czwartek, 10 lutego 2011

Arturka poznałam gdzieś tak w czwartej albo piątej klasie podstawówki. Nauczycielka muzyki, która prowadziła szkolny chórek (w którym to wokalnie się udzielałam do końca szkoły ;)) powiedziała mi pewnego dnia, że znalazła kogoś, kto będzie mógł nam akompaniować. I dodała, że to solidny i odpowiedzialny chłopak. Ów solidny i odpowiedzialny pojawił się na następnej próbie, potem okazało się, że mieszka w "moim" bloku, tylko w pierwszej klatce (ja w trzeciej), a potem już bawiliśmy się razem pod blokiem.
Na zakończenie ósmej klasy (mojej) graliśmy "Sambę de Janeiro" w aranżacji na keyboard (Arturek) i flet, a do tego czasu wszystkie spotkania nazywaliśmy "próbami" - bo z reguły próbowaliśmy na nich coś wspólnie grać.
Kiedy się rozstaliśmy to Arturkowe hasło "zostańmy przyjaciółmi" brzmiało tak schematycznie, jak tylko takie hasło brzmieć może. Trzech dni potrzebowaliśmy, żeby odbudować stare kontakty na trudniejszym poziomie.
Z czasem przyjaźń z dzieciństwa trochę nam wyewoluowała, zmieniła się z zabawowo-muzycznej na mocno rozgadaną. Mogliśmy znikać na całe dni i dzielić się wszystkimi przeżyciami, radościami, smutkami, strachami i szczęściem. Wtedy tata Arturka nazwał nasze długie wypady na spacery "POM" (Powolny Obchód Miasta). Arturek trafił do moich pierwszych w życiu komiksów, a w świadomości wszystkich znajomych i rodzin utrwaliła się właśnie ta, stosowana przeze mnie, zdrobniała wersja jego imienia. Do tej pory nie jestem w stanie powiedzieć o Arturku "Artur", zaczynam się jąkać ;D.
Byliśmy razem na mojej studniówce (do tej pory śmieszy mnie komentarz Arturka do wyjątkowo nieudanego programu "artystycznego", w którym jeden nieudolny żart pojawiał się co dwie minuty... "Im się wydaje, że im częściej to mówią, tym śmieszniej brzmi" - mruknął mi Arturek do ucha i musiałam udawać, że wcale mnie to nie rozbawiło, żeby "artyści" nie wzięli tego rozbawienia przypadkiem za dobrą monetę).
A czasami robiliśmy sobie POMy domowe, w ciemnym pokoju, ja przytulona do ramienia Arturka albo Arturek z głową na moich kolanach. O niektórych rzeczach łatwiej było rozmawiać, nie patrząc sobie w oczy, przyciszonymi głosami, z tremą, ale też i świadomością, że druga strona zrozumie. Co tu dużo ukrywać, łatwiej było trząść się ze strachu i minionych emocji w Arturkowych ramionach, do tej pory, kiedy mam do poruszenia tak trudny temat, wracam pamięcią do POM-ów.
Zdarzało mi się, że po "randkach" z toksycznym eks (wtedy jeszcze nie eks) nie wchodziłam nawet do siebie, tylko od razu pukałam po Arturka i szliśmy na długi spacer, żebym mogła odreagować rozmaite nieprzyjemności. Do dzisiaj nie mam pojęcia, jak Arturek to znosił, faktem jest, że kiedyś stanęłam w jego drzwiach z trudem powstrzymując łzy. Arturek pomagał wtedy przy remoncie, wystarczył mu jeden rzut oka na mnie - powiedział tacie, że musi wyjść. Wskoczył tylko w buty i wyszedł - w pochlapanym farbą i tynkiem dresie. Przesiedzieliśmy wtedy na ławce przed jego blokiem cały wieczór, ja w galowym stroju, Arturek - tak, jak wyszedł z domu. Dużo słów zresztą wtedy nie padło, nie były potrzebne.
Były też wspólne wygłupy, wspólne zdjęcie, Arturkowy tekst "przyjaciół ma się jak zeza - na całe życie" - i odpowiedź po latach, kiedy posłałam Arturkowi ową złotą myśl - "naprawdę coś takiego powiedziałem? No to śmiało możemy powiedzieć, że mamy zeza". Tego smsa mam w telefonie do dzisiaj.
A potem był Kraków i pierwsza z dość licznych dziewczyn Arturka, która powiedziała "ona albo ja".
Że niby albo ja, albo ona.
Byłam wtedy w Krakowie na jakiejś konferencji, Arturek pilnował, żebym się nie zgubiła, powiedział mi o tym ultimatum i światło trochę przygasło. Widywaliśmy się już rzadziej - ale nie mniej intensywnie niż dawniej. To był chyba najtrudniejszy w życiu POM, bo chociaż zastanawialiśmy się, co z tym fantem zrobić, to sprawa była z góry przesądzona. Wiedziałam, że muszę się wycofać. Nie, żebym miała ochotę zgrywać bohaterkę - po prostu Arturek był z tą dziewczyną szczęśliwy, nie miałam prawa żądać czegokolwiek dla siebie, poza tym przyszła pora, żeby odwdzięczyć się za to, co dotąd od niego dostałam.
- Ale zdajesz sobie sprawę z tego, co to oznacza? - zapytał Arturek, rzucając mi krótkie spojrzenie. - Jesteś w stanie sobie wyobrazić na przykład pół roku bez POM-u?
- Nie - odparłam wtedy. - Ale nie mam wyjścia, poczekam.
- Mnie też byłoby to trudno wytrzymać - przyznał Arturek. - Dobrze się zastanów.

Nie wiedzieliśmy wtedy, że skazujemy się na pięć lat.
Na pięć lat bez ani jednej rozmowy (internetowej, telefonicznej czy twarzą w twarz).
Na pięć lat bez ani jednego spotkania.
Na pięć lat udawania, że nie istniejemy dla siebie wzajemnie.

Przez pierwszy rok byłam pewna, że wystarczy przeczekać.
Do trzeciego roku miałam nadzieję, że wszystko da się odwrócić.
Pod koniec czwartego roku uznałam, że nie mam siły - ani możliwości - żeby walczyć i że pora zacząć godzić się z myślą, że wszystko już stracone.






Przegadaliśmy dzisiaj dwie godziny na czacie fb. Trochę trudno w ciągu dwóch godzin w maleńkim okienku zmieścić pięć minionych lat, trochę trudno porozumiewać się skrótami i zestawem suchych faktów, wystukiwanymi na klawiaturze, jeśli przez całe życie woleliśmy kontakt face-to-face. Ale nie wiadomo, kiedy się spotkamy.
Wiadomo za to jedno: nic się przez te pięć długich lat nie zmieniło.




To zdjęcie było już na starym blogu, opublikowane zresztą za zgodą Arturka. 2004 rok. Pstrykałam z ręki i nie robiłam powtórek, do dzisiaj nie wiem, jakim sposobem wyszło, ale mam je też w wersji wywołanej, w ramce na półce :). Zezowaci.

1 komentarz:

  1. Dobrze jest mieć takiego przyjaciela. Nieważne gdzie się ów znajduje. Jeśli tylko pamięta to znak, że warto się uśmiechać. :)

    OdpowiedzUsuń