czwartek, 31 lipca 2008

604. czas na sporty

- Co porabiasz? - zapytał Fimbul grzecznościowo.
- Nudzę się - odparłam równie grzecznościowo co nieszczerze, bo co jak co, ale nudy to ja ostatnimi czasy nie doświadczałam za bardzo. Postanowiłam więc to sprecyzować: - Nie nudzę się, ale nic mi się nie chce robić.
- To zajmij się rekreacją - zaproponował Fimbulek.
- Za gorąco jest na rekreację - jęknęłam. Termometr na dworcu pokazywał 36 stopni.
- Mrówko - odparł Fimbul - jak się tylko zrobi zimno, to powiesz, że jest za zimno na rekreację.

W sumie dość dobrze mnie zna ;

wtorek, 29 lipca 2008

603. juczne zwierzę

Czasami jeżdżę sobie na spotkania z S. Spotkania służbowe, wracam z nich obładowana książkami. Książki wysypują mi się z objęć, spadają ze stosiku ułożonego na głowie i wypadają uszami. Co zresztą bardzo lubię, nie ma to jak zboczenia zawodowe.
- Będę mieć dzisiaj mnóstwo książek - powiedziałam kiedyś mamie, wychodząc z domu. - Wrócę obładowana jak juczny... muł czy wół? Co jest juczne?
- Muł - odparła mama Mrówki.
- To jak juczny muł - zgodziłam się.
- Ale ty będziesz osłem - dodała mama.

poniedziałek, 28 lipca 2008

602. wyczekany kontakt

- ? - napisał Piotrek na gg.
- ??? - zapytałam, bo coś mi nie pasowało. - Bo chyba coś nie doszło - dodałam, tonem wyjaśnienia.
- Generalnie nie dochodzi - odparł Piotrek. - Już od paru godzin próbuję z tobą nawiązać kontakt.

Wracałam z Katowic, kiedy rozdzwoniła się moja komórka.
- Witam, Olek z tej strony - powiedział Olek. Nie zaskoczył mnie, bo w końcu wyświetlił się jako Olek, brzmiał jak Olek i nawet przywitał się jak Olek, więc były małe szanse na to, żeby to jednak nie był Olek. - Zadam ci dziwne pytanie... ale ono jest bardzo dziwne, nie dziw się.
- ?
- Czy w twoim mieście są jakieś ruiny?

Za kilkadziesiąt lat powiem mu, że ja jestem.
Albo sam się domyśli...

poniedziałek, 21 lipca 2008

597. spustoszenie

- Ech, stare dobre czasy - westchnęła filozoficznie Mrówka, przypominając sobie moment, kiedy na stała na chwiejnej drabinie pod sufitem małego magazynu w pewnej instytucji i wycierając rękawami kurz z wierzchu szafy przeglądała stare roczniki pewnego pisma.
Pismo się zdezaktualizowało, instytucja postanowiła pozbyć się nikomu niepotrzebnych ton makulatury, wyrzucając je na śmietnik.
- Macie jeszcze te pisma? - spytała kiedyś Mrówka mimochodem. - Bo szukam paru rzeczy, a nie chce mi się tkwić nad nimi w czytelni...
- Mamy, leżą w pudle do wyrzucenia - odparła Pracownica Instytucji. - Jak chcesz, to sobie je zabierz.
- Zabrałabym chętnie, ale nigdzie mi się nie zmieszczą - odparła ze smutkiem Mrówka. - Może tylko te, których potrzebuję...
- To bierz.
Mrówka poszła do magazynu, odnalazła właściwe pudło, wyszarpała ze środka stosik pism i zabrała do innego pomieszczenia.
- Właściwie to ja sobie powinnam powyrywać te strony, których potrzebuję. Przecież nie będę tego nieść do domu - zaproponowała nieśmiało.
- A targaj, mówiłam, że to i tak do wyrzucenia - stwierdziła Pracownica Instytucji, nie kryjąc radości.
I Mrówka przystąpiła do aktu destrukcji. A raczej do aktu ocalania tekstów, które jej były potrzebne.
Siedziała, wytargiwała kolejne kartki, aż w przypływie nagłego samokrytycyzmu podniosła głowę i powiedziała:
- A potem pójdę do czytelni czasopism, poproszę o jakieś, usiądę i zacznę z nich wyrywać kartki, bo mi w nałóg wejdzie...

Ponieważ Pracownica Instytucji uznała to za wielce prawdopodobne, Mrówka w najbliższym czasie otrzyma pewnie zakaz zbliżania się do czytelni w Mieście (i metropoliach okalających Miasto).

czwartek, 17 lipca 2008

595. notka pozbawiona inteligencji

Ułożyłam wczoraj wierszyk-pocieszankę. Który to wierszyk charakteryzuje się tym, że ma wszystkie błędy, jakie można popełnić przy pisaniu takiego małego tekściku. Ma też jedną zaletę: można go przesłać smsem.

trzymaj zawsze nos do góry,
trzymaj nos powyżej warg
pośród innych zalet fury
- ptak nie nasra ci na kark

wtorek, 15 lipca 2008

593. w poszukiwaniu straconego sensu

- Przestałam widzieć sens jeżdżenia na te wszystkie konferencje, pisania tekstów itp., skoro nikt nie zwraca na to uwagi - napisałam Fimbulowi z goryczą.
- Na moje oko - odpisał Fimbul natychmiast - to tak raz na dwa-trzy miesiące przestajesz widzieć w tym sens.

Może.
Co nie zmienia mojego nastawienia.
Idę sobie szukać sensu i nie wrócę, dopóki nie znajdę.

niedziela, 13 lipca 2008

591. komentator...

Od kiedy Zdzisław Ambroziak odszedł do Krainy Wiecznych Komentatorów (rok 2004), Mrówka przestała na transmisje meczy siatkarskich przynosić ze sobą grube zeszyty i długopisy do notowania zabawnych powiedzonek i skupiła się na samej grze, a nie na słownych popisach głosu z offu.

Tak przynajmniej było do wczoraj.
Wczoraj Wojciech Drzyzga, jeden z trenerów, zaproszony do komentowania w roli eksperta, błysnął informacją, która sprawiła, że nieprzygotowana na jej przyswojenie Mrówka w ciemnościach rzuciła się przed siebie, o mało co nie wybiła sobie zębów o kant ławy, wymacała długopis i na kawałku gazety nabazgroliła złotą myśl trenera.

Z całą odpowiedzialnością, eksperckim spokojem i pobrzmiewającą w głosie chęcią okazania widzom swojej wyższości siatkarskiej, WD poinformował:

- Różnica między wystawiaczami a rozgrywaczami polega na tym, że są ludzie, którzy wystawiają piłkę i tacy, którzy ją rozgrywają.

Nie mogłam tego nie zapisać. Teraz uczę się kolejnej mądrości siatkarskiej na pamięć.

sobota, 12 lipca 2008

590. krakowskie spotkania

Kiedy wypełzłam z prastarych murów prosto na nasłoneczniony Kraków, poczułam, że długo tego nie wytrzymam i czas się ewakuować. Najpierw w stronę antykwariatu, a potem w stronę parkingu busów. Słońce celowało we mnie wszystkimi swoimi promieniami i czułam się jak mrówka, którą mały chłopiec chce przysmażyć przez lupę.
Myśląc o Grenlandii, zadzwoniłam do brata.
- Cześć bracie, niedługo będę wracać do domu, bo mnie upał wykończy - zakomunikowałam. Brat Mrówki nie przejął się zbytnio.
- A w tej chwili przeszedł koło mnie wielki kufel piwa - dodałam.
- Kto przeszedł?
- Wielki Kufel Piwa - odparłam trwożnie, oglądając się za siebie ze zdumieniem. Kufel jak to kufel, miał piankę i wielkie ucho. Tylko nóżki się nie zgadzały, myślałam, że kufle standardowo nóżek na wyposażeniu nie mają. Ten miał.
- To ja już wiem, gdzie ty możesz być - zaśmiał się brat.
- No na Grodzkiej jestem, centrum Krakowa. Idzie zwyczajny kufel, tylko gigantyczny. Z uchem.
Przy okazji, jak ten kufel usłyszał uchem, że o nim mówię, musiał mieć niezły ubaw. Pewnie wieczorem przekazał to kolegom-kuflom w barze. Czy tam gdzie kufle w wolnych chwilach przesiadują.
- A właściwie co ty mi w smsie napisałaś? - zainteresował się brat. Wytężyłam pamięć. - Że zrobiłaś pełno czego?
- Zdjęć... że zrobiłam pełno zdjęć.
- Aha, bo nie mogłem się doczytać.
Cholera, a wydawało mi się, że w smsach nie bazgrałam do tej pory...

piątek, 11 lipca 2008

589. z Krakowa. Chwalę się.

Zapomniałam wczoraj napisać, że dzisiaj jadę na konferencję do Krakowa.
Już jestem z powrotem.
Jako że konferencja była językoznawcza, a ja się na literaturoznawcę kształcę ku utrapieniu Bossa (chociaż jako humorolog muszę być otwarta na jedno i drugie), konferencyjny plan minimum, opierający się na głębi mądrości ludowej (że "jeśli wejdziesz między wrony..."), zakładał w uproszczeniu: nie pokazać po sobie, że nie jestem językoznawcą (a w razie demaskacji nie iść w zaparte, bo to by nic nie dało ;)).
Poszalałam sobie najpierw 1,5 godziny po Krakowie. Z aparatem. Potem poszłam do Collegium Maius, znalazłam "swoją" salę, poszalałam z aparatem w CM (jeśli nie wolno, to nic o tym nie wiem. Poza tym nikt mnie nie widział). Rozbroiły mnie schody do WC (to najbardziej satyryczny z elementów wystroju). Rozciągały się na przestrzeni, jaką zajmuje mała winda. Pierwsza moja myśl: utknę. Druga: dostanę choroby morskiej. Przez dwa piętra ciągnęły się bardzo kręcone schody. BARDZO. Nawet zrobiłam im zdjęcie, zanim zaczęłam się wspinać z powrotem. Prócz tego, że były kręcone, były jeszcze drewniane. Jakby mi było mało atrakcji. I skrzypiały. Przypuszczam, że podczas wspinaczki brzmiałam jak kulawy słoń z krokodylem na plecach.
Trwało to wychodzenie wieki, a w moich uszach rozlegało się torpedowe skrzypienie.
Błysnęła mi nawet myśl, że gdyby się wszystko zawaliło ze mną na przedostatnim stopniu, to miałabym takie wrażenia, jak strażacy zjeżdżający po rurze. Nie dane mi było na szczęście. Być może rury nie zamontowano tam ze względów estetycznych, nie dociekałam.

Przyszła pani profesor T. (kto ciekawy, może sobie wygooglać w internecie mój panel konferencyjny) i powiedziała do mnie:
- Dzień dobry, jestem pani prowadząca. To znaczy... jestem prowadząca pani, pani panel, nie że Pani Prowadząca.
Już było nieźle.

Dalszy ciąg też mnie usatysfakcjonował.
Założyłam sobie, że zaintryguję słuchaczy. Żeby mnie potem chłonęli, a nie słuchali z grzeczności.
Wyszłam (nie od razu, tylko kiedy nadeszła moja kolej) i zaczęłam:
- Ja się bardzo serdecznie państwu dziwię.
Po czym aktorsko zamilkłam i przyjrzałam się widowni. Reakcja wypaliła. Słuchacze patrzyli na mnie ze z lekka osłupiałymi minami. Zdziwili się. Nie ukrywam, że o to mi chodziło. Dałam im sekundę i podjęłam - że od tych słów rozpoczął swój kabaretowy występ w 1981 roku Krzysztof Jaroszyński bla bla bla.
Można kupić publiczność ;).

Przy okazji rozdawania kartek z hand-outem wystąpienia żony, prof. Bartmiński pogratulował mi referatu, mówiąc, że był świetny i bardzo mu się podobał.
Po czym to samo powtórzył jeszcze w dyskusji poreferatowej publicznie, dodając, że w publikacji tekst mój i pana Makselona z Częstochowy to będą dwa najczęściej czytane artykuły i każdy będzie od nich zaczynać lekturę tomu.
Zapewne powiedział to po to, żeby mi woda sodowa uderzyła do głowy. Wobec tego informuję, że uderzyła. W związku z tym jak tylko oddam Bossowi rozdział, ogłaszam wakacje. Przez kilka dni palcem nie kiwnę.
I już.

czwartek, 10 lipca 2008

588. owadzi świat

Jako że listonoszka Mrówki nie pała zbytnią ochotą do wdrapywania się na ostatnie piętro (czwarte, przypominam) w celu dostarczenia wysyłanych do Mrówki przesyłek, pozostawiła w skrzynce karteluszek informujący, że Mrówka mogłaby się udać na pocztę samodzielnie. Jeśli, oczywiście, na przesyłce jej zależy. Mrówce zależało i z myślą, że znajdzie w paczce coś apetycznego, oderwała się od klawiatury, przeciągnęła, po czym wybrała się w drogę.
Wybrała się z mocnym postanowieniem, że nie poprawi kondycji miejskiego przedsiębiorstwa komunikacji wszelakiej, ale poprawi przy okazji kondycję swoją, bo egoizm jest cechą Mrówki. Wrodzoną i nieusuwalną. Zasilana akumulatorkiem ruszyła Mrówka w stronę centrum Miasta. To znaczy... najpierw ruszyła SIĘ.
Jako że od rana wiał silny wiatr, a termometr nie wskazywał nawet 20 stopni (wskazywał 19), Mrówka postanowiła dobrać garderobę wyjściową pasującą do pogody i zrezygnowała ze skafanderka na ramiączkach na rzecz eskimosiego futra (eskimosie futro to nie futro Z Eskimosa, a futro, jakie nosi Eskimos, przy założeniu, że Eskimosi noszą futra). Kolejnym krokiem była rezygnacja z zimowej kurtki. Starannie wypracowany kompromis Mrówki Zmarzniętej z Mrówką Logiczną zaowocował spakowaniem parasolki (zatęskniła Mrówka do rozwiązań Kastnera, u którego parasolki rosły sobie na grządkach, a po użyciu usychały. Przy okazji: natankowała Mrówka mineralnej do pełna, żeby nie uschnąć w drodze. Natankowała do flaszki, czym zwiększyła wagę bagażu i nie zmniejszyła jego absurdalności.
- Wiesz, jaka najgłupsza rzecz może mi się przydarzyć w drodze? - zapytała w przelocie przestrzeń. Przestrzeń ugięła się pod presją i skierowała pytanie w stronę Mamy Mrówki, wywołując odpowiedź zwrotną: "jaka?".
- Mogłabym pójść na pocztę i w centrum Miasta zorientować się, że nie zabrałam ze sobą awiza ani dowodu... - błysnęła inwencją Mrówka, sprawdzając po raz setny swój bagaż i wszelkie wymagane świstki. Droga do centrum Miasta pieszo zajmuje Mrówce około pół godziny. Szybkiego marszu. Głupio by było u celu poznać nietrwałość własnej pamięci.
Do uszu, niczym do kontaktu, wetknęła Mrówka przedmiot pierwszego kontaktu, czyli słuchawki od mp3 i poszła.
Szła sobie dzielnie, nie sapiąc (świadków nie ma, musimy więc polegać na zdaniu Mrówki. Mrówka obstaje twardo przy tym, że nie sapała). W spacerku tak monotonnym, że aż nudnym, dotarła do centrum Miasta.
I zobaczyła.
Zobaczyła gigantycznego zielonego pluszowego owada. Owad miał zielone, włochate nogi, posturę niedźwiedzia polarnego, dwa obwisłe skrzydełka i jakieś czułki na czółku. Miał też kontrastującą z umaszczeniem kamizelkę. Szedł, a bezwładne skrzydełka rytmicznie obijały mu kręgosłup.
Mrówka usilnie próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz używała lekarstw i czy miały one jakieś skutki uboczne (przed użyciem nie przeczytała ulotki ani nie skonsultowała się z lekarzem lub farmaceutą). Pospieszny rachunek organizmu nie wykazał zawartości substancji halucynogennych (żadnych nie wykazał). Mrówka spróbowała zrzucić winę za zjawisko na słońce. Innymi słowy, postawiła na fatamorganę. Ale i to nie zadziałało, bo chociaż w rogu rynku panowie robotnicy stworzyli tymczasową pustynię... nawet zachowywali się jak na typowej pustyni, siedli na zwałach wydobytego ze środka jezdni piasku, w cieniu, i popijali z butelek coś, co nie musiało być tym, co Mrówka miała w swojej butelce... ich zjawisko nie dziwiło. Trudno się dziwić.
Owad zaczął się oddalać, wręczając przypadkowo napotkanym przechodniom sprasowane na płask wabiki. Do złudzenia przypominały ulotki, ale to na pewno była jakaś podstępna owadzia sztuczka. Popatrzy taki przechodzień na ulotkę, poliże, i siup - już leży w jaskini owada.
Mrówka potrząsnęła głową, żeby pozbyć się wizji, po czym pospieszyła (tak, pospieszyła to dobre słowo w tym wypadku) na pocztę, podejrzliwie rozglądając się na boki.
Po odebraniu przesyłki, gdy była już w połowie drogi do domu, zauważyła, że ciężko jej się idzie.
Przeanalizowała wszystkie możliwe wyjaśnienia sytuacji:
- paczka nie zaczęła jej ciążyć, bo gdyby zaczęła, zrobiłaby to od razu, a nie w środku wyprawy. Nie wyglądała na złośliwą,
- pochyłości terenu nie sprzymierzyły się przeciwko Mrówce, bo ostatnią górkę pokonała pięć minut temu,
- nie straciła Mrówka kondycji, bo dwa dni wcześniej odbyła podobną podróż w przeciwnym kierunku i nic jej nie było,
- nie utraciła zbyt wielu płynów, bo słońce czasowo schowało się za chmury, chcąc pokazać zasadność targania przez Mrówkę parasolki, płyn schowany w torbie pozostał w stanie nienaruszonym.
Szło się coraz ciężej i Mrówka stwierdziła, że jeśli chce dojść do domu, musi znaleźć przyczynę.
Kiedy już miała się poddać, zauważyła na swoim ramieniu małą biedronkę. Strzepnęła ją bezlitośnie.
To było to. Od razu zrobiło się lżej.

Nie pamiętam, jakie zakończenie miała mieć ta historia. Poza tym, że nie padało i parasolka miała darmową przejażdżkę w obie strony. Mogłam zapisać sobie przy początku notki...

wtorek, 8 lipca 2008

586. rozmowy nasze powszednie

Wyszłam na chwilę. Kiedy wróciłam, na gg migała mi wiadomość od Fimbula.
- Czy chcesz, żebym napisał ci maila, czy wolisz, żebym przepisał recenzję? - pytał Fimbul.
- MAILA - zawołałam natychmiast. Wiele razy już na tym blogu pisałam o magii Fimbulowych maili, zresztą od nich zaczęła się w ogóle nasza znajomość. Od długich internetowych listów. Postanowiłam jednak usprawiedliwić swój entuzjazm i dodałam spokojniej: - Bo recenzji mam jeszcze na pięć dni, wczoraj dodawałam.
- A właśnie chciałem napisać, że skoro nie odpowiadasz, to pewnie nie ma to dla ciebie znaczenia, nie zależy ci, więc idę sobie poczytać Reicha - odrzekł Fimbul.
- TAK byś mógł napisać, jakbyś mnie znał od pół godziny - zirytowałam się lekko.
- Skąd, jakbym cię znał pół godziny to pewnie bym miał nadzieję na jakiś romans czy co i nie strzelał fochów na wejściu - odpisał Fimbul i padłam :).

poniedziałek, 7 lipca 2008

585. Fimbulek

- Wejdź na swojego bloga - polecił mi Fimbulek. Zaintrygowana, wlazłam od razu, chociaż ostatnio trwa sezon ogórkowy i wiele się tu nie dzieje.
- Wciśnij ctrl+F - kontynuował Fimbul. - Pojawia ci się wyszukiwarka?
- Tak... - odpowiedziałam, zastanawiając się, do czego Fimbul zmierza.
- Wpisz do niej "Fimbul" i kliknij, żeby szukało. Czy nie uderza cię pewien fakt?
Wpisałam i uderzył. Fakt, znaczy.
- Że tylko raz się pojawia? - upewniłam się.
- Tylko w linkach! - napisał Fimbul. - A to oznacza, że nie wspominałaś o mnie już od daaaawna. Nie ma mnie w ogóle w twoim blogu!

No i pomyślałam, że trzeba koniecznie nadrobić to zaniedbanie.

czwartek, 3 lipca 2008

582. absurd w stanie czystym

Już myślałam, że przez niewytłumaczalnego bezalkoholowego kaca nie będę w stanie tu nic dzisiaj napisać. Trzeba było nie śpiewać przez pół dnia Tupotu białych mew, a przez drugie pół W Polskę idziemy. To się musiało człowiekowi odbić. Na zdrowiu. Psychicznym. Ale i tak przez pół dnia fruwałam ponad ziemią (liczyło się o tyle, że fruwałam pod górę, pokonując drogę z rektoratu na wydział z indeksem Megi). Czasami wystarczy pięć minut zwyczajnej pogawędki i człowiek się cieszy jak głupi.

Przyjechałam do domu.
- Jak duże rozmiary może osiągnąć sukcesywnie kumulowany niechcemiś? - zapytał znienacka Zadra. Znacka to już nie to samo, że sobie Przyborę zacytuję na marginesie.
- Coś jak pół słonia w abażurze, myślę - odpisałam natychmiast. - Chociaż jeśli jest sukcesywnie kumulowany od więcej niż miesiąca to jeszcze musisz dołożyć sporą donicę z rododendronem i firankę. I to będzie mniej więcej takie.
Zadra był dzielny i się nie dał.
- Hmmm... ale to musimy zdefiniować jeszcze, czy mówimy o słoniu mającym abażur jako nakrycie głowy, czy o słoniu mieszczącym się w owym przedmiocie... bo to jest inny rząd wielkości - wyjaśnił mi. W sumie racja.
- Przy założeniu, że to to pół słonia, w którym jest głowa, to jako nakrycie - uściśliłam. - Chyba że jest ci niewygodnie mierzyć na słonie.
Trafiłam na godnego przeciwnika.
- Ze względu na niechcemisia niewygodnie jest mi przy jakiejkolwiek mierze - wyznał Zadra.