochwaliłam się Fimbulowi po Korezie.
- Ale tak od poziomu parteru, czy wjechałaś windą na ósme? - zainteresował się Fimbul.
Motto na dzisiaj pochodzi z opisu na gg Radka:
"Idioci dbają o porządek. Geniusz panuje nad chaosem"
- Ej, weszliśmy na dziewiąte piętro do Ani po schodach! - pochwaliłam się Fimbulowi po Korezie.
- Ale tak od poziomu parteru, czy wjechałaś windą na ósme? - zainteresował się Fimbul.
Motto na dzisiaj pochodzi z opisu na gg Radka:
"Idioci dbają o porządek. Geniusz panuje nad chaosem"
czwartek, 24 grudnia 2009
854. świątecznie
- Ej, Mrówka, jutro przemówisz ludzkim głosem - napisała wczoraj wieczorem Ania. Pokazałam to Fimbulowi.
- I tak wszyscy wiedzą, co powiesz - stwierdził Fimbul. - Że cię coś boli, albo że ci się nie chce.
Tja...
Wesołych Świąt!
- I tak wszyscy wiedzą, co powiesz - stwierdził Fimbul. - Że cię coś boli, albo że ci się nie chce.
Tja...
Wesołych Świąt!
środa, 23 grudnia 2009
853. Mrówka kontra cytrusy
Zachciało mi się pić.
A nawet nie, wcale mi się nie zachciało, tylko gdzieś w głowie zatrzepotała myśl, że może by przygotować sobie bombę witaminową w postaci szklanki soku z cytrusów. Świeżo wyciśniętego soku.
Nie mam w zwyczaju walczyć z własnymi zachciankami, więc poszłam do kuchni, żeby przygotować sobie ten przysmak. Znalazłam ręczny wyciskacz do cytrusów (nakłada się toto na szklankę i sok spływa od razu tam, gdzie powinien się znaleźć), znalazłam cytrusy, optymistycznie przygotowałam sobie dwie pomarańcze i cytrynę. Wszystko olbrzymie, bo co sobie będę żałować.
Po wyciśnięciu pierwszej połówki pomarańczy stwierdziłam, że:
1) mam w szklance podejrzanie mało soku (a nie wypływał mi przecież bokami),
2) siły mi się wyczerpują,
3) więcej soku wyciskam ręcznie niż na wyciskaczu.
Uznałam, że lepsza będzie metoda ludów pierwotnych (z czasów mamuta) i wydusiłam ostatnie krople soku łyżeczką.
Po wyciśnięciu cytryny miałam 3/4 szklanki mętnego soku i pół godziny ciężkiej harówy za sobą. Uznałam, że szklanka nie musi być wcale pełna, aż tak mi się pić nie chce - i jedną pomarańczę odłożyłam. Doszłam do wniosku, że:
1) jak mi się następnym razem zachce przetworzonego owocu, to sięgnę po ananasa z puszki,
2) cytryna jest stworzeniem agresywnym, zaatakowana (ściśle mówiąc, przyduszana), strzela jadem, celując w oko przeciwnika.
A sok i tak musiałam dosłodzić, rozcieńczyć i jeszcze raz dosłodzić i rozcieńczyć.
Potem, dla wyrównania poziomu słodkości, zeżarłam cukierka z choinki.
Samo zdrowie.
A nawet nie, wcale mi się nie zachciało, tylko gdzieś w głowie zatrzepotała myśl, że może by przygotować sobie bombę witaminową w postaci szklanki soku z cytrusów. Świeżo wyciśniętego soku.
Nie mam w zwyczaju walczyć z własnymi zachciankami, więc poszłam do kuchni, żeby przygotować sobie ten przysmak. Znalazłam ręczny wyciskacz do cytrusów (nakłada się toto na szklankę i sok spływa od razu tam, gdzie powinien się znaleźć), znalazłam cytrusy, optymistycznie przygotowałam sobie dwie pomarańcze i cytrynę. Wszystko olbrzymie, bo co sobie będę żałować.
Po wyciśnięciu pierwszej połówki pomarańczy stwierdziłam, że:
1) mam w szklance podejrzanie mało soku (a nie wypływał mi przecież bokami),
2) siły mi się wyczerpują,
3) więcej soku wyciskam ręcznie niż na wyciskaczu.
Uznałam, że lepsza będzie metoda ludów pierwotnych (z czasów mamuta) i wydusiłam ostatnie krople soku łyżeczką.
Po wyciśnięciu cytryny miałam 3/4 szklanki mętnego soku i pół godziny ciężkiej harówy za sobą. Uznałam, że szklanka nie musi być wcale pełna, aż tak mi się pić nie chce - i jedną pomarańczę odłożyłam. Doszłam do wniosku, że:
1) jak mi się następnym razem zachce przetworzonego owocu, to sięgnę po ananasa z puszki,
2) cytryna jest stworzeniem agresywnym, zaatakowana (ściśle mówiąc, przyduszana), strzela jadem, celując w oko przeciwnika.
A sok i tak musiałam dosłodzić, rozcieńczyć i jeszcze raz dosłodzić i rozcieńczyć.
Potem, dla wyrównania poziomu słodkości, zeżarłam cukierka z choinki.
Samo zdrowie.
wtorek, 22 grudnia 2009
852. życzenia
- Rany, ludzie mi już życzenia przysyłają - napisała Ania Sz. - Jak ja tego nie cierpię... to znaczy fajnie, że przysyłają, ale nie chce mi się wysyłać.
- Mi też - odparłam, bo potakiwałam jej przez cały czas.
- Wiem, w każde święta o tym gadamy - napisała Ania.
Fakt.
- Mi też - odparłam, bo potakiwałam jej przez cały czas.
- Wiem, w każde święta o tym gadamy - napisała Ania.
Fakt.
poniedziałek, 21 grudnia 2009
851. wstępy
- Ciekawe, czy nas kiedyś poproszą o napisanie wstępu do czegoś - zastanowiłam się.
- Mnie już tak - odparł Fimbulek. - Ty mnie poprosiłaś o napisanie wstępu do R2!
- To tylko mnie nikt nie prosi łaaaaa... mogę na bloga?
- Tak. W sumie niezły mam czas, kilka sekund i już na blogu - ucieszył się Fimbul.
- Jeszcze raz gratuluję ci występu - powiedział Piotrek (Piotrek kabaretowy, jego kabaret jest starszy ode mnie w końcu) przez telefon. - Widzę, że połknęłaś bakcyla. I O TO CHODZIŁO.
A ja myślałam, że jego granie złego policjanta (żadnych ustępstw, żadnych dyskusji, zero szansy na negocjacje i niewrażliwość na minki) miało jakiś inny cel ;).
- Mnie już tak - odparł Fimbulek. - Ty mnie poprosiłaś o napisanie wstępu do R2!
- To tylko mnie nikt nie prosi łaaaaa... mogę na bloga?
- Tak. W sumie niezły mam czas, kilka sekund i już na blogu - ucieszył się Fimbul.
- Jeszcze raz gratuluję ci występu - powiedział Piotrek (Piotrek kabaretowy, jego kabaret jest starszy ode mnie w końcu) przez telefon. - Widzę, że połknęłaś bakcyla. I O TO CHODZIŁO.
A ja myślałam, że jego granie złego policjanta (żadnych ustępstw, żadnych dyskusji, zero szansy na negocjacje i niewrażliwość na minki) miało jakiś inny cel ;).
niedziela, 20 grudnia 2009
850. j.
Fimbul przysłał mi na gg emotkę "przytul".
- Jak się czujesz? - zapytałam od razu.
- Źle - odpisał Fimbulek. - Dlatego cię zarażam.
Odreagowuję scenę. Trochę tęsknoty, trochę chandry, trochę pustki, trochę zimna.
- Jak się czujesz? - zapytałam od razu.
- Źle - odpisał Fimbulek. - Dlatego cię zarażam.
Odreagowuję scenę. Trochę tęsknoty, trochę chandry, trochę pustki, trochę zimna.
sobota, 19 grudnia 2009
849, ***
- Robo, ty jesteś kabareciarzem, może przeczytaj ten tekst! - powiedziała Mrówka rozpaczliwie, rozglądając się za Jackiem.
- Nie - pokręcił głową Robo, zadowolony, że łatwo się wymiga.
- No to weź i poproś Kamola - jęczała Mrówka.
- Sama go poproś.
- ROBO ZRÓB COŚ, JA NIE CHCĘ! Nie, nie, nie, nie, nie - szamotała się Mrówka, szukając w zeszycie szkiców do tekstu, dla jakiegokolwiek rozeznania się w sytuacji.
- Mrówka, ty naprawdę jesteś zdenerwowana - przestraszyła się Ania.
- Nie, ja gram - mruknęła Mrówka, dostrzegając w tekście potencjał do mówienia na scenie.
- Skoro TO grasz, to jesteś w stanie przeczytać tekst - oznajmił Robo.
Na drugi dzień powiedział mi, że jeśli ja tak gram zdenerwowanie, to nie chciałby widzieć, co robię, kiedy denerwuję się naprawdę ;D.
Wpadłam na tradycyjne ploty do Egzekutora i opowiedziałam mu o moim debiucie scenicznym. Po pierwszym zdaniu Egzekutor spojrzał na mnie i powiedział:
- Współczuję pani.
- Czemu? - zainteresowałam się.
- Bo połknęła pani bakcyla.
Coś w tym, cholera, jest...
- Nie - pokręcił głową Robo, zadowolony, że łatwo się wymiga.
- No to weź i poproś Kamola - jęczała Mrówka.
- Sama go poproś.
- ROBO ZRÓB COŚ, JA NIE CHCĘ! Nie, nie, nie, nie, nie - szamotała się Mrówka, szukając w zeszycie szkiców do tekstu, dla jakiegokolwiek rozeznania się w sytuacji.
- Mrówka, ty naprawdę jesteś zdenerwowana - przestraszyła się Ania.
- Nie, ja gram - mruknęła Mrówka, dostrzegając w tekście potencjał do mówienia na scenie.
- Skoro TO grasz, to jesteś w stanie przeczytać tekst - oznajmił Robo.
Na drugi dzień powiedział mi, że jeśli ja tak gram zdenerwowanie, to nie chciałby widzieć, co robię, kiedy denerwuję się naprawdę ;D.
Wpadłam na tradycyjne ploty do Egzekutora i opowiedziałam mu o moim debiucie scenicznym. Po pierwszym zdaniu Egzekutor spojrzał na mnie i powiedział:
- Współczuję pani.
- Czemu? - zainteresowałam się.
- Bo połknęła pani bakcyla.
Coś w tym, cholera, jest...
piątek, 18 grudnia 2009
848. noc u Ani
Kiedy już Robo i Mrówka położyli się (koło 3 nad ranem) u Ani spać, Mrówka zerknęła w okno i zdziwiła się, że jest tak jasno.
- Robo, Robo! Zobacz, jak jest jasno - zawołała szeptem. Może zaraz będzie wschód słońca?
- Tak - powiedział Robo i siłą woli powstrzymał pukanie się w czoło. - Mrówa, jest zima, słońce wzejdzie koło ósmej.
- Aha - mruknęła uspokojona Mrówka i położyła głowę na poduszce.
Wyjaśnienie techniczne: Mrówka spała na łóżku Ani, Robo na podłodze, na karimacie i na śpiworze.
Mrówka położyła głowę na poduszce. Prawie miała zamiar zapaść w sen, kiedy nagle coś straszliwie łomotnęło. Gruchnęło w pokoju. Mrówka podniosła głowę i zapytała z rosnącym poczuciem nierzeczywistości
- Robo?
- Co?
- SPADŁEŚ Z KARIMATY?
Na szczęście tylko kopnął się w krzesło.
- Robo, Robo! Zobacz, jak jest jasno - zawołała szeptem. Może zaraz będzie wschód słońca?
- Tak - powiedział Robo i siłą woli powstrzymał pukanie się w czoło. - Mrówa, jest zima, słońce wzejdzie koło ósmej.
- Aha - mruknęła uspokojona Mrówka i położyła głowę na poduszce.
Wyjaśnienie techniczne: Mrówka spała na łóżku Ani, Robo na podłodze, na karimacie i na śpiworze.
Mrówka położyła głowę na poduszce. Prawie miała zamiar zapaść w sen, kiedy nagle coś straszliwie łomotnęło. Gruchnęło w pokoju. Mrówka podniosła głowę i zapytała z rosnącym poczuciem nierzeczywistości
- Robo?
- Co?
- SPADŁEŚ Z KARIMATY?
Na szczęście tylko kopnął się w krzesło.
czwartek, 17 grudnia 2009
847. debiut niespodziewany
Takiego debiutu, przyznaję, nie miałam w planach. Ale od początku.
Wybrałam się do Korezu. Wlazłam, oczywiście, na próbę, bo zawsze włażę. Tam - chaos. Muzycy urządzają sobie jam session, techniczni próbują opanować kable.
- Ale zamieszanie, nie? - rzuca mi w przelocie naczelny dźwiękowiec, Sergiusz.
- Fajne - uśmiecham się, bo faktycznie lubię to (nie ja się męczę, więc lubię).
- To dobre określenie - kiwnął głową Sergio, kiedy przebiegał z kablami po raz kolejny.
- Może ja się powinnam nauczyć rozróżniać kable, to przydam się do zwijania - powiedziałam mu przy kolejnym spotkaniu.
- To jest jakaś koncepcja - zamyślił się Sergiusz.
Wyszłam sobie po próbie z sali i natknęłam się na Robo. Zamiast wyjść gdzieś na dwie godziny, siedliśmy w korytarzu między garderobą a biurem (czyli drugą garderobą na czas występu) i obserwowaliśmy.
Przebiegł Jacek z pakułami w ręku.
- Co to jest? - nie wytrzymałam.
- Włosy szczura - odparł Jacek. - Znaczy, ta, peruka szczura.
Potem wpadł dyrektor teatru, który miał czytać mój list. Próbował zrzucić to na mnie, ale powiedziałam, że nie umiem, nie chcę, zeżre mnie trema. Ustąpił, tyle że na drugim przedstawieniu już nie mógł zostać i kiedy na 40 minut przed drugim spektaklem gadałam sobie w najlepsze z Anią i Robo, Jacek w przelocie rzucił:
- Teraz ty odczytasz ten tekst.
- Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. NIE. Nie. NIE. NIE. - powiedziałam rozpaczliwie. - Nie wyglądam scenicznie, mam głupi głos przez mikrofon, trema mnie zeżre, potknę się przy wchodzeniu na scenę.
- To będzie idealnie - ucieszył się Piotrek. - To jest kabaret, będzie śmiesznie.
- Nie mam dobrego tekstu!
- Ale ludziom się podobało jak dyrektor czytał!
- Bo to DYREKTOR czytał, musiało im się podobać! Może Agnieszka przeczyta?
- Agnieszka nie może, jest w zespole. Albo ty, albo nikt.
Zaprzestałam perswazji słownej i zaczęłam stosować podprogową. Przebiegał Jacek, więc zrobiłam oczka Bambi (albo oczka kota ze Shreka, jak kto woli). Jacek wybuchnął śmiechem i poleciał.
- Jacek! A może Kamol by to przeczytał? - wrzasnęłam za nim.
- Zapytaj go! - usłyszałam, więc wtarabaniłam się do garderoby.
- Panie Dariuszu, nie przeczytałby pan tekstu na 30-lecie Długich? Bo oni chcą, żebym go wygłosiła, a ja nie potrafię... - poskarżyłam się, podając Kamolowi kartkę. Kamol przeczytał, pochwalił i powiedział, że muszę to zrobić sama.
- Mogę ci dać jedną radę - oznajmił. - Pomyśl sobie, że od tego, jak wygłosisz ten tekst, zależy całe twoje życie.
Nie uwierzycie, pomogło. Pogodziłam się z losem, wzięłam szklankę soku, stanęłam na chwilę na scenie, żeby zobaczyć, co widzę (nie widziałam NIC, co mnie uspokoiło jeszcze bardziej).
- Powiem ci jeszcze coś - dorzucił potem Kamol. - Jak już zejdziesz ze sceny, to będziesz najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
Wzięłam więc tekst, który widziałam po raz drugi w życiu, szklankę soku, i poszłam do Ani i Robo.
- Zajęliśmy ci miejsce na skraju, bo przecież wychodzisz na scenę - powiedzieli szelmowsko.
Cóż, wzięłam długopis, pozaznaczałam sobie akcenty i spojrzenia w tekście.
A potem mi wszyscy gratulowali.
Tekst, jeśli ktoś chce:
List otwarty na 30-lecie kabaretu Długi
Kochany Jacku i drogi Piotrze,
nie wiem, czy wiecie, że na estradzie
dziś występują zespoły młodsze,
a takie jak Wasz - to coraz rzadziej.
Już obchodzicie trzydziestolecie...
kiedy Wy wreszcie spoważniejecie?
Ile lat można robić kabaret
w tym miejscu głośno zapytać muszę.
Rok, drugi, trzeci - czyli lat parę.
Bo potem - tylko jubileusze!
Fakt, jubileusz życie umila:
od wieków tak jest - gala za galą -
wyjdzie na scenę taki jubilat,
nie musi śmieszyć - wszyscy go chwalą.
Wydają goście pochwalne pienia,
publiczność siedzi rozradowana.
Ilu tu przyszło, co Was docenia,
a ilu chętkę ma na szampana???
Mówicie: nazwę mamy od wzrostu,
albo od długów, gdy rosną ceny.
A ona znaczy, że Was po prostu
od lat się nie da spędzić ze sceny.
Ja Wam występów nie bronię w sumie,
grajcie tam sobie jak chcecie, ale
nie sztuka robić coś, co się umie.
Może od dziś się weźcie za balet?
Tam jedna, druga i trzecia próba
i znowu ludzie mieliby ubaw...
Nie jestem wredna, też Was pochwalę,
może zasilę czymś Wasze konto,
powiem: SKŁADACIE SIĘ Z SAMYCH ZALET.
W Waszą rocznicę.
W siedemdziesiątą.
(dopisałam sobie jeszcze, kiedy siedziałam na widowni):
Mogę się nawet pławić w zachwycie...
A za ten list to mi zapłacicie?
Ani Sz. dziękujemy za nocleg :D
Wybrałam się do Korezu. Wlazłam, oczywiście, na próbę, bo zawsze włażę. Tam - chaos. Muzycy urządzają sobie jam session, techniczni próbują opanować kable.
- Ale zamieszanie, nie? - rzuca mi w przelocie naczelny dźwiękowiec, Sergiusz.
- Fajne - uśmiecham się, bo faktycznie lubię to (nie ja się męczę, więc lubię).
- To dobre określenie - kiwnął głową Sergio, kiedy przebiegał z kablami po raz kolejny.
- Może ja się powinnam nauczyć rozróżniać kable, to przydam się do zwijania - powiedziałam mu przy kolejnym spotkaniu.
- To jest jakaś koncepcja - zamyślił się Sergiusz.
Wyszłam sobie po próbie z sali i natknęłam się na Robo. Zamiast wyjść gdzieś na dwie godziny, siedliśmy w korytarzu między garderobą a biurem (czyli drugą garderobą na czas występu) i obserwowaliśmy.
Przebiegł Jacek z pakułami w ręku.
- Co to jest? - nie wytrzymałam.
- Włosy szczura - odparł Jacek. - Znaczy, ta, peruka szczura.
Potem wpadł dyrektor teatru, który miał czytać mój list. Próbował zrzucić to na mnie, ale powiedziałam, że nie umiem, nie chcę, zeżre mnie trema. Ustąpił, tyle że na drugim przedstawieniu już nie mógł zostać i kiedy na 40 minut przed drugim spektaklem gadałam sobie w najlepsze z Anią i Robo, Jacek w przelocie rzucił:
- Teraz ty odczytasz ten tekst.
- Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. NIE. Nie. NIE. NIE. - powiedziałam rozpaczliwie. - Nie wyglądam scenicznie, mam głupi głos przez mikrofon, trema mnie zeżre, potknę się przy wchodzeniu na scenę.
- To będzie idealnie - ucieszył się Piotrek. - To jest kabaret, będzie śmiesznie.
- Nie mam dobrego tekstu!
- Ale ludziom się podobało jak dyrektor czytał!
- Bo to DYREKTOR czytał, musiało im się podobać! Może Agnieszka przeczyta?
- Agnieszka nie może, jest w zespole. Albo ty, albo nikt.
Zaprzestałam perswazji słownej i zaczęłam stosować podprogową. Przebiegał Jacek, więc zrobiłam oczka Bambi (albo oczka kota ze Shreka, jak kto woli). Jacek wybuchnął śmiechem i poleciał.
- Jacek! A może Kamol by to przeczytał? - wrzasnęłam za nim.
- Zapytaj go! - usłyszałam, więc wtarabaniłam się do garderoby.
- Panie Dariuszu, nie przeczytałby pan tekstu na 30-lecie Długich? Bo oni chcą, żebym go wygłosiła, a ja nie potrafię... - poskarżyłam się, podając Kamolowi kartkę. Kamol przeczytał, pochwalił i powiedział, że muszę to zrobić sama.
- Mogę ci dać jedną radę - oznajmił. - Pomyśl sobie, że od tego, jak wygłosisz ten tekst, zależy całe twoje życie.
Nie uwierzycie, pomogło. Pogodziłam się z losem, wzięłam szklankę soku, stanęłam na chwilę na scenie, żeby zobaczyć, co widzę (nie widziałam NIC, co mnie uspokoiło jeszcze bardziej).
- Powiem ci jeszcze coś - dorzucił potem Kamol. - Jak już zejdziesz ze sceny, to będziesz najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
Wzięłam więc tekst, który widziałam po raz drugi w życiu, szklankę soku, i poszłam do Ani i Robo.
- Zajęliśmy ci miejsce na skraju, bo przecież wychodzisz na scenę - powiedzieli szelmowsko.
Cóż, wzięłam długopis, pozaznaczałam sobie akcenty i spojrzenia w tekście.
A potem mi wszyscy gratulowali.
Tekst, jeśli ktoś chce:
List otwarty na 30-lecie kabaretu Długi
Kochany Jacku i drogi Piotrze,
nie wiem, czy wiecie, że na estradzie
dziś występują zespoły młodsze,
a takie jak Wasz - to coraz rzadziej.
Już obchodzicie trzydziestolecie...
kiedy Wy wreszcie spoważniejecie?
Ile lat można robić kabaret
w tym miejscu głośno zapytać muszę.
Rok, drugi, trzeci - czyli lat parę.
Bo potem - tylko jubileusze!
Fakt, jubileusz życie umila:
od wieków tak jest - gala za galą -
wyjdzie na scenę taki jubilat,
nie musi śmieszyć - wszyscy go chwalą.
Wydają goście pochwalne pienia,
publiczność siedzi rozradowana.
Ilu tu przyszło, co Was docenia,
a ilu chętkę ma na szampana???
Mówicie: nazwę mamy od wzrostu,
albo od długów, gdy rosną ceny.
A ona znaczy, że Was po prostu
od lat się nie da spędzić ze sceny.
Ja Wam występów nie bronię w sumie,
grajcie tam sobie jak chcecie, ale
nie sztuka robić coś, co się umie.
Może od dziś się weźcie za balet?
Tam jedna, druga i trzecia próba
i znowu ludzie mieliby ubaw...
Nie jestem wredna, też Was pochwalę,
może zasilę czymś Wasze konto,
powiem: SKŁADACIE SIĘ Z SAMYCH ZALET.
W Waszą rocznicę.
W siedemdziesiątą.
(dopisałam sobie jeszcze, kiedy siedziałam na widowni):
Mogę się nawet pławić w zachwycie...
A za ten list to mi zapłacicie?
Ani Sz. dziękujemy za nocleg :D
wtorek, 15 grudnia 2009
846. jutro
Na trzydziestolecie kabaretu napisałam dla Jacka i Piotrka wredny list otwarty (po premierze może wkleję, a może nie...).
- Chyba się ucieszą - zawyrokował Robo. - Ale zmartwię cię trochę. Pewnie ci każą, jako autorce, wstać i się ukłonić.
- Wiesz, co się wtedy stanie, wiesz? - zapytałam od razu.
- Wiem - napisał Robo, chociaż wcale nie wiedział. - Cegła na ryju i nie wstanę. - (mówiłam, że nie wiedział!).
- Nie. Niesiona falą podziwu dla samej siebie wstanę, zechcę się ukłonić, strzelą mnie korzonki, bo dlaczego by miały nie strzelić, uniemożliwią mi jakikolwiek ruch ciała, przez co spadnę na ryj trzy rzędy niżej i wystąpię jako atrakcja wieczoru.
- Mam na to świetną radę - odparł Robo pogodnie. - Siądź w pierwszym rzędzie, wtedy spadniesz na ryj prosto na scenę.
- Świetna rada - uznałam. - Ale nie do końca, bo scena w Korezie jest na podwyższeniu, więc spadnę i wybiję sobie zęby, co w moim przypadku jest niemożliwe, więc nie wiadomo, co sobie uszkodzę i jak. Zatem jedyna rada - incognito.
- Jasne - zdenerwował się Robo. - Przyjdziesz dwie godziny przed występem i incognito. Będziesz się chować przed Jackiem pod krzesłem?
Tja...
Najśmieszniejsze w całej sytuacji jest to, że idę jako tekściarz-satyryk ze specjalnością: piosenka kabaretowa. A w programie, poza gospodarzami, Hrabi z zestawem piosenek ("Pienia i jęki") i Kaczki z Nowej Paczki (to ci od Dziubdziuba, kabaret piosenki).
- Chyba się ucieszą - zawyrokował Robo. - Ale zmartwię cię trochę. Pewnie ci każą, jako autorce, wstać i się ukłonić.
- Wiesz, co się wtedy stanie, wiesz? - zapytałam od razu.
- Wiem - napisał Robo, chociaż wcale nie wiedział. - Cegła na ryju i nie wstanę. - (mówiłam, że nie wiedział!).
- Nie. Niesiona falą podziwu dla samej siebie wstanę, zechcę się ukłonić, strzelą mnie korzonki, bo dlaczego by miały nie strzelić, uniemożliwią mi jakikolwiek ruch ciała, przez co spadnę na ryj trzy rzędy niżej i wystąpię jako atrakcja wieczoru.
- Mam na to świetną radę - odparł Robo pogodnie. - Siądź w pierwszym rzędzie, wtedy spadniesz na ryj prosto na scenę.
- Świetna rada - uznałam. - Ale nie do końca, bo scena w Korezie jest na podwyższeniu, więc spadnę i wybiję sobie zęby, co w moim przypadku jest niemożliwe, więc nie wiadomo, co sobie uszkodzę i jak. Zatem jedyna rada - incognito.
- Jasne - zdenerwował się Robo. - Przyjdziesz dwie godziny przed występem i incognito. Będziesz się chować przed Jackiem pod krzesłem?
Tja...
Najśmieszniejsze w całej sytuacji jest to, że idę jako tekściarz-satyryk ze specjalnością: piosenka kabaretowa. A w programie, poza gospodarzami, Hrabi z zestawem piosenek ("Pienia i jęki") i Kaczki z Nowej Paczki (to ci od Dziubdziuba, kabaret piosenki).
poniedziałek, 14 grudnia 2009
845. zastaw
- Chodź ze mną do czytelni czasopism - powiedział Fimbul. - Musimy skserować artykuł, a ja nie mam żadnego dowodu.
- Teraz powinna być Moja Ulubiona Pani z Czytelni, to nie potrzebujemy dowodu - odparłam, zostawiliśmy rzeczy w sali, zamkniętej na klucz i zeszliśmy cztery piętra w dół.
MUPzC akurat nie było. Perspektywa wracania na czwarte piętro nieco mnie przeraziła i wyzwoliła trochę kreatywności.
- Dzień dobry, potrzebujemy artykuł na ksero, ale nie mamy dowodów - wyznałam. - To ja mogę zostać w czytelni jako zastaw.
Pani się na to zgodziła, Fimbul poszedł kserować artykuł, a ja siadłam sobie i przeglądałam jakieś czasopismo. Przyszła MUPzC.
- No proszę, jak tu się pilnie pracuje - ucieszyła się na mój widok, bo z reguły jak jestem w czytelni czasopism, to u niej na plotkach (a jestem raz na tydzień standardowo, zwykle częściej).
- E, nie, ja tu jestem jako zastaw tylko, bo Fimbul poszedł na ksero - wyjaśniłam, rozwiewając wątpliwości co do własnej pracy.
Wrócił Fimbul i oddał czasopismo.
- To teraz proszę wziąć zastaw pod pachę i iść - poradziła mu MUPzC.
- Chętnie! - podskoczyłam z radości. - Bo idziemy na czwarte piętro!
- Chodź, zastawie - powiedział Fimbul i otworzył mi drzwi.
Nadzieja znowu prysła.
- Teraz powinna być Moja Ulubiona Pani z Czytelni, to nie potrzebujemy dowodu - odparłam, zostawiliśmy rzeczy w sali, zamkniętej na klucz i zeszliśmy cztery piętra w dół.
MUPzC akurat nie było. Perspektywa wracania na czwarte piętro nieco mnie przeraziła i wyzwoliła trochę kreatywności.
- Dzień dobry, potrzebujemy artykuł na ksero, ale nie mamy dowodów - wyznałam. - To ja mogę zostać w czytelni jako zastaw.
Pani się na to zgodziła, Fimbul poszedł kserować artykuł, a ja siadłam sobie i przeglądałam jakieś czasopismo. Przyszła MUPzC.
- No proszę, jak tu się pilnie pracuje - ucieszyła się na mój widok, bo z reguły jak jestem w czytelni czasopism, to u niej na plotkach (a jestem raz na tydzień standardowo, zwykle częściej).
- E, nie, ja tu jestem jako zastaw tylko, bo Fimbul poszedł na ksero - wyjaśniłam, rozwiewając wątpliwości co do własnej pracy.
Wrócił Fimbul i oddał czasopismo.
- To teraz proszę wziąć zastaw pod pachę i iść - poradziła mu MUPzC.
- Chętnie! - podskoczyłam z radości. - Bo idziemy na czwarte piętro!
- Chodź, zastawie - powiedział Fimbul i otworzył mi drzwi.
Nadzieja znowu prysła.
sobota, 12 grudnia 2009
844. Relaks
- Mój komp mnie trochę płoszy - napisałam do Fimbula.
- Dlaczego?
- Bo czasami coś szumi do siebie.
- Może tak relaksacyjnie, żebyś się odprężyła? - zastanowił się Fimbul. - Zobacz, czy ma gdzieś opcję śpiewu wielorybów.
Jakby ktoś chciał komentować, to przeklejam radę Lady Q: "wybiera się opcję "nazwa/adres url" i mozna wpisac i nazwe i adres, albo np samą nazwę i to działa."
- Dlaczego?
- Bo czasami coś szumi do siebie.
- Może tak relaksacyjnie, żebyś się odprężyła? - zastanowił się Fimbul. - Zobacz, czy ma gdzieś opcję śpiewu wielorybów.
Jakby ktoś chciał komentować, to przeklejam radę Lady Q: "wybiera się opcję "nazwa/adres url" i mozna wpisac i nazwe i adres, albo np samą nazwę i to działa."
czwartek, 10 grudnia 2009
843. Parapetówka
Co powiecie na takie nowe miejsce?
Musimy je udomowić (to znaczy, jeśli w ogóle zechcecie tu bywać...). Czekam na Wasze uwagi, sugestie, podpowiedzi i inne.
Obiecuję, że postaram się po staremu wrzucać tu wszystkie śmiesznostki, zmienia się tylko adres strony, nic poza tym.
Kopiuję stare notki i publikuję ze wstecznymi datami, wczoraj przejrzałam i wrzuciłam wybrane kawałki z dwustu pierwszych. Odrzucam te poważne, nudne albo nieciekawe, bo po co to tu trzymać, archiwum starego bloga i tak mam na dysku. Komentarzy na razie też jeszcze nie przeklejam, ale wszystko z czasem.
Na początek: mój ukochany skecz Adina (Sikor wrzucił na stronę, więc można sobie obejrzeć, chociaż na przykład Piotrek twierdzi, że lepszy jest Producent Pornusów):
Kelner z Godnością
A druga rzecz na dzisiaj - czytam sobie Tuwima Cicer cum caule, czyli groch z kapustą i jest tam informacja o pewnym golibrodzie, który do klientów odzywał się tylko do rymu. Jedna z jego odzywek przypadła mi do gustu szczególnie, śmieję się z niej od dłuższego czasu:
Proszę siedzieć sztywno
jak drywno.
No to się rozgośćcie.
Musimy je udomowić (to znaczy, jeśli w ogóle zechcecie tu bywać...). Czekam na Wasze uwagi, sugestie, podpowiedzi i inne.
Obiecuję, że postaram się po staremu wrzucać tu wszystkie śmiesznostki, zmienia się tylko adres strony, nic poza tym.
Kopiuję stare notki i publikuję ze wstecznymi datami, wczoraj przejrzałam i wrzuciłam wybrane kawałki z dwustu pierwszych. Odrzucam te poważne, nudne albo nieciekawe, bo po co to tu trzymać, archiwum starego bloga i tak mam na dysku. Komentarzy na razie też jeszcze nie przeklejam, ale wszystko z czasem.
Na początek: mój ukochany skecz Adina (Sikor wrzucił na stronę, więc można sobie obejrzeć, chociaż na przykład Piotrek twierdzi, że lepszy jest Producent Pornusów):
Kelner z Godnością
A druga rzecz na dzisiaj - czytam sobie Tuwima Cicer cum caule, czyli groch z kapustą i jest tam informacja o pewnym golibrodzie, który do klientów odzywał się tylko do rymu. Jedna z jego odzywek przypadła mi do gustu szczególnie, śmieję się z niej od dłuższego czasu:
Proszę siedzieć sztywno
jak drywno.
No to się rozgośćcie.
wtorek, 8 grudnia 2009
842. debiut kolejny i kolejny
Kabaret, w którym zaczęłam poważniejsze "estradowe" pisanie kilka lat temu, obchodzi teraz swoje trzydziestolecie. Impreza z tej okazji (połączona z kolejnym występem) zaplanowana jest na 16.12. Oczywiście zostałam na nią zaproszona i mam pierwszy raz w życiu zobaczyć swoje teksty na scenie (bo do tej pory nigdy mi nie pasowało czasowo) - więc też to traktuję jako pewien rodzaj debiutu.
- Są dwa przedstawienia - powiedziałam Fimbulowi. - Jedno o 17:30, a drugie o 20. Chcę pójść na próbę przed pierwszym, pogadać, zmyć się i przyjść na to o 20 potem.
- Idź na dwa! - odparł Fimbul.
- Nie no, to potem się będę nudzić...
- Idź na dwa - upierał się Fimbul. - Na pierwszym będziesz siedzieć i słuchać, a na drugim wykrzykiwać puenty przed aktorami.
Poza tym chciałam poinformować, że nie jestem już związana z Granicami, w związku z tym zapowiadam przenosiny bloga. Jeszcze nie wiem dokładnie, gdzie się przeniesiemy i kiedy (nawał obowiązków chwilowo nie pozwala na przeprowadzkę natychmiast) - ale od razu serdecznie zapraszam na jakieś nowe miejsce. Dam znać.
I przy okazji dziękuję wszystkim Wydawnictwom za ciepłe słowa i obietnicę kontynuacji współpracy. Postaram się nikogo nie zawieść.
Trzymajcie kciuki.
- Są dwa przedstawienia - powiedziałam Fimbulowi. - Jedno o 17:30, a drugie o 20. Chcę pójść na próbę przed pierwszym, pogadać, zmyć się i przyjść na to o 20 potem.
- Idź na dwa! - odparł Fimbul.
- Nie no, to potem się będę nudzić...
- Idź na dwa - upierał się Fimbul. - Na pierwszym będziesz siedzieć i słuchać, a na drugim wykrzykiwać puenty przed aktorami.
Poza tym chciałam poinformować, że nie jestem już związana z Granicami, w związku z tym zapowiadam przenosiny bloga. Jeszcze nie wiem dokładnie, gdzie się przeniesiemy i kiedy (nawał obowiązków chwilowo nie pozwala na przeprowadzkę natychmiast) - ale od razu serdecznie zapraszam na jakieś nowe miejsce. Dam znać.
I przy okazji dziękuję wszystkim Wydawnictwom za ciepłe słowa i obietnicę kontynuacji współpracy. Postaram się nikogo nie zawieść.
Trzymajcie kciuki.
środa, 2 grudnia 2009
840. depesza
Fimbulwinter (30-11-2009 12:24)
Facebook polecił mi, żebym sprawił, aby był dla Ciebie przyjaznym miejscem ;D
Fimbulwinter (30-11-2009 12:24)
Izabela Mikrut
Spraw, by Facebook był dla niej lepszym miejscem.
Facebook polecił mi, żebym sprawił, aby był dla Ciebie przyjaznym miejscem ;D
Fimbulwinter (30-11-2009 12:24)
Izabela Mikrut
Spraw, by Facebook był dla niej lepszym miejscem.
wtorek, 1 grudnia 2009
839. herbata dla Fimbula
- Do dzisiaj mnie śmieszy, jak Ci Ania Sz. w Szczyrku robiła herbatę - powiedziałam Fimbulowi w kontekście picia.
- Będziemy o tym Ani wnukom opowiadać - stwierdził Fimbulek.
- O, napiszę jej to - ucieszyłam się. - Albo napiszę na blogu, mogę?
- Tak, ale dodaj na końcu jakiś miły akcent. Że ją pozdrawiamy i bardzo lubimy. Z wodą czy bez.
Ania, pozdrawiamy i bardzo Cię lubimy.
- Będziemy o tym Ani wnukom opowiadać - stwierdził Fimbulek.
- O, napiszę jej to - ucieszyłam się. - Albo napiszę na blogu, mogę?
- Tak, ale dodaj na końcu jakiś miły akcent. Że ją pozdrawiamy i bardzo lubimy. Z wodą czy bez.
Ania, pozdrawiamy i bardzo Cię lubimy.
niedziela, 29 listopada 2009
838. walczymy
1. Aneks do notki 835 - sms od Robo "Zdobyliśmy 1 nagrodę i nagrodę specjalną Łowców.B". "Jak się dowiesz, w jakiej aranżacji poleciały twoje teksty, to nic nam więcej nie napiszesz" - stwierdził dziś Robo. Raczej się nie pomyli. Zdarza się. Najwyżej będę do końca życia terminować w Adinie bez szans na debiut, za biesiadę dziękuję serdecznie, nie bawi mnie, mam inne plany.
2. Czwartek, telefon od Piotrka z Długich "mamy tu aktora, który potrzebuje tekstu, ale nie napiszemy mu, bo nie zdążymy [w słuchawce słychać Jacka "pozdrowienia Mrówkoooo!"]. Wymyślisz coś?". Wymyśliłam. Dwa teksty poszły, zostały zaakceptowane. Napisałam je wtedy, kiedy miałam największą gorączkę.
3. Już wkrótce parę informacji o debiutach rozmaitych (najśmieszniejsze, że na różnych polach).
4. Powoli zaczynam Was zapraszać na mojego bloga recenzenckiego (to też rodzaj walki z rozmaitymi przekrętami i nieuczciwościami, zdrowsza będę ;)). Można na nim znaleźć recenzje, szkice i omówienia krytyczne, wywiady, komentarze (do znalezionych w antykwariacie książek) i różne takie. Wszystko przyjdzie z czasem, na razie wyłażę spod koca, więc bez cudów. Jeśli komuś zależy, może dodać do siebie na bloga linka do tu-czytam, będę wdzięczna. Jeśli nie - nic się nie stanie.
Skończył mi się apetyt na pisanie i na przeżywanie tym bardziej. Szczęka - siedlisko tumiwisizmu. I dobra wymówka na początek. Zamierzam iść i zdrowieć. Dobranoc.
2. Czwartek, telefon od Piotrka z Długich "mamy tu aktora, który potrzebuje tekstu, ale nie napiszemy mu, bo nie zdążymy [w słuchawce słychać Jacka "pozdrowienia Mrówkoooo!"]. Wymyślisz coś?". Wymyśliłam. Dwa teksty poszły, zostały zaakceptowane. Napisałam je wtedy, kiedy miałam największą gorączkę.
3. Już wkrótce parę informacji o debiutach rozmaitych (najśmieszniejsze, że na różnych polach).
4. Powoli zaczynam Was zapraszać na mojego bloga recenzenckiego (to też rodzaj walki z rozmaitymi przekrętami i nieuczciwościami, zdrowsza będę ;)). Można na nim znaleźć recenzje, szkice i omówienia krytyczne, wywiady, komentarze (do znalezionych w antykwariacie książek) i różne takie. Wszystko przyjdzie z czasem, na razie wyłażę spod koca, więc bez cudów. Jeśli komuś zależy, może dodać do siebie na bloga linka do tu-czytam, będę wdzięczna. Jeśli nie - nic się nie stanie.
Skończył mi się apetyt na pisanie i na przeżywanie tym bardziej. Szczęka - siedlisko tumiwisizmu. I dobra wymówka na początek. Zamierzam iść i zdrowieć. Dobranoc.
piątek, 27 listopada 2009
837. chomik marznie
Od samego rana Mrówka wyglądała jak chomik, tylko że jedną połową twarzy. Zrezygnowała z wyrażania nią uczuć, chociaż i tak sprawiała wrażenie, jakby do wszystkiego i wszystkich żywiła pogardę, Planowała nawet nadmuchać drugi policzek i sugerować stałego, nieodwracalnego focha, ale z braku potencjalnych odbiorców tegoż (i przy śmiechu obserwatorów) zrezygnowała, ograniczając zbędne wysiłki.
Odkryła przy okazji, dlaczego starożytni Egipcjanie dawali się malować na ścianach tylko z profilu.
Udawała, że ma w policzku schowane pół jabłka na później.
Twierdziła, że chce zostać twarzą firmy produkującej pokarm dla chomików, ale z racji nierównomiernego spuchnięcia, zrezygnowała.
Planowała, że przewróci się na chodniku, bo i tak bardziej poturbowana być nie może.
I strasznie, ale to strasznie bolały ją kolana i kręgosłup w krzyżu.
Dentystka na widok Mrówki załamała ręce, a potem... chwyciła za skalpel. Nie ma to jak mało stresujący początek dnia. Na nieśmiałe "a może po prostu antybiotyk?" wyszeptane przez przerażoną Mrówkę odparła, że antybiotyk też będzie. Później.
- A dlafego mnie tak bolą kolana? - wymruczała Mrówka po zabiegu.
- Bo w zębie masz pierwotny proces zapalny, a w kolanach wtórny - wyjaśniła dentystka.
- To mowe mam po proftu koftkę u nogi wwichniętą? - spróbowała Mrówka beznadziejnie zażartować, a potem przyszła do domu i położyła się spać, próbując przy okazji zbić dość wysoką gorączkę i rozmasować stawy.
Zaiste, wielu poświęceń wymagają zęby pozbawione granicy z kością.
Odkryła przy okazji, dlaczego starożytni Egipcjanie dawali się malować na ścianach tylko z profilu.
Udawała, że ma w policzku schowane pół jabłka na później.
Twierdziła, że chce zostać twarzą firmy produkującej pokarm dla chomików, ale z racji nierównomiernego spuchnięcia, zrezygnowała.
Planowała, że przewróci się na chodniku, bo i tak bardziej poturbowana być nie może.
I strasznie, ale to strasznie bolały ją kolana i kręgosłup w krzyżu.
Dentystka na widok Mrówki załamała ręce, a potem... chwyciła za skalpel. Nie ma to jak mało stresujący początek dnia. Na nieśmiałe "a może po prostu antybiotyk?" wyszeptane przez przerażoną Mrówkę odparła, że antybiotyk też będzie. Później.
- A dlafego mnie tak bolą kolana? - wymruczała Mrówka po zabiegu.
- Bo w zębie masz pierwotny proces zapalny, a w kolanach wtórny - wyjaśniła dentystka.
- To mowe mam po proftu koftkę u nogi wwichniętą? - spróbowała Mrówka beznadziejnie zażartować, a potem przyszła do domu i położyła się spać, próbując przy okazji zbić dość wysoką gorączkę i rozmasować stawy.
Zaiste, wielu poświęceń wymagają zęby pozbawione granicy z kością.
poniedziałek, 23 listopada 2009
836. szminka
Pokazywał kiedyś Ulli Boegershausen, jak plastikowa albo metalowa nakładka na palcu, przesuwana po strunach (nie umiem tego inaczej opisać) wpływa na zmianę dźwięku gitary. Postanowiliśmy to z Fimbulem wypróbować i Fimbulek wymyślił, że najlepiej będzie do tego celu użyć fragmentu oprawki szminki.
- Fimbul, zapomniałam ci przynieść szminkę dla ciebie - pacnęłam się w czoło na korytarzu.
- CISZEJ! - powiedział Fimbul.
Popatrzyłam na niego ze zdziwieniem.
Dopiero po BARDZO długiej chwili do mnie dotarło.
- Fimbul, zapomniałam ci przynieść szminkę dla ciebie - pacnęłam się w czoło na korytarzu.
- CISZEJ! - powiedział Fimbul.
Popatrzyłam na niego ze zdziwieniem.
Dopiero po BARDZO długiej chwili do mnie dotarło.
niedziela, 22 listopada 2009
835. instrukcja obsługi
Jestem twórcą trudnym w obsłudze, nie da się ukryć.
Mimo że deklaruję zawsze podleganie artystom, z którymi współpracuję.
W praktyce nie wygląda to zawsze tak różowo.
Robo ma w niedalekiej przyszłości przegląd kabaretowy. I konkurs, w którym na trzy kategorie napisałam mu dwa teksty. Pierwszy tekst zespół mi przemielił doszczętnie, więc zabroniłam wprowadzania jakichkolwiek zmian poza moimi (drugi przeszedł bez szemrania, aż się oboje dziwimy) i biedny Robo wymyślił w końcu, że przygotuje go sam.
- Robo, jest tylko jedna malutka możliwość zrobienia tego tekstu dobrze - napisałam mu na gg. Robo zapytał o szczegóły.
- Nie ma szczegółów - odparłam. - Poza tym, że nie możesz się od tego tekstu zdystansować za bardzo. I nie możesz przesadzić z zaangażowaniem. I nie możesz się obudowywać rekwizytami też. I nie możesz... tego... aha, wiem, nie możesz go recytować jak na akademii. I nie możesz pamiętać, że to jest wiersz. I nie możesz...
I Robo chwycił za telefon, zadzwonił do mnie i powiedział mi dwie zwrotki.
Na razie jestem spokojna.
Mimo że deklaruję zawsze podleganie artystom, z którymi współpracuję.
W praktyce nie wygląda to zawsze tak różowo.
Robo ma w niedalekiej przyszłości przegląd kabaretowy. I konkurs, w którym na trzy kategorie napisałam mu dwa teksty. Pierwszy tekst zespół mi przemielił doszczętnie, więc zabroniłam wprowadzania jakichkolwiek zmian poza moimi (drugi przeszedł bez szemrania, aż się oboje dziwimy) i biedny Robo wymyślił w końcu, że przygotuje go sam.
- Robo, jest tylko jedna malutka możliwość zrobienia tego tekstu dobrze - napisałam mu na gg. Robo zapytał o szczegóły.
- Nie ma szczegółów - odparłam. - Poza tym, że nie możesz się od tego tekstu zdystansować za bardzo. I nie możesz przesadzić z zaangażowaniem. I nie możesz się obudowywać rekwizytami też. I nie możesz... tego... aha, wiem, nie możesz go recytować jak na akademii. I nie możesz pamiętać, że to jest wiersz. I nie możesz...
I Robo chwycił za telefon, zadzwonił do mnie i powiedział mi dwie zwrotki.
Na razie jestem spokojna.
piątek, 20 listopada 2009
834. pracapracapracapraca
Jak się człowiek zakopie w ogromną ilość projektów, to potem trudno mu istnieć. Na szczęście za kilka projektów odpowiedzialnych jest więcej osób. Bezczelnie to wykorzystuję.
- Niektóre rysunki nie pasują - napisał mi przed chwilą ML, oglądając wstępną wersję e-booka z moimi tekstami i jego rysunkami.
- Spiszesz mi je? - spytałam z nadzieją.
- Nie chce mi się - odparł Marek. - Wolę narzekać do końca życia.
- Niektóre rysunki nie pasują - napisał mi przed chwilą ML, oglądając wstępną wersję e-booka z moimi tekstami i jego rysunkami.
- Spiszesz mi je? - spytałam z nadzieją.
- Nie chce mi się - odparł Marek. - Wolę narzekać do końca życia.
czwartek, 19 listopada 2009
833. światło, nosisz je w sobie...
- Zrobiłam sobie bardzo fajne zdjęcie - napisałam do Robo. - Prawie mnie na nim nie widać.
- O, już mi się podoba - stwierdził Robo. - Pochwal się. Ja już cię na żywo nawet widziałem, więc mnie już niczym nie zaszokujesz.
Posłałam mu to zdjęcie.
- Bardzo fajna fotka - odezwał się Robo. - Artystyczna i wyglądasz na niej ładnie.
- Bo mnie nie widać, nie? Sama robiłam.
- Wyszło jakby robił kompetentny fotograf. Proszę, jak pozory mogą mylić - ucieszył się Robo.
Wystarczyło tylko zgasić światło.
- O, już mi się podoba - stwierdził Robo. - Pochwal się. Ja już cię na żywo nawet widziałem, więc mnie już niczym nie zaszokujesz.
Posłałam mu to zdjęcie.
- Bardzo fajna fotka - odezwał się Robo. - Artystyczna i wyglądasz na niej ładnie.
- Bo mnie nie widać, nie? Sama robiłam.
- Wyszło jakby robił kompetentny fotograf. Proszę, jak pozory mogą mylić - ucieszył się Robo.
Wystarczyło tylko zgasić światło.
poniedziałek, 16 listopada 2009
z placu boju pod R3
Notatkę dodano:2009-11-16 23:53:23
ML zamiast pojechać na weekend do domu, został i rysował.
Przez sobotę zilustrował całą R3 (a przez niedzielę - mój tomik przyszły).
R3 złożona (w jakimś rekordowym czasie, absurd), poprawiona.
Piotrek na bieżąco poprawia jeszcze drobiazgi.
- Piotrek, jesteś nieoceniony - pisze na gg wykończona Mrówka. - Ocenić cię?
On już się nie dziwi, że wczoraj zamiast R3 wysłałam mu R2 i beztrosko poszłam spać, w związku z czym na cały dzień oboje zostaliśmy bez dostępu do właściwego pliku z R3, bo ja wróciłam do domu po 19.
Poprzednie tomy nie takie rzeczy widziały.
Za to ja już nie widzę na oczy.
Dobranoc.
ML zamiast pojechać na weekend do domu, został i rysował.
Przez sobotę zilustrował całą R3 (a przez niedzielę - mój tomik przyszły).
R3 złożona (w jakimś rekordowym czasie, absurd), poprawiona.
Piotrek na bieżąco poprawia jeszcze drobiazgi.
- Piotrek, jesteś nieoceniony - pisze na gg wykończona Mrówka. - Ocenić cię?
On już się nie dziwi, że wczoraj zamiast R3 wysłałam mu R2 i beztrosko poszłam spać, w związku z czym na cały dzień oboje zostaliśmy bez dostępu do właściwego pliku z R3, bo ja wróciłam do domu po 19.
Poprzednie tomy nie takie rzeczy widziały.
Za to ja już nie widzę na oczy.
Dobranoc.
sobota, 14 listopada 2009
832. filozofia boiska
Mecz Polska - Rumunia. W piłkę nożną. W przerwie redaktor łapie pierwszego z brzegu zawodnika, żeby przeprowadzić z nim "wywiad".
Redaktor: Nie strzeliliście na razie ani jednej bramki. Dlaczego?
Zawodnik: Ponieważ nasze akcje nie kończyły się zdobyciem gola.
Edit: Nie oprę się pokusie zacytowania samej siebie. Kleciłam maila do Dystycha i próbowałam się popisać umiejętnością tworzenia małych form satyrycznych. Wymyśliłam na poczekaniu nagrobek kominiarza.
Łzą się oko rosi,
w płacz mali i duzi:
szczęście chłop przynosił,
a ma z tego guzik.
Redaktor: Nie strzeliliście na razie ani jednej bramki. Dlaczego?
Zawodnik: Ponieważ nasze akcje nie kończyły się zdobyciem gola.
Edit: Nie oprę się pokusie zacytowania samej siebie. Kleciłam maila do Dystycha i próbowałam się popisać umiejętnością tworzenia małych form satyrycznych. Wymyśliłam na poczekaniu nagrobek kominiarza.
Łzą się oko rosi,
w płacz mali i duzi:
szczęście chłop przynosił,
a ma z tego guzik.
wtorek, 10 listopada 2009
831. groźby
Z rozmowy wieczornej.
Robo wkurzany przez Mrówkę (notorycznie, ale dzisiaj już bardzo).
Robo: Ugryzę cię dzisiaj.
Mrówka (z zainteresowaniem): W co?
Robo: W antenki.
Robo wkurzany przez Mrówkę (notorycznie, ale dzisiaj już bardzo).
Robo: Ugryzę cię dzisiaj.
Mrówka (z zainteresowaniem): W co?
Robo: W antenki.
sobota, 31 października 2009
827. duma
- Lubię siedzieć na próbach, zawsze się coś ciekawego dzieje - mruknęłam do Robo jeszcze przed tym, jak biegaliśmy wszyscy po scenie ku radości dźwiękowca.
- Zupełnie inaczej jest niż na przedstawieniach, nie? - odmruknął Robo, obserwując próby symultaniczne kątem oka.
- Ale wiesz? Chciałabym już poczuć tę dumę, że siedzę tu jako tekściarz, a tam grają to, co napisałam.
- Dumę? - zdziwił się Robo. - Mrówa, jak będą grali TWOJE teksty?
Fakt, przesadziłam.
- Zupełnie inaczej jest niż na przedstawieniach, nie? - odmruknął Robo, obserwując próby symultaniczne kątem oka.
- Ale wiesz? Chciałabym już poczuć tę dumę, że siedzę tu jako tekściarz, a tam grają to, co napisałam.
- Dumę? - zdziwił się Robo. - Mrówa, jak będą grali TWOJE teksty?
Fakt, przesadziłam.
środa, 28 października 2009
826. wracam
WSTĘP
Kilka lat temu Mrówka-smarkula postanowiła spróbować swoich sił w satyrze profesjonalnej i pierwsze kroki skierowała tam, gdzie było najbliżej - na katowicką Kabaretową Scenę Trójki. Raczkującym w twórczości estradowej dzieckiem zaopiekowali się gospodarze katowickiej KST, wystawili nawet programy zbudowane na Mrówkowych tekstach, nie mówiąc o paru bardzo przydatnych wskazówkach.
Mrówce to nie wystarczyło. Uderzyła dalej - do twórcy, który współpracował kiedyś między innymi z Wojciechem Młynarskim i wymyślił program, o jakim przedmrówkowe pokolenie już wiedziało. Przystankiem drugim w poszukiwaniu scenicznego szczęścia były krakowskie Spotkania z Balladą. Tu zaczęła się szkoła satyry, warsztaty kabaretowe, poprawianie po kilka razy piosenki, której wydawałoby się - już nie da się uratować. SzB zeszły z anteny, kiedy osiem Mrówkowych piosenek zostało zaakceptowanych. Czas było zrobić kolejny krok.
Kolejny krok, paradoksalnie, nie był krokiem ogromnym dla ludzkości, ale dla Mrówki owszem. Dzięki Rewii Mrówka dostała się pod twórczą opiekę Egzekutora (choć sam Egzekutor do tej pory utrzymuje, że nie jest nauczycielem, a współtwórcą w R i nie pozwala Mrówce zajmować pozycji pilnego ucznia). Opieka Egzekutora oznaczała spore postępy w satyrze lingwistycznej - dotąd rejonie praktycznie Mrówce niedostępnym. Udawana rywalizacja z Egzekutorem, plus kuratela wykładowcy-od-satyry (a przyjaciela Egz) - to były niezłe bodźce do pisania. Ale - do pisania do szuflady. A potem...
Potem pojawił się Adin. To znaczy: Mrówka odkryła Adin i postawiła sobie cel niezwykle trudny do osiągnięcia: pisać dla Sikora. Rzecz praktycznie niemożliwa przy tym poziomie (jeszcze), ale tym bardziej mobilizująca. I kolejny kurs satyry, właściwie praca nad sobą z możliwością skonfrontowania tekstu z oceną Imperatora.
I teraz, po tym wszystkim, wracam na katowicką KST jako tekściarz. Wracam dojrzalsza, zmieniona, szczęśliwa i rozmarzona. Wracam rozpisana, z konkretnymi zamówieniami i pomysłami, które rodzą się w mgnieniu oka (ostatnio przez trzy tygodnie nie mogłam napisać tekstu na jeden temat, aż pewnej nocy w ciągu godziny napisałam cztery różne stylowo i puentowo piosenki o tym samym). Wracam, witana, jakby nie było tych kilku lat przerwy. Wracam - jak do domu.
NOTKA WŁAŚCIWA
(Miejsce akcji: garderoba na dwie osoby. Zaludniona przez dwie solistki, pianistę, dwóch gospodarzy, Świerszczychrząszcza i KZR, plus Mrówkę, która wychodzi).
- Gdzie jest moja koszulka? - miotał się Robo w garderobie.
- Ja tam nie wiem, czym teraz myją scenę - oznajmiłam nieśmiało. - Ale może idź i sprawdź.
Robo wyjął z torby drąg.
- Wiesz, co to jest? - zapytał. - To jest kij na mrówkę.
- Kopnę cię zaraz - powiedziałam do pleców Robo. Właściciel pleców dalej grzebał w torbie, powtarzając jak mantrę "gdzie moja koszulka?". - Jacek, czy ja go mogę kopnąć? - upewniłam się u przechodzącego właśnie gospodarza KST.
- Możesz - przytaknął Jacek, spoglądając na R. z góry. - Teraz ci nawet łatwiej będzie.
- Gdzie jest moja koszulka? - jęknął Robo.
- Ostatni skecz? - zapytał go Jacek. Robo spojrzał nierozumiejącym wzrokiem. Jacek zdecydował się na kontrmantrę: - Ostatni skecz? Ostatni skecz? Ostatni skecz?
- "Zaświaty" - załapał Robo.
- Wiesz, jak on wyzionie ducha na scenie, to wtedy wchodzicie - mruknęłam Jackowi. - To nawet pasuje jako ostatni skecz...
Wracam tam :).
Kilka lat temu Mrówka-smarkula postanowiła spróbować swoich sił w satyrze profesjonalnej i pierwsze kroki skierowała tam, gdzie było najbliżej - na katowicką Kabaretową Scenę Trójki. Raczkującym w twórczości estradowej dzieckiem zaopiekowali się gospodarze katowickiej KST, wystawili nawet programy zbudowane na Mrówkowych tekstach, nie mówiąc o paru bardzo przydatnych wskazówkach.
Mrówce to nie wystarczyło. Uderzyła dalej - do twórcy, który współpracował kiedyś między innymi z Wojciechem Młynarskim i wymyślił program, o jakim przedmrówkowe pokolenie już wiedziało. Przystankiem drugim w poszukiwaniu scenicznego szczęścia były krakowskie Spotkania z Balladą. Tu zaczęła się szkoła satyry, warsztaty kabaretowe, poprawianie po kilka razy piosenki, której wydawałoby się - już nie da się uratować. SzB zeszły z anteny, kiedy osiem Mrówkowych piosenek zostało zaakceptowanych. Czas było zrobić kolejny krok.
Kolejny krok, paradoksalnie, nie był krokiem ogromnym dla ludzkości, ale dla Mrówki owszem. Dzięki Rewii Mrówka dostała się pod twórczą opiekę Egzekutora (choć sam Egzekutor do tej pory utrzymuje, że nie jest nauczycielem, a współtwórcą w R i nie pozwala Mrówce zajmować pozycji pilnego ucznia). Opieka Egzekutora oznaczała spore postępy w satyrze lingwistycznej - dotąd rejonie praktycznie Mrówce niedostępnym. Udawana rywalizacja z Egzekutorem, plus kuratela wykładowcy-od-satyry (a przyjaciela Egz) - to były niezłe bodźce do pisania. Ale - do pisania do szuflady. A potem...
Potem pojawił się Adin. To znaczy: Mrówka odkryła Adin i postawiła sobie cel niezwykle trudny do osiągnięcia: pisać dla Sikora. Rzecz praktycznie niemożliwa przy tym poziomie (jeszcze), ale tym bardziej mobilizująca. I kolejny kurs satyry, właściwie praca nad sobą z możliwością skonfrontowania tekstu z oceną Imperatora.
I teraz, po tym wszystkim, wracam na katowicką KST jako tekściarz. Wracam dojrzalsza, zmieniona, szczęśliwa i rozmarzona. Wracam rozpisana, z konkretnymi zamówieniami i pomysłami, które rodzą się w mgnieniu oka (ostatnio przez trzy tygodnie nie mogłam napisać tekstu na jeden temat, aż pewnej nocy w ciągu godziny napisałam cztery różne stylowo i puentowo piosenki o tym samym). Wracam, witana, jakby nie było tych kilku lat przerwy. Wracam - jak do domu.
NOTKA WŁAŚCIWA
(Miejsce akcji: garderoba na dwie osoby. Zaludniona przez dwie solistki, pianistę, dwóch gospodarzy, Świerszczychrząszcza i KZR, plus Mrówkę, która wychodzi).
- Gdzie jest moja koszulka? - miotał się Robo w garderobie.
- Ja tam nie wiem, czym teraz myją scenę - oznajmiłam nieśmiało. - Ale może idź i sprawdź.
Robo wyjął z torby drąg.
- Wiesz, co to jest? - zapytał. - To jest kij na mrówkę.
- Kopnę cię zaraz - powiedziałam do pleców Robo. Właściciel pleców dalej grzebał w torbie, powtarzając jak mantrę "gdzie moja koszulka?". - Jacek, czy ja go mogę kopnąć? - upewniłam się u przechodzącego właśnie gospodarza KST.
- Możesz - przytaknął Jacek, spoglądając na R. z góry. - Teraz ci nawet łatwiej będzie.
- Gdzie jest moja koszulka? - jęknął Robo.
- Ostatni skecz? - zapytał go Jacek. Robo spojrzał nierozumiejącym wzrokiem. Jacek zdecydował się na kontrmantrę: - Ostatni skecz? Ostatni skecz? Ostatni skecz?
- "Zaświaty" - załapał Robo.
- Wiesz, jak on wyzionie ducha na scenie, to wtedy wchodzicie - mruknęłam Jackowi. - To nawet pasuje jako ostatni skecz...
Wracam tam :).
poniedziałek, 26 października 2009
825. hobby
Przyjezdny ksiądz w niedzielę podczas kazania: mężczyzna hodował kury. Żona chodziła i tym kurom dawała jeść... Bo to tak często jest, że facet ma hobby, a kobieta to hobby karmi, żeby nie zdechło.
piątek, 23 października 2009
warsztat
Szlifowanie warsztatu satyrycznego to robota niemedialna.
Człowiek siedzi, analizuje, sprawdza, szuka, wymyśla, testuje, czyta innych. A potem rozmawia z satyrykami (co też, wbrew pozorom, znamion lansu nie ma, to w końcu niszowe, mimo wszystko). Zmiany widać z perspektywy czasu, efekty pracy nad sobą też.
Najśmieszniejsze w tym wszystkim są fachowe podpowiedzi ze strony bardzo i bardziej doświadczonych:
- za mało zakręcone, zbyt po oczywistych,
- zgrabne, ale ciągle miękkie,
- fajne, ale, będę szczery, po prostu fajne,
- to jest na hihihi, a nie na hahaha.
(2 Imperator, 2 Robo dla jasności).
Były też pozytywne oceny, ale one zwykle są mało inspirujące.
I wiecie co? Z takich informacji też da się odczytać, co i jak w tekście zmienić.
A wtedy pisanie zmienia się w zabawę ;).
Człowiek siedzi, analizuje, sprawdza, szuka, wymyśla, testuje, czyta innych. A potem rozmawia z satyrykami (co też, wbrew pozorom, znamion lansu nie ma, to w końcu niszowe, mimo wszystko). Zmiany widać z perspektywy czasu, efekty pracy nad sobą też.
Najśmieszniejsze w tym wszystkim są fachowe podpowiedzi ze strony bardzo i bardziej doświadczonych:
- za mało zakręcone, zbyt po oczywistych,
- zgrabne, ale ciągle miękkie,
- fajne, ale, będę szczery, po prostu fajne,
- to jest na hihihi, a nie na hahaha.
(2 Imperator, 2 Robo dla jasności).
Były też pozytywne oceny, ale one zwykle są mało inspirujące.
I wiecie co? Z takich informacji też da się odczytać, co i jak w tekście zmienić.
A wtedy pisanie zmienia się w zabawę ;).
czwartek, 22 października 2009
824. wieści z ostatnich dni
1) Na konferencji dostałam gadżety z logo uczelni. Wieczorem opowiadam o tym Ani Sz.:
- Dostałam notesik, ołówek, długopis, taki, jakiego kiedyś zazdrościłam Bossowi, jak mi pożyczył do wypełniania papierów i piłkę. PIŁKĘ! Wyobrażasz to sobie? Idę na konferencję i dostaję piłkę. Jeszcze 600 i zrobię sobie basenik z piłkami!
(Komentarz Fimbula: "zawsze możesz zagadnąć tego obok, czy przyda mu się do czegoś piłka. W ten sposób po 300 już byś miała basenik")
2) Czytam listy Leonarda Niedźwiedzkiego. W jednym z pierwszych, datowanym na 1832 rok, nazywa Lindego (autora Słownika języka polskiego) pierdołą. Ciekawie się zapowiada.
3) Na autobusie napis motywacyjny "jeżdżę autobusem - nie korkuję ulic". Z dumą donoszę, że jeżdżę i nie korkuję. Trochę z innych pobudek, ale w końcu też się liczy, nie?
- Dostałam notesik, ołówek, długopis, taki, jakiego kiedyś zazdrościłam Bossowi, jak mi pożyczył do wypełniania papierów i piłkę. PIŁKĘ! Wyobrażasz to sobie? Idę na konferencję i dostaję piłkę. Jeszcze 600 i zrobię sobie basenik z piłkami!
(Komentarz Fimbula: "zawsze możesz zagadnąć tego obok, czy przyda mu się do czegoś piłka. W ten sposób po 300 już byś miała basenik")
2) Czytam listy Leonarda Niedźwiedzkiego. W jednym z pierwszych, datowanym na 1832 rok, nazywa Lindego (autora Słownika języka polskiego) pierdołą. Ciekawie się zapowiada.
3) Na autobusie napis motywacyjny "jeżdżę autobusem - nie korkuję ulic". Z dumą donoszę, że jeżdżę i nie korkuję. Trochę z innych pobudek, ale w końcu też się liczy, nie?
piątek, 16 października 2009
823. kabel
Od jakiegoś czasu widoku za oknem nie psuje mi kabel od internetu. Bo z niewiadomych przyczyn obwisł któregoś dnia. Sam z siebie.
- Kabla nie ma w kadrze, bo obwisł - tłumaczyłam Piotrkowi.
- Tak sam z siebie? - dziwił się Piotrek. - Co innego to może obwisnąć, ale kabel?
- A czemu kabel nie może, jak co innego może? - zirytowałam się w końcu.
- Bo w środku jest metal - wytłumaczył mi Piotrek. - Taki gruby drut stalowy. Może ktoś się na niego wspinał?
- Po kablu? Na czwartym piętrze?
- A co, nie wolno? - zdziwił się z kolei Piotrek.
- Wolno, ale hm... jakby ci to powiedzieć... mało ludzi się decyduje.
- Ten najwidoczniej był wyjątkowy - stwierdził Piotrek. - Zwykle jak ktoś się wspina po kablach od internetu to jest wyjątkowy, to przecież całkiem logiczne.
- Kabla nie ma w kadrze, bo obwisł - tłumaczyłam Piotrkowi.
- Tak sam z siebie? - dziwił się Piotrek. - Co innego to może obwisnąć, ale kabel?
- A czemu kabel nie może, jak co innego może? - zirytowałam się w końcu.
- Bo w środku jest metal - wytłumaczył mi Piotrek. - Taki gruby drut stalowy. Może ktoś się na niego wspinał?
- Po kablu? Na czwartym piętrze?
- A co, nie wolno? - zdziwił się z kolei Piotrek.
- Wolno, ale hm... jakby ci to powiedzieć... mało ludzi się decyduje.
- Ten najwidoczniej był wyjątkowy - stwierdził Piotrek. - Zwykle jak ktoś się wspina po kablach od internetu to jest wyjątkowy, to przecież całkiem logiczne.
czwartek, 15 października 2009
822. talent
Robo chciał ofertę marketingową dla jego kabaretu.
Napisałam tam, że zespół korzysta z pomocy zaprzyjaźnionych artystów (no co? STWORZYŁAM im dwie piosenki!), żeby wzbogacić program.
- Hrhrhrhrhrhrhrh Mrówa - wycharczał Robo. - Zaprzyjaźnionych artystów?
- A co ja sobie będę odmawiać? - zastanowiłam się. - Chwileczkę, czepiasz się słowa "zaprzyjaźnionych" czy słowa "artystów"?
- Słowa "wzbogacać" - odparł Robo.
A jeszcze się będzie prosił o piosenkę.
Napisałam tam, że zespół korzysta z pomocy zaprzyjaźnionych artystów (no co? STWORZYŁAM im dwie piosenki!), żeby wzbogacić program.
- Hrhrhrhrhrhrhrh Mrówa - wycharczał Robo. - Zaprzyjaźnionych artystów?
- A co ja sobie będę odmawiać? - zastanowiłam się. - Chwileczkę, czepiasz się słowa "zaprzyjaźnionych" czy słowa "artystów"?
- Słowa "wzbogacać" - odparł Robo.
A jeszcze się będzie prosił o piosenkę.
poniedziałek, 12 października 2009
821. niedziela będzie dla mas
- Jutro mam święto, nie ma mnie - poinformował Mrówkę ML.
- Jakie święto? - zapytała Mrówka z ciekawości.
- Wigilia Dnia Nauczyciela.
- Jakie święto? - zapytała Mrówka z ciekawości.
- Wigilia Dnia Nauczyciela.
sobota, 10 października 2009
820. bramka jest okrągła
- Siadaj przed tv i oglądaj paraolimpiadę - zaordynował Mrówce Mariusz lekarstwo na stres.
- Pewnie tak zrobię, bo co innego mi pozostało - stwierdziła smętnie Mrówka.
- A jak już tak zrobisz, to patrz na to coś okrągłego, co tak od nogi do nogi i do siatki - polecił Mariusz.
- Aaaa, to na tym to polega? - ucieszyła się Mrówka.
- Dokładnie. Tylko że to będą Czesi. My to ci, co noga i za boisko, do znajomego kibica.
- Pewnie tak zrobię, bo co innego mi pozostało - stwierdziła smętnie Mrówka.
- A jak już tak zrobisz, to patrz na to coś okrągłego, co tak od nogi do nogi i do siatki - polecił Mariusz.
- Aaaa, to na tym to polega? - ucieszyła się Mrówka.
- Dokładnie. Tylko że to będą Czesi. My to ci, co noga i za boisko, do znajomego kibica.
niedziela, 4 października 2009
819. doping kreatywny
Notatkę dodano:2009-10-04 22:42:26
Polki zdobyły na ME brązowy medal.
A rano na meczu do sędziego, który bardzo źle sędziował, jeden kibic zawołał:
- A żebyś się udławił protezą własnej babki, ty Rumcajsie!
Polki zdobyły na ME brązowy medal.
A rano na meczu do sędziego, który bardzo źle sędziował, jeden kibic zawołał:
- A żebyś się udławił protezą własnej babki, ty Rumcajsie!
sobota, 3 października 2009
818. Olek :)
W piątek na wydziale spotkałam Olka!!! Od razu zweryfikowałam wszystkie plany i ustaliliśmy, że wracamy do domu razem, jak za dawnych dobrych czasów. Po załatwieniu wszystkich uczelnianych spraw wyszliśmy z budynku i ja skierowałam się w stronę Francuskiej (tam, gdzie mieszka Olek i gdzie dawniej był mój przystanek), a Olek - w stronę dworca (gdzie TERAZ jest mój przystanek).
- Gdzie ty idziesz? - zdziwił się Olek.
- Na dworzec, ale mam dużo czasu, więc na Francuską.
- Ja też idę na dworzec - powiedział Olek, więc przestałam się przepychać.
Na dworcu Olek zapytał w kiosku (kolejnym), czy jest gazeta z płytą, którą chciał sobie kupić.
- Dzień dobry, czy dostanę gazetę z płytą? - zapytał grzecznie pani w okienku.
- Nie - odparła pani.
- Bo widzisz - mruknęłam do Olka konspiracyjnie. - Najpierw mogłeś zapytać, czy jest gazeta z płytą, a gdyby pani powiedziała, że jest, to wtedy poprosić.
- Nie - pokręcił głową Olek. - Bo gdyby powiedziała, że jest, a potem powiedziała, że mi nie da, byłoby mi przykro.
Już nie napiszę o tym, że kiedy szliśmy na dworzec, przez 90% drogi musieliśmy brnąć przez piaski i omijać ciężki sprzęt drogowy. Porównaliśmy doświadczenia: kiedy chodzimy sami, takie coś nam się nie przydarza...
- Gdzie ty idziesz? - zdziwił się Olek.
- Na dworzec, ale mam dużo czasu, więc na Francuską.
- Ja też idę na dworzec - powiedział Olek, więc przestałam się przepychać.
Na dworcu Olek zapytał w kiosku (kolejnym), czy jest gazeta z płytą, którą chciał sobie kupić.
- Dzień dobry, czy dostanę gazetę z płytą? - zapytał grzecznie pani w okienku.
- Nie - odparła pani.
- Bo widzisz - mruknęłam do Olka konspiracyjnie. - Najpierw mogłeś zapytać, czy jest gazeta z płytą, a gdyby pani powiedziała, że jest, to wtedy poprosić.
- Nie - pokręcił głową Olek. - Bo gdyby powiedziała, że jest, a potem powiedziała, że mi nie da, byłoby mi przykro.
Już nie napiszę o tym, że kiedy szliśmy na dworzec, przez 90% drogi musieliśmy brnąć przez piaski i omijać ciężki sprzęt drogowy. Porównaliśmy doświadczenia: kiedy chodzimy sami, takie coś nam się nie przydarza...
czwartek, 1 października 2009
o wszystkim bez sensu
1) Trochę autoironicznie: pisałam dla Piotrka Rybnickiego tekst o piosence kabaretowej i zlazłam na warsztat (bo jak ja inaczej bym mogła?). Mam tam fragment:
"Jednak nawet i dzisiaj [...] układanie dobrych tekstów wydaje się możliwe. Trzeba tylko pamiętać o kilku arcyważnych zasadach: wyrazy w klauzulach wersów powinny pochodzić z różnych pól semantycznych [...]. Tekściarzowi nie wolno (chyba że inne są założenia i ogólna idea utworu) wprowadzać nienaturalnego szyku wyrazów tylko po to, by ułatwić sobie rymowanie. Mało tego: końcówki wersów to miejsca, które szczególnie przyciągają uwagę odbiorców: nie warto marnować potencjału humorystycznego tych partii na wplatanie fraz, które w kontekście dowcipu są pozbawione znaczenia. Lepiej traktować wersy jako całostki tekstowe o rosnącym rozkładzie akcentów komicznych (przewrotkowych) niż wymuszanymi lub przypadkowymi zapiskami zdradzać brak warsztatowej sprawności."
Żebym to jeszcze umiała zastosować w praktyce. ;)
2) Polki w półfinale mistrzostw Europy (w siatkówce oczywiście).
3) Wyszłam dziś od Bossa (który podpisywał sterty papierów rozmaitych) i zajrzałam do gabinetu Egzekutora ze słowami "dzień dobry, przyszłam się przywitać". Po czym zostałam na pół godziny, przegadaliśmy chyba wszystkie możliwe tematy.
4) Studentów moich kochanych z miasta R. widuję teraz na korytarzu w Katowicach, jak nie będą wszyscy tak zabiegani, może uda mi się z nimi trochę pogadać.
5) napis na sklepie jubilerskim:
"- naprawianie biżuterii,
- usługi"
(i jeszcze parę wyszczególnionych).
Ciekawe, jakie usługi.
Robo i ja mamy zupełnie różne poglądy na kabaret, satyrę, komizm itp. W związku z tym spory o sprawy podstawowe są u nas na porządku dziennym. Kiedy Robo zaproponował, żebym napisała mu piosenkę wstępną do programu jego kabaretu, uchylałam się od tego jak tylko mogłam. Było jasne, że to, co będzie się podobało mnie, nie spodoba się jemu.
Ale Robo, pytany o temat piosenki, powtarzał jak mantrę, że temat już mi ostatnio wymyślił. I w końcu napisałam.
- Właśnie sobie uświadomiłem, że jak mi się nie spodoba, to nic więcej mi nie napiszesz - powiedział mi przez telefon Robo, jeszcze przed lekturą.
- Nie no, musimy tu przyjąć taki układ, że TY się wyjątkowo znasz i wiesz, czego chcesz, a ja się mam dostosować - oznajmiłam, bo przypomniało mi się, że we wstępnych rozmowach inaczej widzieliśmy to, co potem napisałam.
- Dobra, będę cię opieprzał - ucieszył się Robo. - Mogę przeczytać jutro, czy opieprz chcesz już teraz? - zapytał wieczorem na gg.
Po czym dostał tekst.
Przeczytał go.
I powiedział, że to jest to, o co mu chodziło.
- To podejrzane - napisałam. - Kpisz sobie ze mnie, tak?
- Tak, tekst jest fatalny, tylko nie chciałem ci o tym mówić. W sumie to chciałem wydrukować, pokazać chłopakom i byśmy się lali nad tandetą utworu wszyscy.
Dziś dostał pełny tekst, z rozpisanymi zwrotkami i refrenami.
I się zachwyca.
Świat schodzi na psy...
Jakby ktoś miał pomysły na temat...
"Jednak nawet i dzisiaj [...] układanie dobrych tekstów wydaje się możliwe. Trzeba tylko pamiętać o kilku arcyważnych zasadach: wyrazy w klauzulach wersów powinny pochodzić z różnych pól semantycznych [...]. Tekściarzowi nie wolno (chyba że inne są założenia i ogólna idea utworu) wprowadzać nienaturalnego szyku wyrazów tylko po to, by ułatwić sobie rymowanie. Mało tego: końcówki wersów to miejsca, które szczególnie przyciągają uwagę odbiorców: nie warto marnować potencjału humorystycznego tych partii na wplatanie fraz, które w kontekście dowcipu są pozbawione znaczenia. Lepiej traktować wersy jako całostki tekstowe o rosnącym rozkładzie akcentów komicznych (przewrotkowych) niż wymuszanymi lub przypadkowymi zapiskami zdradzać brak warsztatowej sprawności."
Żebym to jeszcze umiała zastosować w praktyce. ;)
2) Polki w półfinale mistrzostw Europy (w siatkówce oczywiście).
3) Wyszłam dziś od Bossa (który podpisywał sterty papierów rozmaitych) i zajrzałam do gabinetu Egzekutora ze słowami "dzień dobry, przyszłam się przywitać". Po czym zostałam na pół godziny, przegadaliśmy chyba wszystkie możliwe tematy.
4) Studentów moich kochanych z miasta R. widuję teraz na korytarzu w Katowicach, jak nie będą wszyscy tak zabiegani, może uda mi się z nimi trochę pogadać.
5) napis na sklepie jubilerskim:
"- naprawianie biżuterii,
- usługi"
(i jeszcze parę wyszczególnionych).
Ciekawe, jakie usługi.
Robo i ja mamy zupełnie różne poglądy na kabaret, satyrę, komizm itp. W związku z tym spory o sprawy podstawowe są u nas na porządku dziennym. Kiedy Robo zaproponował, żebym napisała mu piosenkę wstępną do programu jego kabaretu, uchylałam się od tego jak tylko mogłam. Było jasne, że to, co będzie się podobało mnie, nie spodoba się jemu.
Ale Robo, pytany o temat piosenki, powtarzał jak mantrę, że temat już mi ostatnio wymyślił. I w końcu napisałam.
- Właśnie sobie uświadomiłem, że jak mi się nie spodoba, to nic więcej mi nie napiszesz - powiedział mi przez telefon Robo, jeszcze przed lekturą.
- Nie no, musimy tu przyjąć taki układ, że TY się wyjątkowo znasz i wiesz, czego chcesz, a ja się mam dostosować - oznajmiłam, bo przypomniało mi się, że we wstępnych rozmowach inaczej widzieliśmy to, co potem napisałam.
- Dobra, będę cię opieprzał - ucieszył się Robo. - Mogę przeczytać jutro, czy opieprz chcesz już teraz? - zapytał wieczorem na gg.
Po czym dostał tekst.
Przeczytał go.
I powiedział, że to jest to, o co mu chodziło.
- To podejrzane - napisałam. - Kpisz sobie ze mnie, tak?
- Tak, tekst jest fatalny, tylko nie chciałem ci o tym mówić. W sumie to chciałem wydrukować, pokazać chłopakom i byśmy się lali nad tandetą utworu wszyscy.
Dziś dostał pełny tekst, z rozpisanymi zwrotkami i refrenami.
I się zachwyca.
Świat schodzi na psy...
Jakby ktoś miał pomysły na temat...
środa, 30 września 2009
816.
Napis na opakowaniu batonika:
"Może zawierać śladowe ilości orzechów ziemnych oraz orzechów".
Czuję, że o czymś nie wiem.
A poza tym - wygrałam książkę Imperatora, książkę, której bezskutecznie poszukiwałam w antykwariatach Polski południowej przez ostatnie siedem lat. Wygrałam po krótkiej załamce i postanowieniu, że jak się nie uda, to przestanę szukać, bo z innego źródła już nie chcę. Wygrałam za komiks (a komiksów nie robiłam od czterech lat, specjalnie sprawdziłam, ostatni mam z 2005). Teraz z radości fruwam i zahaczam nosem o kabel od internetu (ten zza okna). Do pełni szczęścia brakuje mi tylko przemontowanej "Baśni" (na którą też mam nadzieję) - jedynego filmu kabaretowego, który mną wstrząsnął. Jeszcze okazja do spotkania i zniknę dla świata.
"Może zawierać śladowe ilości orzechów ziemnych oraz orzechów".
Czuję, że o czymś nie wiem.
A poza tym - wygrałam książkę Imperatora, książkę, której bezskutecznie poszukiwałam w antykwariatach Polski południowej przez ostatnie siedem lat. Wygrałam po krótkiej załamce i postanowieniu, że jak się nie uda, to przestanę szukać, bo z innego źródła już nie chcę. Wygrałam za komiks (a komiksów nie robiłam od czterech lat, specjalnie sprawdziłam, ostatni mam z 2005). Teraz z radości fruwam i zahaczam nosem o kabel od internetu (ten zza okna). Do pełni szczęścia brakuje mi tylko przemontowanej "Baśni" (na którą też mam nadzieję) - jedynego filmu kabaretowego, który mną wstrząsnął. Jeszcze okazja do spotkania i zniknę dla świata.
sobota, 26 września 2009
815. mój wiek
- Idę się wykąpać, wrócę, jak się pomarszczę - napisałam do Roba.
- W twoim wieku to już niedługo - odpisał Robo.
Phi.
- W twoim wieku to już niedługo - odpisał Robo.
Phi.
piątek, 25 września 2009
814. marazm
- Nic mi się nie chce - napisała Mrówka tuż po meczu.
- Myślałem, że od wczoraj coś fajnego napisałaś, skoro miałaś wenę - rozczarował się Robo.
- Tak. Epitafium. Nawet dwa.
- Za mało! - uznał Robo.
- Nie mówiłam, że mam ogromną wenę!
- Myślałem, że od wczoraj coś fajnego napisałaś, skoro miałaś wenę - rozczarował się Robo.
- Tak. Epitafium. Nawet dwa.
- Za mało! - uznał Robo.
- Nie mówiłam, że mam ogromną wenę!
poniedziałek, 21 września 2009
813. prorok
Notatkę dodano:2009-09-21 20:30:35
Postanowiłam raz na zawsze rozprawić się z książką, która została wydana w sześciuset numerowanych egzemplarzach i istnieje tylko w jednym miejscu w Katowicach. Skserowałam sobie potrzebne rozdziały i wracałam właśnie na dworzec, kiedy zadzwonił telefon.
- Jeśli się odwrócisz, zobaczysz utykającego faceta z siatami - usłyszałam głos Mariusza-wieszcza, który po wypadku chodzi sobie krokiem statecznym na razie.
- To ja na ciebie zaczekam - oznajmiłam, odwracając się i niekonsekwentnie pędząc w kierunku owego faceta.
- To będziesz musiała przejść na drugą stronę ulicy.
- To już przechodzę - oznajmiłam, nie spuszczając z Mariusza wzroku. - Hej, a właściwie dlaczego jeszcze rozmawiamy przez telefon? Weź się rozłącz!
- Bo ja zacząłem rozmowę i ja ją skończę - oznajmił Mariusz. I rozłączył się, bo właśnie do niego dotarłam.
- Daj mi siatki - zażądałam. Mariusz wybrał jedną i podał mi, mówiąc, że zaraz dojdzie jeszcze Ania (Ania B., co precyzuję, chociaż przecież oczywiste jest).
Chwilę później dogoniła nas Ania.
- Dajcie mi siatki - zażądała.
Wiele nas łączy ;).
Postanowiłam raz na zawsze rozprawić się z książką, która została wydana w sześciuset numerowanych egzemplarzach i istnieje tylko w jednym miejscu w Katowicach. Skserowałam sobie potrzebne rozdziały i wracałam właśnie na dworzec, kiedy zadzwonił telefon.
- Jeśli się odwrócisz, zobaczysz utykającego faceta z siatami - usłyszałam głos Mariusza-wieszcza, który po wypadku chodzi sobie krokiem statecznym na razie.
- To ja na ciebie zaczekam - oznajmiłam, odwracając się i niekonsekwentnie pędząc w kierunku owego faceta.
- To będziesz musiała przejść na drugą stronę ulicy.
- To już przechodzę - oznajmiłam, nie spuszczając z Mariusza wzroku. - Hej, a właściwie dlaczego jeszcze rozmawiamy przez telefon? Weź się rozłącz!
- Bo ja zacząłem rozmowę i ja ją skończę - oznajmił Mariusz. I rozłączył się, bo właśnie do niego dotarłam.
- Daj mi siatki - zażądałam. Mariusz wybrał jedną i podał mi, mówiąc, że zaraz dojdzie jeszcze Ania (Ania B., co precyzuję, chociaż przecież oczywiste jest).
Chwilę później dogoniła nas Ania.
- Dajcie mi siatki - zażądała.
Wiele nas łączy ;).
czwartek, 17 września 2009
812. dylematy
- Napisałabym jakiś tekst, ale mi się nie chce - zwierzyłam się Fimbulowi. - To znaczy chce mi się mieć tekst napisany, ale nie chce mi się zaczynać go pisać. I nie wiem, o czym.
- Mnie się nie chce mieć tekstu napisanego - odparł Fimbulek. - Napisałbym, ale co z nim zrobię?
PS - satyryczny tekst.
- Mnie się nie chce mieć tekstu napisanego - odparł Fimbulek. - Napisałbym, ale co z nim zrobię?
PS - satyryczny tekst.
środa, 16 września 2009
811. pijmy
- Ja chyba też coś łyknę - napisał znienacka Piotrek.
- W jakim sensie? - zainteresowałam się uprzejmie.
- Spirytualistycznym - odparł Piotrek.
- Mogę na bloga?
- No możesz. Ja tak się silę na bon młoty, a ty dopiero teraz...
- Bo do mnie musisz pisać i podkreślać, jak coś jest dowcipem - wytłumaczyłam.
- W jakim sensie? - zainteresowałam się uprzejmie.
- Spirytualistycznym - odparł Piotrek.
- Mogę na bloga?
- No możesz. Ja tak się silę na bon młoty, a ty dopiero teraz...
- Bo do mnie musisz pisać i podkreślać, jak coś jest dowcipem - wytłumaczyłam.
wtorek, 15 września 2009
810. newsy
Serwis informacyjny.
Już nie mówię o tym, że pan prezes PZPS (takie PZPN, tylko siatkówkowe) z dnia na dzień blednie z niewiadomych przyczyn, na dekoracji w Turcji pojawił się w kolorze brunatnym (na twarzy miał ten kolor), a dziś od rana widzę go w różnych wiadomościach i coraz jaśniejszy się robi, może to emocje zadziałały na niego w niedzielę jak łupinki cebuli na jajka przed Wielkanocą. A może go inaczej oświetlają.
Ale dziś rano złoci siatkarze pojawili się na śniadaniu u premiera. Jak podały agencje informacyjne - "były bułki i tiramisu".
Nie ma to jak dobry montaż newsa, natychmiast na ekranie pojawił się MVP turnieju, Piotr Gruszka i powiedział "wszystko bardzo mi smakowało, dobrze, bo byłem już bardzo głodny".
Strach coś wygrać...
Już nie mówię o tym, że pan prezes PZPS (takie PZPN, tylko siatkówkowe) z dnia na dzień blednie z niewiadomych przyczyn, na dekoracji w Turcji pojawił się w kolorze brunatnym (na twarzy miał ten kolor), a dziś od rana widzę go w różnych wiadomościach i coraz jaśniejszy się robi, może to emocje zadziałały na niego w niedzielę jak łupinki cebuli na jajka przed Wielkanocą. A może go inaczej oświetlają.
Ale dziś rano złoci siatkarze pojawili się na śniadaniu u premiera. Jak podały agencje informacyjne - "były bułki i tiramisu".
Nie ma to jak dobry montaż newsa, natychmiast na ekranie pojawił się MVP turnieju, Piotr Gruszka i powiedział "wszystko bardzo mi smakowało, dobrze, bo byłem już bardzo głodny".
Strach coś wygrać...
piątek, 11 września 2009
809. dwa szczupaki
To normalne, że kiedy milion rzeczy doprowadza człowieka do euforii, to człowiek - czyli w tym wypadku Mrówka - odreagowuje to pod koniec dnia potwornym, niewyobrażalnym zmęczeniem. Bo w końcu ile można trwać w euforii? Wczoraj, po całym dniu fruwania, byłam wieczorem trochę wykończona. Robo się lekko przestraszył.
- Masz może słownik? - zapytałam. - Bo widzisz, jednym ze sposobów wyzwolenia się z takiego stanu jest rzucenie się na scenę. W wyobraźni. I spisanie tego, co tam się dzieje.
- OPASŁY, WĘDZIĆ, KUDŁATY - napisał Robo natychmiast.
No i koło północy powstało.
Rzecz to normalna prawie,
ot, standard jako taki,
że w jednym rybnym stawie
mieszkały dwa szczupaki.
Nic w tym dziwnego, poza tym,
że gdy już gwiazdy pogasły,
to jeden się robił kudłaty,
a drugi za to - opasły.
I wtedy wciąż nieudolnie
pływały, stycznie czy wrześnie:
opasły - trochę wolniej,
kudłaty - tak jak wcześniej.
Nie przypływała ta para
do żadnej stawu krawędzi,
bo ktoś by mógł tam w szuwarach
je złapać i uwędzić.
"Zjeść by nas przecież nikt nie mógł"
"możemy przyjrzeć się brzegom"
- opasły rzekł kudłatemu,
kudłaty do opasłego.
Tak rozmawiały zwierzęta,
pływając przy tataraku.
A puenta? Po co mi puenta
przy tym kudłatym szczupaku?
A dzisiaj był mecz, mecz, mecz :). Jutro, jeśli mi się uda rano wstać, też pojadę.
- Masz może słownik? - zapytałam. - Bo widzisz, jednym ze sposobów wyzwolenia się z takiego stanu jest rzucenie się na scenę. W wyobraźni. I spisanie tego, co tam się dzieje.
- OPASŁY, WĘDZIĆ, KUDŁATY - napisał Robo natychmiast.
No i koło północy powstało.
Rzecz to normalna prawie,
ot, standard jako taki,
że w jednym rybnym stawie
mieszkały dwa szczupaki.
Nic w tym dziwnego, poza tym,
że gdy już gwiazdy pogasły,
to jeden się robił kudłaty,
a drugi za to - opasły.
I wtedy wciąż nieudolnie
pływały, stycznie czy wrześnie:
opasły - trochę wolniej,
kudłaty - tak jak wcześniej.
Nie przypływała ta para
do żadnej stawu krawędzi,
bo ktoś by mógł tam w szuwarach
je złapać i uwędzić.
"Zjeść by nas przecież nikt nie mógł"
"możemy przyjrzeć się brzegom"
- opasły rzekł kudłatemu,
kudłaty do opasłego.
Tak rozmawiały zwierzęta,
pływając przy tataraku.
A puenta? Po co mi puenta
przy tym kudłatym szczupaku?
A dzisiaj był mecz, mecz, mecz :). Jutro, jeśli mi się uda rano wstać, też pojadę.
czwartek, 10 września 2009
808. względność czasu
Najpierw się pochwalę, bo co mi szkodzi. Tym razem debiutem na portalu siatkarskim: na www.siatkowka.net pojawił się mój pierwszy artykuł (relacja) z meczu Polska-Grecja w ME. Pisany błyskawicznie chwilę po meczu, nawet go nie zdążyłam przeczytać. Serdeczne dzięki dla redakcji za wrzucenie tekstu i opracowanie go. Miło znowu być debiutantką, chociaż czasem mam wrażenie, że całe życie nią jestem.
Próbuję opisać Ani Sz., co działo się tutaj, kiedy ona jeździła po świecie.
- Od tego nie mogę zacząć, czekaj... Aha, tego też nie wiesz. Tego też ci nie mówiłam... tu cię nie było... Muszę się jeszcze bardziej cofnąć w czasie. Bo dawno temu, w wakacje...
- Mrówka, to było brutalne - napisała Ania Sz.
- Co? - zdziwiłam się.
- DAWNO TEMU, w wakacje.
Tja.
Zwłaszcza teraz.
Chyba zaryzykuję i pójdę jutro pod wieczór na mecz. Może jeszcze w sobotę rano pójdę na kolejny. W sobotę popołudniu obejrzę sobie półfinały. W niedzielę finały. Ale potem już zabieram się do roboty ;).
Próbuję opisać Ani Sz., co działo się tutaj, kiedy ona jeździła po świecie.
- Od tego nie mogę zacząć, czekaj... Aha, tego też nie wiesz. Tego też ci nie mówiłam... tu cię nie było... Muszę się jeszcze bardziej cofnąć w czasie. Bo dawno temu, w wakacje...
- Mrówka, to było brutalne - napisała Ania Sz.
- Co? - zdziwiłam się.
- DAWNO TEMU, w wakacje.
Tja.
Zwłaszcza teraz.
Chyba zaryzykuję i pójdę jutro pod wieczór na mecz. Może jeszcze w sobotę rano pójdę na kolejny. W sobotę popołudniu obejrzę sobie półfinały. W niedzielę finały. Ale potem już zabieram się do roboty ;).
środa, 9 września 2009
807. męka skrępowanego okresu
Notatkę dodano:2009-09-09 21:21:50
- Idę spać już chyba, bo komary wyssały ze mnie moc witalną - napisałam wieczorem na gg.
- Moment, słownik - przypomniał Robo.
- No wiem, na to czekam...
- Nie no... - jęknął nagle Robo i zamilkł.
- Ej, nie czytaj tego słownika teraz! - zirytowałam się. - Co wyszło?
- Znalazło mi: MĘKA, OKRES i SKRĘPOWANIE - napisał Robo z niesmakiem. - Rany boskie, podejrzewam, że będę tego żałował, ale proszę bardzo.
Była godzina 23:48. Wyłączyłam komputer i zaczęłam szykować się do snu.
O północy wystukałam w telefonie "okres, skrepowanie i co to trzeciego bylo? Bo mam skleroze". Robo uprzejmie odpisał i dzięki temu przed dziesiątą rano dzisiaj dostał piosenkę.
Wkleiłabym ją tu, ale może jednak upchnie się ją w innym miejscu... w każdym razie nie dotyczy tego, co się kojarzy od razu ;). Jakby ktoś chciał, to wystarczy info ;).
Lubię te jego inspiracje.
- Idę spać już chyba, bo komary wyssały ze mnie moc witalną - napisałam wieczorem na gg.
- Moment, słownik - przypomniał Robo.
- No wiem, na to czekam...
- Nie no... - jęknął nagle Robo i zamilkł.
- Ej, nie czytaj tego słownika teraz! - zirytowałam się. - Co wyszło?
- Znalazło mi: MĘKA, OKRES i SKRĘPOWANIE - napisał Robo z niesmakiem. - Rany boskie, podejrzewam, że będę tego żałował, ale proszę bardzo.
Była godzina 23:48. Wyłączyłam komputer i zaczęłam szykować się do snu.
O północy wystukałam w telefonie "okres, skrepowanie i co to trzeciego bylo? Bo mam skleroze". Robo uprzejmie odpisał i dzięki temu przed dziesiątą rano dzisiaj dostał piosenkę.
Wkleiłabym ją tu, ale może jednak upchnie się ją w innym miejscu... w każdym razie nie dotyczy tego, co się kojarzy od razu ;). Jakby ktoś chciał, to wystarczy info ;).
Lubię te jego inspiracje.
wtorek, 8 września 2009
806. Żulietta
tytuł notki pochodzi od imienia postaci z Baśni o ludziach stąd Sikora.
Wróciliście z wakacji i od razu materiał na codzienne notki się pojawia.
Na nk Ania Sz. dodała zdjęcie, na którym stoi i patrzy przez lornetkę do góry. Wpisałam jej w komentarzu, że mogła zrobić drugie takie samo, tylko że z butelką.
- Wiesz - powiedziała Ania Sz. - zawsze mogę dodać zdjęcie, które będzie potwierdzało mój wizerunek, który ty mi stworzyłaś. Żula. Jak śpię na ławce...
- Ej, ja nie mówiłam, że z butelką wódki! - sprostowałam natychmiast. - Miałam na myśli takie coś, co się pije po ciężkim dniu, jak w gardle zaschnie.
- Masz rację - odparła Ania. - Było tak gorąco, że przestałam wierzyć, że powietrze istnieje.
- No widzisz - uspokoiłam się. - A ty od razu o żulu...
- Bo ty mój żulowski wizerunek kreujesz od dawna - stwierdziła Ania.
Tjaaa...
Wróciliście z wakacji i od razu materiał na codzienne notki się pojawia.
Na nk Ania Sz. dodała zdjęcie, na którym stoi i patrzy przez lornetkę do góry. Wpisałam jej w komentarzu, że mogła zrobić drugie takie samo, tylko że z butelką.
- Wiesz - powiedziała Ania Sz. - zawsze mogę dodać zdjęcie, które będzie potwierdzało mój wizerunek, który ty mi stworzyłaś. Żula. Jak śpię na ławce...
- Ej, ja nie mówiłam, że z butelką wódki! - sprostowałam natychmiast. - Miałam na myśli takie coś, co się pije po ciężkim dniu, jak w gardle zaschnie.
- Masz rację - odparła Ania. - Było tak gorąco, że przestałam wierzyć, że powietrze istnieje.
- No widzisz - uspokoiłam się. - A ty od razu o żulu...
- Bo ty mój żulowski wizerunek kreujesz od dawna - stwierdziła Ania.
Tjaaa...
poniedziałek, 7 września 2009
805. Robo
Robo jest kabareciarzem. Spotkaliśmy się w przestrzeni internetowej, na stronie Władka Sikory toczyliśmy bez przerwy spory o uniwersalia, aż w końcu przeszliśmy do dyskusji na privie.
Robo jest też autorem jednej z dziwniejszych inspiracji - kiedy miał dość mojego marudzenia o temat na piosenkę kabaretową, otworzył po prostu słownik, wybrał z niego trzy hasła i podrzucił mi mailem (jak ktoś chce zobaczyć, to też prywatnie, bo na razie nie mamy sprecyzowanych planów co do niego, więc nie ogłaszam).
I właśnie Robo przysłał mi kilka dni temu maila:
****
Nie chcę Cię Mrówa straszyć ale czytam sobie Twojego bloga.
Od początku.
Wszystkie notki.
Po kolei.
Jedną po drugiej.
Powiadom moją rodzinę...
****
Zapytałam, czy mogę wykorzystać na blogu ("tak na baaaardzo szybko: mogę tego maila wrzucić na bloga?"). Odpowiedź:
"Tak na bardzo szybko odpowiem pytaniem:
Jak myslisz, co intuicyjnie przeczuwałem wysyłając Ci go? :>>>
Wnioski zapewne wysnujesz prawidłowe :D"
Wysnułam.
Robo jest też autorem jednej z dziwniejszych inspiracji - kiedy miał dość mojego marudzenia o temat na piosenkę kabaretową, otworzył po prostu słownik, wybrał z niego trzy hasła i podrzucił mi mailem (jak ktoś chce zobaczyć, to też prywatnie, bo na razie nie mamy sprecyzowanych planów co do niego, więc nie ogłaszam).
I właśnie Robo przysłał mi kilka dni temu maila:
****
Nie chcę Cię Mrówa straszyć ale czytam sobie Twojego bloga.
Od początku.
Wszystkie notki.
Po kolei.
Jedną po drugiej.
Powiadom moją rodzinę...
****
Zapytałam, czy mogę wykorzystać na blogu ("tak na baaaardzo szybko: mogę tego maila wrzucić na bloga?"). Odpowiedź:
"Tak na bardzo szybko odpowiem pytaniem:
Jak myslisz, co intuicyjnie przeczuwałem wysyłając Ci go? :>>>
Wnioski zapewne wysnujesz prawidłowe :D"
Wysnułam.
niedziela, 6 września 2009
804. paralaksa
czyli porarelaksa.
Dzisiejszy dzień Mrówka spędziła na boiskach. Obejrzała w sumie 7 meczy (z czego 6 z dyscypliny, którą kocha, a 1 z dyscypliny, którą lubi na żywo). 6 - to oczywiście siatkówka.
A na meczach piłki nożnej czasami dużo ciekawsze niż sama gra są okrzyki motywujące z trybun.
Piłkarz z przeciwnej drużyny pozorował faul. Położył się na murawie i leżał. Sędzia nie reagował, więc piłkarz w końcu podniósł się i zrobił kilka kroków.
- Poleż se jeszcze! - rozdarł się jeden kibic, siedzący przy nas.
W drugiej połowie meczu zawodnik naszej drużyny podszedł do trenera, chwycił butelkę wody i zaczął pić.
- Nie dawaj mu wody, bo się zasapie! - zawołał ten sam kibic. Śmiałam się z tego przez pół dnia.
Inne okrzyki nie nadawały się przeważnie do powtarzania publicznie, ale i tak było zabawnie.
Dzisiejszy dzień Mrówka spędziła na boiskach. Obejrzała w sumie 7 meczy (z czego 6 z dyscypliny, którą kocha, a 1 z dyscypliny, którą lubi na żywo). 6 - to oczywiście siatkówka.
A na meczach piłki nożnej czasami dużo ciekawsze niż sama gra są okrzyki motywujące z trybun.
Piłkarz z przeciwnej drużyny pozorował faul. Położył się na murawie i leżał. Sędzia nie reagował, więc piłkarz w końcu podniósł się i zrobił kilka kroków.
- Poleż se jeszcze! - rozdarł się jeden kibic, siedzący przy nas.
W drugiej połowie meczu zawodnik naszej drużyny podszedł do trenera, chwycił butelkę wody i zaczął pić.
- Nie dawaj mu wody, bo się zasapie! - zawołał ten sam kibic. Śmiałam się z tego przez pół dnia.
Inne okrzyki nie nadawały się przeważnie do powtarzania publicznie, ale i tak było zabawnie.
niedziela, 30 sierpnia 2009
803. sprzątanie świata
Notatkę dodano:2009-08-30 21:37:26
- Chyba sobie założę osobny folder na twoje teksty - napisał dawno temu Sikor do Mrówki. Mrówka natychmiast uniosła się na 3 metry i 20 centymetrów nad podłogę i pofrunęła do brata.
- Sikor powiedział, że chyba sobie założy osobny folder na moje teksty! - zawołała.
- Tak. I nazwie go: kosz - odparł brat Mrówki.
- Chyba sobie założę osobny folder na twoje teksty - napisał dawno temu Sikor do Mrówki. Mrówka natychmiast uniosła się na 3 metry i 20 centymetrów nad podłogę i pofrunęła do brata.
- Sikor powiedział, że chyba sobie założy osobny folder na moje teksty! - zawołała.
- Tak. I nazwie go: kosz - odparł brat Mrówki.
sobota, 29 sierpnia 2009
802. cuda i dziwy
Komary nie dawały mi spać do drugiej w nocy. Fimbul przesłał mi notkę o nich, żebym zapoznała się ze zwyczajami i wiedziała, czego się spodziewać do zimy:
http://www.wroclaw.pl/m3508/p67024.aspx
Najpierw ucieszyło mnie sformułowanie "komary kłujące", chociaż te moje przede wszystkim złośliwie bzyczą. Potem zadziwił fragment: "odrętwiałe osobniki funkcjonują dzięki powolnej przemianie zapasów pokarmowych, zgromadzonych w postaci ciała tłuszczowego".
Różne rzeczy jestem sobie w stanie wyobrazić, ale ciała tłuszczowego komara to jakoś nie.
http://www.wroclaw.pl/m3508/p67024.aspx
Najpierw ucieszyło mnie sformułowanie "komary kłujące", chociaż te moje przede wszystkim złośliwie bzyczą. Potem zadziwił fragment: "odrętwiałe osobniki funkcjonują dzięki powolnej przemianie zapasów pokarmowych, zgromadzonych w postaci ciała tłuszczowego".
Różne rzeczy jestem sobie w stanie wyobrazić, ale ciała tłuszczowego komara to jakoś nie.
piątek, 28 sierpnia 2009
801. mętniak
Notatkę dodano:2009-08-28 20:02:11
Dawno, dawno temu, przy okazji jednej z wizyt u okulistki, Mrówka postanowiła sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku.
- A to, że widzę jednym okiem małą czarną kropkę, to jest normalne? - zapytała niepewnie.
- Tak, to mętniak - wyjaśniła mętnie okulistka. - Nie da się go usunąć, trzeba się nauczyć z tym żyć. Mogę ewentualnie przepisać na niego krople.
- I on zniknie od tych kropli? - zdziwiła się Mrówka.
- Nie. Zrobi się biały.
Wobec takiego rozwiązania Mrówka stwierdziła, że wszystko jej jedno, czy widzi kropkę na czarno czy na biało i nie zdecydowała się na zabawę z kroplami.
Mętniak i tak sam zniknął.
Nawet nie pamiętam, czy nazywał się mętniak.
Dawno, dawno temu, przy okazji jednej z wizyt u okulistki, Mrówka postanowiła sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku.
- A to, że widzę jednym okiem małą czarną kropkę, to jest normalne? - zapytała niepewnie.
- Tak, to mętniak - wyjaśniła mętnie okulistka. - Nie da się go usunąć, trzeba się nauczyć z tym żyć. Mogę ewentualnie przepisać na niego krople.
- I on zniknie od tych kropli? - zdziwiła się Mrówka.
- Nie. Zrobi się biały.
Wobec takiego rozwiązania Mrówka stwierdziła, że wszystko jej jedno, czy widzi kropkę na czarno czy na biało i nie zdecydowała się na zabawę z kroplami.
Mętniak i tak sam zniknął.
Nawet nie pamiętam, czy nazywał się mętniak.
niedziela, 23 sierpnia 2009
800. komary znowu
Naprawdę nie wiem, dlaczego ML ma w info na gg "czat z Mrówką (się dzieje!)". To pomówienia są.
- Gryzą mnie po nocach - wyznałam ML niedawno. Chodziło, oczywiście, o komary.
- Mnie po nogach - odpisał ML. - No ale jesteś dziewczynką, więc...
- Tja, mam inne części ciała - potwierdziłam nieco zgryźliwie. - Mogę cię dać na bloga?
- Dawaj, cytuj - ucieszył się ML. - Swojego też muszę rozkręcić, tylko z ciebie trudno jakiś fajny cytat wykroić.
- Wszystko mam fajne - nie zgodziłam się.
- A może napiszę coś od siebie i podpiszę, że to ty - wymyślił ML. - Masz fajne komary - dodał. - BO CIĘ ŻRĄ!
- Ta, szczególnie fajne, że budzą, bzyczą do ucha i odfruwają.
- "E, mrowa, wstawaj, chcemy krwi"?
- "Zdzichu, śpi teraz, dawaj!".
- I dałaś? - zainteresował się gwałtownie ML.
- Nie ja! Zdzichu! Przewrócił mnie na drugi bok.
- A to świnia. A ty na drugim boku co?
- Nic, próbowałam zasnąć.
- Ale Zdzichu ci przecież dawał?
Podesłałam ten dialog Piotrkowi, żeby miał trochę uciechy.
- Zdzichu ci dawał? Cała przyjemność zapewne po jego stronie - ucieszył się Piotrek.
- NIE DAWAŁ MI!!! - odparłam spokojnie. Po czym sprecyzowałam: - nie dawał mi spać!
- A to świnia - stwierdził Piotrek. - Mógł ci dać.
Z facetami to tak zawsze.
- Gryzą mnie po nocach - wyznałam ML niedawno. Chodziło, oczywiście, o komary.
- Mnie po nogach - odpisał ML. - No ale jesteś dziewczynką, więc...
- Tja, mam inne części ciała - potwierdziłam nieco zgryźliwie. - Mogę cię dać na bloga?
- Dawaj, cytuj - ucieszył się ML. - Swojego też muszę rozkręcić, tylko z ciebie trudno jakiś fajny cytat wykroić.
- Wszystko mam fajne - nie zgodziłam się.
- A może napiszę coś od siebie i podpiszę, że to ty - wymyślił ML. - Masz fajne komary - dodał. - BO CIĘ ŻRĄ!
- Ta, szczególnie fajne, że budzą, bzyczą do ucha i odfruwają.
- "E, mrowa, wstawaj, chcemy krwi"?
- "Zdzichu, śpi teraz, dawaj!".
- I dałaś? - zainteresował się gwałtownie ML.
- Nie ja! Zdzichu! Przewrócił mnie na drugi bok.
- A to świnia. A ty na drugim boku co?
- Nic, próbowałam zasnąć.
- Ale Zdzichu ci przecież dawał?
Podesłałam ten dialog Piotrkowi, żeby miał trochę uciechy.
- Zdzichu ci dawał? Cała przyjemność zapewne po jego stronie - ucieszył się Piotrek.
- NIE DAWAŁ MI!!! - odparłam spokojnie. Po czym sprecyzowałam: - nie dawał mi spać!
- A to świnia - stwierdził Piotrek. - Mógł ci dać.
Z facetami to tak zawsze.
piątek, 21 sierpnia 2009
799. fimbulki - reaktywacja
- Wzięłam sobie krówkę po kolacji, żeby zjeść coś małego i słodkiego - wyznałam Fimbulowi. - Rozwinęłam papierek, a tam było napisane "to twój szczęśliwy dzień". Nie mogłam tego rano zjeść? Teraz to ile mi tego szczęścia zostało?
- 3 godziny, 57 minut - obliczył Fimbul.
Dzisiaj napisałam Fimbulowi wierszyk z przesłaniem:
od doli do małej niedólki,
od szczęścia w życiu do burzy -
każdy ma takie fimbulki,
na jakie sobie zasłużył.
- 3 godziny, 57 minut - obliczył Fimbul.
Dzisiaj napisałam Fimbulowi wierszyk z przesłaniem:
od doli do małej niedólki,
od szczęścia w życiu do burzy -
każdy ma takie fimbulki,
na jakie sobie zasłużył.
wtorek, 18 sierpnia 2009
798. i zgrzytanie zębów
Karta miejska zastępuje bilet.
Mrówka wybierała się właśnie do Katowic.
- Poproszę ładowanie karty za 10 złotych - powiedziała Mrówka.
- Nie ma ładowania, terminal się zepsuł - odparł kioskarz.
- No i co ja teraz mam zrobić? - zapytała Mrówka.
- Rozpłakać się - podpowiedział usłużnie kioskarz.
Mrówka wybierała się właśnie do Katowic.
- Poproszę ładowanie karty za 10 złotych - powiedziała Mrówka.
- Nie ma ładowania, terminal się zepsuł - odparł kioskarz.
- No i co ja teraz mam zrobić? - zapytała Mrówka.
- Rozpłakać się - podpowiedział usłużnie kioskarz.
sobota, 15 sierpnia 2009
797. komentarze
Weekendowy maraton siatkarski trwa. Mecze średnio co dziesięć godzin. Komentatorzy to twórczy ludzie, myślałam, że po Ambroziaku to już nie będzie takie powszechne.
Rano:
- Ta piłka szybowała tutaj niczym jakiś liść, który spadał z drzewa i niesiony przez wiatr nagle zmienił kierunek.
Wieczorem:
- Ten zawodnik jest nieprzewidywalny jak pogoda w listopadzie (niewtajemniczonym: chodziło właśnie o to, że zawodnik JEST nieprzewidywalny),
- Roladki techniczne nie są naszą dobrą stroną (niewtajemniczonym: nie mam pojęcia, o co chodziło, jeśli ktoś jest lepiej zorientowany to proszę o wyjaśnienie).
Rano:
- Ta piłka szybowała tutaj niczym jakiś liść, który spadał z drzewa i niesiony przez wiatr nagle zmienił kierunek.
Wieczorem:
- Ten zawodnik jest nieprzewidywalny jak pogoda w listopadzie (niewtajemniczonym: chodziło właśnie o to, że zawodnik JEST nieprzewidywalny),
- Roladki techniczne nie są naszą dobrą stroną (niewtajemniczonym: nie mam pojęcia, o co chodziło, jeśli ktoś jest lepiej zorientowany to proszę o wyjaśnienie).
piątek, 14 sierpnia 2009
796. osobowość
Z cyklu: nie drąż, bo się dowiesz.
Wrzuciłam Ani od Piotrka na gg fragment r3.
- Idę sobie, bo głupieję - dodałam autokomentarz.
- No jak tam uważasz - odparła Ania od Piotrka. - Ja tam nie widzę jakichś niepokojących zmian w twojej osobowości.
- To znaczy, że ja tak od zawsze? - zastanowiłam się.
- Tak, ty raczej tak zawsze - Ania od Piotrka pozbawiła mnie złudzeń.
I teraz się cieszy.
I triumfuje.
Z ostatniej chwili: zabójca komarów pilnie poszukiwany jest
Wrzuciłam Ani od Piotrka na gg fragment r3.
- Idę sobie, bo głupieję - dodałam autokomentarz.
- No jak tam uważasz - odparła Ania od Piotrka. - Ja tam nie widzę jakichś niepokojących zmian w twojej osobowości.
- To znaczy, że ja tak od zawsze? - zastanowiłam się.
- Tak, ty raczej tak zawsze - Ania od Piotrka pozbawiła mnie złudzeń.
I teraz się cieszy.
I triumfuje.
Z ostatniej chwili: zabójca komarów pilnie poszukiwany jest
środa, 12 sierpnia 2009
795. volapuk
Notatkę dodano:2009-08-12 22:21:04
Ładuję w siebie ogromne dawki angielskiego. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że to wyczyn na skalę światową, bo jestem kompletnym antytalentem jeśli chodzi o języki obce.
1) bardzo zainteresował mnie humor Antypodów i jest szansa trochę się w tym kierunku dokształcić, więc czemu nie, a że źródła są po angielsku to już trudno,
2) skończyły mi się tłumaczone odcinki Whose line..., więc muszę zacząć oglądać nieprzetłumaczone, co jeszcze dwa miesiące temu wydawało mi się pomysłem z Marsa,
3) chcę słuchać radiowych monologów satyrycznych Ryana Stilesa (na razie nawet nie zaglądam, żeby się nie załamać przed startem),
4) możliwość rozmawiania (na razie mailowego) o humorze po angielsku zaczyna mnie coraz bardziej cieszyć.
Ale tekst na Facebooku, na profilu Dawida, rozbroił mnie zupełnie:
"Dawid completed the quiz "konstruktem jakiej wyobrazni jestes?" with the result perwersyjnej."
Ładuję w siebie ogromne dawki angielskiego. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że to wyczyn na skalę światową, bo jestem kompletnym antytalentem jeśli chodzi o języki obce.
1) bardzo zainteresował mnie humor Antypodów i jest szansa trochę się w tym kierunku dokształcić, więc czemu nie, a że źródła są po angielsku to już trudno,
2) skończyły mi się tłumaczone odcinki Whose line..., więc muszę zacząć oglądać nieprzetłumaczone, co jeszcze dwa miesiące temu wydawało mi się pomysłem z Marsa,
3) chcę słuchać radiowych monologów satyrycznych Ryana Stilesa (na razie nawet nie zaglądam, żeby się nie załamać przed startem),
4) możliwość rozmawiania (na razie mailowego) o humorze po angielsku zaczyna mnie coraz bardziej cieszyć.
Ale tekst na Facebooku, na profilu Dawida, rozbroił mnie zupełnie:
"Dawid completed the quiz "konstruktem jakiej wyobrazni jestes?" with the result perwersyjnej."
wtorek, 11 sierpnia 2009
794. były sobie tematy
Pod wpływem upału powietrze zmieniało się w galaretowatą masę.
Robotnicy, dotąd poruszający się w zwolnionym tempie, teraz znieruchomieli ostatecznie.
Mrówka porzuciła zamiar schowania się we własnym cieniu i wlepiła oczy w horyzont.
Cisza.
Cisza.
Cisza.
Pustka.
WIZG - WIZG - WIZG - ZGRZYT - przejechał pociąg.
- Mam! - wrzasnęła Mrówka, po czym zamarła, w niemej zgrozie wpatrując się w zapisaną kartkę.
Na kartce widniały trzy tematy ewentualnego wystąpienia konferencyjnego. Zanotowane w błysku olśnienia przed sekundą.
TRZY.
Na JEDNĄ konferencję.
- No i teraz nie wiem, na który się zdecydować - poskarżyła się Mrówka Ani od Piotrka.
- To cała ty - skomentowała sytuację Ania od Piotrka. - Nie, żebyś miała problem z wymyśleniem jednego tematu. Ty musisz mieć za dużo.
Robotnicy, dotąd poruszający się w zwolnionym tempie, teraz znieruchomieli ostatecznie.
Mrówka porzuciła zamiar schowania się we własnym cieniu i wlepiła oczy w horyzont.
Cisza.
Cisza.
Cisza.
Pustka.
WIZG - WIZG - WIZG - ZGRZYT - przejechał pociąg.
- Mam! - wrzasnęła Mrówka, po czym zamarła, w niemej zgrozie wpatrując się w zapisaną kartkę.
Na kartce widniały trzy tematy ewentualnego wystąpienia konferencyjnego. Zanotowane w błysku olśnienia przed sekundą.
TRZY.
Na JEDNĄ konferencję.
- No i teraz nie wiem, na który się zdecydować - poskarżyła się Mrówka Ani od Piotrka.
- To cała ty - skomentowała sytuację Ania od Piotrka. - Nie, żebyś miała problem z wymyśleniem jednego tematu. Ty musisz mieć za dużo.
niedziela, 9 sierpnia 2009
793. dysharmonia blokowa albo zemsta
- Położę się wcześniej spać - oznajmiła wczoraj bohatersko Mrówka, mając w perspektywie pobudkę o siódmej w środku nocy. Fakt, że w niedzielę, cofał jeszcze wskazówki zegara o trzy godziny. W przewidywaniu porannych męczarni, które nakazałyby rzucać Mrówce nieuzasadnione kalumnie na chiński naród (co on jest, biedny, winny różnicom w strefach czasowych?), zapadła w wygodną pościel, a chwilę później w równie wygodny sen.
I w ciszę.
I w spokój.
I w marzenia.
Kiedy nagle całym blokiem wstrząsnął niewyobrażalny hałas, mniej więcej taki, jakby helikopter wpadł do kotła.
Mrówka leżała cicho, niezdolna do poruszenia się (zaraz po tym, jak skoczyła na równe nogi, postanowiła, metodą indiańską, znieruchomieć i poczekać na rozwój wydarzeń. Przy okazji rozwinęła w sobie przekonanie, że tej zimy ciepło do bloku nie dojdzie, bo jakiś sąsiad w przypływie poremontowej weny rozbił właśnie kaloryfer).
[Przy śniadaniu Mrówka dowiedziała się, że gdzieś w bloku była impreza i owe grzmoty, które słyszała, stanowiły uprzejmą acz stanowczą prośbę o wyregulowanie poziomu hałasu. Autor prośby pozostał nieznany (chociaż pewnie ma wgnieciony kaloryfer), a na ironię losu zakrawa fakt, że w pokoju Mrówki żadnej imprezy słychać nie było i obudził ją dopiero dziki łomot. Zwykle imprezy słychać u Mrówki najbardziej, ale wtedy nikt nie reaguje].
Rano Mrówka wyłączyła kwilący nieszczęśliwie budzik i udała się przed telewizor. Siatkarki zrobiły jej miły prezent i wygrały gładko 3:0 (w godzinę i dwadzieścia minut). W sekundę po ostatnim gwizdku Mrówka pobiegła do siebie (łamiąc ograniczenia prędkości) i padła na łóżko, zasypiając natychmiast. Była 8:20.
O 9:00 jedna z sąsiadek zaczęła walić młotkiem w dechę albo tłuczkiem w stolnicę (naprawdę, dobór narzędzi wydawał się już dalszoplanową kwestią), konsekwentnie i z całej siły.
Mrówka odczekała dziesięć minut, wmawiając sobie, że to po prostu rytm mocno przyspieszonej kołysanki i kiedy łomoty ucichły, natychmiast zasnęła.
Czując się jak młody bóg, bo śniła jej się rozkoszna zemsta.
Plany na przyszłość:
- niewinnie zapytać, kto po nocach, ze specjalnym uwzględnieniem niedziel, demoluje mieszkania,
- zaopatrzyć się w tłuczek i przenieść łóżko pod kaloryfer (nigdy nie chce mi się iść tak daleko, żeby załomotać i przyłączyć się do blokowej symfonii na metal i drewno),
- grać na gitarze całe popołudnie.
I w ciszę.
I w spokój.
I w marzenia.
Kiedy nagle całym blokiem wstrząsnął niewyobrażalny hałas, mniej więcej taki, jakby helikopter wpadł do kotła.
Mrówka leżała cicho, niezdolna do poruszenia się (zaraz po tym, jak skoczyła na równe nogi, postanowiła, metodą indiańską, znieruchomieć i poczekać na rozwój wydarzeń. Przy okazji rozwinęła w sobie przekonanie, że tej zimy ciepło do bloku nie dojdzie, bo jakiś sąsiad w przypływie poremontowej weny rozbił właśnie kaloryfer).
[Przy śniadaniu Mrówka dowiedziała się, że gdzieś w bloku była impreza i owe grzmoty, które słyszała, stanowiły uprzejmą acz stanowczą prośbę o wyregulowanie poziomu hałasu. Autor prośby pozostał nieznany (chociaż pewnie ma wgnieciony kaloryfer), a na ironię losu zakrawa fakt, że w pokoju Mrówki żadnej imprezy słychać nie było i obudził ją dopiero dziki łomot. Zwykle imprezy słychać u Mrówki najbardziej, ale wtedy nikt nie reaguje].
Rano Mrówka wyłączyła kwilący nieszczęśliwie budzik i udała się przed telewizor. Siatkarki zrobiły jej miły prezent i wygrały gładko 3:0 (w godzinę i dwadzieścia minut). W sekundę po ostatnim gwizdku Mrówka pobiegła do siebie (łamiąc ograniczenia prędkości) i padła na łóżko, zasypiając natychmiast. Była 8:20.
O 9:00 jedna z sąsiadek zaczęła walić młotkiem w dechę albo tłuczkiem w stolnicę (naprawdę, dobór narzędzi wydawał się już dalszoplanową kwestią), konsekwentnie i z całej siły.
Mrówka odczekała dziesięć minut, wmawiając sobie, że to po prostu rytm mocno przyspieszonej kołysanki i kiedy łomoty ucichły, natychmiast zasnęła.
Czując się jak młody bóg, bo śniła jej się rozkoszna zemsta.
Plany na przyszłość:
- niewinnie zapytać, kto po nocach, ze specjalnym uwzględnieniem niedziel, demoluje mieszkania,
- zaopatrzyć się w tłuczek i przenieść łóżko pod kaloryfer (nigdy nie chce mi się iść tak daleko, żeby załomotać i przyłączyć się do blokowej symfonii na metal i drewno),
- grać na gitarze całe popołudnie.
środa, 5 sierpnia 2009
791. topograficzny strateg
Notatkę dodano:2009-08-05 19:52:41
- Gdzie jest Zielona Góra? - zapytał na gg Fimbul (tak, TAK, rozmawialiśmy o kabaretach, ale nie konkretnie o tych z Zielonogórskiego Zagłębia). Narysowałam mu:
- Jak masz mapkę, to tu:
-------
[ x ]
[ ]
- Czyli koło Poznania jakoś? - zainteresował się Fimbul, więc sięgnęłam po podręczną mapkę z terminarza, żeby określić dokładniej.
- Tak, od Poznania to jakieś dwanaście mrówczych kroczków na zachód - wytłumaczyłam. - Jeśli masz mapę wielkości otwartego zeszytu.
Nie jest to może najlepszy sposób podawania odległości, ale obrazowy przynajmniej.
- Gdzie jest Zielona Góra? - zapytał na gg Fimbul (tak, TAK, rozmawialiśmy o kabaretach, ale nie konkretnie o tych z Zielonogórskiego Zagłębia). Narysowałam mu:
- Jak masz mapkę, to tu:
-------
[ x ]
[ ]
- Czyli koło Poznania jakoś? - zainteresował się Fimbul, więc sięgnęłam po podręczną mapkę z terminarza, żeby określić dokładniej.
- Tak, od Poznania to jakieś dwanaście mrówczych kroczków na zachód - wytłumaczyłam. - Jeśli masz mapę wielkości otwartego zeszytu.
Nie jest to może najlepszy sposób podawania odległości, ale obrazowy przynajmniej.
wtorek, 4 sierpnia 2009
790. gołe baby
- Nic śmiesznego się ostatnio nie zdarzyło, nie? - napisałam do Fimbula. - Nie wiem, co dać na bloga.
- Gołe baby - odparł Fimbul.
- Te z kotwicami? Było...
- Nie, zdjęcie - wyjaśnił Fimbul. - Może to mało śmieszne, ale na pewno poprawi ci oglądalność.
- Gołe baby - odparł Fimbul.
- Te z kotwicami? Było...
- Nie, zdjęcie - wyjaśnił Fimbul. - Może to mało śmieszne, ale na pewno poprawi ci oglądalność.
poniedziałek, 3 sierpnia 2009
789. misz-masz
Dziennikarzy naszych powszednich...
1) Wojciech Drzyzga podczas komentowania siatkówki:
Generalnie rozgrywający odwracają się jakby plecami do siatki, a on się odwrócił jakby twarzą.
2) przed chwilą ktoś w audycji radiowej (przypadkiem włączyłam):
Piorun właśnie przeciął niebo nad Wrocławiem. Czyli jest burza, proszę państwa, bo po tym burze poznajemy.
Człowiek może się naprawdę dokształcić.
1) Wojciech Drzyzga podczas komentowania siatkówki:
Generalnie rozgrywający odwracają się jakby plecami do siatki, a on się odwrócił jakby twarzą.
2) przed chwilą ktoś w audycji radiowej (przypadkiem włączyłam):
Piorun właśnie przeciął niebo nad Wrocławiem. Czyli jest burza, proszę państwa, bo po tym burze poznajemy.
Człowiek może się naprawdę dokształcić.
czwartek, 30 lipca 2009
788. notka-test
Zadzwonił telefon.
- Mróweczko, tu Ania - powiedział głosem Ani B. - Idziesz na kocyk? Dzwoniłam już do Fimbula i umówiliśmy się na czternastą, Mariusz też ma wolne...
I spędziliśmy całe poniedziałkowe popołudnie na kocyku.
Poważnie.
- Mróweczko, tu Ania - powiedział głosem Ani B. - Idziesz na kocyk? Dzwoniłam już do Fimbula i umówiliśmy się na czternastą, Mariusz też ma wolne...
I spędziliśmy całe poniedziałkowe popołudnie na kocyku.
Poważnie.
niedziela, 26 lipca 2009
787.
Dwa dni temu Fimbul przypadkiem odkrył, że dwa lata temu zdobył pierwsze miejsce w konkursie "Wesołe haiku" za haiku:
Babcine wypieki
Jakże byłaby bez nich
Trupioblada.
(link do wyników: http://gdk.webpark.pl/haiku2007.html)
- Jak wygrałem ten konkurs - powiedział Fimbul - to będę sobie pisał: Fimbul [tu imię i nazwisko zamiast "Fimbul"] - historyk literatury, krytyk, tłumacz, poeta.
:)
Babcine wypieki
Jakże byłaby bez nich
Trupioblada.
(link do wyników: http://gdk.webpark.pl/haiku2007.html)
- Jak wygrałem ten konkurs - powiedział Fimbul - to będę sobie pisał: Fimbul [tu imię i nazwisko zamiast "Fimbul"] - historyk literatury, krytyk, tłumacz, poeta.
:)
poniedziałek, 20 lipca 2009
786. tatuaże
Notatkę dodano:2009-07-20 20:53:07
- Mogę ci zrobić zmywalny tatuaż henną? - zapytał Fimbul. - Narysuję ci na ciele mrówkę.
- Nie możesz! - rozwiałam jego złudzenia.
- Wolisz kotwicę albo gołą babę? - zdziwił się Fimbul.
- Mogę ci zrobić zmywalny tatuaż henną? - zapytał Fimbul. - Narysuję ci na ciele mrówkę.
- Nie możesz! - rozwiałam jego złudzenia.
- Wolisz kotwicę albo gołą babę? - zdziwił się Fimbul.
wtorek, 14 lipca 2009
785. znikam
- Chciałabym się wyłączyć. Nie odpowiadać na maile, nie odbierać telefonów, odciąć się zawodowo od wszystkiego na jakiś czas - oznajmiła Mrówka.
- A jak zadzwoni Megi? - zapytała mama Mrówki.
- No to wtedy odbiorę.
- A Ania od Mariusza albo Mariusz?
- Od nich też odbiorę.
- A Ania od Piotrka?
- No, od niej też.
- A Fimbul?
- No, to jasne, że też.
Plan zanurzenia się w nicość nigdy nie będzie bez zarzutu.
- A jak zadzwoni Megi? - zapytała mama Mrówki.
- No to wtedy odbiorę.
- A Ania od Mariusza albo Mariusz?
- Od nich też odbiorę.
- A Ania od Piotrka?
- No, od niej też.
- A Fimbul?
- No, to jasne, że też.
Plan zanurzenia się w nicość nigdy nie będzie bez zarzutu.
poniedziałek, 13 lipca 2009
784. whose line - ciąg dalszy
- Oglądam Whose line bez przerwy i przy okazji zaczynam się oswajać z angielskim - napisałam do Piotrka. - Muszę się wreszcie tego języka nauczyć i teraz przynajmniej mam motywację.
- Jaką? - zainteresował się Piotrek z grzeczności.
- No... że jak spotkam Ryana Stilesa, to muszę się z nim umieć dogadać! - wyjaśniłam. - Chociaż właściwie niby wystarczy, jak powiem "Ryan, I love you". Ale jak mi coś odpowie? Warto by było rozumieć...
I am still watching "Whose line", because I love this show,
I would like to laugh for all day, till the end, don`t you know?
And there is my favourite guy, who always makes me smiles
I hope, you guess who is he? Of course, Ryan Stiles!
No i dlatego nie ma porządnej notki, bo jak gadamy z Fimbulem na gg, to o Whose line. I nic śmiesznego sami z siebie nie wymyślamy. Kiedyś się to zmieni, jak mi szaleństwo przejdzie.
- Jaką? - zainteresował się Piotrek z grzeczności.
- No... że jak spotkam Ryana Stilesa, to muszę się z nim umieć dogadać! - wyjaśniłam. - Chociaż właściwie niby wystarczy, jak powiem "Ryan, I love you". Ale jak mi coś odpowie? Warto by było rozumieć...
I am still watching "Whose line", because I love this show,
I would like to laugh for all day, till the end, don`t you know?
And there is my favourite guy, who always makes me smiles
I hope, you guess who is he? Of course, Ryan Stiles!
No i dlatego nie ma porządnej notki, bo jak gadamy z Fimbulem na gg, to o Whose line. I nic śmiesznego sami z siebie nie wymyślamy. Kiedyś się to zmieni, jak mi szaleństwo przejdzie.
niedziela, 12 lipca 2009
783.
Nieważne, że R3 praktycznie nieruszona. Pierwszą część zaczęliśmy później.
Ale czasami mnie dziwi, że łatwiej mi się rymuje po angielsku niż po polsku.
Wczoraj zaimprowizowałam Fimbulowi tekst pod "Piosenkę" z Whose line (jak ktoś chce zobaczyć, to przykładowy link: http://www.youtube.com/watch?v=fisKsuX5aY8&feature=related, zaczyna się w 2:39):
The water isn`t very hot and my bath now is full
I want to go to bathroom and sing loudly "bul bul bul"
I have a soap and a big towel and my washclot`s pink
but I can`t swim, my weight is huge so I can quickly sink...
A kiedy przyszłam, poinformowałam go jeszcze (na tę samą melodię):
I took a shower and now I am sitting on my chair
my head is wet so I cannot comb over my long hair
Have you ever been doing this? it`s really, really hard
when someone`s laughing I explain: my hair is kind of art!
może kiedyś przetłumaczę ;)
Ale czasami mnie dziwi, że łatwiej mi się rymuje po angielsku niż po polsku.
Wczoraj zaimprowizowałam Fimbulowi tekst pod "Piosenkę" z Whose line (jak ktoś chce zobaczyć, to przykładowy link: http://www.youtube.com/watch?v=fisKsuX5aY8&feature=related, zaczyna się w 2:39):
The water isn`t very hot and my bath now is full
I want to go to bathroom and sing loudly "bul bul bul"
I have a soap and a big towel and my washclot`s pink
but I can`t swim, my weight is huge so I can quickly sink...
A kiedy przyszłam, poinformowałam go jeszcze (na tę samą melodię):
I took a shower and now I am sitting on my chair
my head is wet so I cannot comb over my long hair
Have you ever been doing this? it`s really, really hard
when someone`s laughing I explain: my hair is kind of art!
może kiedyś przetłumaczę ;)
sobota, 11 lipca 2009
782. wprawa
Mam w piórze taki mechanizm, który pozwala nabierać atrament. Ale go nie lubię, więc przerzuciłam się na naboje.
Naboje mi się skończyły (wyczerpać szufladę nabojów do pióra to też sztuka...).
- Mamo, czy masz gdzieś strzykawkę i igłę? - zapytałam pewnego dnia. - Bo chcę zacząć karierę ćpuna, ale nie mam sprzętu...
Mama nie miała, więc na drugi dzień kupiłam sobie potrzebne przyrządy za całe trzydzieści groszy (dla porównania - jeden mały nabój to przeważnie około 20 groszy).
- Twoją metodą zrobiłam sobie tatuaż zewnętrzny średnio zmywalny! - napisałam z niesmakiem do Piotrka po pierwszej próbie napełnienia dużego naboju.
- Dobrze, żeś sobie w żyłę nie dała - skomentował to Piotrek ze stoickim spokojem.
- Pierwszy zastrzyk mam za sobą - napisałam do Fimbula.
- I jak wrażenia?
- Rękę domyłam pumeksem.
- A pokój?
- Pokój przeżył, ale mniej bym się ubrudziła, gdybym przelewała ten atrament bezpośrednio ze słoiczka do naboju - stwierdziłam
Za drugim razem ubrudziłam się trochę mniej.
Trzeci raz wypadł dzisiaj. Przygotowałam sobie papierową podkładkę pod słoiczek z atramentem, a nabój trzymałam przez chusteczkę, pamiętna ostatnich doświadczeń.
I napełniłam go, nie roniąc ani kropli.
Ech...
Naboje mi się skończyły (wyczerpać szufladę nabojów do pióra to też sztuka...).
- Mamo, czy masz gdzieś strzykawkę i igłę? - zapytałam pewnego dnia. - Bo chcę zacząć karierę ćpuna, ale nie mam sprzętu...
Mama nie miała, więc na drugi dzień kupiłam sobie potrzebne przyrządy za całe trzydzieści groszy (dla porównania - jeden mały nabój to przeważnie około 20 groszy).
- Twoją metodą zrobiłam sobie tatuaż zewnętrzny średnio zmywalny! - napisałam z niesmakiem do Piotrka po pierwszej próbie napełnienia dużego naboju.
- Dobrze, żeś sobie w żyłę nie dała - skomentował to Piotrek ze stoickim spokojem.
- Pierwszy zastrzyk mam za sobą - napisałam do Fimbula.
- I jak wrażenia?
- Rękę domyłam pumeksem.
- A pokój?
- Pokój przeżył, ale mniej bym się ubrudziła, gdybym przelewała ten atrament bezpośrednio ze słoiczka do naboju - stwierdziłam
Za drugim razem ubrudziłam się trochę mniej.
Trzeci raz wypadł dzisiaj. Przygotowałam sobie papierową podkładkę pod słoiczek z atramentem, a nabój trzymałam przez chusteczkę, pamiętna ostatnich doświadczeń.
I napełniłam go, nie roniąc ani kropli.
Ech...
piątek, 10 lipca 2009
* - * - *
Zmęczona walką z napływającymi zza okna owadami Mrówka poddała się.
Wtedy owady poddały się również i przestały napływać.
Jeśli nie możesz wroga polubić, to go zignoruj.
Właściwie przyszłam tu tylko po to, żeby ogłosić, że po kilku dniach naszego nerwowego chodzenia z trzymanymi kciukami ("jeśli wiecie, co mam na myśli") FIMBUL DOSTAŁ SIĘ NA STUDIA DOKTORANCKIE.
Gratulacje, nagrody prześlemy pocztą.
Wtedy owady poddały się również i przestały napływać.
Jeśli nie możesz wroga polubić, to go zignoruj.
Właściwie przyszłam tu tylko po to, żeby ogłosić, że po kilku dniach naszego nerwowego chodzenia z trzymanymi kciukami ("jeśli wiecie, co mam na myśli") FIMBUL DOSTAŁ SIĘ NA STUDIA DOKTORANCKIE.
Gratulacje, nagrody prześlemy pocztą.
środa, 8 lipca 2009
781.000 i walka na śmierć i życie
Notatkę dodano:2009-07-08 20:31:18
Uwaga, notka drastyczna.
Gościnnie potraktowany Ośmiometrowy (szczytem gościnności miało być pozostawienie mu... hm.. wolnej ręki w działaniu) zrozumiał, że nie żąda się od niego przypływu towarzyskich uczuć tudzież uczestniczenia w grach zespołowych i taktownie przebywa w ciszy i samotności, w górnych partiach pokoju. On chodzi po suficie, Mrówka po podłodze - kompromis został osiągnięty, a naruszenie zasad spowoduje natychmiastowe rytualne zabójstwo winnego. W kuluarach powiada się, że wiara Mrówki w grawitację jest niezachwiana.
Niestety, porozumienia nie zaakceptował Czterometrowy. O połowę mniejszy od zaaklimatyzowanego przybysza ze świata Grande Comarro, usadowił się w fotelu, tuż obok Mrówki.
Dostał ostrzeżenie w... w całość. Twardą podeszwą kapcia.
Wzruszył ramionami (kilkoma parami ramion) i schował się pod narzutą.
Narzuta została upomniana uderzeniem kapcia.
Czterometrowy wylazł i usiadł na środku podłogi. Ten szczyt nonszalancji wywołał eskalację przemocy. Mrówka uderzyła ponownie.
Czterometrowy popatrzył ze zdziwieniem i podrapał się w nos.
Mrówka przygniotła go czterema tonami obuwia, zrzuconego z wysokości sufitu z drugą prędkością kosmiczną.
Czterometrowy żył dalej i bezczelnie przebierał kończynami.
Mrówka ponowiła proces rozpłaszczania go między podłogą a podeszwą.
Sześć razy.
Wreszcie czterometrowy dał się pokawałkować i zamarł w bezruchu, uznając wyższość Mrówki. Uczynił to, kiedy jego szczątki zaczęły przypominać puzzle (1000 kawałków).
Natomiast Ośmiometrowego, zwanego też Mieczysławem, od wczoraj nie widać.
Piotrek twierdzi, że one żyją do trzech dni i z pewnością Mieczysław dogorywa gdzieś na meblach.
Szczerze wątpię, zziajana po walce z czterometrowym.
One są niezniszczalne.
Uwaga, notka drastyczna.
Gościnnie potraktowany Ośmiometrowy (szczytem gościnności miało być pozostawienie mu... hm.. wolnej ręki w działaniu) zrozumiał, że nie żąda się od niego przypływu towarzyskich uczuć tudzież uczestniczenia w grach zespołowych i taktownie przebywa w ciszy i samotności, w górnych partiach pokoju. On chodzi po suficie, Mrówka po podłodze - kompromis został osiągnięty, a naruszenie zasad spowoduje natychmiastowe rytualne zabójstwo winnego. W kuluarach powiada się, że wiara Mrówki w grawitację jest niezachwiana.
Niestety, porozumienia nie zaakceptował Czterometrowy. O połowę mniejszy od zaaklimatyzowanego przybysza ze świata Grande Comarro, usadowił się w fotelu, tuż obok Mrówki.
Dostał ostrzeżenie w... w całość. Twardą podeszwą kapcia.
Wzruszył ramionami (kilkoma parami ramion) i schował się pod narzutą.
Narzuta została upomniana uderzeniem kapcia.
Czterometrowy wylazł i usiadł na środku podłogi. Ten szczyt nonszalancji wywołał eskalację przemocy. Mrówka uderzyła ponownie.
Czterometrowy popatrzył ze zdziwieniem i podrapał się w nos.
Mrówka przygniotła go czterema tonami obuwia, zrzuconego z wysokości sufitu z drugą prędkością kosmiczną.
Czterometrowy żył dalej i bezczelnie przebierał kończynami.
Mrówka ponowiła proces rozpłaszczania go między podłogą a podeszwą.
Sześć razy.
Wreszcie czterometrowy dał się pokawałkować i zamarł w bezruchu, uznając wyższość Mrówki. Uczynił to, kiedy jego szczątki zaczęły przypominać puzzle (1000 kawałków).
Natomiast Ośmiometrowego, zwanego też Mieczysławem, od wczoraj nie widać.
Piotrek twierdzi, że one żyją do trzech dni i z pewnością Mieczysław dogorywa gdzieś na meblach.
Szczerze wątpię, zziajana po walce z czterometrowym.
One są niezniszczalne.
wtorek, 7 lipca 2009
780.000 i kryminalna historia
- Nie ma innego wyjścia, muszę go zabić. - Myśl ta skrystalizowała się w głowie Mrówki i odbiła ponurym echem od obu szarych komórek. Nie wywołała nawet cienia żalu, co jeszcze potwierdziło słuszność niecodziennego zamierzenia. - Już zbyt długo zatruwał mi życie - utwierdzała się Mrówka w swoim przekonaniu. - I tak by zginął, ciągle komuś podpadał. Obiektywnie rzecz biorąc, nikt go nie lubił. Trzeba go zabić. Zaraz. Tylko jak?
- Najłatwiej byłoby go zagłodzić - myślała sobie. - Ale to trochę niehumanitarne, poza tym mieszka tu od jakiegoś czasu, a ja go przecież nie dokarmiam. Zresztą, mamy różne upodobania kulinrne. Co tu dużo gadać, wszystko mamy różne. Zagłodzenie odpada. Zastrzelić nie mam czym. Może sztylet? Sztyletu też nie mam, ale zastąpiłabym go nożem do kotletów. E, nie, zobaczy z daleka i ucieknie. Podpalić? Albo utopić? Błe, musiałabym się przyglądać, czy dalej żyje, czy już przestał.
Najlepiej by było, żeby sam się zabił. Tak niby przypadkiem. Żeby wpadł akurat pod tłuczek albo wałek... albo żeby znalazł się akurat pod rogiem spadającego fortepianu. Wtedy nie uszedłby z życiem.
Mrówka popadła w krótką zadumę, po czym pozwoliła się ogarniać złości.
- A ci jego koledzy! Co jeden to gorszy! Siedzą w domu całymi dniami, nawet cicho, przyznaję - ale co z tego, skoro nocami, NOCAMI hałasują. Wyrzucisz ich drzwiami, to oknem wejdą. Taki gatunek. Zły wpływ mają na niego, ich też przydałoby się zabić. Trudne, tylko ile ulgi ostatecznie mogłoby przynieść... Czy warto się aż tak męczyć?
Zapatrzyła się w najodleglejszy kąt pokoju.
- No i co zrobić z ciałem? Pozwolić, żeby się tak rozkładało? Obrzydliwy za życia, nie zacznie być piękny jako martwa natura... A zwłok nie tknę. Niby nic trudnego, chociaż pewnie pod względem estetycznym będzie pozostawiał wiele do życzenia. Taki widok może się przyśnić. Lepiej nie ryzykować...
W związku z powyższym, ośmiometrowy komar nadal mieszka w pokoju Mrówki. Zadomowił się nawet, wczoraj próbował ułożyć się do snu na jej poduszce, zamiar został mu niezwłocznie wyperswadowany; oburzony komar, brzęcząc jak pijany bąk, odfrunął w czeluście sufitu.
Dobrze, że nie żywi się mną. Po jednym ukąszeniu potrzebowałabym transfuzji.
- Najłatwiej byłoby go zagłodzić - myślała sobie. - Ale to trochę niehumanitarne, poza tym mieszka tu od jakiegoś czasu, a ja go przecież nie dokarmiam. Zresztą, mamy różne upodobania kulinrne. Co tu dużo gadać, wszystko mamy różne. Zagłodzenie odpada. Zastrzelić nie mam czym. Może sztylet? Sztyletu też nie mam, ale zastąpiłabym go nożem do kotletów. E, nie, zobaczy z daleka i ucieknie. Podpalić? Albo utopić? Błe, musiałabym się przyglądać, czy dalej żyje, czy już przestał.
Najlepiej by było, żeby sam się zabił. Tak niby przypadkiem. Żeby wpadł akurat pod tłuczek albo wałek... albo żeby znalazł się akurat pod rogiem spadającego fortepianu. Wtedy nie uszedłby z życiem.
Mrówka popadła w krótką zadumę, po czym pozwoliła się ogarniać złości.
- A ci jego koledzy! Co jeden to gorszy! Siedzą w domu całymi dniami, nawet cicho, przyznaję - ale co z tego, skoro nocami, NOCAMI hałasują. Wyrzucisz ich drzwiami, to oknem wejdą. Taki gatunek. Zły wpływ mają na niego, ich też przydałoby się zabić. Trudne, tylko ile ulgi ostatecznie mogłoby przynieść... Czy warto się aż tak męczyć?
Zapatrzyła się w najodleglejszy kąt pokoju.
- No i co zrobić z ciałem? Pozwolić, żeby się tak rozkładało? Obrzydliwy za życia, nie zacznie być piękny jako martwa natura... A zwłok nie tknę. Niby nic trudnego, chociaż pewnie pod względem estetycznym będzie pozostawiał wiele do życzenia. Taki widok może się przyśnić. Lepiej nie ryzykować...
W związku z powyższym, ośmiometrowy komar nadal mieszka w pokoju Mrówki. Zadomowił się nawet, wczoraj próbował ułożyć się do snu na jej poduszce, zamiar został mu niezwłocznie wyperswadowany; oburzony komar, brzęcząc jak pijany bąk, odfrunął w czeluście sufitu.
Dobrze, że nie żywi się mną. Po jednym ukąszeniu potrzebowałabym transfuzji.
poniedziałek, 6 lipca 2009
779.000 i żłopokrwijcy*
- W nocy komary urządziły mi wampiriadę - poskarżyłam się Fimbulowi smsem. - Jeden mi gwizdał do ucha, a jego koledzy mnie gryźli.
- Musisz teraz przygotować osinowe... drzazgi - odpisał Fimbul.
Wrzuciłabym tu zdjęcia winnych, ale gdybym ich chociaż przez chwilę widziała, to w zasadzie nie byłoby możliwości, sfotografować ich za życia.
*Tytuł pochodzi od Fimbula. Wyjaśnił mi:
- Chodzi o proces tabuizacji językowej. Jak na blogu napiszesz "komary", to już nie ma odwrotu. Przyjdą po ciebie. Nie mów potem, że cię nie ostrzegałem.
Nie mogę pisać takich notek. Właśnie umarłabym na widok muszki owocówki (a potem ona by umarła w tradycyjnym plask).
- Musisz teraz przygotować osinowe... drzazgi - odpisał Fimbul.
Wrzuciłabym tu zdjęcia winnych, ale gdybym ich chociaż przez chwilę widziała, to w zasadzie nie byłoby możliwości, sfotografować ich za życia.
*Tytuł pochodzi od Fimbula. Wyjaśnił mi:
- Chodzi o proces tabuizacji językowej. Jak na blogu napiszesz "komary", to już nie ma odwrotu. Przyjdą po ciebie. Nie mów potem, że cię nie ostrzegałem.
Nie mogę pisać takich notek. Właśnie umarłabym na widok muszki owocówki (a potem ona by umarła w tradycyjnym plask).
niedziela, 5 lipca 2009
778.000 i motyl
- Chodź, zostaniemy uznanymi poetami - zaproponowałam Fimbulowi w przypływie znudzenia.
- A co trzeba zrobić? - zapytał Fimbulek.
- Przypuszczam, że pisać dobre wiersze. Ale może dałoby się to jakoś obejść? - zastanowiłam się, znając własne możliwości w tym zakresie. - Szczerze mówiąc, zależy mi tylko na sławie i pieniądzach - dodałam. - Może założymy dwuosobową grupę poetycką, która wsławi się tym, że nie pisze wierszy, bo jest za dużo grafomanów wokół? Grupę Poetyckiego Potencjału?
- A co trzeba zrobić? - zapytał Fimbulek.
- Przypuszczam, że pisać dobre wiersze. Ale może dałoby się to jakoś obejść? - zastanowiłam się, znając własne możliwości w tym zakresie. - Szczerze mówiąc, zależy mi tylko na sławie i pieniądzach - dodałam. - Może założymy dwuosobową grupę poetycką, która wsławi się tym, że nie pisze wierszy, bo jest za dużo grafomanów wokół? Grupę Poetyckiego Potencjału?
piątek, 3 lipca 2009
777.000 owadów
- Mógłbyś tak dyskretnie wyjrzeć przez okno i powiedzieć mi, czy chrabąszcze sobie poszły? Ale tak cichutko, bo się zorientują i wrócą - poprosiła Mrówka Fimbulka. Wczoraj. Wiem, że to idiotycznie brzmi: sprawdzać, czy chrabąszcze MAJOWE poszły sobie w LIPCU, ale widocznie one nie znają kalendarza.
- Nie ma - oznajmił Fimbul po chwili.
- To ja się idę wykąpać i szybko wrócę, może się nie dowiedzą.
- Jak zobaczysz jednego, to go zabij za wszelką cenę! - zawołał Fimbul. - Bo to pewnie zwiad!
- Dobra, idę szybko i zostawiam włączony komputer, możesz coś pisać co chwilę, to je zmyli - powiedziała Mrówka i uciekła.
Wróciła po jakimś kwadransie i napisała na gg od razu:
- Pssst, to ja! Były tu?
Odpowiedziała jej złowroga cisza.
- Fimbul? - zapytała Mrówka niepewnie. - Fimbulku? - powtórzyła. - FIMBUL!!!
Na szczęście pojawił się, cały i zdrowy.
Dziś mam w pokoju komara wielkości wróbla. Schował się w kącie i coś knuje.
- Nie ma - oznajmił Fimbul po chwili.
- To ja się idę wykąpać i szybko wrócę, może się nie dowiedzą.
- Jak zobaczysz jednego, to go zabij za wszelką cenę! - zawołał Fimbul. - Bo to pewnie zwiad!
- Dobra, idę szybko i zostawiam włączony komputer, możesz coś pisać co chwilę, to je zmyli - powiedziała Mrówka i uciekła.
Wróciła po jakimś kwadransie i napisała na gg od razu:
- Pssst, to ja! Były tu?
Odpowiedziała jej złowroga cisza.
- Fimbul? - zapytała Mrówka niepewnie. - Fimbulku? - powtórzyła. - FIMBUL!!!
Na szczęście pojawił się, cały i zdrowy.
Dziś mam w pokoju komara wielkości wróbla. Schował się w kącie i coś knuje.
czwartek, 2 lipca 2009
776. potrzeba matką
Mówi się, że potrzeba jest matką wynalazków. Potrzebowałam wynalazku, więc go sobie wynalazłam.
Chodziło mi o pióro, które będzie pisać, podczas gdy ja - leżeć. Pióro będzie pisało to, co pomyślę, a ja się nie będę męczyć.
Podzieliłam się wynalazkiem z Slkiem. Ten najpierw narzekał, że to Harry Potter, że coś tam (a zwyczajnie mi zazdrościł pewnie, też by takie coś chciał, tylko głupio mu się było przyznać).
- Możesz mi takie coś kupić, w trosce o nieprzemęczanie się pracowników - zasugerowałam.
- Jak tylko zobaczę, to pomyślę - obiecał Slk.
Podzieliłam się swoją radością z Fimbulem, a Fimbul natychmiast wyłapał coś, czego ja w nadziei na ułatwienie życia nie zauważyłam.
- Jak on pomyśli, to się zapisze - powiedział. - I wtedy sprzedawca stwierdzi, że towar wypróbowany uznaje za zakupiony.
- Myślałam, że jak zobaczy, że Slkowi zależy, to podniesie cenę.
- Nie - zaprotestował Fimbulek. - Bo żeby tak się stało, musiałby pomyśleć "ale frajer! Oskubię go!". I to by się zaraz zapisało.
Każdy wynalazek jest na początku niedopracowany.
Chodziło mi o pióro, które będzie pisać, podczas gdy ja - leżeć. Pióro będzie pisało to, co pomyślę, a ja się nie będę męczyć.
Podzieliłam się wynalazkiem z Slkiem. Ten najpierw narzekał, że to Harry Potter, że coś tam (a zwyczajnie mi zazdrościł pewnie, też by takie coś chciał, tylko głupio mu się było przyznać).
- Możesz mi takie coś kupić, w trosce o nieprzemęczanie się pracowników - zasugerowałam.
- Jak tylko zobaczę, to pomyślę - obiecał Slk.
Podzieliłam się swoją radością z Fimbulem, a Fimbul natychmiast wyłapał coś, czego ja w nadziei na ułatwienie życia nie zauważyłam.
- Jak on pomyśli, to się zapisze - powiedział. - I wtedy sprzedawca stwierdzi, że towar wypróbowany uznaje za zakupiony.
- Myślałam, że jak zobaczy, że Slkowi zależy, to podniesie cenę.
- Nie - zaprotestował Fimbulek. - Bo żeby tak się stało, musiałby pomyśleć "ale frajer! Oskubię go!". I to by się zaraz zapisało.
Każdy wynalazek jest na początku niedopracowany.
środa, 1 lipca 2009
775. Megi i Igor
Czekałam na Megi i przyglądałam się gołębiom.
Gołębie siedziały w sporej kałuży i co jakiś czas rozkładały skrzydła, pluskały się w wodzie, siadały normalnie (tyle że dalej w kałuży) i z zadowoleniem ociekały.
Przyjechała Megi z Igorem. Igor natychmiast przytulił mi się do kolana. A potem zobaczył kałużę. Rozgonił wszystkie gołębie, stanął w wodzie z błogim wyrazem pyszczka i szurał łapkami po dnie.
Potem dołączył do nas, pod Korfantego. Rozłożyłam sobie reklamówkę i usiadłam na jednym ze stopni pod pomnikiem.
- Schód - powiedziała Megi.
Obejrzałam uważnie schodek, na którym usiadłam.
- SCHÓD! - powtórzyła Megi z naciskiem. Obejrzałam się trochę bardziej nerwowo. Megi pokręciła głową.
- Megi, dobra, schód, widzę, ale o co chodzi?! - zapytałam trochę rozpaczliwie.
- Mrówka, ja ci nie mówię że schód, czyli schodek! Mówię ci, że Igor schudł!!! - wytłumaczyła Megi.
Biedny pies, usłyszał, że o nim mowa, położył się za mną i zaczął zachęcać do drapania go po brzuszku.
Poszłam i zaczęłam drapać.
- Mrówka, on wie, że ciebie może na to drapanie naciągnąć - odezwała się Megi. - Nigdy przy nikim mi tak nie robi, tylko jak ciebie widzi.
Gołębie siedziały w sporej kałuży i co jakiś czas rozkładały skrzydła, pluskały się w wodzie, siadały normalnie (tyle że dalej w kałuży) i z zadowoleniem ociekały.
Przyjechała Megi z Igorem. Igor natychmiast przytulił mi się do kolana. A potem zobaczył kałużę. Rozgonił wszystkie gołębie, stanął w wodzie z błogim wyrazem pyszczka i szurał łapkami po dnie.
Potem dołączył do nas, pod Korfantego. Rozłożyłam sobie reklamówkę i usiadłam na jednym ze stopni pod pomnikiem.
- Schód - powiedziała Megi.
Obejrzałam uważnie schodek, na którym usiadłam.
- SCHÓD! - powtórzyła Megi z naciskiem. Obejrzałam się trochę bardziej nerwowo. Megi pokręciła głową.
- Megi, dobra, schód, widzę, ale o co chodzi?! - zapytałam trochę rozpaczliwie.
- Mrówka, ja ci nie mówię że schód, czyli schodek! Mówię ci, że Igor schudł!!! - wytłumaczyła Megi.
Biedny pies, usłyszał, że o nim mowa, położył się za mną i zaczął zachęcać do drapania go po brzuszku.
Poszłam i zaczęłam drapać.
- Mrówka, on wie, że ciebie może na to drapanie naciągnąć - odezwała się Megi. - Nigdy przy nikim mi tak nie robi, tylko jak ciebie widzi.
poniedziałek, 29 czerwca 2009
774. opowiadanie sf
- Co to jest hard sf? - zapytał Fimbul na gg.
- Może sf z nieprzyzwoitymi momentami? - zainteresowałam się.
Okazało się, że Fimbul znalazł konkurs na opowiadanie w kategorii hard sf. Zaczęliśmy wymyślać natychmiast:
Mrowka (27-06-2009 23:22)
ej, stworzymy?
Fimbulwinter (27-06-2009 23:22)
opowiadanie?
Mrowka (27-06-2009 23:22)
no
Mrowka (27-06-2009 23:22)
zrobimy tak mocno hard, że aż przesadzone ;)
Mrowka (27-06-2009 23:24)
coś w rodzaju:
Świetlówka z nadmanganianem chloru wschodziła spiralnie nad lewobrzeżnym szczytem Petunii Wielkiej. Fryderyk obudził się po całonocnym letargu i przetarł oczy winylową szmatką.
Mrowka (27-06-2009 23:24)
Ujrzał, że poprzedniego dnia krople dwubieżnego alkoholu wypaliły małe rowy mariańskie przy jego łóżku
Mrowka (27-06-2009 23:24)
nie łóżku
Fimbulwinter (27-06-2009 23:25)
drucianej koi
Mrowka (27-06-2009 23:25)
no :D
Mrowka (27-06-2009 23:25)
"ech, do fitikosa" - zaklął pod nosem
Mrowka (27-06-2009 23:25)
wkładając
Mrowka (27-06-2009 23:25)
co mógł włożyć?
Fimbulwinter (27-06-2009 23:25)
dezoksyrybonukleinowy skafander
Mrowka (27-06-2009 23:26)
BŁE :D
Mrowka (27-06-2009 23:26)
jak zwykle zaciął mu się suwak (logarytmiczny)
Fimbulwinter (27-06-2009 23:26)
bo miał to wpisane w kod genetyczny :D
- Może sf z nieprzyzwoitymi momentami? - zainteresowałam się.
Okazało się, że Fimbul znalazł konkurs na opowiadanie w kategorii hard sf. Zaczęliśmy wymyślać natychmiast:
Mrowka (27-06-2009 23:22)
ej, stworzymy?
Fimbulwinter (27-06-2009 23:22)
opowiadanie?
Mrowka (27-06-2009 23:22)
no
Mrowka (27-06-2009 23:22)
zrobimy tak mocno hard, że aż przesadzone ;)
Mrowka (27-06-2009 23:24)
coś w rodzaju:
Świetlówka z nadmanganianem chloru wschodziła spiralnie nad lewobrzeżnym szczytem Petunii Wielkiej. Fryderyk obudził się po całonocnym letargu i przetarł oczy winylową szmatką.
Mrowka (27-06-2009 23:24)
Ujrzał, że poprzedniego dnia krople dwubieżnego alkoholu wypaliły małe rowy mariańskie przy jego łóżku
Mrowka (27-06-2009 23:24)
nie łóżku
Fimbulwinter (27-06-2009 23:25)
drucianej koi
Mrowka (27-06-2009 23:25)
no :D
Mrowka (27-06-2009 23:25)
"ech, do fitikosa" - zaklął pod nosem
Mrowka (27-06-2009 23:25)
wkładając
Mrowka (27-06-2009 23:25)
co mógł włożyć?
Fimbulwinter (27-06-2009 23:25)
dezoksyrybonukleinowy skafander
Mrowka (27-06-2009 23:26)
BŁE :D
Mrowka (27-06-2009 23:26)
jak zwykle zaciął mu się suwak (logarytmiczny)
Fimbulwinter (27-06-2009 23:26)
bo miał to wpisane w kod genetyczny :D
piątek, 26 czerwca 2009
773. urlop
- Wiesz, grałam dzisiaj Cohena na leżąco - wyznałam Piotrkowi, jako że plan urlopu wcielam w życie.
- Leżałaś na gitarze? - zdziwił się Piotrek.
- Nie, na plecach.
- Aha, plecami na gitarze? - dopytywał się Piotrek i ciekawa jestem, jak sobie to wyobrażał.
- Nie! - sprostowałam. - Plecami na... hmm... na czym to ja leżałam plecami? Wiem, na podłodze! A plecami gitary leżałam sobie na brzuchu.
- No - ucieszył się Piotrek. - Bo jużem myślał...
- Gratulacje! - wtrąciłam się szybko.
I powiedział, że gdyby miał bloga, to by mnie na niego dał.
- Leżałaś na gitarze? - zdziwił się Piotrek.
- Nie, na plecach.
- Aha, plecami na gitarze? - dopytywał się Piotrek i ciekawa jestem, jak sobie to wyobrażał.
- Nie! - sprostowałam. - Plecami na... hmm... na czym to ja leżałam plecami? Wiem, na podłodze! A plecami gitary leżałam sobie na brzuchu.
- No - ucieszył się Piotrek. - Bo jużem myślał...
- Gratulacje! - wtrąciłam się szybko.
I powiedział, że gdyby miał bloga, to by mnie na niego dał.
czwartek, 25 czerwca 2009
772. urlop
- Napisałam gniota - poinformowałam ML (żeby nie było, że skoro nie piszę R3, to nie robię NIC).
- Pokaż - zgodził się łaskawie ML.
Pokazałam.
- Niespecjalnie pognieciony - ocenił ML. - Trzymasz pewien poziom. Ciut powyżej dna.
- To dam cię na bloga - zaproponowałam.
- Wystarczy 1,5 minuty rozmowy i już jestem cytowany - ucieszył się ML.
Tja.
A ja blogowo oznajmiam, że robię sobie urlop.
I w ramach urlopu:
1) będę robić tylko to, na co mam ochotę, bardzo egoistycznie...
2) ... dopóki mi się to nie znudzi,
3) będę wypoczywać
4) i pisać teksty satyryczne, bo przy tym wypoczywam,
5) i wydzierać się przy gitarze aż ochrypnę,
6) i jak mi się znudzi robienie tego, na co mam ochotę, to poczekam, aż mi przejdzie,
7) znudzenie,
8) i będę cały czas bardzo ale to bardzo wesoła,
9) i nikt mnie do niczego nie zmusi,
10) chyba że mi się samej zachce coś zrobić,
11) to wtedy pomyślę.
I w nagrodę kupię sobie Trąbkę dla Gubernatora kabaretu Potem. PRZED momentem, w którym na nagrodę będę zasługiwać.
Może jutro.
Więc jeśli ktoś ma sprawy niezwiązane z rekreacją, to mnie nie będzie do odwołania.
I SAMA zawołam.
- Pokaż - zgodził się łaskawie ML.
Pokazałam.
- Niespecjalnie pognieciony - ocenił ML. - Trzymasz pewien poziom. Ciut powyżej dna.
- To dam cię na bloga - zaproponowałam.
- Wystarczy 1,5 minuty rozmowy i już jestem cytowany - ucieszył się ML.
Tja.
A ja blogowo oznajmiam, że robię sobie urlop.
I w ramach urlopu:
1) będę robić tylko to, na co mam ochotę, bardzo egoistycznie...
2) ... dopóki mi się to nie znudzi,
3) będę wypoczywać
4) i pisać teksty satyryczne, bo przy tym wypoczywam,
5) i wydzierać się przy gitarze aż ochrypnę,
6) i jak mi się znudzi robienie tego, na co mam ochotę, to poczekam, aż mi przejdzie,
7) znudzenie,
8) i będę cały czas bardzo ale to bardzo wesoła,
9) i nikt mnie do niczego nie zmusi,
10) chyba że mi się samej zachce coś zrobić,
11) to wtedy pomyślę.
I w nagrodę kupię sobie Trąbkę dla Gubernatora kabaretu Potem. PRZED momentem, w którym na nagrodę będę zasługiwać.
Może jutro.
Więc jeśli ktoś ma sprawy niezwiązane z rekreacją, to mnie nie będzie do odwołania.
I SAMA zawołam.
środa, 24 czerwca 2009
771. ironia łopatki
- Muszę na potrzeby pewnego projektu internetowego wymyślić unikalny login - napisał Fimbul. - I nie umiem! Chcę, żeby był raczej polski, bez cyfr.
- Weź sobie "szpadelek" - zaproponowała Mrówka. - To na pewno nie jest zajęte, bo kto by chciał mieć tak idiotyczny nick.
- No właśnie - odpisał Fimbul.
No co, chciałam mu pomóc!
- Weź sobie "szpadelek" - zaproponowała Mrówka. - To na pewno nie jest zajęte, bo kto by chciał mieć tak idiotyczny nick.
- No właśnie - odpisał Fimbul.
No co, chciałam mu pomóc!
poniedziałek, 22 czerwca 2009
770. obrona Fimbula
Fimbul bronił się dzień po Adinie, dlatego prosto od Ani i Mariusza pojechaliśmy w trójkę na uczelnię, żeby go dopingować.
Jako że czas oczekiwania na komisję nieco się przedłużał, Fimbul zaczął opowiadać nam rozmaite historyjki związane z jego pracą, a zahaczające o historię i teorię literatury i odpowiadał na liczne pytania.
Kiedy wreszcie pojawił się Przewodniczący Komisji, komisja tymczasowa w składzie Ania - Mrówka - Mariusz postanowiła pochwalić się osiągnięciami.
- Panie profesorze! - zawołała Mrówka. - My już go przepytaliśmy.
- I co, zdał? - zainteresował się Przewodniczący Komisji.
- Zdał - odparliśmy jednogłośnie.
- Słyszałeś? - zawołał Przewodniczący Komisji do Bossa, który pełnił funkcję Recenzenta. - Oni go już przepytali!
- I co? - zainteresował się Boss. - Zdał?
- Zdał! - wyjaśnił Bossowi Przewodniczący Komisji.
- E, to my się tylko podpiszemy! - oznajmił Boss.
Jako że czas oczekiwania na komisję nieco się przedłużał, Fimbul zaczął opowiadać nam rozmaite historyjki związane z jego pracą, a zahaczające o historię i teorię literatury i odpowiadał na liczne pytania.
Kiedy wreszcie pojawił się Przewodniczący Komisji, komisja tymczasowa w składzie Ania - Mrówka - Mariusz postanowiła pochwalić się osiągnięciami.
- Panie profesorze! - zawołała Mrówka. - My już go przepytaliśmy.
- I co, zdał? - zainteresował się Przewodniczący Komisji.
- Zdał - odparliśmy jednogłośnie.
- Słyszałeś? - zawołał Przewodniczący Komisji do Bossa, który pełnił funkcję Recenzenta. - Oni go już przepytali!
- I co? - zainteresował się Boss. - Zdał?
- Zdał! - wyjaśnił Bossowi Przewodniczący Komisji.
- E, to my się tylko podpiszemy! - oznajmił Boss.
piątek, 19 czerwca 2009
769. Adin
- Idę jutro na Adin! - pochwaliłam się.
- A co to jest? - zapytał Fimbul. Zaczęłam wyjaśniać, kiedy dodał: - Żartowałem. Od pół roku masz link do ich strony w info na naszej-klasie.
No mam.
Adin.
Władysław Sikora
Krzysztof Kiełpiński
Andrzej Piątek
Julia Mikołajczak
Adam Pernal
http://www.kabaretadin.pl/
- Adin miał być w Katowicach - rzuciła we wtorek Ania B. - Nie wiem, czy już był, czy będzie.
Mrówka zakrztusiła się Aniną sałatką, którą pochłaniała po spędzeniu połowy dnia w czytelni (i przed perspektywą podobnej rozrywki na dalszą część doby). Na chwilę zabrakło jej tchu, po czym miotnęła się w stronę telefonu, żeby zaraz, natychmiast, zadzwonić do Jacka i zapytać o plany Kabaretowej Sceny Trójki. Nie wykonała pierwszego zamierzenia, miotnęła się przed salę, w poszukiwaniu plakatu z KST. Z plakatu wynikało, że Adin będzie w środę. Nazajutrz.
Ania i Mariusz w przypływie litości i zrozumienia dla głębokiego szaleństwa, jakie opętało zrównoważoną zazwyczaj Mrówkę, natychmiast zaproponowali jej nocleg.
Kolejnym ważnym krokiem był - mimo wszystko - kontakt z Jackiem. Na zadane smsem pytanie, ile Adina będzie na KST, zaniepokojony nieco Jacek oddzwonił, stwierdzając, że gdyby był złośliwy, to odparłby, że cały Adin. Sto procent.
Pobyt w czytelni był już wypełniony przyjemnym oczekiwaniem.
W środę Mrówka zjawiła się pod budynkiem GCK na czterdzieści minut przed przedstawieniem. Miała rozglądać się za Anią (która też szła na Adin, zarażona entuzjazmem Mrówki), ale w zasadzie nie mogła, bo od razu zauważyła Władka Sikorę.
Jacka pod ręką nie było, Sikor sobie z kimś rozmawiał, ale Mrówka dzielnie podeszła, przeprosiła, że przeszkadza i powiedziała do Sikora, że jest Mrówką. Sikor się ucieszył (a przynajmniej zmienił wyraz twarzy z życzliwie-sympatycznego na radośnie-entuzjastyczny ;), zawołał "O, cześć!". Po czym Mrówka obiecała, że nie będzie przeszkadzać i idzie do Korezu.
I poszła.
Zawracając po Anię ;).
W Korezie Jacek wpuścił Anię i Mrówkę drogą dla tej ostatniej tradycyjną (lubię siedzieć na próbach, tam się zawsze coś zabawnego i niespodziewanego dzieje). Mrówka przeżyła mały szok, przełażąc za kulisami obok Chomika i Andy`ego, ale co tam. Z nimi nie rozmawiała netowo, a wątpliwe jest, czy by sobie ją skojarzyli po jednej piosence. Sikor musiał się więcej namęczyć.
Adin występował na końcu, po Długim i grupie wokalnej Avocado. I zafundował publiczności godzinę śmiechu bez przerwy (jak ktoś chce, to odsyłam do mojej własnej opinii na stronie Władka, o ile nie wykasował: www.sikora.art.pl -> publicystyka -> kabaret Adin -> na dole strony ;). Albo po prostu: http://www.sikora.art.pl/publicystyka_adin.php - szósty komentarz mój, a szesnasty w ogóle). Adin zagrał swój drugi program, "Banzai, czyli jeżeli jesteście głupi, to wam o tym powiemy".
A jak się skończyło...
Szkoda mi było, że nie mam książki Sikora (prawdę Jacek powiedział ze sceny, to dzieło nie do zdobycia i to od dawna ;)), więc i pretekstu, żeby wracać do garderoby. Z zajętym Jackiem pożegnałam się w przelocie, z Sikorem w zasadzie nie miałam szans. Cóż, jeden smuteczek w wieczorze pełnym wrażeń - to się da znieść.
Absurdalna nadzieja na spotkanie tliła się i zgasła. Mrówka przelazła z tłumem obok Smutnego (który rozmawiał z fanami na scenie), wyszła z tłumem z Korezu. Zapłakana ze śmiechu, z obolałymi mięśniami brzucha i twarzy, zgrzana i rozczochrana (jak się człowiek tarza, to tak potem wygląda...) przeszła obok Andy`ego, który w niewiadomym celu łaził po korytarzu (w sumie garderoba Korezu jest na dwie osoby, nie dziwię się). Doszła do schodów w GCK, tracąc w tym momencie ostatnią iskrę naiwnej nadziei.
I wtedy usłyszała:
- E, Mrówa!
Tłum przelewał się za plecami roześmianej Mrówki, gadającej w najlepsze z zadowolonym z siebie (i słusznie ;)) Dalajlamą Kabaretu, Sikorem Pierwszym.
Bo marzenia się spełniają.
Żeby było całkiem sentymentalnie, jeszcze podziękowania:
- Ani i Mariuszowi - dziękuję za nocleg. Bez Was nie mogłabym pojechać na Adin. Ani - dodatkowo za towarzystwo w Korezie, Mariuszowi - że nie pozwolił mi się wycofać na krok przed podjęciem ostatecznej decyzji,
- Jackowi - że bez wahania akceptuje każdy, nawet najbardziej szalony pomysł, jaki mi przychodzi do głowy,
- Sikorowi - za terapeutyczny śmiech i plany na przyszłość ;).
- A co to jest? - zapytał Fimbul. Zaczęłam wyjaśniać, kiedy dodał: - Żartowałem. Od pół roku masz link do ich strony w info na naszej-klasie.
No mam.
Adin.
Władysław Sikora
Krzysztof Kiełpiński
Andrzej Piątek
Julia Mikołajczak
Adam Pernal
http://www.kabaretadin.pl/
- Adin miał być w Katowicach - rzuciła we wtorek Ania B. - Nie wiem, czy już był, czy będzie.
Mrówka zakrztusiła się Aniną sałatką, którą pochłaniała po spędzeniu połowy dnia w czytelni (i przed perspektywą podobnej rozrywki na dalszą część doby). Na chwilę zabrakło jej tchu, po czym miotnęła się w stronę telefonu, żeby zaraz, natychmiast, zadzwonić do Jacka i zapytać o plany Kabaretowej Sceny Trójki. Nie wykonała pierwszego zamierzenia, miotnęła się przed salę, w poszukiwaniu plakatu z KST. Z plakatu wynikało, że Adin będzie w środę. Nazajutrz.
Ania i Mariusz w przypływie litości i zrozumienia dla głębokiego szaleństwa, jakie opętało zrównoważoną zazwyczaj Mrówkę, natychmiast zaproponowali jej nocleg.
Kolejnym ważnym krokiem był - mimo wszystko - kontakt z Jackiem. Na zadane smsem pytanie, ile Adina będzie na KST, zaniepokojony nieco Jacek oddzwonił, stwierdzając, że gdyby był złośliwy, to odparłby, że cały Adin. Sto procent.
Pobyt w czytelni był już wypełniony przyjemnym oczekiwaniem.
W środę Mrówka zjawiła się pod budynkiem GCK na czterdzieści minut przed przedstawieniem. Miała rozglądać się za Anią (która też szła na Adin, zarażona entuzjazmem Mrówki), ale w zasadzie nie mogła, bo od razu zauważyła Władka Sikorę.
Jacka pod ręką nie było, Sikor sobie z kimś rozmawiał, ale Mrówka dzielnie podeszła, przeprosiła, że przeszkadza i powiedziała do Sikora, że jest Mrówką. Sikor się ucieszył (a przynajmniej zmienił wyraz twarzy z życzliwie-sympatycznego na radośnie-entuzjastyczny ;), zawołał "O, cześć!". Po czym Mrówka obiecała, że nie będzie przeszkadzać i idzie do Korezu.
I poszła.
Zawracając po Anię ;).
W Korezie Jacek wpuścił Anię i Mrówkę drogą dla tej ostatniej tradycyjną (lubię siedzieć na próbach, tam się zawsze coś zabawnego i niespodziewanego dzieje). Mrówka przeżyła mały szok, przełażąc za kulisami obok Chomika i Andy`ego, ale co tam. Z nimi nie rozmawiała netowo, a wątpliwe jest, czy by sobie ją skojarzyli po jednej piosence. Sikor musiał się więcej namęczyć.
Adin występował na końcu, po Długim i grupie wokalnej Avocado. I zafundował publiczności godzinę śmiechu bez przerwy (jak ktoś chce, to odsyłam do mojej własnej opinii na stronie Władka, o ile nie wykasował: www.sikora.art.pl -> publicystyka -> kabaret Adin -> na dole strony ;). Albo po prostu: http://www.sikora.art.pl/publicystyka_adin.php - szósty komentarz mój, a szesnasty w ogóle). Adin zagrał swój drugi program, "Banzai, czyli jeżeli jesteście głupi, to wam o tym powiemy".
A jak się skończyło...
Szkoda mi było, że nie mam książki Sikora (prawdę Jacek powiedział ze sceny, to dzieło nie do zdobycia i to od dawna ;)), więc i pretekstu, żeby wracać do garderoby. Z zajętym Jackiem pożegnałam się w przelocie, z Sikorem w zasadzie nie miałam szans. Cóż, jeden smuteczek w wieczorze pełnym wrażeń - to się da znieść.
Absurdalna nadzieja na spotkanie tliła się i zgasła. Mrówka przelazła z tłumem obok Smutnego (który rozmawiał z fanami na scenie), wyszła z tłumem z Korezu. Zapłakana ze śmiechu, z obolałymi mięśniami brzucha i twarzy, zgrzana i rozczochrana (jak się człowiek tarza, to tak potem wygląda...) przeszła obok Andy`ego, który w niewiadomym celu łaził po korytarzu (w sumie garderoba Korezu jest na dwie osoby, nie dziwię się). Doszła do schodów w GCK, tracąc w tym momencie ostatnią iskrę naiwnej nadziei.
I wtedy usłyszała:
- E, Mrówa!
Tłum przelewał się za plecami roześmianej Mrówki, gadającej w najlepsze z zadowolonym z siebie (i słusznie ;)) Dalajlamą Kabaretu, Sikorem Pierwszym.
Bo marzenia się spełniają.
Żeby było całkiem sentymentalnie, jeszcze podziękowania:
- Ani i Mariuszowi - dziękuję za nocleg. Bez Was nie mogłabym pojechać na Adin. Ani - dodatkowo za towarzystwo w Korezie, Mariuszowi - że nie pozwolił mi się wycofać na krok przed podjęciem ostatecznej decyzji,
- Jackowi - że bez wahania akceptuje każdy, nawet najbardziej szalony pomysł, jaki mi przychodzi do głowy,
- Sikorowi - za terapeutyczny śmiech i plany na przyszłość ;).
wtorek, 16 czerwca 2009
768. lans
- Idę zjeść - poinformował mnie Fimbul. - Ale wrócę pewnie, bo jeszcze wcześnie. Czekaj, czekaj... Jak to było? - zastanowił się.
- Jeszcze ranek nie tak blisko? Słowik to a nie skowronek? - zapytałam.
- Czekaj na mnie w cień własny wpatrzona - przypomniał sobie Fimbul. - Przyjdę jutro, choć nie znam godziny.
- Ja nie rzucam cienia! - stwierdziłam, oglądając się ze wszystkich stron.
- Nawet mrówki rzucają cień - zauważył Fimbul. - Chyba że to wampirze mrówki, to wtedy może nie.
- Mogę na bloga? - upewniłam się.
- Tak, ale zacznij od tego fragmentu z Leśmiana, żebyśmy wyszli na erudytów - powiedział Fimbul.
A jutro Adin w Katowicach.
- Jeszcze ranek nie tak blisko? Słowik to a nie skowronek? - zapytałam.
- Czekaj na mnie w cień własny wpatrzona - przypomniał sobie Fimbul. - Przyjdę jutro, choć nie znam godziny.
- Ja nie rzucam cienia! - stwierdziłam, oglądając się ze wszystkich stron.
- Nawet mrówki rzucają cień - zauważył Fimbul. - Chyba że to wampirze mrówki, to wtedy może nie.
- Mogę na bloga? - upewniłam się.
- Tak, ale zacznij od tego fragmentu z Leśmiana, żebyśmy wyszli na erudytów - powiedział Fimbul.
A jutro Adin w Katowicach.
piątek, 12 czerwca 2009
767. twórczość improwizowana
W związku z awarią systemu bibliotek wydziałowych przypuszczamy z Fimbulem, że oblężenie przeżywa biblioteka regionalna. Zastanawialiśmy się też nad zachowaniem dyrektora tejże instytucji. Zaimprowizowałam szybko rys wierszyka:
Mrowka (10-06-2009 13:31)
schodzi na dół i się dziwi czemu...
Mrowka (10-06-2009 13:31)
i staje przed lustrem co rano
Mrowka (10-06-2009 13:31)
i głaszcze się lekko po brodzie
Mrowka (10-06-2009 13:31)
i minę ma trochę zaspaną
Mrowka (10-06-2009 13:31)
i myśli, że dzień to jak co dzień
Mrowka (10-06-2009 13:31)
i schodzi do kataloga
Mrowka (10-06-2009 13:31)
i patrzy na dzikie hordy
Mrowka (10-06-2009 13:31)
i krzyczy: o mamo! na boga
Mrowka (10-06-2009 13:32)
cholera, rymu mi brakło :(
Mrowka (10-06-2009 13:32)
a tak się ładnie zapowiadało :(
Mrowka (10-06-2009 13:32)
cofam:
i patrzy na ludzkie plemię
i patrzy na dzikie tłumy
i rzuca się zaraz na ziemię
i tarza (choć przedtem się umył)
A potem mi się odechciało.
Z informacji typu jupi: po mailu od Bossa nadgryzłam przedostatni szkic. Do poniedziałku powinnam go skończyć.
Mrowka (10-06-2009 13:31)
schodzi na dół i się dziwi czemu...
Mrowka (10-06-2009 13:31)
i staje przed lustrem co rano
Mrowka (10-06-2009 13:31)
i głaszcze się lekko po brodzie
Mrowka (10-06-2009 13:31)
i minę ma trochę zaspaną
Mrowka (10-06-2009 13:31)
i myśli, że dzień to jak co dzień
Mrowka (10-06-2009 13:31)
i schodzi do kataloga
Mrowka (10-06-2009 13:31)
i patrzy na dzikie hordy
Mrowka (10-06-2009 13:31)
i krzyczy: o mamo! na boga
Mrowka (10-06-2009 13:32)
cholera, rymu mi brakło :(
Mrowka (10-06-2009 13:32)
a tak się ładnie zapowiadało :(
Mrowka (10-06-2009 13:32)
cofam:
i patrzy na ludzkie plemię
i patrzy na dzikie tłumy
i rzuca się zaraz na ziemię
i tarza (choć przedtem się umył)
A potem mi się odechciało.
Z informacji typu jupi: po mailu od Bossa nadgryzłam przedostatni szkic. Do poniedziałku powinnam go skończyć.
środa, 10 czerwca 2009
766. słowa, słowa, słowa
Piotrek, z narażeniem życia i zdrowia (wcale nie, ale co mi szkodzi ubarwić, od razu inaczej się czyta) zdobył dla Mrówki wywiad od Egzekutora. Pod ostrzałem, osłaniając wywiad własnym plecakiem, przedarł się do swojego miasta, sforsował barykady drzwi, zasłonił okna czarnym papierem i zeskanował ów wywiad, rozglądając się przy tym na boki i uważnie nasłuchując, czy aby w pobliżu wróg nie czuwa. Mrówka, w dowód wdzięczności, postanowiła przypomnieć Piotrkowi o słowniku, który ma dla niego od pół roku, ale zapomina przywieźć.
- Mam dla ciebie słownik - wystukała na klawiaturze, ocierając łzy wzruszenia (żeby nie zrobiły zwarcia).
- Jaki? - zainteresował się Piotrek.
- Zielony - sprecyzowała Mrówka.
- A coś jeszcze o nim? - nie poddał się Piotrek, gdyż, jak wynika z pierwszych zdań notki, dzielny był. Mrówka zdecydowała się obejrzeć przedmiot rozmowy. Po dokonaniu oględzin przywędrowała nad klawiaturę.
- Jak przyłożysz do niego kciuk, to od opuszka do pierwszego zgięcia na grubość.
- Super - ucieszył się Piotrek, bo co mu innego pozostało. - A co w nim jest? - zapytał, trochę rozpaczliwie.
- Wyrazy. I artykuły hasłowe - poinformowała go Mrówka.
Co on się tak dopytuje, słownika nie widział?... ;)
- Mam dla ciebie słownik - wystukała na klawiaturze, ocierając łzy wzruszenia (żeby nie zrobiły zwarcia).
- Jaki? - zainteresował się Piotrek.
- Zielony - sprecyzowała Mrówka.
- A coś jeszcze o nim? - nie poddał się Piotrek, gdyż, jak wynika z pierwszych zdań notki, dzielny był. Mrówka zdecydowała się obejrzeć przedmiot rozmowy. Po dokonaniu oględzin przywędrowała nad klawiaturę.
- Jak przyłożysz do niego kciuk, to od opuszka do pierwszego zgięcia na grubość.
- Super - ucieszył się Piotrek, bo co mu innego pozostało. - A co w nim jest? - zapytał, trochę rozpaczliwie.
- Wyrazy. I artykuły hasłowe - poinformowała go Mrówka.
Co on się tak dopytuje, słownika nie widział?... ;)
poniedziałek, 8 czerwca 2009
765. wyszło z worka
Miejsce akcji: osiedle Mrówki.
Czas akcji: samo południe.
Akcja: Kioskarz (ten od szpaka Kajtka) zachwala przed mamą pismo o robótkach ręcznych:
KIOSKARZ: Fajne to! Nie mam sprzętu, bo sam bym dziergał.
Koniec akcji
Szydełkowana kurtyna opada z łopotem.
Czas akcji: samo południe.
Akcja: Kioskarz (ten od szpaka Kajtka) zachwala przed mamą pismo o robótkach ręcznych:
KIOSKARZ: Fajne to! Nie mam sprzętu, bo sam bym dziergał.
Koniec akcji
Szydełkowana kurtyna opada z łopotem.
środa, 3 czerwca 2009
763.
Jestem. Piszę. Bez przerwy.
Dzisiaj wystawa rysunków ML, w Gdańsku. Nie byłam (może ML się potem podzieli wrażeniami), więc napisałam mu wierszyk, jak ktoś chce, to przytaczam:
O, Marku, toż to radość czysta,
wiedzieć, że ktoś Ci jedną z wystaw
urządził tak po wielkopańsku.
Choć szkoda trochę mi - że w Gdańsku.
Na widok witryn i galerii
mogłabym dostać tam histerii
(aż łezka drży mi pod powieką).
Szkoda, że Gdańsk jest tak daleko.
I bym patrzyła z uwielbieniem
na Twych rysunków zatrzęsienie,
że wnet by mnie wyprosił kustosz.
Lecz w Gdańsku Ty, a u mnie - pusto-ż.
W Jaworznie byś nie wypadł gorzej.
Co ten Gdańsk w sobie ma? Że morze?
Jak ta wystawa byłaby tu
też miałbyś morze, lecz zachwytów.
A może przykład Ty weź z cyrków?
Weź duży namiot, nasyp żwirku
(fachowo zwie się to: arena).
Rysunki - i, kto wejdzie, denat.
Stwierdzam to wcale nieprzesadnie,
kto Twe rysunki ujrzy, padnie.
I trochę się nam zmniejszy nacja
(prócz tych, co siedzą na wakacjach).
Nim w satyryczne staniesz szranki
zadbaj o fanów swych (i fanki)
Przyślij mi prace swe (choć ksero!),
to będę mieć tu cyrk dopiero.
Jutro Boss w GTL.
Dzisiaj wystawa rysunków ML, w Gdańsku. Nie byłam (może ML się potem podzieli wrażeniami), więc napisałam mu wierszyk, jak ktoś chce, to przytaczam:
O, Marku, toż to radość czysta,
wiedzieć, że ktoś Ci jedną z wystaw
urządził tak po wielkopańsku.
Choć szkoda trochę mi - że w Gdańsku.
Na widok witryn i galerii
mogłabym dostać tam histerii
(aż łezka drży mi pod powieką).
Szkoda, że Gdańsk jest tak daleko.
I bym patrzyła z uwielbieniem
na Twych rysunków zatrzęsienie,
że wnet by mnie wyprosił kustosz.
Lecz w Gdańsku Ty, a u mnie - pusto-ż.
W Jaworznie byś nie wypadł gorzej.
Co ten Gdańsk w sobie ma? Że morze?
Jak ta wystawa byłaby tu
też miałbyś morze, lecz zachwytów.
A może przykład Ty weź z cyrków?
Weź duży namiot, nasyp żwirku
(fachowo zwie się to: arena).
Rysunki - i, kto wejdzie, denat.
Stwierdzam to wcale nieprzesadnie,
kto Twe rysunki ujrzy, padnie.
I trochę się nam zmniejszy nacja
(prócz tych, co siedzą na wakacjach).
Nim w satyryczne staniesz szranki
zadbaj o fanów swych (i fanki)
Przyślij mi prace swe (choć ksero!),
to będę mieć tu cyrk dopiero.
Jutro Boss w GTL.
sobota, 30 maja 2009
762. mrówki
- Jesteś najlepszą mrówką na świcie – napisał mi Radek na gg po tym, jak przesłałam mu moje genialne (ekhem) notatki z gramatyki historycznej. – O świcie też, ale oprócz tego na świecie – poprawił się. – Jesteś nawet lepsza od tych, co zżerają mi cukier w domu.
- Kiedyś mrówce w doniczce u brata dałam ziarenko cukru i zaraz siedziało na nim całe stado i lizały w pośpiechu – przypomniała mi się sytuacja sprzed kilku lat. – Ale to były zimowe mrówki.
- Ja mam całe stado – wyjaśnił Radek. – Same się dokarmiają. Nie wiem, jakie są, bo się nie przedstawiły.
- Kiedyś mrówce w doniczce u brata dałam ziarenko cukru i zaraz siedziało na nim całe stado i lizały w pośpiechu – przypomniała mi się sytuacja sprzed kilku lat. – Ale to były zimowe mrówki.
- Ja mam całe stado – wyjaśnił Radek. – Same się dokarmiają. Nie wiem, jakie są, bo się nie przedstawiły.
piątek, 29 maja 2009
761. w czytelni
Przewidziałam na dziś dłuuuuugi pobyt w czytelni czasopism. Kiedy do niej weszłam i zobaczyłam, że jest tam moja ulubiona Pani z Czytelni, podskoczyłam z radości.
- Dawno mnie tu nie było! - powiedziałam.
- Właśnie. Aż miejsce wychłódło - odparła Pani z Czytelni (PzCz).
Wpisuję się do zeszytu.
- Nigdy nie wiem, co mam zaznaczyć jako doktorant. Czy - że jestem studentem stacjonarnym, czy może pracownikiem naukowym. Co zaznaczyć?
- W dni parzyste: pracownik naukowy, w nieparzyste student - powiedziała PzCz. Ucieszyłam się i zgodnie z wytycznymi zaznaczyłam studenta.
A potem, już po 14:30, czyli po godzinie, do której czytelnia była otwarta, zapytałam, czy mam już wszystko oddać i iść. PzCz stwierdziła kategorycznie:
- Masz tu siedzieć, dopóki nie przeczytasz wszystkiego.
Cudownie po prostu. Dzięki temu większość rzeczy do kolejnego szkicu już przeczytałam :).
Na koniec jedna anegdota, wyczytana w tekście Gicgiera Dwie rozmowy i jedna anegdota.
Gicgier napisał fraszkę:
Miłość nie zna zmęczenia.
Czy pan się nie przecenia?
Po jakimś czasie przeczytał w "Odgłosach" tekst Sztaudyngera:
Miłość nie zna zmęczenia.
Czy pan się nie przecenia?
PS.: Świsnąłem fraszkę Gicgierowi.
Może nie dojrzy, albo nic nie powi.
Profesorowi W i Marcinowi - wszystkiego najlepszego z okazji urodzin!
- Dawno mnie tu nie było! - powiedziałam.
- Właśnie. Aż miejsce wychłódło - odparła Pani z Czytelni (PzCz).
Wpisuję się do zeszytu.
- Nigdy nie wiem, co mam zaznaczyć jako doktorant. Czy - że jestem studentem stacjonarnym, czy może pracownikiem naukowym. Co zaznaczyć?
- W dni parzyste: pracownik naukowy, w nieparzyste student - powiedziała PzCz. Ucieszyłam się i zgodnie z wytycznymi zaznaczyłam studenta.
A potem, już po 14:30, czyli po godzinie, do której czytelnia była otwarta, zapytałam, czy mam już wszystko oddać i iść. PzCz stwierdziła kategorycznie:
- Masz tu siedzieć, dopóki nie przeczytasz wszystkiego.
Cudownie po prostu. Dzięki temu większość rzeczy do kolejnego szkicu już przeczytałam :).
Na koniec jedna anegdota, wyczytana w tekście Gicgiera Dwie rozmowy i jedna anegdota.
Gicgier napisał fraszkę:
Miłość nie zna zmęczenia.
Czy pan się nie przecenia?
Po jakimś czasie przeczytał w "Odgłosach" tekst Sztaudyngera:
Miłość nie zna zmęczenia.
Czy pan się nie przecenia?
PS.: Świsnąłem fraszkę Gicgierowi.
Może nie dojrzy, albo nic nie powi.
Profesorowi W i Marcinowi - wszystkiego najlepszego z okazji urodzin!
czwartek, 28 maja 2009
760. kopAnie
Kiedyś, na jednej z konferencji, Fimbul mnie kopnął pod stołem. Jego zdaniem mówiłam za szybko i chciał mi dać do zrozumienia, żebym zwolniła. Potem umówiliśmy się, że ZAWSZE na konferencjach będzie tak robił, jeśli zacznę mówić w zbyt szybkim tempie.
Dzisiaj na ostatnim czwartku podczas dyskusji sięgam po mikrofon i zaczynam mówić, a kątem oka rejestruję, że Fimbul coś do mnie mruczy.
Nie wiedziałam co, więc się tym nie przejęłam.
Wtedy Fimbul mnie kopnął (mówi, żeby dopisać, że lekko). Natychmiast i odruchowo zwolniłam.
Okazało się potem, że o to chodziło.
Odruch Pawłowa mi się wyrobił.
Dzisiaj na ostatnim czwartku podczas dyskusji sięgam po mikrofon i zaczynam mówić, a kątem oka rejestruję, że Fimbul coś do mnie mruczy.
Nie wiedziałam co, więc się tym nie przejęłam.
Wtedy Fimbul mnie kopnął (mówi, żeby dopisać, że lekko). Natychmiast i odruchowo zwolniłam.
Okazało się potem, że o to chodziło.
Odruch Pawłowa mi się wyrobił.
środa, 27 maja 2009
759. językowo
Wczoraj od 14 do 22 za oknem ktoś regularnie (co dziesięć minut) jęczał "k*** mać... ja pie***". I zawsze tylko tak. Opowiadam to Fimbulkowi.
- Ale miał dzień - komentuję.
- Ale miał słownik - dopowiada Fimbul.
A może jęczał tak, bo dopadała go świadomość tego ubogiego słownika?
Dzisiaj - ostatnia jak na razie konferencja (nawet kawałek poprowadziłam :)). Teraz satyrycy na okrągło, do wyczerpania tematu albo Mrówki. Jutro za to ostatni czwartek.
- Ale miał dzień - komentuję.
- Ale miał słownik - dopowiada Fimbul.
A może jęczał tak, bo dopadała go świadomość tego ubogiego słownika?
Dzisiaj - ostatnia jak na razie konferencja (nawet kawałek poprowadziłam :)). Teraz satyrycy na okrągło, do wyczerpania tematu albo Mrówki. Jutro za to ostatni czwartek.
wtorek, 26 maja 2009
758. woda, woda na pustyni
Pierwsza i najważniejsza rzecz: w czwartek ostatni ostatni czwartek, więc idziemy i głosujemy na książki. A w czwartek za tydzień (chyba) - Boss w GTL, więc idziemy jako publiczność.
Wracamy sobie dzisiaj z mamą z zakupów. Upał ogromny (a jak ja twierdzę, że jest upał, to to naprawdę upał). Przed nami na ulicy wielki samochód z cysterną z wodą. Nie wiem, jak to się fachowo nazywa. Przy samochodzie stoi pracownik jakiegoś zakładu wodnego, w ręce trzyma szlauch i podlewa drzewa. Zbliżamy się powoli.
Pracownik wajchą wyłącza wodę.
Przechodzimy koło niego.
Pracownik przytrzymuje wajchę i uprzejmie pyta:
- Ochłodzić?
Wracamy sobie dzisiaj z mamą z zakupów. Upał ogromny (a jak ja twierdzę, że jest upał, to to naprawdę upał). Przed nami na ulicy wielki samochód z cysterną z wodą. Nie wiem, jak to się fachowo nazywa. Przy samochodzie stoi pracownik jakiegoś zakładu wodnego, w ręce trzyma szlauch i podlewa drzewa. Zbliżamy się powoli.
Pracownik wajchą wyłącza wodę.
Przechodzimy koło niego.
Pracownik przytrzymuje wajchę i uprzejmie pyta:
- Ochłodzić?
niedziela, 24 maja 2009
757. tłumacz, Fimbul
Ukazał się już esej Narodziny Nowego Eonu Gordana Djurdjevica w tłumaczeniu Fimbula.
- Dostanę autograf na wersji ksero? - zapytała Sabina, uznając, że cena jest zbyt wygórowana.
- Nie, ale mogę ci posłać skan autografu - obiecał Fimbul.
Gratulacje, Fimbulku!
A szczegóły na blogu Fimbula: http://grudnik.wordpress.com/2009/05/24/gordan-djurdjevic-narodziny-nowego-eonu/
- Dostanę autograf na wersji ksero? - zapytała Sabina, uznając, że cena jest zbyt wygórowana.
- Nie, ale mogę ci posłać skan autografu - obiecał Fimbul.
Gratulacje, Fimbulku!
A szczegóły na blogu Fimbula: http://grudnik.wordpress.com/2009/05/24/gordan-djurdjevic-narodziny-nowego-eonu/
piątek, 22 maja 2009
756. strach ma oczy
Jedziemy pociągiem. Pociąg wydaje z siebie co chwilę różne dziwne dźwięki. Zaczyna tykać, syczeć, dryndać, buchać, prychać i produkować inne nienaturalne odgłosy.
- Dobrze, że też jedziesz - mruczę do Piotrka po tym, jak po raz kolejny coś strzeliło mi nad głową. - Przecież ja bym tu sama umarła ze strachu trzysta razy.
- No to byś... - zastanowił się Piotrek - doszła do wprawy.
- Dobrze, że też jedziesz - mruczę do Piotrka po tym, jak po raz kolejny coś strzeliło mi nad głową. - Przecież ja bym tu sama umarła ze strachu trzysta razy.
- No to byś... - zastanowił się Piotrek - doszła do wprawy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


