Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 sierpnia 2008

625. notka wspomnieniowa

W liceum "naszą" salą była pracownia języka niemieckiego. To pomieszczenie urządzono dość nietypowo, bo zamiast zwykłych ławek znalazły się w nim kabiny, w wersji mocno zdezelowanej. Ściślej rzecz biorąc, po kabinach zostały tylko pionowe deski odgradzające poszczególne stanowiska i małe otwory w ławkach - przypuszczalnie mieścił się tam cały sprzęt nagłaśniający, tak, że pod blatami tych ławek mieliśmy puste "skrzynie", do których prowadziły jedynie te małe otwory. Szukałam zdjęć, ale nie mamy żadnego z tamtej sali, bo kiedy stały się popularne aparaty cyfrowe sala doczekała się remontu i zamiast starych kabinowych ławek pojawiły się zwyczajne, za którymi nie dało się już chować.

Kolejne rzędy ławek stały na podwyższeniach tak, żeby wszyscy byli doskonale widoczni z katedry. Tylko że dół ławki można było zabudować tornistrami... na jednej z klasówek Kaczor przesiedział całą godzinę pod stolikiem Timiego, rozwiązując za niego test, a potem skorzystał z rozgardiaszu przy zbieraniu kartek i wymknął się przez kantorek... ale o tym ciiiisza ;).

Timi zajmował środkową "kabinę" na pierwszym podwyższeniu. Całkiem przypadkowo zbiegło się to jego centralne miejsce z miejscem, jakie zajmował w klasie, a już na pewno w naszej grupie. Poza ogromną charyzmą dał się poznać od razu jako człowiek z poczuciem humoru.

- Pani profesor! - zawołał na początku drugiej albo trzeciej lekcji niemieckiego do naszej wychowawczyni. - Pani profesor, da się te blaty odkręcić? Bo mi długopis wpadł!
Siedział na ławce i próbował zajrzeć do jej środka przez dziurę po słuchawkach.
- Nie, nie da się - warknęła wychowawczyni.
- A, to mi nie wpadł! - odparł Timi, nie schodząc z ławki i z troską zaglądając przez otwór pod blat. - Ale tu papierów! - zauważył.
- W zeszłym tygodniu trzecia klasa sprzątała! - zirytowała się wychowawczyni.
- Ale te papiery są zeszłoroczne - uświadomił jej Timi, który w końcu już zdążył dokładnie obejrzeć zawartość własnej ławki.
- To teraz ty posprzątasz - zdecydowała wychowawczyni.
- Ja? - zdziwił się Timi, próbując włożyć rękę do wąskiego wycięcia w ławce. - Mi tylko długopis wpadł do środka. Parker.
- Parker? - ożywiła się cała klasa, bo czego się nie robiło, żeby odwlec moment rozpoczęcia lekcji. - Parker? Jak to parker???
- No... parker, ale jednorazowy - wytłumaczył Timi i zszedł z ławki.

sobota, 22 września 2007

365. ze świnką Marzenki

Z Marzenką znamy się od podstawówki (chyba...), ale dopiero w LO trafiłyśmy do jednej klasy. Od dawna Marzenka proponowała, żebym wpadła do niej, pobawić się z jej nową świnką morską.
Ostatni raz zabawa ze świnką skończyła się ponad setką zdjęć, bo poszłam uwiecznić zwierzaka na fotkach. Teraz Marzenka ma nową świnkę...
Zadzwoniłam do niej (jakbym nie mogła wrzasnąć przez okno... Marzenka mieszka w bloku naprzeciwko, tylko na drugim piętrze. A ja na czwartym ;)). I umówiłyśmy się, że Marzenka napisze mi w mailu, kiedy mam do niej przyjść.
O 18 odebrałam maila "wpadnij do mnie o 17".
Tja...
Za chwilę Marzenka napisała znowu. Żebym przyszła. Ubrałam się, porwałam aparat i stwierdziłam, że idę zrobić ze dwa zdjęcia zwierzątku.
- Szybciej by było, jakby Marzenka otworzyła swoje okno, ty swoje, mogłabyś przeskoczyć - stwierdziła mama, przyglądając mi się krytycznie, bo zaplątałam się w sznurówkę.
- Cholera, wiążę buty, wejdę do Marzenki, będę je musiała zdjąć, zaraz wracam do domu, bo mecz jest, więc znowu będę musiała zawiązać... - mruczę pod nosem zdenerwowana.
W klatce Marzenki zaskoczył mnie domofon. Wyciągam telefon i dzwonię.
- Marzenka? Słuchaj, jaki ty masz właściwie numer mieszkania? Bo stoję pod drzwiami w twojej klatce i nie wiem, pod co zadzwonić.

Przyszłam do Marzenki i zaczęła się zabawa z jej świnką.
Kocham świnki morskie (miałam kiedyś podobną nawet). Zdjęć nam wyszło około 140 ;). W pewnym momencie świnka Marzenki... hmm... zapaskudziła parkiet. Marzenka wyszła po papierowy ręcznik.
Wróciła zapłakana.
Rzuciła się na łóżko i płakała.
Ciągle.
Bez przerwy.
Przeczekałam (świnka zresztą też).
Wreszcie Marzenka odzyskała głos.
- Poszłam po ręcznik - machnęła trzymanym w ręku kłębkiem jednorazowych ręczników. - I powiedziałam: "zsikała się". A moja mama na to zapytała, kto...







tak na wszelki wypadek dodam, że ja nie ;).

środa, 29 sierpnia 2007

347.porady

Przeprowadzam wywiad środowiskowy. To znaczy pytam przedstawicieli rozmaitych środowisk, czego oczekiwaliby po zajęciach, które będę mieć przyjemność prowadzić. Uzbierało się w ten sposób już kilka niezłych pomysłów, ale wywiad przeprowadzam dalej i konsekwentnie.
Rano pomyślałam sobie, że warto byłoby zapytać moją dawną klasę matematyczno-informatyczną ukochaną i niezastąpioną. W końcu wypracowania z polskiego im pisałam ;).
I akurat kiedy wracałam z Bytomia, spotkałam w autobusie Rafała.
Rafał teraz buduje autostradę A1 (wszyscy solidarnie oznajmili, że nie będą się po niej poruszać, nie wiem, czy wynika to z niewiary w Rafała, czy z niewiary w autostrady jako takie. Nie wiem też, czy autostrady jeszcze nie ma dlatego, że Rafał ją buduje, czy z jakiegoś innego powodu). Żal mi go trochę, bo na swoje miejsce pracy, żeby nadzorować budowę, musi czymś dojechać. A dróg nie ma. A jak już zbuduje drogi, to nie będzie musiał tam jeździć. Ot, i sytuacja nierozwiązywalna.
W każdym razie zapytałam go, co by wybrał na moim miejscu.
- Wracam do was - oznajmiłam. - Najpierw, przez całą podstawówkę byłam humanistką. W LO robiłam za umysł ścisły. Na studiach z tego zrezygnowałam, a teraz znowu będę jedną z was...
Rafał stłumił parsknięcie i zaproponował:
- Napisz o tym do K.
Niezły pomysł. K. wyrasta nam na informatycznego geniusza i eksperta od spraw komputerowych, może jakiś ciekawy pomysł mi podrzuci. Na wszelki wypadek jednak upewniłam się:
- A nie myślisz, że K. padnie ze śmiechu?
- Na pewno padnie! - brzmiała odpowiedź Rafała. - Przecież ja mało nie padłem, tylko się powstrzymywałem z grzeczności! Ale jak już się wyśmieje, to może coś sensownego ci podpowie.
- Dobra, to dostarczę mu odrobiny rozrywki, niech ma coś z życia - obiecałam, a zaraz potem rozmowa zeszła nam na pracę Rafała.
- Muszę się nauczyć cwaniactwa - westchnął Rafał z rozżaleniem. - I opieprzania ludzi. I przeklinania.
Wytrzeszczałam na niego oczy coraz bardziej. Rafał należał do najspokojniejszych i najcichszych ludzi w klasie. Mimo starań nie udało mi się wyobrazić go w takiej roli...
Kiedy wysiadałam, Rafał zawołał jeszcze:
- Powodzenia na informatyce!
- Powodzenia w opieprzaniu ludzi - odgryzłam mu się, a jakaś pani popatrzyła na niego ze zgorszeniem.
Ha ;).

środa, 9 maja 2007

260. wielkie żarcie

Tomek cały czas nam coś przynosił. Kawę. Herbatę. Kiełbaski z grilla. Kiedy za którymś razem pozbył się wszystkich szklanek z tacy, powiedziałam mu:
- To teraz możesz zacząć chodzić z tacą...
Tolek otrząsnął się ze zgrozą i oznajmił, że chodzenie z tacą należy do najmniej lubianych przez kleryków czynności, zwanych uroczo - chodzeniem na sępa.
Zaraz potem wyszedł z tą tacą i wrócił, niosąc na niej w jednej ręce kolejne szklanki.
- Tomek, możesz zostać kelnerem! - zawołałam. - Masz drugi fach w ręku. Albo wiesz co? Powinniście założyć w seminarium pub "U kleryków"...
- To ja nawet miałbym nazwę dla tego pubu! - obwieścił Misiek.
- No, jaką?
- Pub Konfesjonał!

Za chwilę Tomek znowu wyszedł z tacą pustych szklanek, wrócił i zapytał, czy komuś jeszcze coś przynieść.
- Coś jeszcze ktoś chce?
- Tak, ciebie! Usiądź wreszcie chociaż na chwilę! - poprosiłam go.
Potem postanowiliśmy, że sami sobie podamy sztućce do kiełbasek i w ogóle będziemy sobie radzić bez Tomkowego biegania.
Simon przekazywał mi właśnie tackę z nożami i widelcami. Szepnął przy tym konfidencjonalnie:
- Weź sobie, dla niepoznaki. I tak będziemy jeść palcami.

Kiedy zajęliśmy się jedzeniem, na chwilę przy stole zapadła cisza. Nagle w tej ciszy rozległ się nieśmiały (aktorsko nieśmiały) głos Simona:
- Smacznego...
I wszyscy dostali drgawek ze śmiechu. Do tego stopnia się nakręciliśmy...

Potem siedząca naprzeciwko mnie Aga ostrzegła Rafała:
- Rafał, ty uważaj na Izę!
Popatrzyłam na trzymany w ręku nóż, potem na Rafała, potem jeszcze raz na nóż... Rafał spojrzał na mnie i pytająco na Agę.
- No bo ty masz keczup na talerzu, a ona nie. Więc jak się gdzieś odwrócisz, to może ci go wyjeść...

Tja, znaczy, ja tylko takie zagrożenie stanowię... ;).

A to był dopiero początek...

niedziela, 6 maja 2007

258. prezenty dla Tomka

Tomek, jak wieść gminna niesie, organizuje trzy imprezy z okazji święceń. Pierwszą - w sobotę, dla rodziny, drugą dzisiaj - dla księży i trzecią w poniedziałek, dla przyjaciół. W olkuskim makdonaldsie, do którego wpadliśmy klasowo na kawę (żeby coś zjeść i żeby ludzie z Krakowa nie mieli daleko, swoją drogą to było urocze, że na studiach się tam wybraliśmy), Simon powiedział, że takie święcenia to gorzej niż ślub. Bo wesele wyprawia się jedno dla wszystkich.

Zastanawialiśmy się też, co jutro kupić Tomkowi.
- Głupio tak trochę mu pół litra przynieść... - stwierdził Pepe. - Więc może wino?
- No! - ożywił się Simon, siedzący obok Mrówki. - Jest nawet takie dobre wino w woreczkach, ono się "Leśny dzbanek" nazywa!
- Simon! Ale "Leśny dzbanek" to przecież jogurt jest! - zdziwiła się Mrówka. - No chyba że ci sfermentował...
- Nie wiem... ale faktycznie, czuć było od niego siarką... - zastanowił się Simon. - Ale w końcu: siarką czuć, znaczy: dobre wino!

Z prezentami dla Tolka w ogóle mamy ubaw. Wczoraj robiliśmy zrzutkę na kwiatki, które kupował Miłosz.
- Misiek, to ile ci mamy oddać za bukiet? - zapytał ktoś.
- 55 złotych.
- Dolicz jeszcze dwa złote na tacę! - podpowiada z boku Pepe. Misiek go zignorował i błyskawicznie obliczył, że jak się zrzuci jedenaście osób, to każdy ma mu dać pięć złotych.
Zebrało się dziesięć osób.
Przychodzi Tomek, wręczamy mu bukiet.
- Tomek, dorzucasz się na kwiatki? - zapytał Miłosz.

Bardzo mi ich brakowało :D.
A jutro spotkanie, w trochę mniejszym gronie, u Tolka.

środa, 25 października 2006

74. Ekierka

W autobusie spotkałam Piotrka. Piotrek był klasowym stoikiem, zawsze opanowanym i niesamowicie dowcipnym. W pierwszej klasie LO chłopcy z nudów rzucali w siebie linijkami. Piotrek dostał ekierką w kostkę i spokojnie poinformował rzucającego "jakbym stał na głowie, to byś mi oko wybił".