Ponieważ byłam tam pół godziny wcześniej, mogłam sobie usiąść. Na schodach. Nie ja jedna, całe schody były zajęte, z pozostawionym na wszelki wypadek wąziutkim przejściem.
Średnia wieku na sali - 70 lat. Jako najmłodsza (poza dźwiękowcami) i tak pewnie bym sobie na krzesełku długo nie posiedziała.
Będę dawkować napięcie, co mi tam.
Boję się reinterpretacji piosenek. Zwłaszcza kabaretowych, które składają się przecież w takim samym stopniu z tekstu i interpretacji. Boję się tematyzowania, bo to grozi monotonią.
Ale na ten recital (Maria Meyer: Kobieta w polskim kabarecie) czekałam 1,5 miesiąca. I kiedy wreszcie znalazłam się w Parnassosie, a Maria Meyer wbiegła na scenę boso (ze szpilkami w rękach), w sukni koloru czerwonego wina i w białym futrze, kiedy zaczęła śpiewać "Ta mała piła dziś..." wiedziałam już, że warto na tych schodach choćby i do rana...
Kontakt z publicznością nawiązała od razu, a nie było łatwo, bo publiczność wybitnie niekabaretowa (jak przepiszę kabareaktówkę, to się przekonacie). Chwila szukania przychylnych osób - i atmosfera podgrzana.
Hitem satyrycznym był fragment piosenki Ja się boję sama spać:
- Ja się bo- jak się siada w pierwszym rzędzie, to tak potem jest - ję sama spać! - wyśpiewany do zażenowanego dżentelmena.
Ponad godzina genialnych piosenek. W najlepszym z możliwych wykonań. Meyer sprostała - że się do Przybory odwołam - i Kwiatkowskiej, i Jędrusik. A to nie było łatwe.
Na bis - energetyzujące Kocham cię, życie.
Kto nie był, może się tylko smucić, ewentualnie poczekać na obszerniejszą i bardziej oficjalną relację.
poniedziałek, 3 grudnia 2007
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz