Jako że problem mam z gatunku nierozwiązywalnych od razu, a i pomysł szalony z rodzaju tych, co to na bezludną wyspę wyjechać i zrealizować w spokoju, postanowiłam (z Fimbulem u boku, bo się napatoczył na szczęście i ku mojej radości) sprawdzić na wszelki wypadek termin konsultacji Bosskiego Promotora części odwiedzających tego bloga.
Wyruszyłam więc dzielnie (nie za bardzo chciało mi się podnieść i przejść parę metrów, tu nieoceniona zasługa Fimbula, że zdołał mnie przekonać do ruszenia z miejsca, co równoznaczne powinno być z ruszeniem z posad bryły świata, że tak nieskromnie sobie napiszę).
Podeszliśmy pod rozkład konsultacji.
ZOBACZYŁAM.
Pisnęłam słabo. Powiedzmy, że ze śmiechu.
Fimbul spojrzał na tablicę.
Czwartki 8:00-9:45.
Stłumił prychnięcie (Fimbul, znaczy). Popatrzył na mnie badawczo i BARDZO znacząco i zapytał:
- Nie domyślasz się, DLACZEGO?
WCALE...
To znaczy domyślam się... Boss jest zapracowanym człowiekiem i nie ma potem czasu.
Absolutnie nie chodzi tu o to, że choćbym bardzo chciała, nie wstanę z własnej woli na 8 rano... ;)
Chyba...
Taką nadzieję żywię ;).
A podróże do miasta R., przynajmniej w tym roku, powoli się kończą. I kończą się absurdy. Przyjechałam na dworzec o godzinie 7:53, poszłam do kasy, kupiłam Bilet z Kasy, kierowca go zwyczajnie obejrzał, całą drogę przespałam... nuda. Autobus przyjechał punktualnie, nawet ogrzewany był... phi...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz