piątek, 23 listopada 2007

413. zachody słońca

Korzystałam z kilku dni dość ładnej pogody. Ładnej - czyli w miarę bezchmurnej. Kiedy tylko było widać niebo, czatowałam na zachód słońca. Całymi dniami, można powiedzieć.
Normalnie to ja mam zachód na wyciągnięcie ręki. Na wprost okna. Ale w zimie przesuwa się trochę nad inne osiedle i muszę się wychylić, żeby ujrzeć cokolwiek. Jak się wychylam przez zamknięte okno, to czasami mogę sobie nabić guza o szybę. Nieważne.
Wczoraj zobaczyłam, że słońce już zachodzi (a koło 15:30 było dopiero). Pobiegłam po aparat. Przybiegłam z nim. Wyrwałam go z futerału, włączyłam, otworzyłam szarpnięciem okno, zrobiłam zdjęcie, zamknęłam okno i w tym momencie słońca już nie było.

Albo ja się starzeję i tak wolno biegam, albo słońce trochę przyspieszyło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz