- Widzieliście kiedyś głupka? - zapytała Mrówka, wpadając wczoraj do domu.
Ale od początku.
Rano pojechałam sobie do Katowic.
Ponieważ im zimniej, tym większa szansa, że nie przyjedzie autobus, stałam sobie 20 minut w deszczu (ZIMNYM), czekając na powrotny. Na przystanek wybiegłam tak, żeby czekać najwyżej 15 sekund...
W każdym razie przyjechałam do domu na ostatnią chwilę przed obiadem i dostałam awizo z poczty. Po obiedzie pojechałam więc do centrum po książki. Rzuciłam przez ramię "zaraz wracam", popędziłam na przystanek, biorąc ze sobą tylko awizo, bilet miesięczny i dwie chusteczki. I parasolkę.
Nie miałam zegarka, bo mi się zepsuł ostatnio i nie mam czasu nic z nim zrobić.
Nie wzięłam telefonu, bo i po co, skoro zaraz wracałam.
Nie wzięłam portfela z takich samych względów.
Dotarłam do centrum, odebrałam książkę i wracam.
W centrum układ jest taki:
POCZTA - PRZYSTANEK - BIBLIOTEKA
jedno przy drugim.
Na przystanku okazało się, że nie mam autobusu, dopiero za dwadzieścia minut. Godzinę sprawdziłam sobie na poczcie. Postanowiłam przejść się pod bibliotekę.
Przeszłam i z nudów przeczytałam wystawiony za szybą plan imprez bibliotecznych do końca października.
I zobaczyłam, że za godzinę mam w bibliotece spotkanie klubu książki. Spotkanie, na którym mi zależało. Do tej pory żyłam w przekonaniu, że mam do niego jeszcze kilka dni i nawet nie sprawdzałam, kiedy jest.
Nagle zaczęło mi się trochę spieszyć.
Gdybym miała komórkę, zadzwoniłabym do domu, że zamiast za pięć minut, wrócę za trzy godziny.
Gdybym miała pieniądze, mogłabym sobie kupić w jakiejś knajpce coś gorącego do picia.
Zresztą, pal sześć, mogłam wejść do biblioteki i naciągnąć na herbatkę moje znajome, które tam pracują. Zrobiłyby mi.
Ale nie mogłam zmienić butów na suche. A te, w których biegałam cały dzień nasiąkły mi wodą tak, że równie dobrze mogłabym po tym zamarzniętym deszczu chodzić boso.
Sprawdziłam, że mam szansę dojechać do domu, przebrać się i wrócić.
Autobus przyjechał w miarę punktualnie.
Z przystanku do domu biegłam.
Wbiegłam i zasapana poinformowałam w progu mamę:
- Widziałaś kiedyś głupka? Bo jak nie, to masz teraz dziesięć minut, żeby mi się przyjrzeć.
(dowiedziałam się, że przecież widzą mnie w domu codziennie, to już się zdążyli naprzyglądać.)
Przebrałam się, zabrałam torebkę i pobiegłam na autobus w kierunku centrum.
Wróciłam w to samo miejsce, w którym byłam chwilę wcześniej. Ale z o wiele mniejszym poczuciem własnej wartości.
środa, 24 października 2007
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz