Zrobiłam sobie wielokilometrowy spacer w rytmie motywu starców z "Lobotomobilu". Szłam noga za nogą w tempie przeciętnego ślimaka, aż nagle z letargu wyrwał mnie dźwięk smsa. Arturek. Który napisał, że jest w Jaworznie i zapytywał, kiedy chcę POM. Oddzwoniłam, mówiąc, że chcę natychmiast i najlepiej niech Arturek po mnie wyjdzie, bo bardzo powoli idę z centrum. Określiłam swoje położenie geograficzne, a Arturek oznajmił, że już wychodzi.
Nie przyspieszyłam, dalej szłam bardzo powoli.
Szłam.
I szłam.
I szłam.
I szłam.
I kiedy doszłam już do Arturka, który poruszał się krokiem szybszym niż ja (bo trudno byłoby mu się poruszać wolniejszym), Arturek stwierdził "no, nie spieszy ci się do mnie!".
A potem wpadłam mu w ramiona po raz pierwszy od wieków.
I poszliśmy na POM. Który wyglądał jak wszystkie POMy zawsze.
I wiecie co? Arturek powiedział, że... chciałby być akustykiem. Już robi czasami nagłośnienia różnych imprez.
Zaproponowałam, że jakby zakładał firmę, to niech mnie weźmie na oświetleniowca.
Mrówka: Ale ja nie mam swoich reflektorów :(...
Arturek: To dam ci lampkę i będziesz z nią biegała po scenie.
Mrówka: Dobra!
Arturek (w zadumie): I zamiast PAR-ów będzie par-ę lampek...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arturek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arturek. Pokaż wszystkie posty
sobota, 12 marca 2011
czwartek, 10 lutego 2011
Arturka poznałam gdzieś tak w czwartej albo piątej klasie podstawówki. Nauczycielka muzyki, która prowadziła szkolny chórek (w którym to wokalnie się udzielałam do końca szkoły ;)) powiedziała mi pewnego dnia, że znalazła kogoś, kto będzie mógł nam akompaniować. I dodała, że to solidny i odpowiedzialny chłopak. Ów solidny i odpowiedzialny pojawił się na następnej próbie, potem okazało się, że mieszka w "moim" bloku, tylko w pierwszej klatce (ja w trzeciej), a potem już bawiliśmy się razem pod blokiem.
Na zakończenie ósmej klasy (mojej) graliśmy "Sambę de Janeiro" w aranżacji na keyboard (Arturek) i flet, a do tego czasu wszystkie spotkania nazywaliśmy "próbami" - bo z reguły próbowaliśmy na nich coś wspólnie grać.
Kiedy się rozstaliśmy to Arturkowe hasło "zostańmy przyjaciółmi" brzmiało tak schematycznie, jak tylko takie hasło brzmieć może. Trzech dni potrzebowaliśmy, żeby odbudować stare kontakty na trudniejszym poziomie.
Z czasem przyjaźń z dzieciństwa trochę nam wyewoluowała, zmieniła się z zabawowo-muzycznej na mocno rozgadaną. Mogliśmy znikać na całe dni i dzielić się wszystkimi przeżyciami, radościami, smutkami, strachami i szczęściem. Wtedy tata Arturka nazwał nasze długie wypady na spacery "POM" (Powolny Obchód Miasta). Arturek trafił do moich pierwszych w życiu komiksów, a w świadomości wszystkich znajomych i rodzin utrwaliła się właśnie ta, stosowana przeze mnie, zdrobniała wersja jego imienia. Do tej pory nie jestem w stanie powiedzieć o Arturku "Artur", zaczynam się jąkać ;D.
Byliśmy razem na mojej studniówce (do tej pory śmieszy mnie komentarz Arturka do wyjątkowo nieudanego programu "artystycznego", w którym jeden nieudolny żart pojawiał się co dwie minuty... "Im się wydaje, że im częściej to mówią, tym śmieszniej brzmi" - mruknął mi Arturek do ucha i musiałam udawać, że wcale mnie to nie rozbawiło, żeby "artyści" nie wzięli tego rozbawienia przypadkiem za dobrą monetę).
A czasami robiliśmy sobie POMy domowe, w ciemnym pokoju, ja przytulona do ramienia Arturka albo Arturek z głową na moich kolanach. O niektórych rzeczach łatwiej było rozmawiać, nie patrząc sobie w oczy, przyciszonymi głosami, z tremą, ale też i świadomością, że druga strona zrozumie. Co tu dużo ukrywać, łatwiej było trząść się ze strachu i minionych emocji w Arturkowych ramionach, do tej pory, kiedy mam do poruszenia tak trudny temat, wracam pamięcią do POM-ów.
Zdarzało mi się, że po "randkach" z toksycznym eks (wtedy jeszcze nie eks) nie wchodziłam nawet do siebie, tylko od razu pukałam po Arturka i szliśmy na długi spacer, żebym mogła odreagować rozmaite nieprzyjemności. Do dzisiaj nie mam pojęcia, jak Arturek to znosił, faktem jest, że kiedyś stanęłam w jego drzwiach z trudem powstrzymując łzy. Arturek pomagał wtedy przy remoncie, wystarczył mu jeden rzut oka na mnie - powiedział tacie, że musi wyjść. Wskoczył tylko w buty i wyszedł - w pochlapanym farbą i tynkiem dresie. Przesiedzieliśmy wtedy na ławce przed jego blokiem cały wieczór, ja w galowym stroju, Arturek - tak, jak wyszedł z domu. Dużo słów zresztą wtedy nie padło, nie były potrzebne.
Były też wspólne wygłupy, wspólne zdjęcie, Arturkowy tekst "przyjaciół ma się jak zeza - na całe życie" - i odpowiedź po latach, kiedy posłałam Arturkowi ową złotą myśl - "naprawdę coś takiego powiedziałem? No to śmiało możemy powiedzieć, że mamy zeza". Tego smsa mam w telefonie do dzisiaj.
A potem był Kraków i pierwsza z dość licznych dziewczyn Arturka, która powiedziała "ona albo ja".
Że niby albo ja, albo ona.
Byłam wtedy w Krakowie na jakiejś konferencji, Arturek pilnował, żebym się nie zgubiła, powiedział mi o tym ultimatum i światło trochę przygasło. Widywaliśmy się już rzadziej - ale nie mniej intensywnie niż dawniej. To był chyba najtrudniejszy w życiu POM, bo chociaż zastanawialiśmy się, co z tym fantem zrobić, to sprawa była z góry przesądzona. Wiedziałam, że muszę się wycofać. Nie, żebym miała ochotę zgrywać bohaterkę - po prostu Arturek był z tą dziewczyną szczęśliwy, nie miałam prawa żądać czegokolwiek dla siebie, poza tym przyszła pora, żeby odwdzięczyć się za to, co dotąd od niego dostałam.
- Ale zdajesz sobie sprawę z tego, co to oznacza? - zapytał Arturek, rzucając mi krótkie spojrzenie. - Jesteś w stanie sobie wyobrazić na przykład pół roku bez POM-u?
- Nie - odparłam wtedy. - Ale nie mam wyjścia, poczekam.
- Mnie też byłoby to trudno wytrzymać - przyznał Arturek. - Dobrze się zastanów.
Nie wiedzieliśmy wtedy, że skazujemy się na pięć lat.
Na pięć lat bez ani jednej rozmowy (internetowej, telefonicznej czy twarzą w twarz).
Na pięć lat bez ani jednego spotkania.
Na pięć lat udawania, że nie istniejemy dla siebie wzajemnie.
Przez pierwszy rok byłam pewna, że wystarczy przeczekać.
Do trzeciego roku miałam nadzieję, że wszystko da się odwrócić.
Pod koniec czwartego roku uznałam, że nie mam siły - ani możliwości - żeby walczyć i że pora zacząć godzić się z myślą, że wszystko już stracone.
Przegadaliśmy dzisiaj dwie godziny na czacie fb. Trochę trudno w ciągu dwóch godzin w maleńkim okienku zmieścić pięć minionych lat, trochę trudno porozumiewać się skrótami i zestawem suchych faktów, wystukiwanymi na klawiaturze, jeśli przez całe życie woleliśmy kontakt face-to-face. Ale nie wiadomo, kiedy się spotkamy.
Wiadomo za to jedno: nic się przez te pięć długich lat nie zmieniło.
To zdjęcie było już na starym blogu, opublikowane zresztą za zgodą Arturka. 2004 rok. Pstrykałam z ręki i nie robiłam powtórek, do dzisiaj nie wiem, jakim sposobem wyszło, ale mam je też w wersji wywołanej, w ramce na półce :). Zezowaci.
Na zakończenie ósmej klasy (mojej) graliśmy "Sambę de Janeiro" w aranżacji na keyboard (Arturek) i flet, a do tego czasu wszystkie spotkania nazywaliśmy "próbami" - bo z reguły próbowaliśmy na nich coś wspólnie grać.
Kiedy się rozstaliśmy to Arturkowe hasło "zostańmy przyjaciółmi" brzmiało tak schematycznie, jak tylko takie hasło brzmieć może. Trzech dni potrzebowaliśmy, żeby odbudować stare kontakty na trudniejszym poziomie.
Z czasem przyjaźń z dzieciństwa trochę nam wyewoluowała, zmieniła się z zabawowo-muzycznej na mocno rozgadaną. Mogliśmy znikać na całe dni i dzielić się wszystkimi przeżyciami, radościami, smutkami, strachami i szczęściem. Wtedy tata Arturka nazwał nasze długie wypady na spacery "POM" (Powolny Obchód Miasta). Arturek trafił do moich pierwszych w życiu komiksów, a w świadomości wszystkich znajomych i rodzin utrwaliła się właśnie ta, stosowana przeze mnie, zdrobniała wersja jego imienia. Do tej pory nie jestem w stanie powiedzieć o Arturku "Artur", zaczynam się jąkać ;D.
Byliśmy razem na mojej studniówce (do tej pory śmieszy mnie komentarz Arturka do wyjątkowo nieudanego programu "artystycznego", w którym jeden nieudolny żart pojawiał się co dwie minuty... "Im się wydaje, że im częściej to mówią, tym śmieszniej brzmi" - mruknął mi Arturek do ucha i musiałam udawać, że wcale mnie to nie rozbawiło, żeby "artyści" nie wzięli tego rozbawienia przypadkiem za dobrą monetę).
A czasami robiliśmy sobie POMy domowe, w ciemnym pokoju, ja przytulona do ramienia Arturka albo Arturek z głową na moich kolanach. O niektórych rzeczach łatwiej było rozmawiać, nie patrząc sobie w oczy, przyciszonymi głosami, z tremą, ale też i świadomością, że druga strona zrozumie. Co tu dużo ukrywać, łatwiej było trząść się ze strachu i minionych emocji w Arturkowych ramionach, do tej pory, kiedy mam do poruszenia tak trudny temat, wracam pamięcią do POM-ów.
Zdarzało mi się, że po "randkach" z toksycznym eks (wtedy jeszcze nie eks) nie wchodziłam nawet do siebie, tylko od razu pukałam po Arturka i szliśmy na długi spacer, żebym mogła odreagować rozmaite nieprzyjemności. Do dzisiaj nie mam pojęcia, jak Arturek to znosił, faktem jest, że kiedyś stanęłam w jego drzwiach z trudem powstrzymując łzy. Arturek pomagał wtedy przy remoncie, wystarczył mu jeden rzut oka na mnie - powiedział tacie, że musi wyjść. Wskoczył tylko w buty i wyszedł - w pochlapanym farbą i tynkiem dresie. Przesiedzieliśmy wtedy na ławce przed jego blokiem cały wieczór, ja w galowym stroju, Arturek - tak, jak wyszedł z domu. Dużo słów zresztą wtedy nie padło, nie były potrzebne.
Były też wspólne wygłupy, wspólne zdjęcie, Arturkowy tekst "przyjaciół ma się jak zeza - na całe życie" - i odpowiedź po latach, kiedy posłałam Arturkowi ową złotą myśl - "naprawdę coś takiego powiedziałem? No to śmiało możemy powiedzieć, że mamy zeza". Tego smsa mam w telefonie do dzisiaj.
A potem był Kraków i pierwsza z dość licznych dziewczyn Arturka, która powiedziała "ona albo ja".
Że niby albo ja, albo ona.
Byłam wtedy w Krakowie na jakiejś konferencji, Arturek pilnował, żebym się nie zgubiła, powiedział mi o tym ultimatum i światło trochę przygasło. Widywaliśmy się już rzadziej - ale nie mniej intensywnie niż dawniej. To był chyba najtrudniejszy w życiu POM, bo chociaż zastanawialiśmy się, co z tym fantem zrobić, to sprawa była z góry przesądzona. Wiedziałam, że muszę się wycofać. Nie, żebym miała ochotę zgrywać bohaterkę - po prostu Arturek był z tą dziewczyną szczęśliwy, nie miałam prawa żądać czegokolwiek dla siebie, poza tym przyszła pora, żeby odwdzięczyć się za to, co dotąd od niego dostałam.
- Ale zdajesz sobie sprawę z tego, co to oznacza? - zapytał Arturek, rzucając mi krótkie spojrzenie. - Jesteś w stanie sobie wyobrazić na przykład pół roku bez POM-u?
- Nie - odparłam wtedy. - Ale nie mam wyjścia, poczekam.
- Mnie też byłoby to trudno wytrzymać - przyznał Arturek. - Dobrze się zastanów.
Nie wiedzieliśmy wtedy, że skazujemy się na pięć lat.
Na pięć lat bez ani jednej rozmowy (internetowej, telefonicznej czy twarzą w twarz).
Na pięć lat bez ani jednego spotkania.
Na pięć lat udawania, że nie istniejemy dla siebie wzajemnie.
Przez pierwszy rok byłam pewna, że wystarczy przeczekać.
Do trzeciego roku miałam nadzieję, że wszystko da się odwrócić.
Pod koniec czwartego roku uznałam, że nie mam siły - ani możliwości - żeby walczyć i że pora zacząć godzić się z myślą, że wszystko już stracone.
Przegadaliśmy dzisiaj dwie godziny na czacie fb. Trochę trudno w ciągu dwóch godzin w maleńkim okienku zmieścić pięć minionych lat, trochę trudno porozumiewać się skrótami i zestawem suchych faktów, wystukiwanymi na klawiaturze, jeśli przez całe życie woleliśmy kontakt face-to-face. Ale nie wiadomo, kiedy się spotkamy.
Wiadomo za to jedno: nic się przez te pięć długich lat nie zmieniło.
To zdjęcie było już na starym blogu, opublikowane zresztą za zgodą Arturka. 2004 rok. Pstrykałam z ręki i nie robiłam powtórek, do dzisiaj nie wiem, jakim sposobem wyszło, ale mam je też w wersji wywołanej, w ramce na półce :). Zezowaci.
poniedziałek, 9 kwietnia 2007
232. świnka
Lipiec 2004. Siedzieliśmy z Arturkiem na ławce po jakimś wyczerpującym POM-ie. Przed nami bez przerwy przebiegały dzieci, ze świnką morską na rękach. Kiedy biegły po raz dwudziesty, zobaczyłam w oczach świnki prośbę o pomoc.
- Wiesz, wydawało mi się - zaczął niepewnie Arturek - że ta świnka...
- ...wiem, trzymała w łapkach... - weszłam mu w słowo.
- Taki napis: "pomocy"! - zawołaliśmy razem.
- Arturek, do tej pory nie mieliśmy zwidów jednocześnie... - poinformowałam go.
I zrezygnowaliśmy z POM-ów w pełnym słońcu ;).
- Wiesz, wydawało mi się - zaczął niepewnie Arturek - że ta świnka...
- ...wiem, trzymała w łapkach... - weszłam mu w słowo.
- Taki napis: "pomocy"! - zawołaliśmy razem.
- Arturek, do tej pory nie mieliśmy zwidów jednocześnie... - poinformowałam go.
I zrezygnowaliśmy z POM-ów w pełnym słońcu ;).
piątek, 16 lutego 2007
189. Aaarturek
"sama do 20 :(" - napisała w info na gg siostra Arturka, Patiinka.
- Czemu sama, biedactwo? - zapytałam natychmiast, bo włączyło mi się współczucie.
- Bo czekam na tą łosiowatość, mojego brata - odpisała mi siostra Arturka...
Taak... Poszłam sobie i od razu zaczął mi się pisać Powrót Arturka:
Pójdźcie, o dziadki, pójdźcie wszystkie razem
za miasto, pod słup, na wzgórek,
idźcie z dziadkami dziatki, tylko gazem,
bo właśnie wraca Arturek.
On nie takie wierszyki z mojej strony wytrzymywał...
- Czemu sama, biedactwo? - zapytałam natychmiast, bo włączyło mi się współczucie.
- Bo czekam na tą łosiowatość, mojego brata - odpisała mi siostra Arturka...
Taak... Poszłam sobie i od razu zaczął mi się pisać Powrót Arturka:
Pójdźcie, o dziadki, pójdźcie wszystkie razem
za miasto, pod słup, na wzgórek,
idźcie z dziadkami dziatki, tylko gazem,
bo właśnie wraca Arturek.
On nie takie wierszyki z mojej strony wytrzymywał...
sobota, 13 stycznia 2007
155. Retrospekcje
Dostaję taki satyryczny wycisk, że nie chce mi się szukać materiałów na dzisiejszą notkę, bo płaczę ze śmiechu. Dlatego teraz przeczytacie sobie małe wspomnienie z wakacji w 2004 roku. Wspomnienie humorystyczne oczywiście ;)
Któregoś dnia zmęczony Arturek przyjrzał się Mrówce i Uli, grającym w pseudosiatkówkę. Chwilę potem westchnął:
- Gdybym się tak rozmnożył, to jeden Arturek siedziałby teraz w Przemyślu (tam mieszkała ówczesna dziewczyna Arturka, przyp. Mrówka), drugi Arturek grałby z wami w siatkę, trzeci Arturek wypoczywałby nad morzem... - tu Arturek przerwał, zastanowił się i dodał ze złością - A jeszcze inny Arturek by harował! Żeby zarobić na pozostałe Arturki!
Kilka dni później Ula znienacka zapytała:
- Jak się nazywa ten, co się opiekuje zwierzątkami w lesie? Nie myśliwy...
- Kłusownik - odpowiedziała natychmiast Mrówka, zajęta czym innym.
- Taaaa... - przyjrzał mi się z nagłym zainteresowaniem Arturek. - Kłusownik to się zaopiekuje, rzeczywiście. Leśniczy!
- To co robi myśliwy? - zagadnęła podejrzliwie Mrówka.
- Strzela do zwierzątek! - wyjaśnił Arturek.
- A co w takim razie robi leśniczy? - drążę temat.
- Strzela do myśliwych - obwieścił Arturek.
Któregoś dnia zmęczony Arturek przyjrzał się Mrówce i Uli, grającym w pseudosiatkówkę. Chwilę potem westchnął:
- Gdybym się tak rozmnożył, to jeden Arturek siedziałby teraz w Przemyślu (tam mieszkała ówczesna dziewczyna Arturka, przyp. Mrówka), drugi Arturek grałby z wami w siatkę, trzeci Arturek wypoczywałby nad morzem... - tu Arturek przerwał, zastanowił się i dodał ze złością - A jeszcze inny Arturek by harował! Żeby zarobić na pozostałe Arturki!
Kilka dni później Ula znienacka zapytała:
- Jak się nazywa ten, co się opiekuje zwierzątkami w lesie? Nie myśliwy...
- Kłusownik - odpowiedziała natychmiast Mrówka, zajęta czym innym.
- Taaaa... - przyjrzał mi się z nagłym zainteresowaniem Arturek. - Kłusownik to się zaopiekuje, rzeczywiście. Leśniczy!
- To co robi myśliwy? - zagadnęła podejrzliwie Mrówka.
- Strzela do zwierzątek! - wyjaśnił Arturek.
- A co w takim razie robi leśniczy? - drążę temat.
- Strzela do myśliwych - obwieścił Arturek.
środa, 10 stycznia 2007
152. Pokrakowskie przeżycia
Idziemy z Arturkiem przez Kraków.
- Arturku, ja trafię od Dworca do Rynku i na Wawel. Ale czy trafię z powrotem na Dworzec, to nie wiem... zapamiętuję zawsze drogę w jedną stronę, dlatego potem się gubię. W Krakowie jeszcze mi się nie zdarzyło, ale wszystko przede mną - marudzę Arturkowi na wczorajszym krakowskim POMie, przed spotkaniem z Bobro.
Arturek odwrócił się i zaczął iść tyłem.
- Chodź tak jak ja - zachęcił mnie. - To się przynajmniej oswoisz z widokiem drogi powrotnej i może nie zabłądzisz.
Bardzo zabawne.
- Artureeeek, dlaczego idziemy tą uliczką, a nie tą obok? Przecież powinniśmy przejść pod Bramą Floriańską? - męczę mojego przewodnika.
- Jak już dojdziemy pod Bramę Floriańską, to będziesz sobie mogła pod nią przejść ile razy masz ochotę - wyjaśnił mi cierpliwie Arturek. Uwielbiam zadawać mu głupie pytania.
Tekst ballady idzie do przeróbki ("tak czy inaczej ja to kupuję"). Grupo satyryczna - w przyszłym tygodniu start.
Mrówka jest wykończona i idzie spać. Dość pisania na dzisiaj.
- Arturku, ja trafię od Dworca do Rynku i na Wawel. Ale czy trafię z powrotem na Dworzec, to nie wiem... zapamiętuję zawsze drogę w jedną stronę, dlatego potem się gubię. W Krakowie jeszcze mi się nie zdarzyło, ale wszystko przede mną - marudzę Arturkowi na wczorajszym krakowskim POMie, przed spotkaniem z Bobro.
Arturek odwrócił się i zaczął iść tyłem.
- Chodź tak jak ja - zachęcił mnie. - To się przynajmniej oswoisz z widokiem drogi powrotnej i może nie zabłądzisz.
Bardzo zabawne.
- Artureeeek, dlaczego idziemy tą uliczką, a nie tą obok? Przecież powinniśmy przejść pod Bramą Floriańską? - męczę mojego przewodnika.
- Jak już dojdziemy pod Bramę Floriańską, to będziesz sobie mogła pod nią przejść ile razy masz ochotę - wyjaśnił mi cierpliwie Arturek. Uwielbiam zadawać mu głupie pytania.
Tekst ballady idzie do przeróbki ("tak czy inaczej ja to kupuję"). Grupo satyryczna - w przyszłym tygodniu start.
Mrówka jest wykończona i idzie spać. Dość pisania na dzisiaj.
piątek, 29 grudnia 2006
136. Modliszka
We wtorek byłam u Arturka na POMie. Arturek pokazał mi hodowlę świerszczy. A potem zapytał:
- A chcesz zobaczyć modliszkę?
- Żywą? - zadrżałam lekko.
- Martwej bym nie karmił! - mruknął Arturek i przyniósł mi pojemnik z maleńką modliszką. Taką na dwa centymetry. Zieloną. Z oczkami. Śliczną.
Modliszka zaczęła mi się uważnie przyglądać, a potem - przestępować z łapki na łapkę (z odnóża na odnóże?). Bałam się, że zaraz na mnie skoczy, w odwecie za piosenkę o kobiecie-modliszce.
Kiedyś chciałam zainteresować sobą rybę Arturka. Postukałam w szybę akwarium, a ryba wzięła rozbieg i uderzyła od środka w to miejsce na ścianie, gdzie przed chwilą był mój palec.
Nie lubiła Mrówek?
- A chcesz zobaczyć modliszkę?
- Żywą? - zadrżałam lekko.
- Martwej bym nie karmił! - mruknął Arturek i przyniósł mi pojemnik z maleńką modliszką. Taką na dwa centymetry. Zieloną. Z oczkami. Śliczną.
Modliszka zaczęła mi się uważnie przyglądać, a potem - przestępować z łapki na łapkę (z odnóża na odnóże?). Bałam się, że zaraz na mnie skoczy, w odwecie za piosenkę o kobiecie-modliszce.
Kiedyś chciałam zainteresować sobą rybę Arturka. Postukałam w szybę akwarium, a ryba wzięła rozbieg i uderzyła od środka w to miejsce na ścianie, gdzie przed chwilą był mój palec.
Nie lubiła Mrówek?
środa, 8 listopada 2006
88. Problemy z tożsamością
Marek Lenc poinformował mnie, jakie zmiany chce wprowadzić na blogu. Oczywiście te zmiany mi się nie spodobały. Zaczęłam protestować.
- Nie histeryzuj - powiedział Marek. Zaczęłam protestować jeszcze bardziej.
- Bądź mężczyzną! - usłyszałam (przeczytałam raczej,bo na gg). O dalszej dyskusji mowy być nie mogło, padłam ze śmiechu przed monitorem.
Kiedy na POMie powiedziałam Arturkowi, że czegoś się boję, ten odparł:
- Bądź... twardą kobietą...
- Arturku, ale przy mojej tuszy nie mogę być TWARDĄ kobietą - zaprotestowałam. Arturek obrzucił mnie spojrzeniem, które sprawiło, że wbiłam się w fotel i starałam się wtopić w tapicerkę. A potem odwrócił się i usiadł tyłem do mnie.
- Co robisz? - zapytałam niepewnie.
- Odwracam się. Bo mam ochotę cię kopnąć, to żeby mnie nie kusiło... - wyjaśnił Arturek.
No to kim mam być?
- Nie histeryzuj - powiedział Marek. Zaczęłam protestować jeszcze bardziej.
- Bądź mężczyzną! - usłyszałam (przeczytałam raczej,bo na gg). O dalszej dyskusji mowy być nie mogło, padłam ze śmiechu przed monitorem.
Kiedy na POMie powiedziałam Arturkowi, że czegoś się boję, ten odparł:
- Bądź... twardą kobietą...
- Arturku, ale przy mojej tuszy nie mogę być TWARDĄ kobietą - zaprotestowałam. Arturek obrzucił mnie spojrzeniem, które sprawiło, że wbiłam się w fotel i starałam się wtopić w tapicerkę. A potem odwrócił się i usiadł tyłem do mnie.
- Co robisz? - zapytałam niepewnie.
- Odwracam się. Bo mam ochotę cię kopnąć, to żeby mnie nie kusiło... - wyjaśnił Arturek.
No to kim mam być?
sobota, 4 listopada 2006
85. wsPOMnienie
Arturek na POMie powiedział coś o szybko rosnącej gałce ocznej. Oczywiście zareagowałam natychmiast:
- Ale jakby mi tak szybko oczy rosły, to bym je miała na pół twarzy!
- Nie - pokręcił głową Arturek - u ciebie oczy zajmują część głowy przeznaczoną na mózg. Rosną ci w poziomie.
- Aha, faktycznie. Bo przecież ja mam mniejszy mózg, bo i rozumek niewielki.
- No właśnie. Więc dopiero jak ci oczy dojdą do tyłu głowy, to zaczną się robić wyłupiaste.
Wesoła perspektywa, nie ma co :D.
- Ale jakby mi tak szybko oczy rosły, to bym je miała na pół twarzy!
- Nie - pokręcił głową Arturek - u ciebie oczy zajmują część głowy przeznaczoną na mózg. Rosną ci w poziomie.
- Aha, faktycznie. Bo przecież ja mam mniejszy mózg, bo i rozumek niewielki.
- No właśnie. Więc dopiero jak ci oczy dojdą do tyłu głowy, to zaczną się robić wyłupiaste.
Wesoła perspektywa, nie ma co :D.
czwartek, 2 listopada 2006
83. Śnieg?
Wstałam rano (o 10:30... rano...). Odsłoniłam okno. Zasłoniłam. Odsłoniłam jeszcze raz. Przetarłam oczy i poleciałam do pokoju brata (okna z pokoju brata wychodzą na tę samą stronę).
- Słuchaj, u ciebie też przez okno widać śnieg? - zapytałam może mało inteligentnie, ale rozpaczliwie.
- Też - powiedział brat.
Nie uwierzyłam. Podeszłam do okna w jego pokoju i wyjrzałam. Śnieg już tam był.
Jestem za stara na śnieg. Wolę lato.
Odbył się dzisiaj drugi szaleńczy POM. Na chwilę przed przyjściem Arturka skaleczyłam się w palec. Wbiłam sobie nożyczki z kroplą atramentu. Dzwoni Arturek, otwieram drzwi.
- Cześć Arturku! Jestem ranna!
- Ranna w sensie "ranny ptaszek"? - zainteresował się Arturek. Dobrze, że nie wiedział, o której dzisiaj wstałam.
- Nie, ranna w sensie: jak po wojnie. Skaleczyłam się w palec.
- To ty niezdarna jesteś po prostu, a nie ranna - wyprowadził mnie z błędu Arturek.
A potem zabronił mi interesować się swoimi obrażeniami i powiedział, że mam się skupić na rozmowie z nim, a o palcu zaraz zapomnę.
Udało się.
- Słuchaj, u ciebie też przez okno widać śnieg? - zapytałam może mało inteligentnie, ale rozpaczliwie.
- Też - powiedział brat.
Nie uwierzyłam. Podeszłam do okna w jego pokoju i wyjrzałam. Śnieg już tam był.
Jestem za stara na śnieg. Wolę lato.
Odbył się dzisiaj drugi szaleńczy POM. Na chwilę przed przyjściem Arturka skaleczyłam się w palec. Wbiłam sobie nożyczki z kroplą atramentu. Dzwoni Arturek, otwieram drzwi.
- Cześć Arturku! Jestem ranna!
- Ranna w sensie "ranny ptaszek"? - zainteresował się Arturek. Dobrze, że nie wiedział, o której dzisiaj wstałam.
- Nie, ranna w sensie: jak po wojnie. Skaleczyłam się w palec.
- To ty niezdarna jesteś po prostu, a nie ranna - wyprowadził mnie z błędu Arturek.
A potem zabronił mi interesować się swoimi obrażeniami i powiedział, że mam się skupić na rozmowie z nim, a o palcu zaraz zapomnę.
Udało się.
czwartek, 27 lipca 2006
30. POM
Wybraliśmy się dzisiaj z Arturkiem na POM. Arturek to mój najlepszy przyjaciel od X lat. POM to Powolny Obchód Miasta - spacery, na których rozmawiamy o sprawach, o których nikt poza nami nie wie.
Na dzisiejszy POM wyruszyliśmy o 12:30. Zaopatrzeni w wodę mineralną, zrobiliśmy sobie przeszło sześciokilometrowy spacer przez kilka osiedli. Na jednym z tych osiedli Arturek zapytał:
- Nie wydaje ci się, że strasznie to miasto wymarłe?
Rozejrzałam się dookoła. Faktycznie - ani żywej duszy. Nikogo nie ma na ulicach, na chodnikach, w oknach, na balkonach - nigdzie. Przez dwie godziny nie spotkaliśmy żadnego człowieka. Zaczęliśmy się zastanawiać, skąd to nagłe opustoszenie niegdyś tętniącego życiem osiedla. W końcu doszliśmy do wniosku, że to MOŻE sprawka upału. Szliśmy przecież w największym słońcu...
... I nawet całkowicie wyschnięty staw nie dał nam nic do myślenia... (Arturek: idziemy na chwilę nad staw? Mrówka: Chodźmy... ... ... Arturku, gdzie ten staw? :> - okazało się, że moglibyśmy sobie po nim przejść. Pozostały tylko roślinki wodne).
Pod koniec wędrówki Arturek stwierdził, że nasza woda mineralna ma temperaturę lekkiego wrzątku. Szczęśliwie dowlekliśmy się do ławki przy bloku, usiedliśmy, napiłam się i ja.
- Faktycznie, lekki wrzątek - stwierdziłam z niesmakiem. - No co, sam przecież tak przedtem mówiłeś! - próbowałam się obronić przed zaskoczonym spojrzeniem Arturka.
- Majaczyłem - wyjaśnił spokojnie Arturek. - Nie wiedziałem, że ci się udzieli...
Taaaa...
Na dzisiejszy POM wyruszyliśmy o 12:30. Zaopatrzeni w wodę mineralną, zrobiliśmy sobie przeszło sześciokilometrowy spacer przez kilka osiedli. Na jednym z tych osiedli Arturek zapytał:
- Nie wydaje ci się, że strasznie to miasto wymarłe?
Rozejrzałam się dookoła. Faktycznie - ani żywej duszy. Nikogo nie ma na ulicach, na chodnikach, w oknach, na balkonach - nigdzie. Przez dwie godziny nie spotkaliśmy żadnego człowieka. Zaczęliśmy się zastanawiać, skąd to nagłe opustoszenie niegdyś tętniącego życiem osiedla. W końcu doszliśmy do wniosku, że to MOŻE sprawka upału. Szliśmy przecież w największym słońcu...
... I nawet całkowicie wyschnięty staw nie dał nam nic do myślenia... (Arturek: idziemy na chwilę nad staw? Mrówka: Chodźmy... ... ... Arturku, gdzie ten staw? :> - okazało się, że moglibyśmy sobie po nim przejść. Pozostały tylko roślinki wodne).
Pod koniec wędrówki Arturek stwierdził, że nasza woda mineralna ma temperaturę lekkiego wrzątku. Szczęśliwie dowlekliśmy się do ławki przy bloku, usiedliśmy, napiłam się i ja.
- Faktycznie, lekki wrzątek - stwierdziłam z niesmakiem. - No co, sam przecież tak przedtem mówiłeś! - próbowałam się obronić przed zaskoczonym spojrzeniem Arturka.
- Majaczyłem - wyjaśnił spokojnie Arturek. - Nie wiedziałem, że ci się udzieli...
Taaaa...
Subskrybuj:
Posty (Atom)


