poniedziałek, 25 lutego 2008

491. telefon do Piotrka

Wykręciłam numer.
To znaczy wybrałam go normalnie z książki telefonicznej w komórce, ale to tak powieściowo brzmi, że wykręciłam.
- No cześć... - odezwał się w słuchawce Piotrek.
- Cześć, jesteś na uczelni?
- Tak.
- W 519?
- Tak.
- A mogę do ciebie wpaść?
- Ło Jezu... - odparł Piotrek, w związku z czym rzuciłam do słuchawki:
- To już lecę.

Poszłam do 519 dotrzymać Piotrkowi towarzystwa. Weszłam, Piotrek wyciągnął swoją komórkę, mój telefon zadzwonił.
- Dzwonisz do mnie? - zaniepokoiłam się, bo objawów szaleństwa Piotrek do tej pory nie zdradzał.
- Nie.
Faktycznie, to była Ania B. Za chwilę do 519 przyszła Ania od Piotrka. Patrzy na mnie pytająco.
- Dzień dobry - mówię i dygam. - Przyszłam do magistra P[iotrka], żeby zaliczać semestr.
- ZNOWU? - Ania od Poitrka udaje oburzenie. - Który to już raz??!!
- Pilna jestem po prostu... - wyjaśniam.
- Raczej niedouczona! - stwierdziła Ania i padłyśmy ze śmiechu.
I w tym momencie Ania od Piotrka dostała smsa. Rzuciła okiem na Piotrka (dalej z komórką w ręce) i powiedziała:
- Miło, że mi odpisałeś na smsa.
A to nie on...

sobota, 23 lutego 2008

490. coś wielkiego

Chciałam uczynić coś wielkiego.
Jak szeptał mój wewnętrzny głos tu,
by podbudować swoje ego
na miarę tuszy mej i wzrostu.

Chciałam uczynić coś wielkiego.
Czyn mi się marzył nad czynami.
I śniłam nieraz, że za niego
ktoś jakieś odznaczenie da mi.

Chciałam wielkiego coś uczynić
i co? Jak zwykle - pic i blaga.
Wszystko mi wyszło w wersji mini
a wielki tylko zaś bałagan.

489. delfinarium

Wsiadam do autobusu. Na pierwszym siedzeniu za kierowcą matka z trzyletnim dzieckiem. Dziecko przykleja nos do szyby, za oknem autobusu przykopalniane zbiorniki retencyjne, zwane przez mieszkańców osiedla "basenami".
- Mamo! Mamo! - woła zafascynowane dziecko. - A tu są lekiny?
- Nie ma rekinów - odpowiada mama. - Może jakieś mniejsze rybki.
- Ale psecies to jest takie duze! - dziwi się dziecko. - Powinny tu być lekiny!



W sumie nigdy się nie zastanawiałam, dlaczego nie ma...

Jedziemy.
Na czerwonym świetle autobus się zatrzymał. Zniecierpliwione dziecko wrzasnęło w stronę kierowcy:
- NO JEDŹ!!!
Kierowca dostał ataku śmiechu. Światło zmieniło się na zielone.
- A teraz mogę? - zapytał kierowca grzecznie. I ja dostałam ataku śmiechu.

piątek, 22 lutego 2008

488. o postrzeganiu

Uzupełniałam listę osób pojawiających się na blogu.
- Jak byś... - zaczęłam pisać do Ani.
- Jak bym?... - zniecierplwiła się Ania.
- Jak byś mogła określić dra PM tak żeby było jednym słowem?
- "Oooooo (z rozczuleniem)" - odparła Ania.

Kilka dni później rozmawiałyśmy po tym, jak wysłałam mój tekst do słynącego z łagodności dra PM.
- Jeśli napisze mi, że tu by można było coś zmienić albo ewentualnie poprawić - zagryzała się Mrówka - to będzie tak, jakby Boss powiedział mi "do niczego się, Mrówka, nie nadajesz".

czwartek, 21 lutego 2008

487. w wypożyczalni

Notatkę dodano:2008-02-21 20:21:09
Przylazła dzisiaj Mrówka do biblioteki wydziałowej, na ladzie z westchnieniem polożyła trzy książki (dwa Waligórskie i nie pamiętam co). I powiedziała paniom z wypożyczalni:
- Resztę przyniosę w najbliższym tygodniu pewnie. - I z żalem w duszy zapłakała nad Twórczością Franciszka Rabelais'go, z którą rozstać się będzie musiała.
- A czy mi to zależy? - zapytała pani z wypożyczalni. Mrówka wytrzeszczyła oczy:
- ???
- Jak dla mnie, to może pani sobie i pięć lat te książki trzymać. Płaci się złotówkę za tydzień zwłoki, a co to, moje złotówki? - roześmiała się pani z wypożyczalni.
- Nie, to ja może lepiej wydam sobie te złotówki na coś innego - zdecydowała się Mrówka.
- Też bym tak zrobiła - przyznała pani z wypożyczalni.



A z Salem odwiedziliśmy dzisiaj NajBossa. Nie uciekł i koncepcja z ostatnich notek wzięła w łeb.

I przegryzłam się przez Humor i karnawalizację we współczesnej komunikacji językowej (Lublin 2007). Hobby wymaga poświęceń ;).

środa, 20 lutego 2008

486. przed kim ucieka promotor Sala?

Notatkę dodano:2008-02-20 21:59:35
Wczoraj, kiedy wylazłam na czwarte piętro i zobaczyłam Sala, zadałam mu standardowe pytanie (o co innego można się zapytać, będąc na czwartym piętrze?)
- Jest Boss?
- Nie. JUŻ nie ma - odparł Sal znacząco.
- JUŻ? Czyli dowiedział się, że przyszedłeś i uciekł, tak? - próbowałam doprecyzować.
- Nie. Dowiedział się, że ty masz przyjść - odparował Sal. - I przed tobą uciekł.

Ta, jasne. Akurat ja tam przypadkiem byłam ;).



A dzisiaj na korytarzu spotkałam swoją ukochaną Panią Doktor z Kulturoznawstwa.
Kiedyś w restauracji po ostatnim czwartku Dawid powiedział, że do tej akurat Pani Doktor zapisuje się na wszystkie zajęcia, na jakie się da, chodzi tam nadprogramowo. Też tak kiedyś (za młodu...) robiłam :).
- O! Pani Mrówka! - ucieszyła się MUPDzK.
- Dzień dobry! - podskoczyła Mrówka z radości. - Muszę do pani znowu przyjść na jakieś zajęcia!
- A w ogóle proszę do mnie coś napisać, bo pani dawno nie pisała!

Ha, żeby Boss tak kiedyś powiedział ;)

wtorek, 19 lutego 2008

485. telefon

Dzisiaj mój telefon rozgrzał się prawie do czerwoności. A najlepszym, chociaż nieobiektywnym, podsumowaniem dnia są słowa Sala:
- Dlaczego ty zawsze, jak odbierasz telefon, to masz głos taki, jakbyś siedziała skulona ze strachu pod stołem, a nad tobą by ktoś stał i ci groził?

Nie wiem... Może skoro jestem własną chodzącą karykaturą, to i głos przez telefon mi się wynaturza? ;)...

NAPRAWDĘ TAKI MAM?????


TELEFON PIERWSZY (12:56)
Mrówka wychodzi z czytelni Biblioteki Śląskiej. Włącza dźwięk w telefonie i idzie oddać książki. Telefon się rozdzwania. Sal. Mrówka odrzuca połączenie, wychodzi i dzwoni do Sala.
- Cześć Sal, jestem w Bibliotece Śląskiej, idę znaleźć swoją kurtkę...
(znalazłam! chociaż nigdy nie wiem, czy trafię do odpowiedniej szafki...;))

TELEFON DRUGI (13:28)
Mrówka stoi przed wydziałem i czeka na Slka-żula. Chwilę gada z Meleckim, potem - z Yarem.
Dzwoni telefon.
- Cześć Sal!
- Cześć, gdzie jesteś?
- Przed wydziałem.
- I co robisz?
- Stoję... - odpowiada Mrówka, zastanawiając się, co sobie o tym pomyśli Yaro.
- To chodź na czwarte piętro.
Mrówka bierze Yara i idzie na czwarte piętro do Sala.
Siedzą razem i gadają i wtedy rozlega się

TELEFON TRZECI (13:37)
- Tak, słucham?
- WYŁAŹ PRZED PIECZARĘ!
Mrówka wyłącza telefon i mówi do Yara i Sala:
- Dzwonił Sławek, mam wyjść przed wydział, idziecie ze mną?
Idą.

Na parkingu, już bez Yara, dzielimy się łupami recenzenckimi, w międzyczasie dzwoni Kasia, recenzentka (13:44). Ale że nie usłyszałam - nie udało mi się odebrać.

TELEFON CZWARTY (13:48)
Dzwonię do Ani.
- Abonent jest czasowo poza zasięgiem.
Wyłączam się.
- Abonent jest czasowo poza zasięgiem - wyjaśniam Slkowi i Salowi.
- A, to pewnie w Sosnowcu jest - komentuje któryś z nich.

TELEFON PIĄTY (13:51)
Mrówka i Sal obładowani reklamówkami pełnymi książek idą na spotkanie z Kasią.
Przy Kasi dzwoni telefon - Megi. Mrówka nie ma czym odebrać, więc rzuca pod ścianę dwie reklamówki, własną torbę i parasolkę, żałując, że nie umie odbierać telefonu nogą.

TELEFON SZÓSTY (13:54)
Mrówka spostrzega, że książka dla Fimbula ma 985 stron. W popłochu dzwoni po Fimbula, żeby się jej pozbyć.

TELEFON SIÓDMY (13:55)
Ania jest dalej "w Sosnowcu" (wyłączony telefon miała po prostu...)

TELEFON ÓSMY (14:21)
Mrówka do Fimbula. Stęskniona.

TELEFON DZIEWIĄTY (14:30)
Mrówka dzwoni do Magdy: po godzinach pracy dziekanatu bibliotekoznawstwa odebrała jej indeks i może jeszcze załatwić wpis.
Załatwia ;). Oddaje przy okazji indeks Megi do dziekanatu.

TELEFON DZIESIĄTY (15:12)
Megi dzwoni, że jest już przy szatni. Mrówka schodzi i ubiera kurtkę (miałyśmy iść do GCK po bilety). W tym samym czasie tata Megi zdejmuje Megi kurtkę. Mrówka to widzi, ale nie rejestruje.
- Idziesz gdzieś teraz? - pyta przestraszona Megi patrząc na Mrówkę wbijającą się w kurtkę.
- No, do GCK-u przecież idziemy, nie? - pyta inteligentnie Mrówka. I dopiero teraz zauważa, że Megi już siedzi BEZ kurtki...

TELEFON JEDENASTY (15:34)
Mrówka, Megi i Igor odwiedzają Anię od Piotrka. U Ani od Piotrka siedzi koleżanka. Tarabanimy się do środka i siedzimy razem.
Dzwoni telefon Mrówki.
- Mrówka, gdzie jesteś? - pyta Ania (Sz., blogowa, uaktywniona telefonicznie).
- W 519.
- A mogę tam wejść?
Wyłączam telefon i otwieram drzwi.
Po dwudziestu minutach gadania (Ania, Ania od Piotrka, Megi, koleżanka Ani od Piotrka, Mrówka i Igor, z czego Igor najcichszy) otwierają się drzwi i wchodzi Piotrek. Za nim jakiś student po zaliczenie.
- Czy można? - pyta student.
- JAK SIĘ PAN NIE BOI... - odpowiada mu Piotrek, znacząco patrząc na nasz sabat.
Naprawdę, nie wiem, co miał na myśli...

TELEFON DWUNASTY (16:11)
Mrówka, Ania i Megi z Igorem siedzą pod salą. Megi zaczyna opowiadać kawał.
Dzwoni telefon. Mariusz Ani. Tak sobie zapisałam w komórce Mariusza, doktoranta od Bossa, szalenie sympatycznego (życiowego partnera szalenie sympatycznej Ani B.). Kochani są oboje, a że nazwisko by mi się nie zmieściło, Mariusz figuruje u mnie jako "Mariusz Ani". Chwilę pogadaliśmy. Odkładam telefon, Megi (która na czas mojej rozmowy przerwała opowiadanie kawału) wznawia historię. Po jednym zdaniu...

TELEFON TRZYNASTY (16:12)
dzwoni Olek.
- Hej - wykrztusiła Mrówka i popłakała się ze śmiechu.
- Cześć, tu Olek... wszystko w porządku?
Wyśmiałam się i powiedziałam mu, że tak.


A poza wszystkim bardzo, bardzo dziękuję Salowi, który dzisiaj za mną nosił po wydziale pełne reklamówki książek. Sal, DZIĘKUJĘ!!! :)

poniedziałek, 18 lutego 2008

484. szybki mail

Notatkę dodano:2008-02-18 20:48:15
Wysłałam do Bossa maila. Dzień później, wieczorem, dostałam odpowiedź zwrotną. "Nie powiodło się doręczenie wiadomości bla bla bla", czy co tam zwykle w odpowiedziach zwrotnych jest.
- Co ten mail robił 24 godziny w cyberprzestrzeni? - zdziwiła się Mrówka. - Jak oni go doręczali?
- Szybcy są - stwierdziła Ania. - Albo Boss ci sam wysłał, że się nie powiodło doręczenie, żeby nie musiał ci odpisywać.



Tja...

Dopóki mi się to wydaje nieprawdopodobne, to mnie nawet bawi.

niedziela, 17 lutego 2008

483. Fimbulek

Kiedyś Fimbul pokazał mi maila, jakiego dostał od swojego promotora. Wszystko w tym mailu było napisane skrótami, łącznie z zakończeniem ("serdeczn.").
- Dalej uważasz, że TWÓJ promotor pisze lakoniczne maile? - zapytał mnie Fimbul zaraz po tym, jak przestałam się turlać ze śmiechu. Parę dni później przytoczył mi maila bibliograficznego, od S. W mailu-poradzie dotyczącym tekstu na konferencję o krwi, S. naświetlił Fimbulowi możliwe podejście do wybranego przez niego tematu i podał zebrane podczas zakładowej burzy mózgów pozycje niezbędne do wygłoszenia referatu.
- Ej! - zdenerwowała się Mrówka. - To niesprawiedliwe! Ja nie mam kogo zapytać, co zrobić z tym tematem o krwi w satyrze i muszę się sama starać! Nikt mi nie podpowie!
- Mnie możesz zapytać! - zaproponował Fimbul.
- Haha - ucieszyła się Mrówka, udając, że pisze pytanie. - "Drogi Fimbulku. Piszę właśnie referat o krwi w satyrze. Czy mógłbyś mi polecić jakieś interesujące książki na ten temat?"
- "Nie" - Fimbul udał, że odpisuje. - ALE ODPISAŁBYM!



Dwa dni później.
- Skończyłam pisać o krwi w satyrze wojennej, o krwawym kapitalizmie i wyzysku i mi się odechciało pracować - zwierzyła się Fimbulowi Mrówka. - Mam ochotę, żeby coś zrobić. Coś wielkiego.
- O, to może wreszcie się czegoś od ciebie doczekam? - ucieszył się Fimbul, który mniej więcej od dwóch lat czeka, aż coś dla niego napiszę albo narysuję.
- Nie przesadzajmy... mam ochotę, żeby coś zrobić, ale poza ochotę mi się nie chce wychodzić...
- Ochota jest jak ojczyzna - poleciał Fimbul Różewiczem. - Najpierw mała, a potem rośnie, krwawi i boli.

Taaa...
(a pomysł na tekst o czymś wielkim zrodził mi się wczoraj wieczorem, ale za szybko zasnęłam, żeby go zapisać. Spróbuję dzisiaj w wannie)