Pobiłam dzisiaj swój własny rekord wytrzymałości na czytelnię. Od momentu rozstania z Bossem (po 11) do 14:02 (bo autobus miałam o 14:06) siedziałam nad materiałami o Załuckim. 4 recenzje plus 3 wzmianki w książkach. 12 stron notatek (a właściwie tekstów przepisywanych niemal w całości), 300 kilogramów przerzucanych "Żyć Literackich" i "Teatrów". Jedej fragment o Przyborze, znaleziony przypadkiem i przepisany od razu. Dość statystyk.
Piękny był komentarz o Załuckim w duchu socrealizmu, z 1953 roku (o grupie wierszy antyimperialistycznych i braku satyr o dywersji, szpiegach, reakcyjnym odłamie kleru, sabotażystach i "o tysiącach innych spraw, które są tak istotne dla naszych zmagań z reakcją").
Dobra, ja o swoich świadectwach lekturowych i planach na dwie najbliższe prace mogę mówić godzinami (Boss zresztą ma rację, grafomania to będzie i nikomu niepotrzebne teksty, ale przyjemność sprawiają ogromną ;)).
We wtorek Ania przypomniała sobie, że na 8 rano w środę ma przeczytać Wzlot Iwaszkiewicza. Nigdzie tego opowiadania nie mogła znaleźć. Sprawdziłam w moich tomach - było. Tylko że brakło czasu na skanowanie... Zaproponowałam Ani jedyne możliwe wyjście - przeczytam Iwachę i będę jej streszczać na bieżąco na gg.
I tak zrobiłyśmy. Wesoło było ;)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz