Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ania Sz.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ania Sz.. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 maja 2011

1102. komar

Mrówka (14-05-2011 23:57)
komar tu przefrunął
Mrówka (14-05-2011 23:57)
niestety nie trafiłam
Mrówka (14-05-2011 23:57)
ale najgorsze, że
Mrówka (14-05-2011 23:57)
on COŚ NIÓSŁ
Mrówka (14-05-2011 23:57)
wyglądało na walizkę...
Mrówka (14-05-2011 23:57)
mikroskopijną, na dwa milimetry, ale walizkę
Ania Sz. (14-05-2011 23:57)
taak
Ania Sz. (14-05-2011 23:57)
na pewno
Ania Sz. (14-05-2011 23:57)
:)
Mrówka (14-05-2011 23:57)
ej no, nie dość, że mam w pokoju żywego komara, to on się jeszcze wprowadza
Ania Sz. (14-05-2011 23:57)
(w takich przypadkach lepiej przytakiwac)


edit:
i komentarz Olka z facebooka:

Wiem, że czasem trudno jest się tym pogodzić, ale ktoś musi być brutalnie szczery... On cię porzucił...

Nie chce mi się opracowywać, smutno mi. Pa.

środa, 1 września 2010

989. obchody

- Dziś mamy 101 dni - powiedziała Ania Sz., obchodząca ze swoim chłopakiem kolejną małą rocznickę.
- To daj mu w prezencie dalmatyńczyka - zaproponowała Mrówka.
- Właśnie to samo pomyślałam - wyznała Ania Sz. - Nie no, poczekam do jutra. Dam mu czołg.






A ja napisałam bajkę.

piątek, 2 lipca 2010

952. Łódź

- Mrówka, masz książkę "Kpiny i kpinki" Załuckiego? - zapytała Ania Sz. przez telefon.
- Nie wiem - odparła Mrówka, która czasami traci rachubę co do stanu posiadania w biblioteczce satyrycznej (głównie dlatego, że tam książek stale przybywa).
- Bo stoję przed antykwariatem, w którym Załucki jest na wystawie - wyjaśniła Ania Sz.
- O, ale fajnie, a gdzie ten antykwariat? - ucieszyła się Mrówka.
- Na Piotrkowskiej, w Łodzi - powiedziała Ania.

sobota, 27 marca 2010

900. mamuty 2

W zeszłym roku zrobiłam Ani Sz. na urodziny kalendarz mamutów. 12 wierszyków o mamutach w różnych porach roku. Pisałam to, leżąc z gorączką, przez jakieś trzy dni.
Info o tym jest w notce 733 (to znaczy będzie, jak przekopiuję). W tym roku postanowiłam kontynuować tradycję i stworzyłam nowy kalendarz mamutów, w trzy godziny i bez gorączki.
Tym razem motywem przewodnim są przebieranki (mamut, żeby przetrwać, musi się przebierać za inne stworzenia).
Jak ktoś chce całość na maila (ale bez rysunków, rysunki robiłam ręcznie i nie mam kopii) - to czekam na sygnał.

Na zachętę/zniechęcenie pierwszy wierszyk, jaki powstał.

LUTY

Mamut dziś z samego ranka
chciał się przebrać za bałwanka.
Nie chciał w sumie, ale zaspał,
wstaje, patrzy – na nim zaspa,
więc, miast otrzepywać włoski,
myśli – na wzór eskimoski,
przechadzając się po polu:
jak nie zwalczysz czegoś – polub.

Zamiast stać jak posąg grecki,
z górki rzucił się na plecki
i z łomotem w dół się turla.
Za nim sypie zaś się z gór la-
wina, śnieg już go otula –
mamut – jedna wielka kula.

Nosem zarył w prapragrządki
(naszej szklarni to początki),
a gdy się wyplątał z chaszczy,
to marchewkę trzymał w paszczy.

Chciał węgielki na guziki,
ale sprawdził sobie w Wiki,
że z tworzeniem węgla proces
zaczął w innej się epoce.
Och, nie pora tu na wykład,
choć historia to niezwykła.
W każdym razie z węgla braku
mamut zabrał garść ziemniaków
(i nie próbuj pytać tutaj,
skąd garść jakaś u mamuta,
skoro nie miał łap wśród kończyn,
bo mi wierszyk się nie skończy).
W tajemnicy też ci powiem –
garnka nie miał on na głowie,
nie był przez to smutny, a zły,
że mu uszy tam nie wlazły.

Jeszcze wziął do łapy chwasta,
no a wtedy marzec nastał.
Słońce wyszło z chmur czeluści
i nasz mamut się rozpuścił.

wtorek, 23 marca 2010

898. trauma

W zeszłym miesiącu nocowałam u Ani Sz. po Scenie.
- Co zjesz na kolację? - zapytała Ania Sz., po czym jednym tchem wymieniła mi dwieście produktów z szafki. W końcu udało się ją przekonać, że mogę zjeść cokolwiek i nie mam wymagań. Ania zaproponowała herbatę.
- Jaką chcesz? Mam... - i wymieniła sześć rodzajów herbat.

Tydzień później wpadłam do Fimbula, który zapragnął poczęstować mnie (i siebie) herbatą.
- Dobrze, że nie jesteś Anią Sz. - powiedziałam z ulgą, jak się okazało, przedwczesną.
- Jaką chcesz? - zapytał Fimbul, zaglądając do szafki. - I dlaczego dobrze, że nie Anią? - po czym zaczął wymieniać gatunki herbat, które ma.

Niedawno umówiliśmy się na spotkanie w większym gronie i z Fimbulem wpadliśmy do Ani B. i Mariusza.
- Czego się napijecie? - zapytała Ania B. gościnnie. Zgodnie poprosiliśmy o herbatę.
- A jaką chcecie? - rzuciła Ania B., zaglądając do szafki - bo mam... - i zaczęła wyliczać.

Trauma na całe życie. Przez najbliższe dwadzieścia lat będę się bała o herbatę poprosić.
A jutro znowu nocuję u Ani Sz... już czuję, że łatwo nie będzie...

sobota, 20 marca 2010

897. teksty

Po trzech godzinach pisania różnych tekstów satyrycznych (efekt zobaczycie wkrótce być może), wymyśliłam sobie jeszcze i napisałam tekst na Kabaretową (23 marca gramy w Bielsku, 24 w Katowicach, CHYBA ;)). Robo przeczytał.

- Podoba mi się bardzo ten tekst - napisał. - Jest taki fajny, w stylu Waligórskiego.
- Coś kombinujesz, ale nie mogę wyczuć, co. To mnie bardzo niepokoi - stwierdziła Mrówka. - Możesz mi powiedzieć, co knujesz?
- Nie mogę - odparł Robo. - Bo jak powiem, to się okaże, że nic nie knuję, a tak to chociaż fajny nastrój tajemniczości się robi.
- Już samo to, że go chwalisz, jest podejrzane - drążyła Mrówka. - Teraz nie wiem, czy go wyrzucić, czy przerobić.
- Ej, no sorry, że mi się podoba! - napisał Robo. - Postaram się go znielubić.

Teraz on się stara, a ja mam dylemat.


A Ania Sz. ma dziś urodziny, zadzwoniłam do niej.
- Złóż sobie w moim imieniu życzenia - powiedziałam.
- Ej, to właściwie PO CO dzwonisz? - zainteresowała się Ania.

piątek, 5 marca 2010

890. narzędzie zbrodni

Jestem przybita z głupiego powodu, powoli mi to przybicie wszyscy po kolei rozładowują (S. ostatni w łańcuchu jak na razie, ale i tak skuteczny).

- Jakie jest najbardziej niebezpieczne narzędzie, jakie mam w domu? - zapytała Mrówka Anię Sz.
- Firanka - odparła Ania Sz. bez namysłu.



Akurat nie firanka, ale w sumie może nie będę dzisiaj dopowiadać, zgadujcie sobie (albo nie). Niech to będzie urwana notka, nie wrócił mi jeszcze nastrój do opowiadania całych.

poniedziałek, 1 marca 2010

888. życzenia

Koniec lutego to czas gęsty od urodzin. 25 - Ania B., 26 - brat Mrówki, 27 - Mariusz Ani (i potem Sal pierwszego marca). Ponieważ Ania B. i Mariusz byli w tym czasie nad morzem, spróbowałam wysłać życzenia do Ani smsem. Nie udało się. Napisałam więc do Mariusza, żeby przekazał.
Przekazał.
Dwa dni później wysyłałam do Mariusza smsa "dziś sam sobie złóż w moim imieniu życzenia, tylko się postaraj!". Mariusz odpisał, że się postara.
Opowiedziałam całą sytuację Ani Sz.
- Nie wiem, czy sobie zdajesz sprawę z tego, że to raz na zawsze rozwiązuje nasz problem ze składaniem ludziom życzeń - oznajmiłam jej. - Teraz zawsze możemy przez kogoś składać.
- Mrówka, od dziś mówię na ciebie Miszcz - oświadczyła Ania Sz.

Sal, dziś sobie sam złóż ;).

wtorek, 23 lutego 2010

to miał być zwykły komć, ale nie daje się go wkleić, więc macie jako notkę:

cieszę się z biegu. Od wczoraj nie byłam w domu, teraz piszę z wydziału. W Korezie byłam bileterką, satyrykiem i prawie wokalistką, dostałam kubek korezowy i wlazłam do tego miejsca, z którego Sergiusz rządzi świat(ł)em. I mialam tekst w rekawie. I napisalam Piotrkowi zapowiedz dla mnie, i odegralismy tekst jako kawalek scenki. I byl Sponsor. Wczoraj piękna noc u Ani Sz (dziękuję! :D), dziś piękne trzy godziny u Tenora. Za pół godziny zmierzamy do Bielska, ciekawe, czy dadzą mi trochę pośpiewać, niosło mnie to wczoraj przez pół dnia, nie przypuszczalam, że potrafię. NIKT nie przypuszczal, pianista chcial od razu, zebysmy wykonali tę piosenkę, zawolal wszystkich, żeby posluchali jak spiewam, więc sobie wyobraźcie, jak to wyszlo :D. A godzinę wczesniej mówilam Sergiuszowi, ze nie spiewam, bo nie umiem :D. Dużo przyjaciół, dużo uśmiechów, dużo pomysłów na nowe teksty i bieg. A potem się charakteryzuję na intelektualistkę i klnę za kulisami, bo mi niewygodnie w okularach na czubku nosa. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak jestem wdzięczna Piotrkowi, że wyrzucił mnie w grudniu na scenę... (przypuszczam, że widzowie są mniej wdzięczni, ale już trudno, nie można mieć wszystkiego). Lecę, do zobaczenia wkrótce. mrowka


Edit: teraz już tylko 20 minut
PS - wiem, że nie zawsze używam pl znaków, ale czasami co tu przeskakuje i się nie da.
PS 2 - siedzi tu Ania Sz i powtarza czasowniki portugalskie (POWIEDZIALA mi, że to czasowniki, nie wiem, co naprawdę powtarza, bo mówi cos nie po pl).

Edit 2 - 17 minut

czwartek, 18 lutego 2010

885. przeklinanie

Ania Sz. poprawia tekst do książki.
Tekst najmniej skołowanego ze Skołowanych.
Pokazuje mi co smaczniejsze kawałki.
- Przypuszczam, że nie podejrzewałaś nawet, że znasz tyle brzydkich słów, którymi da się wyrazić to, co czujesz? - zagaiłam.
- Wystarczą 4 - odpisała Ania. - Ale nie znałam tylu ich możliwości derywacyjnych.

niedziela, 24 stycznia 2010

872. wywiad z Anią Sz.

Zadzwonił dziś rano Profesor W.
- Nie zamarzłaś? - zapytał.
- Jeszcze nie, ale wszystko przede mną - odparłam.
- Bo gdybyś miała zamarznąć, to wziąłbym cię do siebie i posadził przy piecu - powiedział Profesor W.

Dziś drugi wywiad z serii poznajmy się, tym razem już na poważnie. Następne będą się pojawiać stopniowo (w najbliższych dniach pracuję wieczorami, więc jak wrócę dopiero ;)).



Rowerki na monety. O podróżach z Anią Sz. rozmawia Mrówka


Mrówka: Twoją pasją są podróże. Ile krajów już zwiedziłaś?
Ania Sz.: Rzeczywiście, staram się wiele podróżować. Tak "na poważnie" zaczęłam całkiem niedawno, bo po pierwszym roku studiów - moją pierwszą wielką wyprawą był wyjazd do Francji. Pojechaliśmy w sześć osób i przez tydzień mieszkaliśmy w Taize. To jedyne miejsce we Francji, gdzie mówi się po angielsku :D Kolejny tydzień spędziliśmy na Lazurowym Wybrzeżu - oczywiście w warunkach studenckich. Poza Francją byłam w Niemczech, Hiszpanii, Portugalii, Szwecji, Danii, Włoszech, Chorwacji, Słowacji, Czechach, na Węgrzech, przejeżdżałam przez całą Szwajcarię, więc poniekąd mogę powiedzieć, że i tam byłam. Ach, i Polska jest bardzo ciekawym krajem.

M.: Którą wyprawę wspominasz najlepiej?
A.:Każda jest inna. Wszystkie mają swój niepowtarzalny charakter przede wszystkim dlatego, że nigdy nie mieszkam w hotelach, a co najwyżej w hostelach. Ponadto, wszystko załatwiane jest na własną rękę, a nie przez biura podróży. W związku z tym każda wyprawa ma charakter "autorski", musi być przemyślana przeze mnie samą od początku do końca, a dość specyficzne warunki, w jakich przychodzi czasem mieszkać, sprawiają, że uczę się wielu, czasem dziwnych, a czasem praktycznych rzeczy. Każdy wyjazd jest więc inny. I tak, zdarzyło mi się spać na schodach w Nicei. W Budapeszcie noclegi wykupiłyśmy z koleżankami w budynku poszpitalnym (nie było to wprawdzie powiedziane wprost, ale każde pomieszczenie na placówkę służby zdrowia wskazywało). W Kopenhadze mieszkaliśmy w zaledwie (!) 66-osobowym pokoiku i jeździliśmy po mieście rozklekotanymi rowerami na monetę (coś takiego jak wózki w supermarketach) tylko po to, żeby w niedzielę objechać jak najwięcej muzeów, bo wówczas są darmowe wejścia. Hiszpanię i Portugalię zwiedziłam w wesołym autokarze, prowadząc koczowniczy tryb życia, śpiąc pod namiotami i wydłubując mrówki z chleba. Mogłabym dłuuugo opowiadać o każdej wyprawie, zarówno polskiej, jak i zagranicznej.

M.: W zasadzie po każdej Twojej podróży powinnyśmy pisać osobny wywiad.
A.: Po każdym dniu wyprawy. Poznawanie nowych miejsc, a przy tym innych kultur, innych ludzi sprawia, że każdy dzień zasługuje na osobną relację. Czasem bardzo długą.
Zachwycił mnie Sztohkolm w listopadzie.

M.: Dlaczego?
A.: Sztokholm w listopadzie wyglądał jak wyjęty z bajki - mgły opadały na miasto i wszystko, co przez nie przebijało, wydawało się nierealne. Poza tym, wszelkie kawiarnie, puby zamykane były przed 22, a miasto zamierało.

M.: Może zaczniesz spisywać wspomnienia z wojaży? Naprawdę żałuję, że nie rozmawiałyśmy szczegółowo po każdej wyprawie.
A.: O każdej wyprawię mogę pisać. Mam dokumentację fotograficzną, a to pozwala wiele rzeczy odtworzyć. Myślałam o tym, zastanawiam się tylko nad tym, jak znaleźć złoty środek, tzn. żeby nie popadać w banały, to raz, a dwa - żeby relacje nie były zbyt długie. Choć myślę, że wiele jest do opowiedzenia. Utrzymuję kontakty z ludźmi, których poznałam.

M.: Z Twoich opowieści płynie obraz ludzi przyjaznych, sympatycznych i miłych - czy tylko takich spotykasz na drodze, czy po prostu wyrzucasz z pamięci przykre doświadczenia?
A.: Nie przypominam sobie przykrych doświadczeń. A nie, może jedno, ale nie nazwałabym go przykrym. Wtedy, kiedy we wspomnianej Francji, pani sprzedająca w kasie na dworcu kolejowym nie chciała z nami porozmawiać po angielsku i gdyby koleżanka nie znała francuskiego, musielibyśmy chyba przejść pół kraju na piechotę, bo nie sprzedałaby nam biletów. Poza tym ludzie naprawdę są jeśli nie przyjaźni, to uprzejmi. Myślę, że to wynika z dwóch rzeczy. Po pierwsze, zwykle będąc grzecznym i uśmiechniętym spotkać się można z grzecznością i uprzejmością. Po drugie, ludzie lubią pomagać, więc jeśli widzą kogoś zagubionego, chętnie to robią. Być może jestem zbyt ufna albo zbyt naiwna. Uważam jednak, że mimo że trzeba być zawsze ostrożnym i rozsądnym, nie należy w tym przesadzać. Ludzie są z natury dobrzy i trzeba im wierzyć. Gdyby się nie wierzyło w czyjąś bezinteresowność i chęć wsparcia, wtedy trzeba by się zamknąć w domu i rozpaczać nad złem świata i beznadziejnością życia.

M.: A jak właściwie zaczęła się Twoja przygoda z podróżowaniem? Kiedy stwierdziłaś, że to jest coś, co uwielbiasz?
A.: Kiedy nie chodzilam jeszcze do szkoły i jeszcze oglądałam telewizję. Na TVP3 pokazywano programy podróżnicze i zawsze oglądałam je z wielkim zainteresowaniem. Potem, wiadomo, czytałam Tomki Wilmowskie i inne podobne książki podróżnicze. Prawdziwie zaczęła się dopiero wtedy, kiedy sama na podróże zaczęłam zarabiać - jestem osobą, która uważa, że jeśli ma jakieś zachcianki, nie powinna nimi obarczać innych. Przez szereg lat całe wakacje siedziałam w domu, bo nie miałam możliwości wyjechania gdziekolwiek. Potem były różnego typu obozy, rzecz jasna też nie do końca normalne, bo a to językowy, a to filozoficzny, a to dziennikarski, aż przyszedł okres studiów i początki samodzielności.

M.: Dżentelmeni nie rozmawiają o finansach, my możemy sobie na to spokojnie pozwolić. Wiem, że starasz się ograniczać wydatki i zwiedzać świat jak najmniejszym kosztem. Czy wiążą się z tym jakieś zabawne (albo po prostu ciekawe) sytuacje?
A.: Trzeba przy tym dodać, że z natury jestem dość skąpą osobą, więc moje ograniczanie kosztów jest niezwykle radykalne. Wspominałam już o jeździe rozklekotanymi rowerkami w Kopenhadze i zwiedzaniu muzeów za darmo. Koszta ograniczają też zdecydowanie potrawy zabierane z domu. Potrawy w proszku, rzecz jasna. Nie są przesadnie zdrowe, ale lekkie i tanie. W Avignonie na przykład (znów mówię o Francji, ale to po Danii najdroższy kraj, w jakim byłam) spędziłam cały dzień - od rana do wieczora. Żeby nie kupować tam jedzenia, juz rano ugotowałyśmy z koleżankami makaron (na palniku, na campingu). Kiedy inni jedli kolację w dusznych restauracjach, my miałyśmy ucztę na świeżym powietrzu przy zachodzie słońca nad rzeką. Gratis doszły: widok na pałac papieski i most. Ostatnio odkryłam też portal noclegowy "couchsurfing". W związku z tym już w lutym będę miała okazję jechać na pierwszą wyprawę, na której będę spała całkowicie za darmo - na razie w towarzystwie belgijsko-koreańsko-portugalskim. A dziś, znów korzystając z tego portalu, miałam okazję poznać się z Chińczykiem studiującym w Katowicach. Za darmo dochodzą więc ciekawe i często cenne znajomości.
Potrawy z proszku przypominają mi wiele sytuacji, z czego jedna jest dość zabawna.

M.: Zamieniam się w słuch.
A.: Chcieliśmy się ukryć ze znajomymi przed kibicami Legii Warszawy, którzy przyjechali do Kopenhagi i spali we wspominanym 66-osobowym pokoiku. Kiedy jednak jeden z nich zalewał sobie rodzimą zupkę chińską, nie wytrzymałam i skomentowałam jego zachowanie po polsku. Znanym polskim okrzykiem, będącym jednocześnie przekleństwem o niezwykle rozbudowanej semantyce, powitał mnie, rozpoczynając krótką znajomość.

M.: Dokąd się teraz wybierasz?
A.: Do Portugalii, konkretnie - do Lizbony. Lecę na 12 dni. Żeby ograniczyć koszty - lot z przesiadką, mam więc nadzieję, że pierwszy się nie opóźni na tyle, żebym nie zdążyła na drugi. O ironio, samoloty przerażają mnie. Dlatego też sama podróż w tę i z powrotem nie będzie dla mnie przyjemnością

M.: W takim razie liczę na to, że po powrocie dokładnie nam wszystko opowiesz.

piątek, 15 stycznia 2010

865. rysunki

Przyznam się Wam do czegoś: nie umiem czytać własnych tekstów. Wiem, że nie ma się czym chwalić i że to ułomność po moich studiach dziwna, ale trudno - nie umiem. Jąkam się, mylę i gubię, za nic w świecie nie przedstawię tekstu tak, jak go mam na kartkach, bo mam ochotę powiedzieć coś jeszcze, coś innego, coś mi się przypomina itp. Muszę go odgrywać.
Chyba że...
Chyba że zastosuję metodę rysunkową, przedstawię sobie ten tekst na karteluszkach w obrazkach. Wtedy lecę nim z głowy i nie ma strachu. Absurd: kiedy czytam, to się jąkam, kiedy mówię z głowy (czyli z obrazków) to jakoś nie.

No i kiedy na tydzień przed konferencją o Kocie w worku stwierdziłam, że za nic w świecie nie jestem w stanie wydukać własnego tekstu (na dwa czytania jąkałam się co pół strony), przerobiłam go na rysunki.
To znaczy:
w poniedziałek stwierdziłam, że nie przeczytam,
we wtorek zaczęłam rysować na kartce z referatem w autobusie,
w środę zaczęłam przerysowywać na tradycyjne karteczki dwie pierwsze strony
w czwartek przerysowałam resztę i zaczęłam to "czytać" z karteczek,
w piątek przeczytałam z karteczek dwa razy,
w sobotę też dwa,
w niedzielę raz, bo mi się nie chciało więcej,
w poniedziałek była konferencja.

Radek obejrzał rysunki i powiedział, że kiedyś musi przeczytać z nich swoją wersję referatu.
Ania Sz. pytała, co znaczą poszczególne obrazki.
A Fimbul zaczął do mnie na konferencji pisać obrazkami.

Ania Sz. w pewnym momencie wskazała na poprzedzony literami "de" rysunek maski.

- Mrówka, czy to znaczy "de Sade"? - zapytała.
- Nie - mruknęłam. - Demaskacja. De Sade to by była pewnie jabłonka, od sadu...
- No ja właśnie myślałam, że to drzewko jest - powiedziała zmartwiona Ania.

Chwilę później Fimbul rysunkowo zadał pytanie, czy po konferencji idziemy na
*tu narysował kółko, a w nim π, chciałam wkleić, ale coś nie działa*
Wpatrywałam się w ten rysunek, nie rozumiejąc ostatniego wyrazu.
- Pikolo? - zapytałam niepewnie.
- PIWO! - odpisał Fimbul.

Tja, za mało rebusów, to człowiek z wprawy wychodzi...

poniedziałek, 11 stycznia 2010

864. Skołowani

Siedzieliśmy dzisiaj (my, Skołowani) na konferencji Skołowanych, poświęconej tomikowi Różewicza Kup kota w worku. Długo trwała (udało się nam dziesięć referatów wyprodukować), więc pod koniec wszyscy byli już wykończeni i dostawali głupawki.
W związku z tym napisałam Fimbulowi wierszyk:

Za oknami wiatr nam hula,
ludzie czują zimna kęs,
a ja piszę dla Fimbula
wierszyk, który zgubił sens.

Śniegu tyle, że nie zmierzy
żaden system miar i wag,
rośnie wiersz, jak ciasto w dzieży,
tylko sensu już w nim brak.

Gdy guziki ma koszula,
to niestraszna żadna z zim
[tu Fimbul wyrwał mi zeszyt i dopisał długopisem: to jest awangardowa wstawka Fimbula]
piszę wierszyk dla Fimbula,
tylko sensu nie ma w nim (w wierszyku).

Dzieje się nie po raz pierwszy,
że w tomikach tu i tam
się pojawia jakiś wierszyk,
sens dorabiasz sobie sam.

Fimbulkowi - Mrówka.


Fimbul dopisał zaraz:

W końcu! Po TYLU latach! :) Dziękuję :). Możesz wrzucić na bloga.




Chwilę potem szturchnęła mnie Ania Sz. i szepnęła:
- Basia ugotowała kota.
Wychyliłam się i zerknęłam do kartek Basi. Basia narysowała wystającego z garnka kota, garnek, palniki i właśnie kończyła rysować kuchenkę.
- Głodna jesteś? - zapytałam ze współczuciem.
- Tak - odszepnęła Basia.



I jeszcze wiadomość z ostatniej chwili, ML powraca do bloga w stylu starych "Głupot" (kto bywał, ten wie i tęskni, kto nie bywał, niech zacznie teraz, bo warto):
http://mareklenc.blogspot.com/

niedziela, 27 grudnia 2009

855. poświątecznie

Dałam sobie chwilę przerwy na obu blogach. Dobra, dobra, w święta nie robiłam nic. Poza czytaniem, objadaniem się i pisaniem tekstów satyrycznych. Szczyt lenistwa. Teraz parę dni mocno intensywnej pracy i znowu zamierzam sobie satyrycznie wypoczywać z okazji Nowego Roku.

- Ej, weszliśmy na dziewiąte piętro do Ani po schodach! - pochwaliłam się Fimbulowi po Korezie.
- Ale tak od poziomu parteru, czy wjechałaś windą na ósme? - zainteresował się Fimbul.



Motto na dzisiaj pochodzi z opisu na gg Radka:

"Idioci dbają o porządek. Geniusz panuje nad chaosem"

czwartek, 24 grudnia 2009

854. świątecznie

- Ej, Mrówka, jutro przemówisz ludzkim głosem - napisała wczoraj wieczorem Ania. Pokazałam to Fimbulowi.
- I tak wszyscy wiedzą, co powiesz - stwierdził Fimbul. - Że cię coś boli, albo że ci się nie chce.

Tja...


Wesołych Świąt!

wtorek, 22 grudnia 2009

852. życzenia

- Rany, ludzie mi już życzenia przysyłają - napisała Ania Sz. - Jak ja tego nie cierpię... to znaczy fajnie, że przysyłają, ale nie chce mi się wysyłać.
- Mi też - odparłam, bo potakiwałam jej przez cały czas.
- Wiem, w każde święta o tym gadamy - napisała Ania.

Fakt.

sobota, 19 grudnia 2009

849, ***

- Robo, ty jesteś kabareciarzem, może przeczytaj ten tekst! - powiedziała Mrówka rozpaczliwie, rozglądając się za Jackiem.
- Nie - pokręcił głową Robo, zadowolony, że łatwo się wymiga.
- No to weź i poproś Kamola - jęczała Mrówka.
- Sama go poproś.
- ROBO ZRÓB COŚ, JA NIE CHCĘ! Nie, nie, nie, nie, nie - szamotała się Mrówka, szukając w zeszycie szkiców do tekstu, dla jakiegokolwiek rozeznania się w sytuacji.
- Mrówka, ty naprawdę jesteś zdenerwowana - przestraszyła się Ania.
- Nie, ja gram - mruknęła Mrówka, dostrzegając w tekście potencjał do mówienia na scenie.
- Skoro TO grasz, to jesteś w stanie przeczytać tekst - oznajmił Robo.


Na drugi dzień powiedział mi, że jeśli ja tak gram zdenerwowanie, to nie chciałby widzieć, co robię, kiedy denerwuję się naprawdę ;D.

Wpadłam na tradycyjne ploty do Egzekutora i opowiedziałam mu o moim debiucie scenicznym. Po pierwszym zdaniu Egzekutor spojrzał na mnie i powiedział:
- Współczuję pani.
- Czemu? - zainteresowałam się.
- Bo połknęła pani bakcyla.

Coś w tym, cholera, jest...

piątek, 18 grudnia 2009

848. noc u Ani

Kiedy już Robo i Mrówka położyli się (koło 3 nad ranem) u Ani spać, Mrówka zerknęła w okno i zdziwiła się, że jest tak jasno.
- Robo, Robo! Zobacz, jak jest jasno - zawołała szeptem. Może zaraz będzie wschód słońca?
- Tak - powiedział Robo i siłą woli powstrzymał pukanie się w czoło. - Mrówa, jest zima, słońce wzejdzie koło ósmej.
- Aha - mruknęła uspokojona Mrówka i położyła głowę na poduszce.

Wyjaśnienie techniczne: Mrówka spała na łóżku Ani, Robo na podłodze, na karimacie i na śpiworze.

Mrówka położyła głowę na poduszce. Prawie miała zamiar zapaść w sen, kiedy nagle coś straszliwie łomotnęło. Gruchnęło w pokoju. Mrówka podniosła głowę i zapytała z rosnącym poczuciem nierzeczywistości
- Robo?
- Co?
- SPADŁEŚ Z KARIMATY?

Na szczęście tylko kopnął się w krzesło.

czwartek, 17 grudnia 2009

847. debiut niespodziewany

Takiego debiutu, przyznaję, nie miałam w planach. Ale od początku.
Wybrałam się do Korezu. Wlazłam, oczywiście, na próbę, bo zawsze włażę. Tam - chaos. Muzycy urządzają sobie jam session, techniczni próbują opanować kable.
- Ale zamieszanie, nie? - rzuca mi w przelocie naczelny dźwiękowiec, Sergiusz.
- Fajne - uśmiecham się, bo faktycznie lubię to (nie ja się męczę, więc lubię).
- To dobre określenie - kiwnął głową Sergio, kiedy przebiegał z kablami po raz kolejny.
- Może ja się powinnam nauczyć rozróżniać kable, to przydam się do zwijania - powiedziałam mu przy kolejnym spotkaniu.
- To jest jakaś koncepcja - zamyślił się Sergiusz.

Wyszłam sobie po próbie z sali i natknęłam się na Robo. Zamiast wyjść gdzieś na dwie godziny, siedliśmy w korytarzu między garderobą a biurem (czyli drugą garderobą na czas występu) i obserwowaliśmy.
Przebiegł Jacek z pakułami w ręku.
- Co to jest? - nie wytrzymałam.
- Włosy szczura - odparł Jacek. - Znaczy, ta, peruka szczura.

Potem wpadł dyrektor teatru, który miał czytać mój list. Próbował zrzucić to na mnie, ale powiedziałam, że nie umiem, nie chcę, zeżre mnie trema. Ustąpił, tyle że na drugim przedstawieniu już nie mógł zostać i kiedy na 40 minut przed drugim spektaklem gadałam sobie w najlepsze z Anią i Robo, Jacek w przelocie rzucił:
- Teraz ty odczytasz ten tekst.
- Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. NIE. Nie. NIE. NIE. - powiedziałam rozpaczliwie. - Nie wyglądam scenicznie, mam głupi głos przez mikrofon, trema mnie zeżre, potknę się przy wchodzeniu na scenę.
- To będzie idealnie - ucieszył się Piotrek. - To jest kabaret, będzie śmiesznie.
- Nie mam dobrego tekstu!
- Ale ludziom się podobało jak dyrektor czytał!
- Bo to DYREKTOR czytał, musiało im się podobać! Może Agnieszka przeczyta?
- Agnieszka nie może, jest w zespole. Albo ty, albo nikt.

Zaprzestałam perswazji słownej i zaczęłam stosować podprogową. Przebiegał Jacek, więc zrobiłam oczka Bambi (albo oczka kota ze Shreka, jak kto woli). Jacek wybuchnął śmiechem i poleciał.
- Jacek! A może Kamol by to przeczytał? - wrzasnęłam za nim.
- Zapytaj go! - usłyszałam, więc wtarabaniłam się do garderoby.
- Panie Dariuszu, nie przeczytałby pan tekstu na 30-lecie Długich? Bo oni chcą, żebym go wygłosiła, a ja nie potrafię... - poskarżyłam się, podając Kamolowi kartkę. Kamol przeczytał, pochwalił i powiedział, że muszę to zrobić sama.
- Mogę ci dać jedną radę - oznajmił. - Pomyśl sobie, że od tego, jak wygłosisz ten tekst, zależy całe twoje życie.

Nie uwierzycie, pomogło. Pogodziłam się z losem, wzięłam szklankę soku, stanęłam na chwilę na scenie, żeby zobaczyć, co widzę (nie widziałam NIC, co mnie uspokoiło jeszcze bardziej).

- Powiem ci jeszcze coś - dorzucił potem Kamol. - Jak już zejdziesz ze sceny, to będziesz najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Wzięłam więc tekst, który widziałam po raz drugi w życiu, szklankę soku, i poszłam do Ani i Robo.
- Zajęliśmy ci miejsce na skraju, bo przecież wychodzisz na scenę - powiedzieli szelmowsko.

Cóż, wzięłam długopis, pozaznaczałam sobie akcenty i spojrzenia w tekście.



A potem mi wszyscy gratulowali.



Tekst, jeśli ktoś chce:

List otwarty na 30-lecie kabaretu Długi

Kochany Jacku i drogi Piotrze,
nie wiem, czy wiecie, że na estradzie
dziś występują zespoły młodsze,
a takie jak Wasz - to coraz rzadziej.
Już obchodzicie trzydziestolecie...
kiedy Wy wreszcie spoważniejecie?

Ile lat można robić kabaret
w tym miejscu głośno zapytać muszę.
Rok, drugi, trzeci - czyli lat parę.
Bo potem - tylko jubileusze!

Fakt, jubileusz życie umila:
od wieków tak jest - gala za galą -
wyjdzie na scenę taki jubilat,
nie musi śmieszyć - wszyscy go chwalą.

Wydają goście pochwalne pienia,
publiczność siedzi rozradowana.
Ilu tu przyszło, co Was docenia,
a ilu chętkę ma na szampana???

Mówicie: nazwę mamy od wzrostu,
albo od długów, gdy rosną ceny.
A ona znaczy, że Was po prostu
od lat się nie da spędzić ze sceny.

Ja Wam występów nie bronię w sumie,
grajcie tam sobie jak chcecie, ale
nie sztuka robić coś, co się umie.
Może od dziś się weźcie za balet?
Tam jedna, druga i trzecia próba
i znowu ludzie mieliby ubaw...

Nie jestem wredna, też Was pochwalę,
może zasilę czymś Wasze konto,
powiem: SKŁADACIE SIĘ Z SAMYCH ZALET.
W Waszą rocznicę.
W siedemdziesiątą.


(dopisałam sobie jeszcze, kiedy siedziałam na widowni):
Mogę się nawet pławić w zachwycie...
A za ten list to mi zapłacicie?





Ani Sz. dziękujemy za nocleg :D

wtorek, 1 grudnia 2009

839. herbata dla Fimbula

- Do dzisiaj mnie śmieszy, jak Ci Ania Sz. w Szczyrku robiła herbatę - powiedziałam Fimbulowi w kontekście picia.
- Będziemy o tym Ani wnukom opowiadać - stwierdził Fimbulek.
- O, napiszę jej to - ucieszyłam się. - Albo napiszę na blogu, mogę?
- Tak, ale dodaj na końcu jakiś miły akcent. Że ją pozdrawiamy i bardzo lubimy. Z wodą czy bez.



Ania, pozdrawiamy i bardzo Cię lubimy.