Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 sierpnia 2007

331. wpis

Poszłam dzisiaj dokonać wpisu na te studia, co to wszyscy poza mną wiedzieli, jaką odpowiedź z Ulubionego Wydziału dostanę, a mnie w chwili otwierania koperty z informacją skakało ciśnienie. Z piętra.
Przy okazji poszłam, bo byłam na wydziale umówiona z trzema w sumie osobami - wakacje, nie wakacje, ale rozprowadzanie książek do recenzji musi działać ;).
Wychodzę z Fimbulem i Luckiem do Ani, na pierwsze piętro.
- Może któryś z was ma ochotę ponieść ciężką torbę? - pytam.
- Nie, to zbyt niebezpieczne - odpowiada Lucek.
- Jak to?
- No, wiesz, feministki i te sprawy...
- Ale ja jestem ANTYfeministką! - warknęłam.
- Ale ja o tym nie wiem! - zripostował Lucek.
Jak się dowiedział, byliśmy już na piętrze ;)


Pani w nowym dziekanacie wytrzeszczyła oczy.
- To JUŻ chce się pani zapisać?
- No niekoniecznie dzisiaj, mogę przyjść we wrześniu - powiedziała Mrówka, która sobie uświadomiła, że jest sierpień.
- Dobra, może być dzisiaj - machnęła ręką pani z dziekanatu. Tylko proszę poczekać na zewnątrz pięć minut, muszę program uruchomić.
Wyszłam na zewnątrz.
Fimbul i Lucek, którzy tam na mnie czekali, dostali natychmiastowego ataku śmiechu.
- JUŻ cię wyrzucili? - wykrztusił któryś z nich.
- Nie, tylko program się musi uruchomić.
- Taki na korbkę? - zainteresował się Fimbul. I sam sobie odpowiedział - A, już wiem, zabrakło węgla.
Lucek oparł się o ścianę i zaczął płakać.
- Wyobraziłem to sobie właśnie - jęknął.
Za chwilę pani z dziekanatu wyniosła mi papierki do wypełnienia.
Odwróciłam się z pełną przerażenia miną.
Lucek współczująco podał mi długopis, usiedli z Fimbulem z obu moich stron i podpowiadali mi, jak wypełnić formularze.
Najgorzej, oczywiście, było przy dacie.
Wpisuję niepewnie "1.08.2007"
- A dzisiaj drugi jest, hahahaha - cieszy się Lucek.
Poprawiłam.
- "Stosunek do służby wojskowej" - czytam. - Mogę wpisać: "entuzjastyczny"? - podnoszę wzrok na Lucka.
- Wpisz: przerywany! - mruknął Fimbul.
- Ale nie wiem, czy zwróciłaś uwagę, że tu jest takie słówko: "mężczyźni"... - delikatnie podpowiedział mi Lucek.
- A kto by tam na mężczyzn zwracał uwagę? - pytam i parskam.
- No jako antyfeministka powinnaś, zdecydowanie! - stwierdził Lucek.

No i znowu wszystko na mnie ;)

wtorek, 17 lipca 2007

319. samo-ch(ł)ód

Gdybym, tak zupełnie hipotetycznie, szła dzisiaj po papierze ściernym drobnoziarnistym, powłócząc nogami, albo i nawet nie powłócząc, to zeszlifowałabym się do uszu. Od dołu.

Zrobiłam jakieś 7368348 kilometrów. Pieszo (dawno temu Egzekutor, dawniej znany jako w-s, czyli mój wykładowca-satyryk, powiedział, że nie lubi określenia "na piechotę" i tego się będę trzymać).

Po dzisiejszych spacerach mam zapewnioną zgrabną sylwetkę do końca 2015 roku, a że przez cały czas świeciło wściekłe słońce, to i opaleniznę na trzy lata z hakiem posiadam.

Miałam do załatwienia sprawę w pobliżu Ikei (na drodze z Sosnowca do Katowic). Żeby się tam dostać, musiałam wysiąść w Katowicach, na Zawodziu, pod Słowianem. I przejść kawałek. Jakiś kilometr i trochę (wiem, bo były szyldy ;)). Na miejscu połaziłam sobie trochę w różnych kierunkach, żeby odkryć, czy mam jakikolwiek autobus do Katowic. Nie miałam, chyba że przebiegłabym przez autostradę. Pomysł wydał mi się mało zachęcający.
Załatwiłam wszystko i poszłam z powrotem pod Słowiana (a szyld o kilometrze z hakiem wisiał na drodze i bardzo mnie denerwował). Pod Słowianem okazało się, że żadnych autobusów ani tramwajów do centrum nie mam. To znaczy owszem, mam, ale nie teraz. Za godzinę. Obwąchałam trzy przystanki, na żadnym się nie udało znaleźć potrzebnego mi środka komunikacji.
Wróciłam się do połowy drogi pod Ikeę (czyli pół kilometra i pół haka). Z kładki nad drogą szybkiego ruchu widać na horyzoncie taki malutki, mniejszy niż pudełko zapałek, budyneczek. Hotel Qubus. Tam musiałam dotrzeć, żeby skręcić na wydział, na którym za godzinę byłam umówiona z Fimbulem i Luckiem.
Zeszłam sobie na poziom Osiedla Gwiazd i zadzwoniłam do Fimbula.
- Fimbulku?
- Stało się coś? Pewnie chcesz mi powiedzieć, że nie dotrzesz na czas?
- Nie, chciałam właśnie powiedzieć, że ja już zmierzam na wydział i możesz nawet wyjeżdżać z domu od razu. CHCIAŁAM. Ale w tej chwili to już nie wiem. Słuchaj, idę... i zrozum mnie dobrze, IDĘ z Zawodzia. Jestem koło Rawy więc może jakoś trafię. Ale nie wiem, o której!
Chwilę jeszcze pogadaliśmy, Fimbul powiedział, że spotkamy się jak dojdę (JEŚLI dojdę). A potem zachichotał i dodał "powodzenia".
No bardzo śmieszne.
Szłam sobie.
Szłam.
I szłam.
I szłam.
A przypominam uprzejmie, że słońce trochę świeciło.
Szłam.
Po dwudziestu minutach zgubił mi się brzeg Rawy (mam nadzieję, że ta rzeka się nazywa Rawa, że nic nie pokręciłam...), ale za to zauważyłam majaczący w oddali budynek WPiA. Więc ten budynek obrałam sobie za cel.
I szłam.
I szłam.
Po drodze minęłam jakiegoś pana z psem. Pies spojrzał na mnie niechętnie (bo MIAŁAM wodę i NIE MIAŁAM futra, dwa powody, dla których mnie nie polubił) i natychmiast skręcił do cienia. Pomyślałam, że to ma sens i poszłam tam za nim.
I szłam.
I szłam. Cieniem.
Cień mi się skończył. Zgubił mi się brzeg Rawy, zgubił się też budynek WPiA, ale wydawało mi się cały czas, że utrzymuję przynajmniej dobry kierunek.
Więc szłam.
I szłam.
I szłam. Ze świadomością, że jak się zgubię całkiem, to będę musiała wrócić się do miejsca, które poznam...
Odnalazł mi się budynek.
Potem odnalazł się brzeg Rawy, zaraz potem budynek zniknął, a brzeg Rawy zniknął chwilę później. I to wcale nie jakaś odwrotność fatamorgany, tylko stale mi te punkty orientacyjne coś zasłaniało.
I szłam.
I szłam.
I doszłam na Bankową.

Na Bankowej ochlapałam się wodą, żeby się chociaż trochę ochłodzić.
Chlapałam się przez pięć minut.
Wyszłam z budynku.
Wyschłam w 20 sekund.

Doszłam na wydział. Wyrobiłam się w godzinę. Lucek na wieść o tym, że SZŁAM z Zawodzia, padł ze śmiechu.
Przyszedł Fimbul.
I zaciągnął mnie do Biblioteki Śląskiej.
Po drodze okazało się, że musimy zrobić obejście zwykłej trasy, bo wylewają asfalt.
Chciałam zawrócić.
Fimbul powiedział, że mam ogromne zdolności w wymyślaniu coraz to nowych powodów do marudzenia.
I poszliśmy.
A z BŚ trzeba było wrócić. Na dworzec, który jest od wydziału oddalony o 15 minut drogi, a od BŚ o jeszcze dodatkowe 15.

Poszłam.

To, że w Jaworznie nie mam przystanku pod domem, naprawdę stanowi niegodny uwagi szczegół, a wyjście na czwarte piętro to piękne ukoronowanie dzisiejszych spacerów.