środa, 31 października 2007

393. sukcesy

Wszelkimi sukcesami okołozawodowymi (no dobra, dziewięćdziesięcioma procentami sukcesów) Mrówka dzieli się z własnym Promotorem.
Inaczej. Mrówka CHWALI SIĘ własnemu Promotorowi (no bo właściwie komu innemu miałaby się chwalić?), bez względu na to, czy Bosski Promotor akurat ma ochotę i czas na wysłuchiwanie jej, czy nie. Tego, że przeważnie nie ma, Mrówka uparcie nie przyjmuje do wiadomości ;).

Tym razem na tapecie było wydawnictwo naukowe, w którym Mrówka robi sobie praktyki.
- I redaktor powiedział, że jak następna korekta pójdzie mi tak, jak ta pierwsza, to zaproponuje mi pracę przy poprawianiu książki! - relacjonowała uradowana Mrówka.
- Współczuję - powiedział Boss z aktorsko smutną miną. Po czym cichutko dodał: - wydawnictwu...

wtorek, 30 października 2007

392. korale

Wsiadłam do windy pełnej ludzi.
Nie dlatego, że lubię windy (bo nie lubię i jeżdżę tylko jak wożę Megi), a dlatego, że wsiadł do niej Piotrek. A ostatnio mieliśmy bardzo mało czasu, żeby po prostu pogadać.
Zaraz za mną wsiadło jeszcze parę osób, więc zamiast gadać z Piotrkiem, krzyczeliśmy do siebie z dwóch stron windy.
No dobra, przesadzam, po prostu mówiliśmy normalnymi głosami, zamiast się sobie zwierzać w intymnej atmosferze.
- Znowu nas rozdzieliło! - ogłosił Piotrek, a ludzie popatrzyli na nas dziwnie.
- Fakt. Dokąd jedziesz? Do siebie, na piąte? Bo ja na czwarte, to mamy chwilę, żeby pogadać. Albo pojadę z tobą na piąte, to sobie jeszcze po drodze pogadamy, a potem zejdę.
Pogadaliśmy przez pięć sekund.
Potem Piotrek zniknął za drzwiami.
Natychmiast z nich wyjrzał i przywołał mnie skinieniem ręki.
W pokoju siedziała Ania od Piotrka i Piotrek.
Po chwili jeszcze Fimbul puścił mi z korytarza sygnałka, więc wyjrzałam i zawołałam go. Siedzieliśmy sobie w czwórkę i w pewnym momencie Ania od Piotrka zdenerwowała się.
- Już dziesięć minut tu jestem, a jeszcze nie pochwaliłeś moich nowych korali! - wyrzuty skierowała pod adresem Piotrka.
Piotrek przyjrzał się jej w skupieniu. Jej, a raczej jej biżuterii.
- Tak... są bardzo... estetyczne... - powiedział.

Mistrz komplementów, nie ma co...

poniedziałek, 29 października 2007

391. z podróży do miasta R.

Podróże do miasta R. są... no chyba już wszyscy Czytelnicy tego bloga wiedzą, jakie są podróże do miasta R. Dlatego dzisiaj w ogromnym skrócie. Przepiszę notkę, którą stworzyłam w drodze do miasta R., będzie komentarz na gorąco. Może nie zasnę nad klawiaturą.

Przyjechał autobus do miasta R.
- RYBNIK! - zawołał kierowca, dzierżąc w dłoniach tabliczkę z odpowiednim napisem. - Najpierw z biletami z kasy!
Wsiadły cztery osoby. Reszta (czyli trzy osoby, w tym Mrówka) zaczekały na zewnątrz. Jak się jedzie z przesiadkami, a kasy zamykają na kwadrans przed odjazdem PKS-u, to marne są szanse na udany zakup.
Kierowcy to nie wystarczyło.
- Kto ma bilety z kasy? - zapytał.
- Nikt - odpowiedzieli chórem pasażerowie.
- Kto ma bilety z kasy?
Wszyscy pokręcili głowami.
- Kto ma bilety z kasy? - gromko powtórzył kierowca.
Wsiadła jedna z pań-pasażerek-bez-biletu i poprosiła o bilet do miasta R.
- Nie! - odsunął ją kierowca. - Kto ma bilety z kasy?

Było już dobre pięć minut po planowanym odjeździe autobusu, a na ruszenie z miejsca nie było większej nadziei, ludzie zaczęli się niecierpliwić.
- Kto ma bilety z kasy?
- Nikt - odpowiedziała owa pani, rozglądając się bezradnie i patrząc na pasażerów.
- To jeszcze wsiadać, jak ktoś ma bilety z kasy - zarządził kierowca.
Dobra, przyznaję, szlag mnie mało nie trafił. Powiedziałam w myślach brzydkie słowo.
- NIKT - odrzekła Mrówka bardzo dobitnie. - JUŻ. NIKT. NIE MA. BILETÓW. Z KASY.
- A co się pani stało? - zdziwił się kierowca.
- Trzeci raz pan pyta - odparła Mrówka. - Chcemy już wsiąść i JECHAĆ.
Reszta pasażerów się z tym zgodziła.
Kierowca sprzedał bilet owej pierwszej pani.
- Kto ma bilety z kasy? - zapytał.

Wgrało mu się.

Kiedy opowiedziałam to po południu Olkowi, ten stwierdził z prostotą:
- A może świat się na chwilę zawiesił?

Może...
Dalszą część podróży do miasta R. przespałam. W mieście R. powitała mnie tablica: "Prezydent [miasta R.] przeprasza za utrudnienia w ruchu, wynikające z bla bla bla bla".
Wzruszyłam się.
To nic, że na korki w samym mieście R. tracę godzinę co poniedziałek (pół godziny w jedną stronę). Ważne, że sam Prezydent Miasta R. o mnie myśli. Sam Prezydent mnie przeprasza. No i jak tu się złościć?

niedziela, 28 października 2007

390. dialogi wieczorne - część druga

- Fimbulku, jest o tobie notka na blogu - wystukała Mrówka na gg.
- Ta notka - odpisał po chwili Fimbul - brzmi strasznie. Jakbym umarł.

Chwilę później zmaterializował się Piotrek i wśród różnych rozważań napisał mi na gg:
- "Macamy gdzie miękcej w rzeczy a ono wszędy ciśnie". Szkoda, że nie jesteś na staropolce...
- Dlaczego? - przestraszyłam się lekko.
- Bo byś mi to przetłumaczyła. Tam jest mowa o macaniu, a ja nie wiem, co wszędy ciśnie. Dzisiaj te słowa brzmią perwersyjnie. A w szesnastym wieku - tragicznie... To z któregoś środkowego trenu...
- Ale wiesz, dzisiaj też mogą brzmieć tragicznie...
- No! - zgodził się Piotrek. - Ale tylko wtedy, jak ktoś wyjaśni, co w nim ciśnie...

Jakiś tydzień temu odezwałam się znienacka do Marka Lenca na gg.
- Ło matko! - zdziwił się ML. - Mrówka! Kopę lat!
- Lol... no! - odpisała Mrówka. - *padają sobie w objęcia*
- *cmok - dodał ML.
A potem POSZEDŁ SOBIE BEZ SŁOWA ;).

Dzisiaj, przed chwilą, w rozmowie, wystukał do mnie:
- No rozchmurz się na chwilę, zołzu.

Rozmawiałam też z Anią (Szczepanik), w kontekście wtorkowego spotkania koła.
- Czy ja muszę na to przychodzić? - zainteresowała się Mrówka gwałtownie.
- Myślę, że zaczniemy na rozgrzewkę... - napisała Ania. Mrówka wpadła jej w słowo:
- Mam na imię Lolek, interesuję się literaturą?
- Nie. Zaczniemy na rozgrzewkę od grafomanii.
- Cholera - zmartwiła się Mrówka. - To będę musiała przyjść.
- Przyjdź koniecznie i przynieś trochę swoich tekstów.

No właśnie taki miałam zamiar ;D.



Z ostatniej chwili: ML wymyśla tytuły, jakie ukażą się jutro w jakimś szmatławcu, jeśli się pozabijamy (pobijemy) nawzajem przez gg. Jego propozycje:

"Znany rysownik w szpitalu - podejrzenie zatrucia jadem mrówczanym i PMS"
"Marna kabareciara mści się na słynnym rysowniku"

Kariery jako reporter to on nie zrobi ;)

sobota, 27 października 2007

389. dialogi wieczorne

Ustawiłam sobie na gg opis "trzymajcie mnie, bo pogryzę". Natychmiast prawie zmaterializował się Biały, z którym kilka notek wcześniej umawialiśmy się na wieczorną rozmowę komunikatorową.
- - napisał Biały.
- Hahahaha - odpowiedziałam.
- Nadal pogryziesz jak puszczę? - zapytał Biały, a mnie trochę wmurowało. Dlaczego mam gryźć cokolwiek jak puszczę, skoro ja w życiu puszczy nie ugryzłam?
- Dlaczego jak puszczę? - poinformowałam się nieśmiało.
- No bo nadal trzymam! - wyjaśnił Biały, a mnie dopiero wtedy oświeciło. Że nie chodzi o to, że jest sobie puszcza i ja ją gryzę, tylko...

Ech, trzeba mieć wyobraźnię ;)

Chwilę później skomentowałam rysunek u ML. Ponieważ rysował ML, a kolorował Zadra, skomentowałam oczywiście tak:

Taki rysownik satyryczny to ma dobrze. Siądzie, coś tam nabazgra, a potem biedny Zadra się musi męczyć i kolorować, żeby to JAKOŚ wyglądało ;)

- - napisał mi na gg Zadra.

Teraz trochę się boję, bo co będzie, jak wróci ML?

piątek, 26 października 2007

388. Fimbul

Nasza znajomość z Fimbulem rozpoczęła się od pisania sobie wiadomości. Najpierw PW (Prywatne Wiadomości) na forum, potem maili i wieści na gg, potem, kiedy się wreszcie poznaliśmy - godzinami potrafiliśmy gadać, pisaliśmy do siebie tradycyjne listy zwane "ręcznymi PW". Każdy, kto chociaż raz dostał od Fimbula maila, ten wie, jaka to wspaniała lektura. Nic więc dziwnego, że kiedy czuję się nieswojo, uciekam w azyl stworzony właśnie przez niego (to znaczy przez Fimbula, nie przez maila).

- Fimbulku, bądź... - poprosiłam na gg tradycyjnie.
- No jestem - odparł Fimbul z drugiej strony kabla.
- Ja już nie mogę wytrzymać, wszystko mnie denerwuje i wyprowadza z równowagi, na wszystkich się złoszczę - napisałam mu.
- I dlatego chciałaś, żebym był? - zainteresował się gwałtownie Fimbul.
- Hmm... cóż... wszyscy inni już sobie poszli - oznajmiłam mu i wreszcie się roześmiałam.
- Tak też właśnie myślałem - z filozoficznym spokojem stwierdził Fimbul.
- A tak poza wszystkim, miałam ci powiedzieć, że nie możemy już więcej rozmawiać. Najlepiej by było, żebyś zniknął z mojego życia.
- Dlaczego?
- BO MI ZAWYŻASZ STANDARDY! I potem z nikim nie mogę się dogadać, bo prawie każdy wydaje się mniej inteligentny niż ty!

I Fimbul dostał ataku śmiechu ;).

czwartek, 25 października 2007

387. sen zimowy

2007-10-25 22:22:57
Pogoda mnie nie nastraja twórczo.
A właściwie inaczej - twórczo mnie nastraja, owszem, ale jednocześnie nakazuje spać. Całymi godzinami, całymi dniami (żeby tak się dało...), całymi tygodniami.
Sen zimowy wydaje mi się teraz największym osiągnięciem przyrody. W związku z tym na gg mam ustawiony od dawna opis "śpię / SEN ZIMOWY".
I nie mogę się doczekać przestawienia czasu na zimowy, bo pośpię sobie godzinę dłużej.
Czy to znaczy, że jestem stara? Czy tylko - że przemęczona?

- Jak się czujesz w ogóle? - zapytała Mrówka z troską Zadrę.
- Generalnie może być, dzięki. W poniedziałek wracam do pracy.
- O ranyyy... to za długo sobie nie poodpoczywałeś - zmartwiła się Mrówka.
- No jak nie? - zdziwił się Zadra. - Trzy tygodnie zwolnienia! Ty naprawdę w sen zimowy zapadłaś, czy jak?

środa, 24 października 2007

386. biblioteka w Jaworznie

- Widzieliście kiedyś głupka? - zapytała Mrówka, wpadając wczoraj do domu.

Ale od początku.
Rano pojechałam sobie do Katowic.
Ponieważ im zimniej, tym większa szansa, że nie przyjedzie autobus, stałam sobie 20 minut w deszczu (ZIMNYM), czekając na powrotny. Na przystanek wybiegłam tak, żeby czekać najwyżej 15 sekund...

W każdym razie przyjechałam do domu na ostatnią chwilę przed obiadem i dostałam awizo z poczty. Po obiedzie pojechałam więc do centrum po książki. Rzuciłam przez ramię "zaraz wracam", popędziłam na przystanek, biorąc ze sobą tylko awizo, bilet miesięczny i dwie chusteczki. I parasolkę.
Nie miałam zegarka, bo mi się zepsuł ostatnio i nie mam czasu nic z nim zrobić.
Nie wzięłam telefonu, bo i po co, skoro zaraz wracałam.
Nie wzięłam portfela z takich samych względów.
Dotarłam do centrum, odebrałam książkę i wracam.
W centrum układ jest taki:

POCZTA - PRZYSTANEK - BIBLIOTEKA

jedno przy drugim.
Na przystanku okazało się, że nie mam autobusu, dopiero za dwadzieścia minut. Godzinę sprawdziłam sobie na poczcie. Postanowiłam przejść się pod bibliotekę.
Przeszłam i z nudów przeczytałam wystawiony za szybą plan imprez bibliotecznych do końca października.
I zobaczyłam, że za godzinę mam w bibliotece spotkanie klubu książki. Spotkanie, na którym mi zależało. Do tej pory żyłam w przekonaniu, że mam do niego jeszcze kilka dni i nawet nie sprawdzałam, kiedy jest.
Nagle zaczęło mi się trochę spieszyć.
Gdybym miała komórkę, zadzwoniłabym do domu, że zamiast za pięć minut, wrócę za trzy godziny.
Gdybym miała pieniądze, mogłabym sobie kupić w jakiejś knajpce coś gorącego do picia.
Zresztą, pal sześć, mogłam wejść do biblioteki i naciągnąć na herbatkę moje znajome, które tam pracują. Zrobiłyby mi.
Ale nie mogłam zmienić butów na suche. A te, w których biegałam cały dzień nasiąkły mi wodą tak, że równie dobrze mogłabym po tym zamarzniętym deszczu chodzić boso.

Sprawdziłam, że mam szansę dojechać do domu, przebrać się i wrócić.
Autobus przyjechał w miarę punktualnie.
Z przystanku do domu biegłam.
Wbiegłam i zasapana poinformowałam w progu mamę:
- Widziałaś kiedyś głupka? Bo jak nie, to masz teraz dziesięć minut, żeby mi się przyjrzeć.
(dowiedziałam się, że przecież widzą mnie w domu codziennie, to już się zdążyli naprzyglądać.)
Przebrałam się, zabrałam torebkę i pobiegłam na autobus w kierunku centrum.
Wróciłam w to samo miejsce, w którym byłam chwilę wcześniej. Ale z o wiele mniejszym poczuciem własnej wartości.

wtorek, 23 października 2007

385. moje przygody w mieście R. odcinek trzeci (czy tam czwarty)

O moich wyjazdach do miasta R. mogłabym już książkę napisać. Kiedy wczoraj opowiadałam Megi najnowsze przygody, ta parsknęła śmiechem, a potem powiedziała:
- Ty chyba na poczekaniu wymyślasz te historyjki, to niemożliwe, żeby ci się tak tydzień w tydzień coś takiego przydarzało.
A opowiadałam (tak jak i na blogu) tylko historie "dojazdowe".

Marzłam sobie na przystanku, kiedy na stanowisko 3. podszedł jeden z moich dawnych wykładowców, profesor L.
- Dzień dobry, panie profesorze! Pan też do Rybnika? - zapytała dziarsko Mrówka, poszczękując zębami. Profesor skinął głową. Mrówka rzuciła mu współczujące spojrzenie.
I w tym momencie nadjechał autobus, a właściwie AUTOBUS. Spełnienie marzeń - gdyby ktoś, oczywiście, marzył akurat o autobusie. Piękny. Biały. CZYSTY. Umyty, cichy i pachnący. Z przyciemnianymi szybami. Z elektroniczną tablicą, na której mrugał zachęcająco napis "Rybnik". Ciepły i połyskujący.
W dodatku przyjechał punktualnie.
Popatrzyłam na profesora L. ze zdumieniem.
- Coraz lepsze autobusy na tej trasie! - zauważyliśmy. - I w dodatku nie jest opóźniony!
Atmosfera radosnego oczekiwania trwała dwie sekundy. Autobus idealny już podjeżdżał na nasze stanowisko. Nie zmieniał napisu, nie mogliśmy więc mieć wątpliwości - przyjdzie (czy tam przyjedzie) nam odbyć przymusową podróż w warunkach komfortowych. W warunkach idealnych nawet.
I wtedy Autobus zatrzymał się i przepuścił karykaturę autobusu. Typowy PKS, stary, roztrzęsiony (szyby mu klekotały), brudny od spalin, warczący, hałasujący i dryndowaty... i z pustymi tekturkami zamiast nazwy miasta, podjechał na nasze stanowisko, kierowca otworzył zaś drzwi (czy może same się otworzyły?) i wrzasnął z całej siły:
- RYBNIK!
- Tak wygląda zderzenie marzeń z rzeczywistością - mruknęłam do profesora L.
Cóż było robić, wsiedliśmy.
Kierowca poszedł po tabliczki i zostawił otwarty autobus. Siedziałam w środku szczękając zębami (ogrzewania nie było, więc kiedy wysiadłam w mieście R., nie musiałam przeżywać termicznego szoku). Po chwili usłyszałam z głośników dworcowych:
- Autobus do Rybnika podjedzie na stanowisko trzecie.
Autobus pasował (no, umownie pasował, powiedzmy, że można to nazwać autobusem, bo miało koła), stanowisko trzecie pasowało. Nie grał mi tylko użyty w tej wypowiedzi czas... Siedziałam w autobusie, autobus stał na stanowisku trzecim i jako żywo nie miał zamiaru na nie podjeżdżać. Nawet kierowcy nie było.
Na szczęście kierowca wrócił, upchnął tabliczki tam, gdzie się zmieściły i ruszyliśmy.
Pojechał inną trasą niż zwykle, więc miałam wycieczkę krajoznawczą. Nie spałam, bo za zimno. A poza tym... przed nosem miałam przyklejoną naklejkę-ulotkę-reklamę "pół wieku PKS".
Oczywiście dostałam ataku śmiechu, bo przyszło mi do głowy, że przez te pół wieku nie zmienili taboru.
Dopiero na uczelni kolega ze studiów powiedział, że nie wiadomo, czy ta naklejka nie pochodzi z lat 90.
Ja przyjmowałam za pewnik, że jest z tego roku (taki rodzaj wzmocnienia autobusu od środka, żeby się nie rozpadł). Jak się okazuje - mogła być starsza :D.

Ale to nie wszystko, mówiłam przecież, że moje wyjazdy do miasta R. kończą się materiałem na książkę.

W Domu Kultury w Łaziskach Górnych odbywa się (widziałam szyld) wystawa kanarków kształtnych.
Całe szkolne życie przebyłam w przekonaniu, że BEZKSZTAŁTNE bywają tylko ameby. Nie wiedziałam, że kanarki też. Tak mnie wmurowało, że zapisałam tylko miejsce i nazwę wystawy, daty nie. Jeśli ktoś będzie chciał pojechać i zobaczyć na własne oczy kształtne kanarki, a potem podzielić się tu wrażeniami, to proszę kontaktować się z DK w Łaziskach Górnych.
A jeśli wystawa już była, to przepraszam ;) baneru nie zdjęli ;).

To nie wszystko.
Kiedy dojeżdżałam do własnego przystanku i dwie wieże Bazyliki w mieście R. było już widać na horyzoncie (a dwie wieże Bazyliki to dla mnie sygnał do wysiadania), kierowca odebrał telefon. I powiedział:
- Tutaj jestem! No w Katowicach!

Bardziej uwierzyłam Bazylice, wysiadłam. Obejrzałam otoczenie - byłam w mieście R.
Kierowca był w innej czasoprzestrzeni widocznie.
I zawsze twierdziłam, że ludzie przez wynalezienie komórek więcej kłamią.

niedziela, 21 października 2007

384. kto tu kłamie?

- Ale mam teraz ładny pulpit - pochwalił się Piotrek. - Z jabłkiem na środku. Jabłko jest niebieskie.
- Ktoś cię oszukał - wybiła go z zachwytu Mrówka. - Nie ma niebieskich jabłek.
Piotrek wyjaśnił, że firma Apple, bynajmniej nie spożywcza, ma niebieskie jabłka.
- Ale to się nie liczy! - upierała się Mrówka. - Zjadłbyś szarlotkę z niebieskich jabłek?
- Bardzo chętnie - odparł Piotrek. - Za to z brązowych bym raczej nie zjadł.

- Dyski zdefragmentowane - dodał po chwili.
- Biedne dyski... - zmartwiła się Mrówka.
- Czemu?
- Bo je zdefragmentowałeś. Jakbym była dyskiem, to nie wiem, czy by mnie to ucieszyło.
- Ale wymyślasz - zdenerwował się Piotrek. - Gdybyś się pofragmentowała, to za defragmentację byłabyś wdzięczna.
- Ale myślisz, że bym się zrosła z powrotem?
- Nie wiem. Ja tylko dyski umiem defragmentować, nie mrówki. Mrówek to nawet nie fragmentowałem.

I to mu się chwali ;)

piątek, 19 października 2007

383. błyskawiczna notka instant

Wsypać do wody i wymieszać.

Egzekutor wrócił z Cieszyna, z tej okazji wymyśliła Mrówka kawałek wierszyka powitalnego:




Z początku flesze, werbel trzaska,
tłum dziennikarzy tworzy szpaler.
I na ludowo, jak z obrazka
chleb, sól i panna. I kawaler.

I wstążek wielobarwna tęcza,
i głośno gra orkiestra dęta,
i dziecko bukiet kwiatów wręcza,
i uroczystość rozpoczęta.

I są humory znakomite,
i jest też pełno w kuflach piwa.
No i dygnitarz jest z odczytem.
I też okrzyki są (na wiwat).


Egzekutor był w Cieszynie,
teraz wraca - serca w górę.
niechaj pieśń radosna płynie,
niech rozbrzmiewa kalamburem
(wiedzą satyryczne bogi,
że kalambur to ubogi
i nie mówię wcale, że nie...)
Cieszył Cieszyn się szalenie,
że tam Egzekutor wpadł.
I pomyśleć aż się lękam,
jak by brzmiała ta piosenka
gdyby zwiedzić chciał Kraj Rad...

czwartek, 18 października 2007

382. awantury

- Moja pani promotor zrobiła mi awanturę, że się u niej nie pojawiam - wyznała mi ostatnio M.
- No żeby tak mój Promotor kiedyś mnie zrobił... - westchnęła Mrówka.

poniedziałek, 15 października 2007

380. w krainie absurdu

Dojazd do miasta R. to zawsze loteria.
Bywa, że loteria inspirująca.
Rano przyjechał PKS, spóźniony o dobre 10 minut.
Ponieważ marznę, kiedy tylko temperatura powietrza spadnie poniżej 20 stopni, możecie sobie wyobrazić, jak się czułam.
Jak pojemnik na lód do whisky.
Przyjechał spóźniony PKS, kierowca otworzył drzwi i wrzasnął:
- Co to, k***, pół godziny w korku stałem!
Miałam szczerą ochotę odwrzasnąć, że przynajmniej, k***, było mu ciepło, ale zajęłam się szczękaniem zębami.
Pojechaliśmy.
Pan Kierowca bardzo wziął sobie do serca wszelkie porady co do zachowania odległości między pojazdami. Kiedy stał w kolejnym korku, zatrzymywał się na 10 metrów przed innymi samochodami.
Wyprzedzały nas średniej wielkości CIĄGNIKI.
Tylko patrzyłam, czy kierowcy, wzorem autobusów komunikacji miejskiej, nie pozdrawiają się wzajemnie (to znaczy Nasz Pan Kierowca Już Opanowany i kierowcy ciągników).
Na widok znaku "uwaga, fotoradar, zwolnij" dostałam ataku śmiechu. BARDZIEJ zwolnić się nie dało. Na pustej drodze jechaliśmy jakieś 15 km/h.

Poza tym dowiedziałam się, że jedno z miast leżących na trasie jest monitorowane KAMERAMI.
Moje chyba monitorami w takim razie, bo tego nikt na jaworznickich tablicach nie sprecyzował.

A potem, po wszystkim, już w domu zaskoczył mnie edytor tekstu.
Napisałam "4400 liter". Jako ilość LITER.
Edytor zaproponował mi przelicznik:
4400 liters - 1 162,10 gallons

i zapytał "czy chcesz usunąć tag INTELIGENTNY?"

Może i jestem zmęczona.
Ale to mnie zdecydowanie przerosło. Idę spać.

niedziela, 14 października 2007

379. NIKe

Przez pewien czas cały korytarz jednego z szacownych wydziałów żył zaliczeniem, które M. musiał uzyskać z kultury literackiej.
Po zwycięskiej potyczce M. wyszedł z sali i zdawał nam raport.
Powiedział, że został zapytany o to, kto cztery dni temu (notka z poślizgiem) dostał nagrodę NIKE. Odparł, że nie ma pojęcia. Na wieść, że przecież była o tym mowa i w telewizji i w internecie odrzekł M. dzielnie, że nie miał pojęcia, bo przez ostatnie dni uczył się pilnie, żeby zdać kulturę literacką.

O, ironio losu ;).

sobota, 13 października 2007

378. pokolenie sms

2007-10-13 19:50:24
Siedzieliśmy sobie z Damianem na ławce. I wymienialiśmy się numerami telefonów. W związku z tym siedzieliśmy razem, ale każde wpatrzone we własny aparat.
Przyszedł Sal.
Obejrzał nas z zainteresowaniem.
Zastanowił się.
I zapytał:
- Piszecie do siebie smsy? Trochę to nieekonomiczne...

środa, 10 października 2007

377. kotek siostry Arturka

Wczoraj wieczorem umówiłyśmy się z Patiinką, siostrą Arturka, na ploty. Drzwi otworzyła mi Pysia, druga (najmłodsza) siostra Arturka, z maleńkim kotem na rękach.
- Jakiiii słoooooodkiiiiiii! - zawołała Mrówka i zaczęła natychmiast drapać kotka za uchem, głaskać po nosku, mierzwić futerko na karku i ogólnie zajmować się zwierzątkiem. Kotek (właściwie kotka) zaczął z zainteresowaniem przyglądać się Mrówce, próbował pacnąć ją łapką, trącić pyszczkiem, a wreszcie - zaczął lizać.
- Liże mnie właśnie - poinformowała z zachwytem Mrówka Patiinkę, kiedy weszły już wszystkie z kotem do pokoju.
- Na razie cię liże - mruknęła Patiinka. Co jeszcze wcale nie zabrzmiało złowieszczo. Kotek wyglądał jak jedna trzecia normalnego kota, był mały, szary i słodki. I czasami popiskiwał zamiast miauczeć. Mrówka rozpływała się w zachwytach. Patiinka i Pysia wyszły na chwilę.
Kotek, puszczony luzem, usiadł na podłodze koło Mrówki. Mrówka natychmiast przykucnęła przy nim. Kotek z zaciekawieniem podniósł łebek i uważnie przyjrzał się Mrówce. Jeden skok - i już był na tapczanie, na którym Mrówka opierała się łokciem. Nie spuszczał przy tym Mrówki z oczu.
Zafascynował go kolczyk Mrówki. Jak zahipnotyzowany (kotek, nie kolczyk) zaczął się wspinać po ramieniu Mrówki, wpatrzony w jej głowę. Wspiął się i zrezygnował z zamiaru zabawy kolczykiem, próbował mnie za to polizać w ucho.
Potem zeskoczył na ziemię i spodobały mu się napy w dżinsach Mrówki.
Najpierw bez uprzedzenia wskoczył na Mrówkę, rozcapierzył pazurki, przewrócił się na Mrówki kolanach na bok i próbował ugryźć ją w dżinsy.
Mrówka zdjęła go z siebie i postawiła na podłodze.
Kotek wykonał natychmiastowy obrót i znowu wskoczył na Mrówkę, z zamiarem zjedzenia jej.
Mrówka odstawiła kotka na podłogę.
Kotek wskoczył.
Mrówka odstawiła.
Po chwili do pokoju wróciły siostry Arturka i przyniosły ze sobą kłębek wełny. Kotek zajął się wełną.
Dziewczyny wyszły.
Kotek poszedł za nimi. W progu pokoju zatrzymał się. Zastanowił (jakby był w komiksie albo w kreskówce, to pojawiłaby mu się nad łebkiem narysowana żarówka). Powoli się odwrócił, zobaczył siedzącą pod oknem Mrówkę.
W oku mu błysnęło.
Rozpłaszczył się na podłodze i zaczął się skradać, cały czas przyglądając się Mrówce uważnie.
Skradał się przez pół pokoju (nie wiem, czy mu się wydawało, że jak się tak skrada, to go nie widzę, czy co...), a w połowie pokoju podskoczył i w takich podskokach świerszczo-kangurzych dopadł Mrówkę.
Wlazł jej na kolana i próbował ugryźć w spodnie. Bokiem.
Mrówka odstawiła kotka na podłogę.
Wróciły dziewczyny, rozmawiamy sobie, kotek się znudził i wyszedł.
Stał w przedpokoju, kiedy Mrówkę podkusiło i delikatnie podrapała małym palcem w oparcie tapczanu.
Kotek pobił rekord prędkości. NATYCHMIAST znalazł się na Mrówce i próbował ugryźć ją w palec.
Wyturlał kłębek wełny do przedpokoju i pobiegł za nim.
Cisza i spokój.
Mrówka delikatnie pociągnęła za koniec nitki. W przedpokoju coś gruchnęło.
Poszłyśmy zobaczyć, co się dzieje.
Kotek stał przy drzwiach, pod którymi zaczepiła się nitka i pilnie ją obserwował. Chyba wskoczył na framugę, żeby złapać uciekającą wełnę...

Kiedy wreszcie się zmęczył i poszedł spać, wygłaskałam go za wszystkie czasy.
Na wszystko znajdzie się sposób ;).

wtorek, 9 października 2007

376. smsowa rozmowa

2007-10-09 22:58:25
Przeżyłam.
I nawet lepiej się czuję.

Wczoraj rozmawiałam smsowo z bratem.
- Dobra, bracie, będę kończyć rozmowę, bo dochodzę do przejścia dla pieszych i muszę się skupić, żeby mnie nic nie przejechało - powiedziałam do słuchawki, kiedy szłam sobie na dworzec w R. - A potem muszę zacząć myśleć, w którą stronę skręcić i kiedy, więc łatwo nie będzie - dodałam. Brat się zaśmiał.
20 minut później wysłałam mu smsa:
- Jestem na dworcu pks. Trafiłam.
- Ale pewnie busa nie masz - odpisał brat.
- Mam! Za 10 minut! - odparłam.
- To pewnie się spóźni - odrzekł mój brat-sceptyk.
- Spóźnił się. 7 minut. Pewnie dlatego, że to pospieszny - przyznałam mu rację, już z busa. - Ale trzęsie.
- Bo w busach tak zawsze.
- Nie, bo tu na dworcu nie ma asfaltu tylko piasek ubity.
- Bo tam asfalt na noc zwijają - odpisał mi brat po konsultacji z mamą.
- Na dzień też. Stoję w ogromnym korku i czekamy na asfalt zdaje się - zauważyłam po chwili.

Kierowca busa wyciągnął telefon i powiedział koledze, że jedzie objazdem, poleconym przez znajomego kierowcę. Bo na zwykłej trasie miał być korek. Ale na objeździe też jest.

Wesoło było.

niedziela, 7 października 2007

375. hipocośtam

Medycyna idzie do przodu.
Lekarze strajkują, bo chcą podwyżek.
Uczeni potrafią wyhodować żabę. Przezroczystą.
Ale nikt, nikt absolutnie nie umie odkryć lekarstwa na katar.

W związku z tym siedzę w golfie i polarze, trzęsę się z zimna, zalewając się potem, przez zmrużone oczy widzę w oddali majaki przybierające kształty kaloryfera (no dobra, kaloryfer widzę na jawie. GORĄCEGO kaloryfera).
Jutro wstaję o piątej. W nocy. Jakby się tak dobrze zastanowić, to właściwie ZARAZ muszę wstać. Może lepiej się nie kłaść?
Wychodzę z domu o szóstej.
Wrócę - jak przypuszczam - koło 21.
I to wszystko bez możliwości oddychania.

I to dopiero będzie zabawne.

sobota, 6 października 2007

374. Olek z indeksem

2007-10-06 19:01:09
Siedzimy sobie na miniwydziałowej inauguracji roku. Ja, Magda, Piotrek i Ania od Piotrka (to znaczy: Ania od Piotrka to nie przydomek jak Jan bez Ziemi, tylko żeby się te Anie na blogu nie pomyliły. Ania od Piotrka jeszcze tu nie występowała).
Siedzimy.
Pan Dziekan wręcza indeksy.
Wręcza.
Miałyśmy już swoje indeksy (Piotrek jeszcze nie), kiedy zauważyłam smutną minę Olka.

Olek przyszedł później niż my, więc siedział w innym końcu sali, chociaż przy tym samym, okrągłym stole (władowaliśmy się na miejsca przy stole, nie - jak większość - pod ściany, bo lubimy luksus i nie boimy się odpowiedzialności, ha ;)).
Siedział Olek i minę miał ponurą.

Dawno temu to Olek nauczył nas tworzyć historyjki mało prawdopodobne, chociaż wiarygodne. Im mniej prawdopodobne, tym bardziej trzeba się było starać, żeby je uwiarygodnić.
Pobawiłam się i teraz.
- Popatrzcie - szepnęłam do Ani od Piotrka, Piotrka i Magdy. - Olek jest smutny. Chyba nie dostanie indeksu.
Przyjrzeliśmy mu się w milczeniu.
Olek siedział spokojnie, a na jego twarzy nie malował się wcale smutek. Musieliśmy jednak udawać, że tak jest. Każdy gest Olka musieliśmy od teraz interpretować zgodnie z naszym wymysłem.
- Faktycznie - zatroskała się Magda.
- Mnie się wydaje, że on nie dostanie indeksu - powiedziałam. - Pan Dziekan stwierdził, że nie będzie go przyjmował na studia, tylko jeszcze nikt Olka nie uprzedził. I on teraz biedny siedzi i czeka...
Znowu spojrzeliśmy w stronę nic nie przeczuwającego Olka.
Kupka indeksów na stole przed Panem Dziekanem malała. A Olka nikt nie wywoływał po odbiór dokumentu.
Biedny Olek...
- Biedny Olek... - zaczęliśmy kiwać głowami. - Nawet za daleko siedzi, żeby go jakoś pocieszyć...
Nakręciliśmy atmosferę (no dobra, ja nakręcałam ;)). Aż w końcu, kiedy w naszych oczach Olek stracił już nadzieję na uzyskanie indeksu, wyczytali go!
Radość nasza nie miała granic!

***
- I kiedy wyszedłeś na środek po swój indeks, chcieliśmy ci zacząć bić brawa! - relacjonowała Mrówka Olkowi całą (naprawdę całą, inaczej by nie było zabawy) historię.
- To TRZEBA BYŁO! - odparł Olek.



A przy okazji rozmowy o Olku okazało się, że "mnie już trzeba uśpić".
- Piotrek, ty znasz Olka, prawda? - upewniłam się.
- Znam, chodziliśmy razem na dialektologię.
- Ej!!! Ale to ja z Olkiem chodziłam na dialektologię! Byłeś w tej grupie?
- Tak.
- Hmmm... Piotruś, ale tam było chyba tylko 8 osób... gdzie siedziałeś?
- Pod oknem. W TYM SAMYM RZĘDZIE, CO TY!

Pod wieczór przypomniałam sobie, że wtedy siedzieliśmy w trójkę w jednej ławce - ja, Olek i Piotrek.

czwartek, 4 października 2007

372. warto wiedzieć

2007-10-04 22:29:01
"Palący się student powinien bezzwłocznie i bezwzględnie opanować chęć natychmiastowej ucieczki"

z wyciągu BHP na jakimś kierunku studiów.
Brat mi przed chwilą to powiedział (bo dowiedział się od koleżanki i tak mu się to spodobało, że sobie zapisał).
Ciekawe, czy palący się student pamięta o swoich powinnościach?

Ja bym uciekła. Bezzwłocznie i bezwzględnie.

środa, 3 października 2007

371. interesy

2007-10-03 21:02:54
Na pierwszych zajęciach ze studentami Piotrek zapytał, jak wymawiają słowo "gęś".
Kiedy poinformował mnie o tym, oczywiście natychmiast zaczęłam przed komputerem sprawdzać, jak ja to wymawiam. Dobrze, że siedziałam we własnym pustym pokoju, przynajmniej nikt mnie nie posądził o pomieszanie zmysłów (no bo co byście powiedzieli o osobie, która siedzi i powiedzmy, że pracuje, a nagle zaczyna mówić do siebie "gęś" na różne sposoby?)
- I powiedzieli, że wymawiają to jako [gei`ś] - relacjonował mi Piotrek.
- Oszukują cię, mam wrażenie - odparłam. - Ja tak nie wymawiam. Ale wiesz, zawsze byłam wyjątkowa.
- A jak wymawiasz? - zainteresował się Piotrek.
Sprawdziłam raz jeszcze.
- Przez u`! Mogłabym przez i, ale to nienaturalnie wychodzi!
- A powiedz mi, czy to twoje u jest zaokrąglone czy płaskie?
Po raz kolejny zwymyślałam się na głos od gęsi.
- Płaskie - odpisałam.
- No widzisz i też się z tym zgadzam! - pocieszył mnie Piotrek. - Badania nad wymową kontekstu sęs wykazały właśnie taką wymowę.
- A mnie nikt nie badał - zmartwiła się Mrówka. - Znaczy, że standardowa jestem po prostu...
- Ja cię mogę kiedyś przebadać, gdybym się wziął za badania fonetyczne - zaofiarował się Piotrek.
- Możesz. Będzie bolało?
- A masz jakieś szczególne życzenia co do kawy? Tzn. badań? - zainteresował się Piotrek.
- Nie mam.
- To chyba nie - odpowiedział na moje pytanie (swoją drogą - dlaczego CHYBA?). - Podetknąłbym ci tylko ten... mikrofon z gąbką.
- Dlaczego z gąbką? Żeby nie bolało? - zapytałam naiwnie, testując wytrzymałość Piotrka.

A w ogóle wiszę mu już jedną herbatę, więc będzie wesoło ;). Jakbym wpadła na pomysł przeprowadzenia badań satyrycznych, to z kolei Piotrek byłby jednym z głównych obiektów, więc wszystko się ładnie łączy.

Przy okazji współpracy naukowej ze wszystkimi jak leci - rozmowa z Salem.
Podrzucił mi cytat o mrówkach.
- Dzięki! - odpisałam z uczuciem.
- 5 zeta - odparł Sal.
- A piszesz już pracę? To znaczy - czy piszesz ją teraz na kompie?
- Tak.
- Bo wykryłam w ramach własnych zajęć fajny sposób na przyspieszenie roboty! - powiedziałam mu. Podałam ten sposób, a Sal:
- Dobra, to daruję ci te 5 zeta!

tak się robi interesy ;)

wtorek, 2 października 2007

370. drogi panie z telewizji

Olek przesiaduje teraz całymi dniami w telewizji i zgłębia tajniki. Niejedną historyjkę mógłby opowiedzieć (gdyby nie to, że to mój blog, ha! ;)). W każdym razie poprosiłam go, żeby - jeśli mnie gdzieś zobaczy - nie przeprowadzał ze mną wywiadu.
- Dzisiaj interweniowałem w B. w sprawie demontażu blaszanych garaży - poinformował mnie niedawno, dumny i zadowolony. Potem powiedział, że nie chce być dziennikarzem pracującym przy newsach (ja to wiem i bez praktyk w tv ;)). A dzisiaj zapytał:
- Słyszałaś ostatnio o czymś ciekawym?
- Takim, żeby się nadawało do telewizji? Bo jeśli nie, to ja jestem ciekawa.

Nie sądzę, żeby w czymś mu to pomogło.

W sumie to mu współczuję znajomości ze mną ;D.

O, przed chwilą powiedział, że do reportażu musi znaleźć jakiś absurd prawny, aferę albo wyjątkową osobę.
Oczywiście powiedziałam, że z wyjątkową osobą mogę mu pomóc.
ZIGNOROWAŁ TO.