- Nie zamarzłaś? - zapytał.
- Jeszcze nie, ale wszystko przede mną - odparłam.
- Bo gdybyś miała zamarznąć, to wziąłbym cię do siebie i posadził przy piecu - powiedział Profesor W.
Dziś drugi wywiad z serii poznajmy się, tym razem już na poważnie. Następne będą się pojawiać stopniowo (w najbliższych dniach pracuję wieczorami, więc jak wrócę dopiero ;)).

Rowerki na monety. O podróżach z Anią Sz. rozmawia Mrówka
Mrówka: Twoją pasją są podróże. Ile krajów już zwiedziłaś?
Ania Sz.: Rzeczywiście, staram się wiele podróżować. Tak "na poważnie" zaczęłam całkiem niedawno, bo po pierwszym roku studiów - moją pierwszą wielką wyprawą był wyjazd do Francji. Pojechaliśmy w sześć osób i przez tydzień mieszkaliśmy w Taize. To jedyne miejsce we Francji, gdzie mówi się po angielsku :D Kolejny tydzień spędziliśmy na Lazurowym Wybrzeżu - oczywiście w warunkach studenckich. Poza Francją byłam w Niemczech, Hiszpanii, Portugalii, Szwecji, Danii, Włoszech, Chorwacji, Słowacji, Czechach, na Węgrzech, przejeżdżałam przez całą Szwajcarię, więc poniekąd mogę powiedzieć, że i tam byłam. Ach, i Polska jest bardzo ciekawym krajem.
M.: Którą wyprawę wspominasz najlepiej?
A.:Każda jest inna. Wszystkie mają swój niepowtarzalny charakter przede wszystkim dlatego, że nigdy nie mieszkam w hotelach, a co najwyżej w hostelach. Ponadto, wszystko załatwiane jest na własną rękę, a nie przez biura podróży. W związku z tym każda wyprawa ma charakter "autorski", musi być przemyślana przeze mnie samą od początku do końca, a dość specyficzne warunki, w jakich przychodzi czasem mieszkać, sprawiają, że uczę się wielu, czasem dziwnych, a czasem praktycznych rzeczy. Każdy wyjazd jest więc inny. I tak, zdarzyło mi się spać na schodach w Nicei. W Budapeszcie noclegi wykupiłyśmy z koleżankami w budynku poszpitalnym (nie było to wprawdzie powiedziane wprost, ale każde pomieszczenie na placówkę służby zdrowia wskazywało). W Kopenhadze mieszkaliśmy w zaledwie (!) 66-osobowym pokoiku i jeździliśmy po mieście rozklekotanymi rowerami na monetę (coś takiego jak wózki w supermarketach) tylko po to, żeby w niedzielę objechać jak najwięcej muzeów, bo wówczas są darmowe wejścia. Hiszpanię i Portugalię zwiedziłam w wesołym autokarze, prowadząc koczowniczy tryb życia, śpiąc pod namiotami i wydłubując mrówki z chleba. Mogłabym dłuuugo opowiadać o każdej wyprawie, zarówno polskiej, jak i zagranicznej.
M.: W zasadzie po każdej Twojej podróży powinnyśmy pisać osobny wywiad.
A.: Po każdym dniu wyprawy. Poznawanie nowych miejsc, a przy tym innych kultur, innych ludzi sprawia, że każdy dzień zasługuje na osobną relację. Czasem bardzo długą.
Zachwycił mnie Sztohkolm w listopadzie.
M.: Dlaczego?
A.: Sztokholm w listopadzie wyglądał jak wyjęty z bajki - mgły opadały na miasto i wszystko, co przez nie przebijało, wydawało się nierealne. Poza tym, wszelkie kawiarnie, puby zamykane były przed 22, a miasto zamierało.
M.: Może zaczniesz spisywać wspomnienia z wojaży? Naprawdę żałuję, że nie rozmawiałyśmy szczegółowo po każdej wyprawie.
A.: O każdej wyprawię mogę pisać. Mam dokumentację fotograficzną, a to pozwala wiele rzeczy odtworzyć. Myślałam o tym, zastanawiam się tylko nad tym, jak znaleźć złoty środek, tzn. żeby nie popadać w banały, to raz, a dwa - żeby relacje nie były zbyt długie. Choć myślę, że wiele jest do opowiedzenia. Utrzymuję kontakty z ludźmi, których poznałam.
M.: Z Twoich opowieści płynie obraz ludzi przyjaznych, sympatycznych i miłych - czy tylko takich spotykasz na drodze, czy po prostu wyrzucasz z pamięci przykre doświadczenia?
A.: Nie przypominam sobie przykrych doświadczeń. A nie, może jedno, ale nie nazwałabym go przykrym. Wtedy, kiedy we wspomnianej Francji, pani sprzedająca w kasie na dworcu kolejowym nie chciała z nami porozmawiać po angielsku i gdyby koleżanka nie znała francuskiego, musielibyśmy chyba przejść pół kraju na piechotę, bo nie sprzedałaby nam biletów. Poza tym ludzie naprawdę są jeśli nie przyjaźni, to uprzejmi. Myślę, że to wynika z dwóch rzeczy. Po pierwsze, zwykle będąc grzecznym i uśmiechniętym spotkać się można z grzecznością i uprzejmością. Po drugie, ludzie lubią pomagać, więc jeśli widzą kogoś zagubionego, chętnie to robią. Być może jestem zbyt ufna albo zbyt naiwna. Uważam jednak, że mimo że trzeba być zawsze ostrożnym i rozsądnym, nie należy w tym przesadzać. Ludzie są z natury dobrzy i trzeba im wierzyć. Gdyby się nie wierzyło w czyjąś bezinteresowność i chęć wsparcia, wtedy trzeba by się zamknąć w domu i rozpaczać nad złem świata i beznadziejnością życia.
M.: A jak właściwie zaczęła się Twoja przygoda z podróżowaniem? Kiedy stwierdziłaś, że to jest coś, co uwielbiasz?
A.: Kiedy nie chodzilam jeszcze do szkoły i jeszcze oglądałam telewizję. Na TVP3 pokazywano programy podróżnicze i zawsze oglądałam je z wielkim zainteresowaniem. Potem, wiadomo, czytałam Tomki Wilmowskie i inne podobne książki podróżnicze. Prawdziwie zaczęła się dopiero wtedy, kiedy sama na podróże zaczęłam zarabiać - jestem osobą, która uważa, że jeśli ma jakieś zachcianki, nie powinna nimi obarczać innych. Przez szereg lat całe wakacje siedziałam w domu, bo nie miałam możliwości wyjechania gdziekolwiek. Potem były różnego typu obozy, rzecz jasna też nie do końca normalne, bo a to językowy, a to filozoficzny, a to dziennikarski, aż przyszedł okres studiów i początki samodzielności.
M.: Dżentelmeni nie rozmawiają o finansach, my możemy sobie na to spokojnie pozwolić. Wiem, że starasz się ograniczać wydatki i zwiedzać świat jak najmniejszym kosztem. Czy wiążą się z tym jakieś zabawne (albo po prostu ciekawe) sytuacje?
A.: Trzeba przy tym dodać, że z natury jestem dość skąpą osobą, więc moje ograniczanie kosztów jest niezwykle radykalne. Wspominałam już o jeździe rozklekotanymi rowerkami w Kopenhadze i zwiedzaniu muzeów za darmo. Koszta ograniczają też zdecydowanie potrawy zabierane z domu. Potrawy w proszku, rzecz jasna. Nie są przesadnie zdrowe, ale lekkie i tanie. W Avignonie na przykład (znów mówię o Francji, ale to po Danii najdroższy kraj, w jakim byłam) spędziłam cały dzień - od rana do wieczora. Żeby nie kupować tam jedzenia, juz rano ugotowałyśmy z koleżankami makaron (na palniku, na campingu). Kiedy inni jedli kolację w dusznych restauracjach, my miałyśmy ucztę na świeżym powietrzu przy zachodzie słońca nad rzeką. Gratis doszły: widok na pałac papieski i most. Ostatnio odkryłam też portal noclegowy "couchsurfing". W związku z tym już w lutym będę miała okazję jechać na pierwszą wyprawę, na której będę spała całkowicie za darmo - na razie w towarzystwie belgijsko-koreańsko-portugalskim. A dziś, znów korzystając z tego portalu, miałam okazję poznać się z Chińczykiem studiującym w Katowicach. Za darmo dochodzą więc ciekawe i często cenne znajomości.
Potrawy z proszku przypominają mi wiele sytuacji, z czego jedna jest dość zabawna.
M.: Zamieniam się w słuch.
A.: Chcieliśmy się ukryć ze znajomymi przed kibicami Legii Warszawy, którzy przyjechali do Kopenhagi i spali we wspominanym 66-osobowym pokoiku. Kiedy jednak jeden z nich zalewał sobie rodzimą zupkę chińską, nie wytrzymałam i skomentowałam jego zachowanie po polsku. Znanym polskim okrzykiem, będącym jednocześnie przekleństwem o niezwykle rozbudowanej semantyce, powitał mnie, rozpoczynając krótką znajomość.
M.: Dokąd się teraz wybierasz?
A.: Do Portugalii, konkretnie - do Lizbony. Lecę na 12 dni. Żeby ograniczyć koszty - lot z przesiadką, mam więc nadzieję, że pierwszy się nie opóźni na tyle, żebym nie zdążyła na drugi. O ironio, samoloty przerażają mnie. Dlatego też sama podróż w tę i z powrotem nie będzie dla mnie przyjemnością
M.: W takim razie liczę na to, że po powrocie dokładnie nam wszystko opowiesz.


