- Ciekawe, co się jutro głupiego przydarzy w drodze do miasta R. - zastanawiała się wczoraj wieczorem Mrówka, siedząc na dywanie. Melancholijnie siedząc.
- Może nic? - stwierdziła mama Mrówki. Nadzieja w oczach Mrówki błysnęła i zgasła niemal natychmiast.
- To niemożliwe - odparła (Mrówka, nie nadzieja). - Zawsze się coś głupiego dzieje...
Podróż do miasta R. nie rozpoczynała się.
- Oczekuje się na autobus do Rybnika, który nie zjechał jeszcze z trasy - poinformowały głośniki dworcowe.
Po dziesięciu minutach bezowocnego oczekiwania głośniki powtórzyły komunikat.
Po piętnastu zresztą też.
Przyjechał autobus z kierowcą, który zapoczątkował relacje z podróży do miasta R. (tym, który otworzył drzwi i wrzasnął na pasażerów, że k..., w korku stał).
Przyjechał i podjechał na stanowisko czwarte.
Do miasta R. jedzie się o tej porze z trzeciego. Lekko zdezorientowani ludzie zastanawiali się, czy się nie pomylił. Mógł sobie w końcu w odpowiednią zatoczkę nie trafić... przy takim stanie nerwów...
Ale nie. Kierowca dawniej rybnicki jechał teraz, jak się okazało, do Wisły.
A okazało się uroczo, bowiem otworzył drzwi swojego autobusu i wydarł się na pasażerów z sąsiedniej zatoczki. Za nic. Po prostu nie w humorze przyjechał.
Wiedziałam, że się wydrze, ale przypuszczałam, że jedzie do miasta R. i że wszystko spadnie na moich przyszłych współpasażerów. Co za rozczarowanie...
- Oczekuje się na opóźniony autobus do Rybnika - powiedziały głośniki.
Po kolejnych kilku minutach powiedziały jeszcze:
- Opóźniony autobus do Rybnika podjedzie na stanowisko trzecie.
Podjechał.
Nieznany kierowca. Autobus znany i wrakowaty jak to PKS-y mają w zwyczaju.
Kierowca otworzył drzwi.
Bez słowa sprzedał wszystkim oczekującym bilety.
Bez zwłoki ruszył z przystanku.
I włączył ogrzewanie. Myślałam, że źle wsiadłam.
Półgodzinne opóźnienie nadrobił w trasie.
Do miasta R. mogłam sobie jechać bez kurtki.
Kupiłam sobie w mieście R. zapiekankę nadnaturalnej wielkości. Zrobioną z bagietki. Metrowej. Za 2,80. Rubaszny właściciel życzył każdemu klientowi smacznego. Czasami do rymu.
A w kampusie był dzisiaj mój ulubiony portier. Pan, który na pożegnalne "miłego tygodnia" rozpromienia się tak, jakby właśnie dostał beczkę pełną złotych monet.
No i na dwie pochwały za Rewię niedokończoną (Prawa Ręka i Egzekutor) też się załapałam. To dodaje skrzydeł. Jak się wyśpię, to pofruwam.
To nie sen wariata. To dzisiejsza rzeczywistość.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz