czwartek, 29 listopada 2007

418. o hamburgerze


W mieście R. nie mam kiedy zjeść obiadu. Koło 15 postanowiłam, że pójdę sobie na hamburgera, bo od rana biegałam o jabłku i rogaliku, a potem, do 21, nie miałabym kiedy czegokolwiek przegryźć, bo w PKS-ie ciemno, w Katowicach 8 minut wolności i wykład, a w autobusie do Jaworzna niewygodnie.
Poszłam do "knajpy", którą odkryłyśmy z Anią jeszcze w sierpniu i zamówiłam sobie średniego hamburgera.
Podobało mi się tam, bo właściciel przypominający starego rubasznego marynarza słuchał stacji Złote Przeboje i życzył wszystkim smacznego do rymu.
Kiedy w wakacje Ania kupowała tam hamburgera jarskiego średniego, dostała olbrzymią bułę, z którą nie bardzo wiedziała, co zrobić. Pamiętałam o tym, ale jakoś wydawała mi się ta buła mniejsza, a poza tym teraz podobna miała stanowić mój obiad.
Tylko że dostałam bułę większą.
Taką na wielkość talerza do drugiego dania.
Sama sałatka z tego hamburgera wystarczyłaby mi na dwa posiłki.
Kotlet był rozmiarów młyńskiego koła.
Żeby utrzymać tego hamburgera, trzeba było go trzymać w dwóch rękach.
Najpierw płakałam nad tym ze śmiechu, potem z rozpaczy.
Jadłam go przez 35 minut zastanawiając się, czy od razu dać znać komuś, że umarłam w trakcie jedzenia, albo z przejedzenia, albo że wszystkie autobusy mi pouciekały, czy poczekać. No pyszny był, zgoda, ale ile można?
Żałowałam strasznie, że nikt tam ze mną nie przyszedł.
Przeżyłam tylko cudem.
Nigdy więcej średniego ;).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz