sobota, 5 marca 2011

1069.

Techniczny tego zespołu miał jasno sprecyzowane cele: neony, neony, jak najwięcej neonów. W czterech kolorach: żółtym, zielonym, czerwonym i liliowym. W kształcie przypominającym wykres funkcji arc sinx. Obwiesił tymi neonami wszystkie ściany tak gęsto, jak tylko się dało. Trochę mnie dziwiło, że taki zestaw kolorystyczny daje światło o barwie zgniłej zieleni, ale cóż - na pracy ze światłem kolorowym jeszcze się nie znam, a neony to już czarna magia.
Poobwieszał te ściany i spektakl miał się już zacząć, ale byłam jedynym widzem - i jedyną osobą na sali, bo aktorów jakby zabrakło. Być może miał to być spektakl o neonach. Tak sobie pomyślałam, kiedy do sali weszło pięć zdeterminowanych krasnoludków. Weszły, zajęły miejsca na widowni i wtedy się zaczęło.
Najpierw wstrząs był lekki, chociaż odczuwalny. Potem przybierał na sile, aż wreszcie wszystkie neony, przyczepiane tylko od góry, zaczęły się o siebie obijać.
Wybiegłam przed budynek. I tak naprawdę przy dwudziestostopniowym mrozie nie przeszkadzało mi, że mam na sobie tylko dżinsy i podkoszulek, w końcu - udało mi się uratować, nie narzekałam.
Ale kiedy wstrząsy się skończyły, postanowiłam wrócić do góry i zabrać jakąś kurtkę.
W drzwiach pomieszczenia, w którym leżał mój plecak, zderzyłam się z wychodzącą panią. Owa pani powiedziała, że robiła zdjęcia pozostawionym przedmiotom, żeby zapobiec kradzieżom. Podała mi numer swojej komórki i poprosiła o kontakt, kiedy zorientuję się, czy nic mi w plecaku nie brakuje.
Obiecałam, że zadzwonię za dwie minuty.
Wyszłam przed budynek i spotkałam prezydenta USA. Kariery jako portrecista to ja już nie zrobię, ale ponieważ intuicja mi mówiła, że to właśnie ten prezydent, uwierzyłam.
I zaczęłam z nim rozmawiać.
Po angielsku.
Właściwie to był bardziej mój monolog do niego.
Opowiadałam mu, że tu byłam na pierwszym piętrze i tak bardzo trzęsło, nie wiem, co bym zrobiła podczas takiego trzęsienia ziemi w domu, skoro mieszkam na piętrze czwartym. Nawet nie miałabym gdzie uciec.
Powoli docierało do mnie, że wtedy pewnie bym zginęła, prezydent uprzejmie kiwał głową, doszliśmy do rogu budynku.
Za rogiem zima zmieniła się w środek wakacji, a w miejscu prezydenta pojawiła się Ania Sz.
"Sprawdzam, czy byś się już dogadała po angielsku" - powiedziała.


I wtedy się obudziłam.
Środek nocy.
Na szczęście nie było akurat żadnego tąpnięcia górniczego, bo bym umarła ze strachu od razu.
Nawet przez chwilę zastanawiałam się, czy gdzieś tych idiotyzmów nie zapisać, ale uznałam, że tak głupi sen zapamiętam ze wszystkimi szczegółami do jutrzejszego wieczora.
Aha, zapomniałam zadzwonić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz