Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Profesor W. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Profesor W. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 stycznia 2010

872. wywiad z Anią Sz.

Zadzwonił dziś rano Profesor W.
- Nie zamarzłaś? - zapytał.
- Jeszcze nie, ale wszystko przede mną - odparłam.
- Bo gdybyś miała zamarznąć, to wziąłbym cię do siebie i posadził przy piecu - powiedział Profesor W.

Dziś drugi wywiad z serii poznajmy się, tym razem już na poważnie. Następne będą się pojawiać stopniowo (w najbliższych dniach pracuję wieczorami, więc jak wrócę dopiero ;)).



Rowerki na monety. O podróżach z Anią Sz. rozmawia Mrówka


Mrówka: Twoją pasją są podróże. Ile krajów już zwiedziłaś?
Ania Sz.: Rzeczywiście, staram się wiele podróżować. Tak "na poważnie" zaczęłam całkiem niedawno, bo po pierwszym roku studiów - moją pierwszą wielką wyprawą był wyjazd do Francji. Pojechaliśmy w sześć osób i przez tydzień mieszkaliśmy w Taize. To jedyne miejsce we Francji, gdzie mówi się po angielsku :D Kolejny tydzień spędziliśmy na Lazurowym Wybrzeżu - oczywiście w warunkach studenckich. Poza Francją byłam w Niemczech, Hiszpanii, Portugalii, Szwecji, Danii, Włoszech, Chorwacji, Słowacji, Czechach, na Węgrzech, przejeżdżałam przez całą Szwajcarię, więc poniekąd mogę powiedzieć, że i tam byłam. Ach, i Polska jest bardzo ciekawym krajem.

M.: Którą wyprawę wspominasz najlepiej?
A.:Każda jest inna. Wszystkie mają swój niepowtarzalny charakter przede wszystkim dlatego, że nigdy nie mieszkam w hotelach, a co najwyżej w hostelach. Ponadto, wszystko załatwiane jest na własną rękę, a nie przez biura podróży. W związku z tym każda wyprawa ma charakter "autorski", musi być przemyślana przeze mnie samą od początku do końca, a dość specyficzne warunki, w jakich przychodzi czasem mieszkać, sprawiają, że uczę się wielu, czasem dziwnych, a czasem praktycznych rzeczy. Każdy wyjazd jest więc inny. I tak, zdarzyło mi się spać na schodach w Nicei. W Budapeszcie noclegi wykupiłyśmy z koleżankami w budynku poszpitalnym (nie było to wprawdzie powiedziane wprost, ale każde pomieszczenie na placówkę służby zdrowia wskazywało). W Kopenhadze mieszkaliśmy w zaledwie (!) 66-osobowym pokoiku i jeździliśmy po mieście rozklekotanymi rowerami na monetę (coś takiego jak wózki w supermarketach) tylko po to, żeby w niedzielę objechać jak najwięcej muzeów, bo wówczas są darmowe wejścia. Hiszpanię i Portugalię zwiedziłam w wesołym autokarze, prowadząc koczowniczy tryb życia, śpiąc pod namiotami i wydłubując mrówki z chleba. Mogłabym dłuuugo opowiadać o każdej wyprawie, zarówno polskiej, jak i zagranicznej.

M.: W zasadzie po każdej Twojej podróży powinnyśmy pisać osobny wywiad.
A.: Po każdym dniu wyprawy. Poznawanie nowych miejsc, a przy tym innych kultur, innych ludzi sprawia, że każdy dzień zasługuje na osobną relację. Czasem bardzo długą.
Zachwycił mnie Sztohkolm w listopadzie.

M.: Dlaczego?
A.: Sztokholm w listopadzie wyglądał jak wyjęty z bajki - mgły opadały na miasto i wszystko, co przez nie przebijało, wydawało się nierealne. Poza tym, wszelkie kawiarnie, puby zamykane były przed 22, a miasto zamierało.

M.: Może zaczniesz spisywać wspomnienia z wojaży? Naprawdę żałuję, że nie rozmawiałyśmy szczegółowo po każdej wyprawie.
A.: O każdej wyprawię mogę pisać. Mam dokumentację fotograficzną, a to pozwala wiele rzeczy odtworzyć. Myślałam o tym, zastanawiam się tylko nad tym, jak znaleźć złoty środek, tzn. żeby nie popadać w banały, to raz, a dwa - żeby relacje nie były zbyt długie. Choć myślę, że wiele jest do opowiedzenia. Utrzymuję kontakty z ludźmi, których poznałam.

M.: Z Twoich opowieści płynie obraz ludzi przyjaznych, sympatycznych i miłych - czy tylko takich spotykasz na drodze, czy po prostu wyrzucasz z pamięci przykre doświadczenia?
A.: Nie przypominam sobie przykrych doświadczeń. A nie, może jedno, ale nie nazwałabym go przykrym. Wtedy, kiedy we wspomnianej Francji, pani sprzedająca w kasie na dworcu kolejowym nie chciała z nami porozmawiać po angielsku i gdyby koleżanka nie znała francuskiego, musielibyśmy chyba przejść pół kraju na piechotę, bo nie sprzedałaby nam biletów. Poza tym ludzie naprawdę są jeśli nie przyjaźni, to uprzejmi. Myślę, że to wynika z dwóch rzeczy. Po pierwsze, zwykle będąc grzecznym i uśmiechniętym spotkać się można z grzecznością i uprzejmością. Po drugie, ludzie lubią pomagać, więc jeśli widzą kogoś zagubionego, chętnie to robią. Być może jestem zbyt ufna albo zbyt naiwna. Uważam jednak, że mimo że trzeba być zawsze ostrożnym i rozsądnym, nie należy w tym przesadzać. Ludzie są z natury dobrzy i trzeba im wierzyć. Gdyby się nie wierzyło w czyjąś bezinteresowność i chęć wsparcia, wtedy trzeba by się zamknąć w domu i rozpaczać nad złem świata i beznadziejnością życia.

M.: A jak właściwie zaczęła się Twoja przygoda z podróżowaniem? Kiedy stwierdziłaś, że to jest coś, co uwielbiasz?
A.: Kiedy nie chodzilam jeszcze do szkoły i jeszcze oglądałam telewizję. Na TVP3 pokazywano programy podróżnicze i zawsze oglądałam je z wielkim zainteresowaniem. Potem, wiadomo, czytałam Tomki Wilmowskie i inne podobne książki podróżnicze. Prawdziwie zaczęła się dopiero wtedy, kiedy sama na podróże zaczęłam zarabiać - jestem osobą, która uważa, że jeśli ma jakieś zachcianki, nie powinna nimi obarczać innych. Przez szereg lat całe wakacje siedziałam w domu, bo nie miałam możliwości wyjechania gdziekolwiek. Potem były różnego typu obozy, rzecz jasna też nie do końca normalne, bo a to językowy, a to filozoficzny, a to dziennikarski, aż przyszedł okres studiów i początki samodzielności.

M.: Dżentelmeni nie rozmawiają o finansach, my możemy sobie na to spokojnie pozwolić. Wiem, że starasz się ograniczać wydatki i zwiedzać świat jak najmniejszym kosztem. Czy wiążą się z tym jakieś zabawne (albo po prostu ciekawe) sytuacje?
A.: Trzeba przy tym dodać, że z natury jestem dość skąpą osobą, więc moje ograniczanie kosztów jest niezwykle radykalne. Wspominałam już o jeździe rozklekotanymi rowerkami w Kopenhadze i zwiedzaniu muzeów za darmo. Koszta ograniczają też zdecydowanie potrawy zabierane z domu. Potrawy w proszku, rzecz jasna. Nie są przesadnie zdrowe, ale lekkie i tanie. W Avignonie na przykład (znów mówię o Francji, ale to po Danii najdroższy kraj, w jakim byłam) spędziłam cały dzień - od rana do wieczora. Żeby nie kupować tam jedzenia, juz rano ugotowałyśmy z koleżankami makaron (na palniku, na campingu). Kiedy inni jedli kolację w dusznych restauracjach, my miałyśmy ucztę na świeżym powietrzu przy zachodzie słońca nad rzeką. Gratis doszły: widok na pałac papieski i most. Ostatnio odkryłam też portal noclegowy "couchsurfing". W związku z tym już w lutym będę miała okazję jechać na pierwszą wyprawę, na której będę spała całkowicie za darmo - na razie w towarzystwie belgijsko-koreańsko-portugalskim. A dziś, znów korzystając z tego portalu, miałam okazję poznać się z Chińczykiem studiującym w Katowicach. Za darmo dochodzą więc ciekawe i często cenne znajomości.
Potrawy z proszku przypominają mi wiele sytuacji, z czego jedna jest dość zabawna.

M.: Zamieniam się w słuch.
A.: Chcieliśmy się ukryć ze znajomymi przed kibicami Legii Warszawy, którzy przyjechali do Kopenhagi i spali we wspominanym 66-osobowym pokoiku. Kiedy jednak jeden z nich zalewał sobie rodzimą zupkę chińską, nie wytrzymałam i skomentowałam jego zachowanie po polsku. Znanym polskim okrzykiem, będącym jednocześnie przekleństwem o niezwykle rozbudowanej semantyce, powitał mnie, rozpoczynając krótką znajomość.

M.: Dokąd się teraz wybierasz?
A.: Do Portugalii, konkretnie - do Lizbony. Lecę na 12 dni. Żeby ograniczyć koszty - lot z przesiadką, mam więc nadzieję, że pierwszy się nie opóźni na tyle, żebym nie zdążyła na drugi. O ironio, samoloty przerażają mnie. Dlatego też sama podróż w tę i z powrotem nie będzie dla mnie przyjemnością

M.: W takim razie liczę na to, że po powrocie dokładnie nam wszystko opowiesz.

sobota, 7 lipca 2007

313. lipcowa majówka w rajskim ogrodzie

- Co jutro robisz? - zapytał w piątek wieczorem w telefonicznej rozmowie Profesor W. Odpowiedziałam, mniej lub bardziej zgodnie z prawdą, że nic. Profesor W zaproponował, żebym w takim razie przyjechała do niego. Posprawdzałam sobie wszystkie połączenia autobusowe i zaczęłam opracowywać trasę. U Profesora W byłam raz, ze Sławkiem, robiłam wtedy za pilota, ale mieliśmy samochód, więc nie musiałam się martwić o najkrótszą drogę...
Ania zaczęła mi tłumaczyć, w którą stronę muszę skręcić, kiedy wysiądę na przystanku. Po półgodzinie tłumaczenia powiedziała, że mam zapomnieć o jej wskazówkach i podała drogę łatwiejszą.
- Wysiadasz z autobusu i musisz przejść przez tory tramwajowe - produkuje się Ania.
- Gdzie mam te tory? - informuję się mało inteligentnie, bo co jak co, ale tory trudno przeoczyć. - Po lewej czy po prawej?
- POD NOGAMI MASZ! - zirytowała się Ania. - Jak tylko wysiądziesz z autobusu!
Wytłumaczyła mi w końcu gdzie mam przejść.
- Najśmieszniej będzie, jak sobie nie wysiądę na dobrym przystanku - mruknęłam. Ania dostała ataku śmiechu.
- Wiesz, ja i tak przypuszczam, że jutro zadzwonisz do mnie z pytaniem, gdzie jesteś. Będę wtedy twoim GPS-em - obiecała.

Pojechałam, przesiadłam się na dworcu w Sosnowcu, wysiadłam na odpowiednim przystanku i dotarłam do domu Profesora W bez przygód, konieczności pytania o drogę i dzwonienia do Ani. Powitałam Profesora W triumfującym:
- Ha! Nie zgubiłam się jednak!
A po chwili zastanowienia dodałam, że i tak pewnie zapomnę, którędy mam wrócić.

Zrobiliśmy sobie z Profesorem W lipcową majówkę. Już nawet nie mówię, że właziłam po drabinie na czereśnię, zrywałam owoce wielkie jak pięciozłotówki i sobie jadłam (od razu wyjaśniam, drabina się pode mną NIE załamała, z niczego NIE spadłam). Już nie mówię, że zjedliśmy pół krzaczka malin (z malin nie spadłam tym bardziej).
W ogródku Profesora W jest wszystko. Zatrzęsienie owoców. I kwiatów. Można utonąć w zieleni. Odpocząć w Świątyni Dumania ;). Wyciszyć się. Pogadać o wszystkim. Uciec od codziennej bieganiny. Czas mi się tam zatrzymuje. Dużo się zmieniło od naszej z Slkiem ostatniej wizyty - a przecież gdyby nie ten rozrośnięty gąszcz w miejscu, w którym dawniej siedzieliśmy, powiedziałabym, że byliśmy tam nie dawniej niż wczoraj...

Widziałam mrówkę wspinającą się na drzewo, motyla na wysokości nosa (mojego), ślimaka, który nigdzie się nie spieszył (jak ja) i pszczołę, która się wytarzała w pyłku kwiatka. Pszczoły pojawiające się na moim balkonie mają przeważnie umorusane pyłkiem pyszczki (no pyszczki, bo nie wiem, jak się nazywa twarz pszczoły). Te u Profesora W wyglądają tak, jakby się w tych pyłkach kąpały. Brudne jednolicie na całym futerku.

U Profesora W człowiek szybko zaczyna się czuć jak u siebie. Ale i tak nie da się tej niepowtarzalnej atmosfery i całego piękna oddać w pospolitej Mrówkowej notce. Kto był, ten wie, kto nie był, niech żałuje ;).

Odprowadził mnie potem Profesor W na przystanek, a właściwie zrobiliśmy sobie jeszcze mały spacer (ja - na przystanek, Profesor W do sklepu).
Wsiadłam w sosnowiecki autobus, żeby dojechać na dworzec.
W autobusie reklama "z nami dojedziesz punktualnie". Tja... autobus spóźnił się osiem minut, wobec czego uciekł mi bezpośredni do Jaworzna. Też nie pomyślałam, bo gdybym wysiadła przystanek przed dworcem i pobiegła pod bibliotekę, mogłabym na niego jeszcze zdążyć. Uznajmy, że mi się nie chciało. Następny do Jaworzna miałam za godzinę.
Sprawdziłam połączenia do Katowic, Mysłowic i na Niwkę.
Kupiłam sobie na dworcu bilet. Pan w kiosku dostał ataku śmiechu, bo rano też kupowałam sobie u niego bilet. Być może pomyślał, że jeżdżę w kółko, zataczając przy tym coraz szersze kręgi. Ale w końcu "każdy ma prawo do rozrywek na urlopie" (Slk - źródło cytatu rozpoznasz na pewno).
Wymyśliłam sobie, że dojadę do przystanku Niwka Kościół i tam złapię jaworznicki autobus jakikolwiek.
Jadę sobie autobusem linii, którą pierwszy raz w życiu na oczy widzę i pogwizduję. Z nadzieją, że nie ma wielu przystanków zatytułowanych "Niwka Kościół" i z nadzieją drugą - że poznam, gdzie mam wysiąść.
Jadę sobie dzielnie.
Jadę.
Wyglądam przez okno.
Za oknem jakaś hala produkcyjna, a na hali napis "Bydgoszcz".
Taaaak...
Dojechałam na Niwkę, przesiadłam się w autobus do domu i trafiłam bez problemów.

I z miłymi wspomnieniami.

środa, 16 maja 2007

267. chaos

Dzień, jak zwykle, szalony. Chronologicznie wypada jakoś tak:

Robert życzy mi, żeby moje szuflady dostały anoreksji. Zgadzam się z nim, bo może część tej anoreksji szufladowej przejdzie na ich (tj. szuflad) właścicielkę i trochę schudnę.
Trochę, bo pasek do spodni pożyczam od brata, a nie uśmiecha mi się chodzenie w jednej nogawce i udawanie, że to długa i wąska spódnica.
Chociaż może jakbym bardzo schudła, to nie musiałabym udawać, że wąska? W każdym razie poza pomysłem odchudzania szuflad (znaczy, wywalenia swojej twórczości na światło dzienne), Ro zachęca mnie do napisania tekstu dla jego zespołu.
Bardzo chętnie, niech tylko dostanę temat (zabrzmiało jak "niech ja go tylko dorwę").

Bartek (od niedawna kompozytor Ballady) utrzymuje, zapewne z grzeczności, że mu się podobają moje teksty i chce mnie poznać. Kiedyś. (to przełożenie spotkania na "kiedyś", nie wiem, czy bardziej za sprawą Bartka, czy twórcy "Spotkań", ma sporo sensu. Oficjalnie - najpierw mam skończyć studia. Nieoficjalnie - może mnie unikają? ;) )

Fimbul... Kiedy widzimy się z Fimbulem, to zawsze na początku udajemy, że się NIE widzimy. W tym celu musimy nawiązać ze sobą pierwszy kontakt wzrokowy (nic to, że innego nie nawiązujemy, chyba że Fimbul trenuje na mnie jakieś ciosy karate). Potem trzeba odwrócić wzrok, zadrzeć brodę do góry i udawać, że to w ogóle nie my. Dzisiaj po tej całej pantomimie przywitałam Fimbula słowami "wiesz, jak trzeba się namęczyć, żeby cię zobaczyć, i żebyś zobaczył, że udaję, że cię nie widzę?"
Jeszcze parę takich tekstów i naprawdę zacznie udawać, że mnie nie widzi...

Na Piotrka wpadłam, kiedy był zajęty okupowaniem dziekanatu (zamkniętego w środy). Dopiął swego, wdarł się przemocą na tereny niedostępne dla zwykłych śmiertelników, a potem razem polecieliśmy na dworzec. Przeszliśmy podziemiami. Piotrek odprowadził mnie pod samo wyjście z dworca i powiedział, że teraz już się nie powinnam zgubić.
Zawsze się zastanawiam, czy aż tak po mnie widać, że nie mam orientacji w terenie...

Z Profesorem W gadałam przez telefon.
- Co porabiasz? - zagadnął Profesor W. Rzuciłam okiem na trzymaną na kolanach książkę.
- Czytam sobie powieść biograficzną o Andersenie - odparłam, zgodnie zresztą z prawdą.
- No tak... I pewnie będziesz ją potem recenzować?
Pewnie będę ;). Ale świetna jest, wciągnęłam się i czytam na razie dla przyjemności.

poniedziałek, 30 kwietnia 2007

253. zapatrzenie

Profesor W dał nam swój artykuł z "Raptularza Kulturalnego".
Czytałam go sobie i nagle podskoczyłam z radością.
- Takie same literackie skojarzenia mam! - zawołałam.
- Bo pewnie masz to po mnie w genach - wyjaśnił Profesor W. - Przez zapatrzenie.

sobota, 28 kwietnia 2007

251. sielanka

Właściwie tytuł dzisiejszej notki powinien brzmieć zupełnie inaczej, ale ten, który pasuje najbardziej, wymyślony przez Profesora W - Majówka u Profesorostwa W - został zarezerwowany dla zadania domowego Mrówki, czyli felietonu z dzisiejszej wyprawy.

Pojechaliśmy ze Sławkiem do Profesora W. Teoretycznie - na chwilę, żeby przetrzeć szlaki i poznać trasę.
Spotkaliśmy się w Sosnowcu na dworcu, potem jechaliśmy samochodem Sławka.
- Trzymaj mapę, będziesz mnie kierować - powiedział Slk. Do mnie. Ja się gubię wszędzie, na geografii się nie znam i mylę kierunki (na szybko nie potrafię rozróżnić, gdzie jest prawa a gdzie lewa strona). Do mnie. Której Arturek oznajmił ostatnio w Krakowie: "przecież gdybym ja do ciebie zadzwonił z pytaniem, gdzie jesteś, powiedziałabyś mi >>w Krakowie!<<".

Pojechaliśmy. Mrówka z duszą na ramieniu i mapką w rękach, Slk z duszą nie wiem gdzie i bez mapy.
I okazało się, że umiem! Trafiliśmy! Może dlatego, że Slk nie zawsze mnie słuchał? ;).
- Masz tam na mapie jakieś tory? - pyta się Slk w pewnym momencie.
- A jak na tej mapie wyglądają tory? Takie czarne kreski?
- Tak.
- To mam! O, nawet przez nie musimy przejechać! - ucieszyłam się.
I chwilę później faktycznie przejechaliśmy. Ucieszyłam się, że albo jedziemy idealnie i wszystko się zgadza, albo zabłądziliśmy i trafiamy przypadkiem w podobne miejsce.
Ale udało się trafić bez przygód.

A kiedy wracaliśmy, nie dość, że wypilotowałam Sławka - dzięki mapce od Profesora W - z Sosnowca, to jeszcze pokierowałam go do samego Jaworzna.
Aż jestem z siebie dumna! ;).
No i dziękuję za podwiezienie!

- Ciekawe, jak nas Mrówka w blogu dzisiaj obsmaruje... - zastanowił się Profesor W.
Sama się zastanawiam... Było wspaniale. Przyjechaliśmy na chwilę, zostaliśmy pół dnia.
- To ja może zadzwonię do brata, że jeszcze tu jesteśmy, niech się o mnie w domu nie martwią - odrywam się na chwilę od pogawędki.
- Zadzwoń - mówi Profesor W - powiedz, że w bezpiecznym miejscu jesteś.
Byłam. Oaza spokoju. Mnóstwo ciekawych opowieści, anegdot, żartów, pysznego jedzenia i atmosfera błogości. Upał i brzęczenie pszczół w ciszy.
No dobrze, trochę zostawię sobie na ten zaplanowany felieton.

Dopiero teraz widzę, jak bardzo brakowało mi takiego odpoczynku z prawdziwego zdarzenia, namiastki wakacji. Dopiero teraz - bo u Profesorostwa W nabrałam sił do pracy.
Panie Profesorze - dziękuję!