Napisałabym, że wyjazd do miasta R. nie odznaczał się niczym szczególnym, gdyby nie fakt, że właśnie owo "nic szczególnego" jest w przypadku wyjazdów do miasta R. stanem nienaturalnym.
Przyjechałam na dworzec. Poszłam sobie do kasy. Poprosiłam o Bilet z Kasy (chociaż do odjazdu autobusu było jeszcze 17 minut. Kasę zamykają na 15 minut przed odjazdem, co w praktyce oznacza, że na 20 minut przed planowanym odjazdem autobusu nie ma w kasie czego szukać). Sprzedali mi. To się zaczyna robić nudne: trzy Bilety z Kasy w trzy tygodnie... tak tydzień w tydzień.
Przyjechał autobus. I nowy kierowca. Nawet nie popatrzył w moją stronę, tylko ostentacyjnie odwrócił się do okna. Stałam cierpliwie z Biletem z Kasy w garści i czekałam, aż się popatrzy. Popatrzył i prawie że wzruszył ramionami.
Phi.
Dojechał do miasta R. punktualnie i tak jakoś... zwyczajnie.
Za to kiedy chciałam wrócić...
Po raz pierwszy (z racji terminu zaliczeniowego) miałam zamiar wrócić do Katowic autobusem o godzinie 13:25.
O 13:20 znalazłam się na dworcu w mieście R.
O 13:34 Mój Wykładowca (którego mylę z innym wykładowcą, więc wtajemniczeni się domyślą, o którego chodzi... wcale nie są podobni, ale ja kiedyś rzuciłam w rozmowie, że są jak dwie krople wody. W efekcie wszyscy ich rozróżniają bez problemu. Oprócz mnie) poszedł zapytać się w kasie.
Nawet nie wiedziałam, że to coś na dworcu w mieście R. to kasa jest...
Wrócił (Mój Wykładowca) i powiedział, że pani w kasie twierdzi, że ten autobus przeważnie nie jeździ. Na przykład w zeszłym tygodniu nie pojechał ani razu. A w ogóle to tak często go odwołują, bo on jest katowicki. A następny jest o 14:10 (to sama wiedziałam, bo nim czasami wracam).
Hmmm...
Rozczarowaliśmy się, Mój Wykładowca gdzieś sobie poszedł, ja połaziłam koło Biedronki (bo dworzec w mieście R. jest za bardzo oddalony od miasta R., żeby połazić po jakichś sensowniejszych okolicach).
O 14:05 znowu spotkaliśmy się na dworcu. I zaczęliśmy wymyślać, że ten autobus też nie przyjedzie. W ciężkich chwilach człowiek zabawia się różnymi pomysłami. W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że to wszystko nas śmieszy, bo mamy nadzieję, że ten o 14:10 jednak przyjedzie.
Żałuję, że się nie nagraliśmy, bo stężenie absurdu wyszło takie, o jakie mogłabym podejrzewać tylko Olka. I Bossa ewentualnie.
Przyjechał PKS. Czysty. Przynajmniej z zewnątrz.
Więc oczywiście od razu stwierdziliśmy (z MW), że na pewno zaraz kierowca wywiesi karteczkę, że zepsuty, nieczynny, nie pojedzie albo coś. Czarnych scenariuszy mieliśmy około 80.
Kierowca podjechał na nasze stanowisko.
I o mało co nie urwał tabliczki z napisem "stanowiska", na słowo honoru przyczepionej do prowizorycznej wiaty dworca w mieście R. (kto był, ten wie, że dworzec w mieście R. jest... specyficzny. Olbrzymia połać błota, od tyłu nasyp kolejowy, pofałdowana blacha na słupkach i napis "stanowiska". Być może są jakoś te stanowiska doprecyzowane, nie sprawdzałam. Nie warto, następny kierowca to i tak urwie).
W momencie, kiedy kierowca miał urwać tabliczkę z dachu dworca, popatrzyliśmy na siebie z MW i uznaliśmy, że teraz wszystko wróciło do normy. I możemy wsiadać. I jechać.
A Biletu z Kasy w mieście R. jeszcze nie próbowałam kupić...
Aha, PS
na rozkładzie jazdy przy autobusie o 13:25 w mieście R. jest znaczek "S".
W legendzie znaczków nie ma wyjaśnienia dla znaczka "S".
W związku z tym zaczynam przypuszczać, że "S" oznacza "nie jeździ". Ale nie wiem jak to literowo dopasować.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasto R.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasto R.. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 21 stycznia 2008
poniedziałek, 7 stycznia 2008
452. miasto R. i Bilet z Kasy
Blogową szopkę dokończę, jak tylko się wyśpię, bo w ostatnich dniach jakoś nie miałam czasu, wybaczcie. Dużo jej nie brakuje, może w jednej części skończę. A dzisiaj notka z podróży do miasta R.
Przyjechałam na dworzec PKS o 8:05. O 8:07 głośniki podały, że PKS do miasta R. z godziny 8:15 został dzisiaj odwołany.
Nawet mnie to nie zdziwiło.
Poszłam sobie posiedzieć w dworcowej poczekalni.
Siedzę sobie, siedzę, siedzę, wyglądam przez okno, siedzę...
Przychodzi jakaś pani do informacji.
- Dzień dobry, chciałam się zapytać o to, co z tym autobusem do Rybnika! Miał być o 8:15 a tu nie ma i nie ma!
- Odwołany.
- Ale przecież nikt nie wołał? - zdziwiła się pani, a mnie poziom surrealizmu podniósł się o jakieś 67%.
Pani zapytała o następny autobus do miasta R., po czym podeszła do kasy. Wstrzymałam oddech.
- Poproszę bilet do Rybnika na 9:05 - powiedziała. To samo hasło wygłosiłam kiedyś, kiedy uciekł mi PKS. O identycznej porze. Zostałam wtedy odesłana do kierowcy. Więc teraz z zapartym tchem czekałam na reakcję.
- 8 złotych - rzekła pani w kasie i... sprzedała pasażerce Bilet z Kasy! Tak po prostu, bez żadnych dodatkowych starań! W biały dzień!
Odczekałam chwilę, po czym z bijącym głośno sercem podeszłam do drugiej kasy i poprosiłam o Bilet (z Kasy, w domyśle).
I też mi sprzedali!
W ten sposób zostałam szczęśliwą posiadaczką Biletu z Kasy.
Wsiadłam do autobusu, pokazując Bilet z Kasy nowemu kierowcy.
Nawet nie spojrzał. Mogłam równie dobrze pokazać mu rachunek z supermarketu.
Jak można do tego stopnia zignorować z takim trudem zdobyty Bilet z Kasy? Ja go sobie chyba zasuszę na pamiątkę.
W autobusie poza powyższą notką zapisałam jeszcze:
Jedziemy jakąś obcą drogą. Chyba że las wyrósł przez święta.
Ale nie. Po prostu wjeżdżamy do Mikołowa od innej strony.
Bilet z Kasy zapewnia dodatkowe atrakcje.
Przyjechałam na dworzec PKS o 8:05. O 8:07 głośniki podały, że PKS do miasta R. z godziny 8:15 został dzisiaj odwołany.
Nawet mnie to nie zdziwiło.
Poszłam sobie posiedzieć w dworcowej poczekalni.
Siedzę sobie, siedzę, siedzę, wyglądam przez okno, siedzę...
Przychodzi jakaś pani do informacji.
- Dzień dobry, chciałam się zapytać o to, co z tym autobusem do Rybnika! Miał być o 8:15 a tu nie ma i nie ma!
- Odwołany.
- Ale przecież nikt nie wołał? - zdziwiła się pani, a mnie poziom surrealizmu podniósł się o jakieś 67%.
Pani zapytała o następny autobus do miasta R., po czym podeszła do kasy. Wstrzymałam oddech.
- Poproszę bilet do Rybnika na 9:05 - powiedziała. To samo hasło wygłosiłam kiedyś, kiedy uciekł mi PKS. O identycznej porze. Zostałam wtedy odesłana do kierowcy. Więc teraz z zapartym tchem czekałam na reakcję.
- 8 złotych - rzekła pani w kasie i... sprzedała pasażerce Bilet z Kasy! Tak po prostu, bez żadnych dodatkowych starań! W biały dzień!
Odczekałam chwilę, po czym z bijącym głośno sercem podeszłam do drugiej kasy i poprosiłam o Bilet (z Kasy, w domyśle).
I też mi sprzedali!
W ten sposób zostałam szczęśliwą posiadaczką Biletu z Kasy.
Wsiadłam do autobusu, pokazując Bilet z Kasy nowemu kierowcy.
Nawet nie spojrzał. Mogłam równie dobrze pokazać mu rachunek z supermarketu.
Jak można do tego stopnia zignorować z takim trudem zdobyty Bilet z Kasy? Ja go sobie chyba zasuszę na pamiątkę.
W autobusie poza powyższą notką zapisałam jeszcze:
Jedziemy jakąś obcą drogą. Chyba że las wyrósł przez święta.
Ale nie. Po prostu wjeżdżamy do Mikołowa od innej strony.
Bilet z Kasy zapewnia dodatkowe atrakcje.
niedziela, 16 grudnia 2007
440. z miasta R. retrospekcja
2007-12-16 21:42:11
W ostatni poniedziałek przyszłam sobie na dworzec PKS.
O godzinie 8:10 (czyli pięć minut przed czasem) podjechał na stanowisko autobus do miasta R. Ogrzewany i czysty.
Kierowca otworzył drzwi i odpowiadał pasażerom na "dzień dobry".
Sprzedał wszystkim bilety bez żadnego marudzenia i z uśmiechem.
Punktualnie o 8:15 zamknął drzwi i pojechał.
Po drodze nie trafiliśmy na żaden korek.
Żaden pasażer nie narzekał. Na nic.
W mieście R. byliśmy o godzinie 9:20 (normalnie jesteśmy o 9:55, a według rozkładu - o 9:35).
90% drogi przespałam, budząc się tylko, kiedy mijaliśmy tablice witające w kolejnych miastach.
I nie idealizuję teraz przeszłości, tak było naprawdę.
Co za nuda!!!
W ostatni poniedziałek przyszłam sobie na dworzec PKS.
O godzinie 8:10 (czyli pięć minut przed czasem) podjechał na stanowisko autobus do miasta R. Ogrzewany i czysty.
Kierowca otworzył drzwi i odpowiadał pasażerom na "dzień dobry".
Sprzedał wszystkim bilety bez żadnego marudzenia i z uśmiechem.
Punktualnie o 8:15 zamknął drzwi i pojechał.
Po drodze nie trafiliśmy na żaden korek.
Żaden pasażer nie narzekał. Na nic.
W mieście R. byliśmy o godzinie 9:20 (normalnie jesteśmy o 9:55, a według rozkładu - o 9:35).
90% drogi przespałam, budząc się tylko, kiedy mijaliśmy tablice witające w kolejnych miastach.
I nie idealizuję teraz przeszłości, tak było naprawdę.
Co za nuda!!!
wtorek, 4 grudnia 2007
430. wariacje z miasta R.
2007-12-04 20:59:07
notka z wczoraj
Taki Bilet z Kasy to dla niektórych dobro nieosiągalne. Byłam dzisiaj w Katowicach o 7:55 (tym samym autobusem, którym dwa tygodnie temu byłam o 8:22).
Stwierdziłam, że tym razem na pewno uda mi się kupić Bilet z Kasy. Poszłam do kasy.
- Dzień dobry, proszę normalny do Rybnika na 8:15.
Pani w okienku już miała wystukać coś na kasie, ale nagle jakby się rozmyśliła.
- 8:15, bilety u kierowcy, stanowisko trzecie - powiedziała.
Rozczarowałam się.
Przyjechał autobus do miasta R. Punktualnie. Stosunkowo czysty, nieogrzewany (ale ciepło dzisiaj dosyć). Najnormalniejszy w świecie kierowca nie zapewnił jak dotąd żadnych atrakcji. Ot, sprzedał bilety (bez słowa) i jedzie. Nudno. Nie ma co opisywać.
Swoją drogą nie mam pojęcia, skąd ludzie biorą bilety z kasy...
notka z wczoraj
Taki Bilet z Kasy to dla niektórych dobro nieosiągalne. Byłam dzisiaj w Katowicach o 7:55 (tym samym autobusem, którym dwa tygodnie temu byłam o 8:22).
Stwierdziłam, że tym razem na pewno uda mi się kupić Bilet z Kasy. Poszłam do kasy.
- Dzień dobry, proszę normalny do Rybnika na 8:15.
Pani w okienku już miała wystukać coś na kasie, ale nagle jakby się rozmyśliła.
- 8:15, bilety u kierowcy, stanowisko trzecie - powiedziała.
Rozczarowałam się.
Przyjechał autobus do miasta R. Punktualnie. Stosunkowo czysty, nieogrzewany (ale ciepło dzisiaj dosyć). Najnormalniejszy w świecie kierowca nie zapewnił jak dotąd żadnych atrakcji. Ot, sprzedał bilety (bez słowa) i jedzie. Nudno. Nie ma co opisywać.
Swoją drogą nie mam pojęcia, skąd ludzie biorą bilety z kasy...
czwartek, 29 listopada 2007
418. o hamburgerze

W mieście R. nie mam kiedy zjeść obiadu. Koło 15 postanowiłam, że pójdę sobie na hamburgera, bo od rana biegałam o jabłku i rogaliku, a potem, do 21, nie miałabym kiedy czegokolwiek przegryźć, bo w PKS-ie ciemno, w Katowicach 8 minut wolności i wykład, a w autobusie do Jaworzna niewygodnie.
Poszłam do "knajpy", którą odkryłyśmy z Anią jeszcze w sierpniu i zamówiłam sobie średniego hamburgera.
Podobało mi się tam, bo właściciel przypominający starego rubasznego marynarza słuchał stacji Złote Przeboje i życzył wszystkim smacznego do rymu.
Kiedy w wakacje Ania kupowała tam hamburgera jarskiego średniego, dostała olbrzymią bułę, z którą nie bardzo wiedziała, co zrobić. Pamiętałam o tym, ale jakoś wydawała mi się ta buła mniejsza, a poza tym teraz podobna miała stanowić mój obiad.
Tylko że dostałam bułę większą.
Taką na wielkość talerza do drugiego dania.
Sama sałatka z tego hamburgera wystarczyłaby mi na dwa posiłki.
Kotlet był rozmiarów młyńskiego koła.
Żeby utrzymać tego hamburgera, trzeba było go trzymać w dwóch rękach.
Najpierw płakałam nad tym ze śmiechu, potem z rozpaczy.
Jadłam go przez 35 minut zastanawiając się, czy od razu dać znać komuś, że umarłam w trakcie jedzenia, albo z przejedzenia, albo że wszystkie autobusy mi pouciekały, czy poczekać. No pyszny był, zgoda, ale ile można?
Żałowałam strasznie, że nikt tam ze mną nie przyszedł.
Przeżyłam tylko cudem.
Nigdy więcej średniego ;).
poniedziałek, 19 listopada 2007
409. z miasta R.
2007-11-19 22:43:31
Kiedy w poniedziałek jadę rano autobusem z Jaworzna, według rozkładu jazdy mam pół godziny zapasu (przed przesiadką na dworcu na PKS), praktycznie - 14 minut.
W związku z tym dzisiaj mój autobus spóźnił się o kwadrans, a potem stał w korkach. Na dworzec PKS przybyłam w 7 minut po planowanym odjeździe autobusu do miasta R.
Zastałam pusty przystanek.
PRZEWAŻNIE (90% przypadków) PKS do miasta R. odjeżdża przynajmniej 10 minut po czasie.
Bo kierowca wysiada, idzie po tabliczki, wraca, upycha te tabliczki w autobusie, otwiera drzwi, wpuszcza pasażerów, sprzedaje bilety, wydaje resztę, szuka drobnych, wyciera okno, zagląda pod fotel, sprawdza wycieraczki, uchyla okno, przymyka je, wyciera jeszcze raz, zamyka drzwi, otwiera, żeby wpuścić spóźnionych pasażerów, zamyka...
Dzisiaj widocznie nie musiał. Bo 7 minut po 8:15 już go nie było.
W związku z tym Mrówka zadzwoniła do miasta R., bo następny PKS miała za pół godziny. Poinformowała, że spóźni się, ale przyjedzie. Posnuła się chwilę po dworcu.
I WYMYŚLIŁA.
Wymyśliła, że skoro do najbliższego PKS-u ma pół godziny, to... kupi bilet w kasie!
Kiedy przyjedzie autobus i pan kierowca zapyta "kto ma bilety z kasy?", to Mrówka dumnie pokaże mu swój! Swój Bilet z Kasy!
Uszczęśliwiona podeszła do okienka.
- Dzień dobry, poproszę bilet do Rybnika - powiedziała przejęta (dobrze, że nie poprosiła o bilet z kasy...), myśląc sobie, jak bardzo zdziwi się kierowca, kiedy nie będzie musiał sprzedawać biletu Mrówce.
- Bilety tylko u kierowcy - odparła pani z kasy.
I Mrówka odeszła na bok i rozpłakała się rzewnie.
W duchu.
Ze śmiechu.
Jak ja się potem bałam, że przyjedzie autobus i kierowca zada to nieśmiertelne pytanie "kto ma bilety z kasy?"... tego bym chyba nie wytrzymała.
W mieście R. za to na zakładzie optycznym jest reklama dotycząca aparatów słuchowych. To miasto zaskakuje mnie niezmiennie.
Kiedy w poniedziałek jadę rano autobusem z Jaworzna, według rozkładu jazdy mam pół godziny zapasu (przed przesiadką na dworcu na PKS), praktycznie - 14 minut.
W związku z tym dzisiaj mój autobus spóźnił się o kwadrans, a potem stał w korkach. Na dworzec PKS przybyłam w 7 minut po planowanym odjeździe autobusu do miasta R.
Zastałam pusty przystanek.
PRZEWAŻNIE (90% przypadków) PKS do miasta R. odjeżdża przynajmniej 10 minut po czasie.
Bo kierowca wysiada, idzie po tabliczki, wraca, upycha te tabliczki w autobusie, otwiera drzwi, wpuszcza pasażerów, sprzedaje bilety, wydaje resztę, szuka drobnych, wyciera okno, zagląda pod fotel, sprawdza wycieraczki, uchyla okno, przymyka je, wyciera jeszcze raz, zamyka drzwi, otwiera, żeby wpuścić spóźnionych pasażerów, zamyka...
Dzisiaj widocznie nie musiał. Bo 7 minut po 8:15 już go nie było.
W związku z tym Mrówka zadzwoniła do miasta R., bo następny PKS miała za pół godziny. Poinformowała, że spóźni się, ale przyjedzie. Posnuła się chwilę po dworcu.
I WYMYŚLIŁA.
Wymyśliła, że skoro do najbliższego PKS-u ma pół godziny, to... kupi bilet w kasie!
Kiedy przyjedzie autobus i pan kierowca zapyta "kto ma bilety z kasy?", to Mrówka dumnie pokaże mu swój! Swój Bilet z Kasy!
Uszczęśliwiona podeszła do okienka.
- Dzień dobry, poproszę bilet do Rybnika - powiedziała przejęta (dobrze, że nie poprosiła o bilet z kasy...), myśląc sobie, jak bardzo zdziwi się kierowca, kiedy nie będzie musiał sprzedawać biletu Mrówce.
- Bilety tylko u kierowcy - odparła pani z kasy.
I Mrówka odeszła na bok i rozpłakała się rzewnie.
W duchu.
Ze śmiechu.
Jak ja się potem bałam, że przyjedzie autobus i kierowca zada to nieśmiertelne pytanie "kto ma bilety z kasy?"... tego bym chyba nie wytrzymała.
W mieście R. za to na zakładzie optycznym jest reklama dotycząca aparatów słuchowych. To miasto zaskakuje mnie niezmiennie.
wtorek, 13 listopada 2007
405. z drogi do miasta R., raport
Dziennik pokładowy, 12.11.07, godzina 8:20
Drogowcy mnie zaskoczyli.
Myślałam, że - jak co roku - zaskoczy ich zima. Zwłaszcza że miasto (moje miasto, nie miasto R.) unieważniło przetarg na odśnieżanie. Ale nie: piaskarki i pługi wyjechały na ulice skoro świt i doprowadziły drogi do stanu używalności.
Co prawda mało się na PKS nie spóźniłam, ale to dlatego, że korki były na światłach, a mój autobus tradycyjnie przyjechał po czasie.
PKS do miasta R. przyjechał punktualnie. Ogrzewany. Kierowca przyniósł i upchnął na miejsce tabliczkę z napisem "Rybnik". Wsiadł do środka.
- Można u pana kupić bilet? - zapytała jedna z pasażerek.
- Nawet trzeba - odparł kierowca. Wreszcie jakiś z poczuciem humoru.
"Łóżka, które leczą i odchudzają" - zobaczyłam za oknem przez ścianę śniegu. Nie wiem, co leczą, ani jak odchudzają, ale przyjmując, że to faktycznie ŁÓŻKA, to myślę, że działają na zasadzie "śpij, aż ci przejdzie".
***
Wracam z miasta R.
- Normalny do Katowic proszę.
- Normalny? - kierowca otaksował mnie wzrokiem.
"A wyglądam na nienormalny?" - chciałam zapytać, ale wolałam nie. Są pewne kwestie, których się bliźnim do rozstrzygania nie zostawia.
Może zresztą widział we mnie studentkę i chciał mi sprzedać ulgowy.
I tej wersji się będę trzymać.
Drogowcy mnie zaskoczyli.
Myślałam, że - jak co roku - zaskoczy ich zima. Zwłaszcza że miasto (moje miasto, nie miasto R.) unieważniło przetarg na odśnieżanie. Ale nie: piaskarki i pługi wyjechały na ulice skoro świt i doprowadziły drogi do stanu używalności.
Co prawda mało się na PKS nie spóźniłam, ale to dlatego, że korki były na światłach, a mój autobus tradycyjnie przyjechał po czasie.
PKS do miasta R. przyjechał punktualnie. Ogrzewany. Kierowca przyniósł i upchnął na miejsce tabliczkę z napisem "Rybnik". Wsiadł do środka.
- Można u pana kupić bilet? - zapytała jedna z pasażerek.
- Nawet trzeba - odparł kierowca. Wreszcie jakiś z poczuciem humoru.
"Łóżka, które leczą i odchudzają" - zobaczyłam za oknem przez ścianę śniegu. Nie wiem, co leczą, ani jak odchudzają, ale przyjmując, że to faktycznie ŁÓŻKA, to myślę, że działają na zasadzie "śpij, aż ci przejdzie".
***
Wracam z miasta R.
- Normalny do Katowic proszę.
- Normalny? - kierowca otaksował mnie wzrokiem.
"A wyglądam na nienormalny?" - chciałam zapytać, ale wolałam nie. Są pewne kwestie, których się bliźnim do rozstrzygania nie zostawia.
Może zresztą widział we mnie studentkę i chciał mi sprzedać ulgowy.
I tej wersji się będę trzymać.
poniedziałek, 5 listopada 2007
397. z miasta R.
- Ciekawe, co się jutro głupiego przydarzy w drodze do miasta R. - zastanawiała się wczoraj wieczorem Mrówka, siedząc na dywanie. Melancholijnie siedząc.
- Może nic? - stwierdziła mama Mrówki. Nadzieja w oczach Mrówki błysnęła i zgasła niemal natychmiast.
- To niemożliwe - odparła (Mrówka, nie nadzieja). - Zawsze się coś głupiego dzieje...
Podróż do miasta R. nie rozpoczynała się.
- Oczekuje się na autobus do Rybnika, który nie zjechał jeszcze z trasy - poinformowały głośniki dworcowe.
Po dziesięciu minutach bezowocnego oczekiwania głośniki powtórzyły komunikat.
Po piętnastu zresztą też.
Przyjechał autobus z kierowcą, który zapoczątkował relacje z podróży do miasta R. (tym, który otworzył drzwi i wrzasnął na pasażerów, że k..., w korku stał).
Przyjechał i podjechał na stanowisko czwarte.
Do miasta R. jedzie się o tej porze z trzeciego. Lekko zdezorientowani ludzie zastanawiali się, czy się nie pomylił. Mógł sobie w końcu w odpowiednią zatoczkę nie trafić... przy takim stanie nerwów...
Ale nie. Kierowca dawniej rybnicki jechał teraz, jak się okazało, do Wisły.
A okazało się uroczo, bowiem otworzył drzwi swojego autobusu i wydarł się na pasażerów z sąsiedniej zatoczki. Za nic. Po prostu nie w humorze przyjechał.
Wiedziałam, że się wydrze, ale przypuszczałam, że jedzie do miasta R. i że wszystko spadnie na moich przyszłych współpasażerów. Co za rozczarowanie...
- Oczekuje się na opóźniony autobus do Rybnika - powiedziały głośniki.
Po kolejnych kilku minutach powiedziały jeszcze:
- Opóźniony autobus do Rybnika podjedzie na stanowisko trzecie.
Podjechał.
Nieznany kierowca. Autobus znany i wrakowaty jak to PKS-y mają w zwyczaju.
Kierowca otworzył drzwi.
Bez słowa sprzedał wszystkim oczekującym bilety.
Bez zwłoki ruszył z przystanku.
I włączył ogrzewanie. Myślałam, że źle wsiadłam.
Półgodzinne opóźnienie nadrobił w trasie.
Do miasta R. mogłam sobie jechać bez kurtki.
Kupiłam sobie w mieście R. zapiekankę nadnaturalnej wielkości. Zrobioną z bagietki. Metrowej. Za 2,80. Rubaszny właściciel życzył każdemu klientowi smacznego. Czasami do rymu.
A w kampusie był dzisiaj mój ulubiony portier. Pan, który na pożegnalne "miłego tygodnia" rozpromienia się tak, jakby właśnie dostał beczkę pełną złotych monet.
No i na dwie pochwały za Rewię niedokończoną (Prawa Ręka i Egzekutor) też się załapałam. To dodaje skrzydeł. Jak się wyśpię, to pofruwam.
To nie sen wariata. To dzisiejsza rzeczywistość.
- Może nic? - stwierdziła mama Mrówki. Nadzieja w oczach Mrówki błysnęła i zgasła niemal natychmiast.
- To niemożliwe - odparła (Mrówka, nie nadzieja). - Zawsze się coś głupiego dzieje...
Podróż do miasta R. nie rozpoczynała się.
- Oczekuje się na autobus do Rybnika, który nie zjechał jeszcze z trasy - poinformowały głośniki dworcowe.
Po dziesięciu minutach bezowocnego oczekiwania głośniki powtórzyły komunikat.
Po piętnastu zresztą też.
Przyjechał autobus z kierowcą, który zapoczątkował relacje z podróży do miasta R. (tym, który otworzył drzwi i wrzasnął na pasażerów, że k..., w korku stał).
Przyjechał i podjechał na stanowisko czwarte.
Do miasta R. jedzie się o tej porze z trzeciego. Lekko zdezorientowani ludzie zastanawiali się, czy się nie pomylił. Mógł sobie w końcu w odpowiednią zatoczkę nie trafić... przy takim stanie nerwów...
Ale nie. Kierowca dawniej rybnicki jechał teraz, jak się okazało, do Wisły.
A okazało się uroczo, bowiem otworzył drzwi swojego autobusu i wydarł się na pasażerów z sąsiedniej zatoczki. Za nic. Po prostu nie w humorze przyjechał.
Wiedziałam, że się wydrze, ale przypuszczałam, że jedzie do miasta R. i że wszystko spadnie na moich przyszłych współpasażerów. Co za rozczarowanie...
- Oczekuje się na opóźniony autobus do Rybnika - powiedziały głośniki.
Po kolejnych kilku minutach powiedziały jeszcze:
- Opóźniony autobus do Rybnika podjedzie na stanowisko trzecie.
Podjechał.
Nieznany kierowca. Autobus znany i wrakowaty jak to PKS-y mają w zwyczaju.
Kierowca otworzył drzwi.
Bez słowa sprzedał wszystkim oczekującym bilety.
Bez zwłoki ruszył z przystanku.
I włączył ogrzewanie. Myślałam, że źle wsiadłam.
Półgodzinne opóźnienie nadrobił w trasie.
Do miasta R. mogłam sobie jechać bez kurtki.
Kupiłam sobie w mieście R. zapiekankę nadnaturalnej wielkości. Zrobioną z bagietki. Metrowej. Za 2,80. Rubaszny właściciel życzył każdemu klientowi smacznego. Czasami do rymu.
A w kampusie był dzisiaj mój ulubiony portier. Pan, który na pożegnalne "miłego tygodnia" rozpromienia się tak, jakby właśnie dostał beczkę pełną złotych monet.
No i na dwie pochwały za Rewię niedokończoną (Prawa Ręka i Egzekutor) też się załapałam. To dodaje skrzydeł. Jak się wyśpię, to pofruwam.
To nie sen wariata. To dzisiejsza rzeczywistość.
poniedziałek, 29 października 2007
391. z podróży do miasta R.
Podróże do miasta R. są... no chyba już wszyscy Czytelnicy tego bloga wiedzą, jakie są podróże do miasta R. Dlatego dzisiaj w ogromnym skrócie. Przepiszę notkę, którą stworzyłam w drodze do miasta R., będzie komentarz na gorąco. Może nie zasnę nad klawiaturą.
Przyjechał autobus do miasta R.
- RYBNIK! - zawołał kierowca, dzierżąc w dłoniach tabliczkę z odpowiednim napisem. - Najpierw z biletami z kasy!
Wsiadły cztery osoby. Reszta (czyli trzy osoby, w tym Mrówka) zaczekały na zewnątrz. Jak się jedzie z przesiadkami, a kasy zamykają na kwadrans przed odjazdem PKS-u, to marne są szanse na udany zakup.
Kierowcy to nie wystarczyło.
- Kto ma bilety z kasy? - zapytał.
- Nikt - odpowiedzieli chórem pasażerowie.
- Kto ma bilety z kasy?
Wszyscy pokręcili głowami.
- Kto ma bilety z kasy? - gromko powtórzył kierowca.
Wsiadła jedna z pań-pasażerek-bez-biletu i poprosiła o bilet do miasta R.
- Nie! - odsunął ją kierowca. - Kto ma bilety z kasy?
Było już dobre pięć minut po planowanym odjeździe autobusu, a na ruszenie z miejsca nie było większej nadziei, ludzie zaczęli się niecierpliwić.
- Kto ma bilety z kasy?
- Nikt - odpowiedziała owa pani, rozglądając się bezradnie i patrząc na pasażerów.
- To jeszcze wsiadać, jak ktoś ma bilety z kasy - zarządził kierowca.
Dobra, przyznaję, szlag mnie mało nie trafił. Powiedziałam w myślach brzydkie słowo.
- NIKT - odrzekła Mrówka bardzo dobitnie. - JUŻ. NIKT. NIE MA. BILETÓW. Z KASY.
- A co się pani stało? - zdziwił się kierowca.
- Trzeci raz pan pyta - odparła Mrówka. - Chcemy już wsiąść i JECHAĆ.
Reszta pasażerów się z tym zgodziła.
Kierowca sprzedał bilet owej pierwszej pani.
- Kto ma bilety z kasy? - zapytał.
Wgrało mu się.
Kiedy opowiedziałam to po południu Olkowi, ten stwierdził z prostotą:
- A może świat się na chwilę zawiesił?
Może...
Dalszą część podróży do miasta R. przespałam. W mieście R. powitała mnie tablica: "Prezydent [miasta R.] przeprasza za utrudnienia w ruchu, wynikające z bla bla bla bla".
Wzruszyłam się.
To nic, że na korki w samym mieście R. tracę godzinę co poniedziałek (pół godziny w jedną stronę). Ważne, że sam Prezydent Miasta R. o mnie myśli. Sam Prezydent mnie przeprasza. No i jak tu się złościć?
Przyjechał autobus do miasta R.
- RYBNIK! - zawołał kierowca, dzierżąc w dłoniach tabliczkę z odpowiednim napisem. - Najpierw z biletami z kasy!
Wsiadły cztery osoby. Reszta (czyli trzy osoby, w tym Mrówka) zaczekały na zewnątrz. Jak się jedzie z przesiadkami, a kasy zamykają na kwadrans przed odjazdem PKS-u, to marne są szanse na udany zakup.
Kierowcy to nie wystarczyło.
- Kto ma bilety z kasy? - zapytał.
- Nikt - odpowiedzieli chórem pasażerowie.
- Kto ma bilety z kasy?
Wszyscy pokręcili głowami.
- Kto ma bilety z kasy? - gromko powtórzył kierowca.
Wsiadła jedna z pań-pasażerek-bez-biletu i poprosiła o bilet do miasta R.
- Nie! - odsunął ją kierowca. - Kto ma bilety z kasy?
Było już dobre pięć minut po planowanym odjeździe autobusu, a na ruszenie z miejsca nie było większej nadziei, ludzie zaczęli się niecierpliwić.
- Kto ma bilety z kasy?
- Nikt - odpowiedziała owa pani, rozglądając się bezradnie i patrząc na pasażerów.
- To jeszcze wsiadać, jak ktoś ma bilety z kasy - zarządził kierowca.
Dobra, przyznaję, szlag mnie mało nie trafił. Powiedziałam w myślach brzydkie słowo.
- NIKT - odrzekła Mrówka bardzo dobitnie. - JUŻ. NIKT. NIE MA. BILETÓW. Z KASY.
- A co się pani stało? - zdziwił się kierowca.
- Trzeci raz pan pyta - odparła Mrówka. - Chcemy już wsiąść i JECHAĆ.
Reszta pasażerów się z tym zgodziła.
Kierowca sprzedał bilet owej pierwszej pani.
- Kto ma bilety z kasy? - zapytał.
Wgrało mu się.
Kiedy opowiedziałam to po południu Olkowi, ten stwierdził z prostotą:
- A może świat się na chwilę zawiesił?
Może...
Dalszą część podróży do miasta R. przespałam. W mieście R. powitała mnie tablica: "Prezydent [miasta R.] przeprasza za utrudnienia w ruchu, wynikające z bla bla bla bla".
Wzruszyłam się.
To nic, że na korki w samym mieście R. tracę godzinę co poniedziałek (pół godziny w jedną stronę). Ważne, że sam Prezydent Miasta R. o mnie myśli. Sam Prezydent mnie przeprasza. No i jak tu się złościć?
wtorek, 23 października 2007
385. moje przygody w mieście R. odcinek trzeci (czy tam czwarty)
O moich wyjazdach do miasta R. mogłabym już książkę napisać. Kiedy wczoraj opowiadałam Megi najnowsze przygody, ta parsknęła śmiechem, a potem powiedziała:
- Ty chyba na poczekaniu wymyślasz te historyjki, to niemożliwe, żeby ci się tak tydzień w tydzień coś takiego przydarzało.
A opowiadałam (tak jak i na blogu) tylko historie "dojazdowe".
Marzłam sobie na przystanku, kiedy na stanowisko 3. podszedł jeden z moich dawnych wykładowców, profesor L.
- Dzień dobry, panie profesorze! Pan też do Rybnika? - zapytała dziarsko Mrówka, poszczękując zębami. Profesor skinął głową. Mrówka rzuciła mu współczujące spojrzenie.
I w tym momencie nadjechał autobus, a właściwie AUTOBUS. Spełnienie marzeń - gdyby ktoś, oczywiście, marzył akurat o autobusie. Piękny. Biały. CZYSTY. Umyty, cichy i pachnący. Z przyciemnianymi szybami. Z elektroniczną tablicą, na której mrugał zachęcająco napis "Rybnik". Ciepły i połyskujący.
W dodatku przyjechał punktualnie.
Popatrzyłam na profesora L. ze zdumieniem.
- Coraz lepsze autobusy na tej trasie! - zauważyliśmy. - I w dodatku nie jest opóźniony!
Atmosfera radosnego oczekiwania trwała dwie sekundy. Autobus idealny już podjeżdżał na nasze stanowisko. Nie zmieniał napisu, nie mogliśmy więc mieć wątpliwości - przyjdzie (czy tam przyjedzie) nam odbyć przymusową podróż w warunkach komfortowych. W warunkach idealnych nawet.
I wtedy Autobus zatrzymał się i przepuścił karykaturę autobusu. Typowy PKS, stary, roztrzęsiony (szyby mu klekotały), brudny od spalin, warczący, hałasujący i dryndowaty... i z pustymi tekturkami zamiast nazwy miasta, podjechał na nasze stanowisko, kierowca otworzył zaś drzwi (czy może same się otworzyły?) i wrzasnął z całej siły:
- RYBNIK!
- Tak wygląda zderzenie marzeń z rzeczywistością - mruknęłam do profesora L.
Cóż było robić, wsiedliśmy.
Kierowca poszedł po tabliczki i zostawił otwarty autobus. Siedziałam w środku szczękając zębami (ogrzewania nie było, więc kiedy wysiadłam w mieście R., nie musiałam przeżywać termicznego szoku). Po chwili usłyszałam z głośników dworcowych:
- Autobus do Rybnika podjedzie na stanowisko trzecie.
Autobus pasował (no, umownie pasował, powiedzmy, że można to nazwać autobusem, bo miało koła), stanowisko trzecie pasowało. Nie grał mi tylko użyty w tej wypowiedzi czas... Siedziałam w autobusie, autobus stał na stanowisku trzecim i jako żywo nie miał zamiaru na nie podjeżdżać. Nawet kierowcy nie było.
Na szczęście kierowca wrócił, upchnął tabliczki tam, gdzie się zmieściły i ruszyliśmy.
Pojechał inną trasą niż zwykle, więc miałam wycieczkę krajoznawczą. Nie spałam, bo za zimno. A poza tym... przed nosem miałam przyklejoną naklejkę-ulotkę-reklamę "pół wieku PKS".
Oczywiście dostałam ataku śmiechu, bo przyszło mi do głowy, że przez te pół wieku nie zmienili taboru.
Dopiero na uczelni kolega ze studiów powiedział, że nie wiadomo, czy ta naklejka nie pochodzi z lat 90.
Ja przyjmowałam za pewnik, że jest z tego roku (taki rodzaj wzmocnienia autobusu od środka, żeby się nie rozpadł). Jak się okazuje - mogła być starsza :D.
Ale to nie wszystko, mówiłam przecież, że moje wyjazdy do miasta R. kończą się materiałem na książkę.
W Domu Kultury w Łaziskach Górnych odbywa się (widziałam szyld) wystawa kanarków kształtnych.
Całe szkolne życie przebyłam w przekonaniu, że BEZKSZTAŁTNE bywają tylko ameby. Nie wiedziałam, że kanarki też. Tak mnie wmurowało, że zapisałam tylko miejsce i nazwę wystawy, daty nie. Jeśli ktoś będzie chciał pojechać i zobaczyć na własne oczy kształtne kanarki, a potem podzielić się tu wrażeniami, to proszę kontaktować się z DK w Łaziskach Górnych.
A jeśli wystawa już była, to przepraszam ;) baneru nie zdjęli ;).
To nie wszystko.
Kiedy dojeżdżałam do własnego przystanku i dwie wieże Bazyliki w mieście R. było już widać na horyzoncie (a dwie wieże Bazyliki to dla mnie sygnał do wysiadania), kierowca odebrał telefon. I powiedział:
- Tutaj jestem! No w Katowicach!
Bardziej uwierzyłam Bazylice, wysiadłam. Obejrzałam otoczenie - byłam w mieście R.
Kierowca był w innej czasoprzestrzeni widocznie.
I zawsze twierdziłam, że ludzie przez wynalezienie komórek więcej kłamią.
- Ty chyba na poczekaniu wymyślasz te historyjki, to niemożliwe, żeby ci się tak tydzień w tydzień coś takiego przydarzało.
A opowiadałam (tak jak i na blogu) tylko historie "dojazdowe".
Marzłam sobie na przystanku, kiedy na stanowisko 3. podszedł jeden z moich dawnych wykładowców, profesor L.
- Dzień dobry, panie profesorze! Pan też do Rybnika? - zapytała dziarsko Mrówka, poszczękując zębami. Profesor skinął głową. Mrówka rzuciła mu współczujące spojrzenie.
I w tym momencie nadjechał autobus, a właściwie AUTOBUS. Spełnienie marzeń - gdyby ktoś, oczywiście, marzył akurat o autobusie. Piękny. Biały. CZYSTY. Umyty, cichy i pachnący. Z przyciemnianymi szybami. Z elektroniczną tablicą, na której mrugał zachęcająco napis "Rybnik". Ciepły i połyskujący.
W dodatku przyjechał punktualnie.
Popatrzyłam na profesora L. ze zdumieniem.
- Coraz lepsze autobusy na tej trasie! - zauważyliśmy. - I w dodatku nie jest opóźniony!
Atmosfera radosnego oczekiwania trwała dwie sekundy. Autobus idealny już podjeżdżał na nasze stanowisko. Nie zmieniał napisu, nie mogliśmy więc mieć wątpliwości - przyjdzie (czy tam przyjedzie) nam odbyć przymusową podróż w warunkach komfortowych. W warunkach idealnych nawet.
I wtedy Autobus zatrzymał się i przepuścił karykaturę autobusu. Typowy PKS, stary, roztrzęsiony (szyby mu klekotały), brudny od spalin, warczący, hałasujący i dryndowaty... i z pustymi tekturkami zamiast nazwy miasta, podjechał na nasze stanowisko, kierowca otworzył zaś drzwi (czy może same się otworzyły?) i wrzasnął z całej siły:
- RYBNIK!
- Tak wygląda zderzenie marzeń z rzeczywistością - mruknęłam do profesora L.
Cóż było robić, wsiedliśmy.
Kierowca poszedł po tabliczki i zostawił otwarty autobus. Siedziałam w środku szczękając zębami (ogrzewania nie było, więc kiedy wysiadłam w mieście R., nie musiałam przeżywać termicznego szoku). Po chwili usłyszałam z głośników dworcowych:
- Autobus do Rybnika podjedzie na stanowisko trzecie.
Autobus pasował (no, umownie pasował, powiedzmy, że można to nazwać autobusem, bo miało koła), stanowisko trzecie pasowało. Nie grał mi tylko użyty w tej wypowiedzi czas... Siedziałam w autobusie, autobus stał na stanowisku trzecim i jako żywo nie miał zamiaru na nie podjeżdżać. Nawet kierowcy nie było.
Na szczęście kierowca wrócił, upchnął tabliczki tam, gdzie się zmieściły i ruszyliśmy.
Pojechał inną trasą niż zwykle, więc miałam wycieczkę krajoznawczą. Nie spałam, bo za zimno. A poza tym... przed nosem miałam przyklejoną naklejkę-ulotkę-reklamę "pół wieku PKS".
Oczywiście dostałam ataku śmiechu, bo przyszło mi do głowy, że przez te pół wieku nie zmienili taboru.
Dopiero na uczelni kolega ze studiów powiedział, że nie wiadomo, czy ta naklejka nie pochodzi z lat 90.
Ja przyjmowałam za pewnik, że jest z tego roku (taki rodzaj wzmocnienia autobusu od środka, żeby się nie rozpadł). Jak się okazuje - mogła być starsza :D.
Ale to nie wszystko, mówiłam przecież, że moje wyjazdy do miasta R. kończą się materiałem na książkę.
W Domu Kultury w Łaziskach Górnych odbywa się (widziałam szyld) wystawa kanarków kształtnych.
Całe szkolne życie przebyłam w przekonaniu, że BEZKSZTAŁTNE bywają tylko ameby. Nie wiedziałam, że kanarki też. Tak mnie wmurowało, że zapisałam tylko miejsce i nazwę wystawy, daty nie. Jeśli ktoś będzie chciał pojechać i zobaczyć na własne oczy kształtne kanarki, a potem podzielić się tu wrażeniami, to proszę kontaktować się z DK w Łaziskach Górnych.
A jeśli wystawa już była, to przepraszam ;) baneru nie zdjęli ;).
To nie wszystko.
Kiedy dojeżdżałam do własnego przystanku i dwie wieże Bazyliki w mieście R. było już widać na horyzoncie (a dwie wieże Bazyliki to dla mnie sygnał do wysiadania), kierowca odebrał telefon. I powiedział:
- Tutaj jestem! No w Katowicach!
Bardziej uwierzyłam Bazylice, wysiadłam. Obejrzałam otoczenie - byłam w mieście R.
Kierowca był w innej czasoprzestrzeni widocznie.
I zawsze twierdziłam, że ludzie przez wynalezienie komórek więcej kłamią.
poniedziałek, 15 października 2007
380. w krainie absurdu
Dojazd do miasta R. to zawsze loteria.
Bywa, że loteria inspirująca.
Rano przyjechał PKS, spóźniony o dobre 10 minut.
Ponieważ marznę, kiedy tylko temperatura powietrza spadnie poniżej 20 stopni, możecie sobie wyobrazić, jak się czułam.
Jak pojemnik na lód do whisky.
Przyjechał spóźniony PKS, kierowca otworzył drzwi i wrzasnął:
- Co to, k***, pół godziny w korku stałem!
Miałam szczerą ochotę odwrzasnąć, że przynajmniej, k***, było mu ciepło, ale zajęłam się szczękaniem zębami.
Pojechaliśmy.
Pan Kierowca bardzo wziął sobie do serca wszelkie porady co do zachowania odległości między pojazdami. Kiedy stał w kolejnym korku, zatrzymywał się na 10 metrów przed innymi samochodami.
Wyprzedzały nas średniej wielkości CIĄGNIKI.
Tylko patrzyłam, czy kierowcy, wzorem autobusów komunikacji miejskiej, nie pozdrawiają się wzajemnie (to znaczy Nasz Pan Kierowca Już Opanowany i kierowcy ciągników).
Na widok znaku "uwaga, fotoradar, zwolnij" dostałam ataku śmiechu. BARDZIEJ zwolnić się nie dało. Na pustej drodze jechaliśmy jakieś 15 km/h.
Poza tym dowiedziałam się, że jedno z miast leżących na trasie jest monitorowane KAMERAMI.
Moje chyba monitorami w takim razie, bo tego nikt na jaworznickich tablicach nie sprecyzował.
A potem, po wszystkim, już w domu zaskoczył mnie edytor tekstu.
Napisałam "4400 liter". Jako ilość LITER.
Edytor zaproponował mi przelicznik:
4400 liters - 1 162,10 gallons
i zapytał "czy chcesz usunąć tag INTELIGENTNY?"
Może i jestem zmęczona.
Ale to mnie zdecydowanie przerosło. Idę spać.
Bywa, że loteria inspirująca.
Rano przyjechał PKS, spóźniony o dobre 10 minut.
Ponieważ marznę, kiedy tylko temperatura powietrza spadnie poniżej 20 stopni, możecie sobie wyobrazić, jak się czułam.
Jak pojemnik na lód do whisky.
Przyjechał spóźniony PKS, kierowca otworzył drzwi i wrzasnął:
- Co to, k***, pół godziny w korku stałem!
Miałam szczerą ochotę odwrzasnąć, że przynajmniej, k***, było mu ciepło, ale zajęłam się szczękaniem zębami.
Pojechaliśmy.
Pan Kierowca bardzo wziął sobie do serca wszelkie porady co do zachowania odległości między pojazdami. Kiedy stał w kolejnym korku, zatrzymywał się na 10 metrów przed innymi samochodami.
Wyprzedzały nas średniej wielkości CIĄGNIKI.
Tylko patrzyłam, czy kierowcy, wzorem autobusów komunikacji miejskiej, nie pozdrawiają się wzajemnie (to znaczy Nasz Pan Kierowca Już Opanowany i kierowcy ciągników).
Na widok znaku "uwaga, fotoradar, zwolnij" dostałam ataku śmiechu. BARDZIEJ zwolnić się nie dało. Na pustej drodze jechaliśmy jakieś 15 km/h.
Poza tym dowiedziałam się, że jedno z miast leżących na trasie jest monitorowane KAMERAMI.
Moje chyba monitorami w takim razie, bo tego nikt na jaworznickich tablicach nie sprecyzował.
A potem, po wszystkim, już w domu zaskoczył mnie edytor tekstu.
Napisałam "4400 liter". Jako ilość LITER.
Edytor zaproponował mi przelicznik:
4400 liters - 1 162,10 gallons
i zapytał "czy chcesz usunąć tag INTELIGENTNY?"
Może i jestem zmęczona.
Ale to mnie zdecydowanie przerosło. Idę spać.
wtorek, 9 października 2007
376. smsowa rozmowa
2007-10-09 22:58:25
Przeżyłam.
I nawet lepiej się czuję.
Wczoraj rozmawiałam smsowo z bratem.
- Dobra, bracie, będę kończyć rozmowę, bo dochodzę do przejścia dla pieszych i muszę się skupić, żeby mnie nic nie przejechało - powiedziałam do słuchawki, kiedy szłam sobie na dworzec w R. - A potem muszę zacząć myśleć, w którą stronę skręcić i kiedy, więc łatwo nie będzie - dodałam. Brat się zaśmiał.
20 minut później wysłałam mu smsa:
- Jestem na dworcu pks. Trafiłam.
- Ale pewnie busa nie masz - odpisał brat.
- Mam! Za 10 minut! - odparłam.
- To pewnie się spóźni - odrzekł mój brat-sceptyk.
- Spóźnił się. 7 minut. Pewnie dlatego, że to pospieszny - przyznałam mu rację, już z busa. - Ale trzęsie.
- Bo w busach tak zawsze.
- Nie, bo tu na dworcu nie ma asfaltu tylko piasek ubity.
- Bo tam asfalt na noc zwijają - odpisał mi brat po konsultacji z mamą.
- Na dzień też. Stoję w ogromnym korku i czekamy na asfalt zdaje się - zauważyłam po chwili.
Kierowca busa wyciągnął telefon i powiedział koledze, że jedzie objazdem, poleconym przez znajomego kierowcę. Bo na zwykłej trasie miał być korek. Ale na objeździe też jest.
Wesoło było.
Przeżyłam.
I nawet lepiej się czuję.
Wczoraj rozmawiałam smsowo z bratem.
- Dobra, bracie, będę kończyć rozmowę, bo dochodzę do przejścia dla pieszych i muszę się skupić, żeby mnie nic nie przejechało - powiedziałam do słuchawki, kiedy szłam sobie na dworzec w R. - A potem muszę zacząć myśleć, w którą stronę skręcić i kiedy, więc łatwo nie będzie - dodałam. Brat się zaśmiał.
20 minut później wysłałam mu smsa:
- Jestem na dworcu pks. Trafiłam.
- Ale pewnie busa nie masz - odpisał brat.
- Mam! Za 10 minut! - odparłam.
- To pewnie się spóźni - odrzekł mój brat-sceptyk.
- Spóźnił się. 7 minut. Pewnie dlatego, że to pospieszny - przyznałam mu rację, już z busa. - Ale trzęsie.
- Bo w busach tak zawsze.
- Nie, bo tu na dworcu nie ma asfaltu tylko piasek ubity.
- Bo tam asfalt na noc zwijają - odpisał mi brat po konsultacji z mamą.
- Na dzień też. Stoję w ogromnym korku i czekamy na asfalt zdaje się - zauważyłam po chwili.
Kierowca busa wyciągnął telefon i powiedział koledze, że jedzie objazdem, poleconym przez znajomego kierowcę. Bo na zwykłej trasie miał być korek. Ale na objeździe też jest.
Wesoło było.
czwartek, 30 sierpnia 2007
348. Mrówka z miasta R.
Czuję się jak w felietonach Grodzieńskiej - pomyślała Mrówka, kiedy tylko postawiła stopę na rybnickiej ziemi.
I to już nawet nie dlatego, że dworzec autobusowy był w miejscu, do którego zamiast dojechać normalnie, jechało się przez sto niepotrzebnych zakrętów.
Nawet nie dlatego, że był przysłonięty tumanami kurzu z pobliskiej budowy.
I nie dlatego, że prawdziwy dworzec autobusowy znajdował się w troszkę innym miejscu.
Mrówka sama nie wiedziała, dlaczego.
No bo chyba nie dlatego, że jedzie się tam 1,5 godziny, beznadziejnie tracąc czas, chociaż można byłoby zrobić setki pożytecznych rzeczy... :| nie będę zmotoryzowana niestety i nigdy.
- Jadę do miasta, którego nie znam, uczyć przedmiotu, którego nie znam - skwitowała wczorajszą rozmowę z Rafałem.
- Ty się prędzej tego miasta nauczysz, niż przedmiotu - odparł Rafał, dając tym samym świadectwo dość dobrej znajomości psychiki Mrówki.
W każdym razie na podbój miasta udałyśmy się razem z Anią Sz. dzisiaj.
Na miejscu Mrówka usiłowała wpakować się pod samochód, ale jej nie wyszło. Kierowca samochodu zatrzymał się na środku pasów i zapytał
- Przepraszam, jak dojechać do... (tu wymienił jakąś miejscowość, czy może ulicę, nie widziałam potrzeby zapamiętywania jej nazwy, skoro i tak nie znałyśmy odpowiedzi)
- Nie wiemy - odpowiedziała Ania. - Jesteśmy tu pierwszy raz.
Tak. Byłyśmy TAM pierwszy raz.
Jako że ulica, która powinna nam się objawić jako pierwsza, nie zaistniała, poszłyśmy posługując się Anią jako GPS-em.
Ale najpierw...
- Czekaj, zapytamy kogoś - zaproponowała Ania, łapiąc jakiegoś przechodnia.
- Tamten kierowca też kogoś zapytał, i co? Dowiedział się? - mruknęła Mrówka, której poza Grodzieńską o powadze sytuacji przypominał jeszcze stary kawał o poliglocie, który się nic nie dowiedział, bo polskiego nie znał. Ale Ania wprowadzała już w czyn swój pomysł na złapanie chodzącego drogowskazu.
- Przepraszam bardzo, gdzie jest ulica Reja? - zapytała grzecznie upolowanego przechodnia (znaczy, Ania grzecznie, a przechodzień upolowany, nie żeby przechodzień był grzecznie upolowany).
- Nie wiem, nie jestem stąd - odparł nagabnięty i uciekł, przechodząc ulicę w niedozwolonym miejscu. I nie wpadając pod samochód (co Mrówka próbowała uczynić na pasach).
Następny przechodzień uciekł, przechodząc jezdnię w niedozwolonym miejscu ZANIM zdążyłyśmy go o cokolwiek zapytać.
Kilku następnych zrobiło to samo, więc w końcu poszłyśmy tam, gdzie Anię intuicja powiodła.
I trafiłyśmy. Idąc zupełnie inną trasą niż ta, którą wczoraj wieczorem wskazały nam mapki.
A przy okazji próbowałyśmy rozwikłać tajemnicę łony.
To znaczy ulicy Łony.
- A może to jest ulica łona? - zastanowiła się Mrówka. - Że łona natury czy coś? Albo ulica nazwana od hiphopowca? Albo może to takie gwarowe? Że ona tylko z ł na początku? (bo słowo "labializacja" do głowy mi w tym momencie nie przyszło)
- Ale to jest ŁonY! - wyprowadziła mnie brutalnie z tych rozważań Ania. - ŁonY, a nie ŁonA. A może to jakieś nazwisko?
No i zepsuła mi taką piękną koncepcję.
A teraz dalej nie wiemy, o co chodziło z tym Łony, chociaż uliczkę znalazłyśmy.
ogłoszenie postscriptowe płatne
w związku z tym, że tak naprawdę to posiadam chorobę lokomocyjną i każdy dalszy wyjazd mnie przyprawia po powrocie o zmęczenie ponad możliwości ogłaszam, że robię sobie przerwę ze wszystkim. Nie przepiszę żadnej z zalegających tu 35 recenzji, nie będę dalej pisać rozdziału, który mi się powakacyjnie już zaczął, nie będę ciągnąć Rewii (z tym to w ogóle chyba do powrotu Egzekutora zaczekam, zresztą dzisiaj muszę się wyspać), nie będę pisać rozmaitych prac konkursowo-publikacyjno-naukowo-rozrywkowych (czyli żadnych), nie będę rozszyfrowywać TeXa (por.: K. w notce niżej), nie będę sobie studiować Słownika rodzajów i gatunków literackich, chociaż kusi jak nie wiem co, nie będę myśleć (czego dowodem są notki), nie będę się uczyć języków obcych (i nieobcych też nie), nie będę czytać tego, co powinnam (za to będę to, czego nie powinnam, jak choćby Grodzieńską, Calvina i Hobbesa czy Wpadki komentatorów), na widok mapy zacznę pluć.
W ogóle nie będę niczego (a, prezydentem też nie zostanę. Ani politykiem, bo, jak powiedziałam dzisiaj Ani w busie, nie potrafiłabym tak nic nie robić).
Idę spać.
Ale to, że się wyśpię, nie oznacza, że wigor mi szybko wróci.
Branoc.
I to już nawet nie dlatego, że dworzec autobusowy był w miejscu, do którego zamiast dojechać normalnie, jechało się przez sto niepotrzebnych zakrętów.
Nawet nie dlatego, że był przysłonięty tumanami kurzu z pobliskiej budowy.
I nie dlatego, że prawdziwy dworzec autobusowy znajdował się w troszkę innym miejscu.
Mrówka sama nie wiedziała, dlaczego.
No bo chyba nie dlatego, że jedzie się tam 1,5 godziny, beznadziejnie tracąc czas, chociaż można byłoby zrobić setki pożytecznych rzeczy... :| nie będę zmotoryzowana niestety i nigdy.
- Jadę do miasta, którego nie znam, uczyć przedmiotu, którego nie znam - skwitowała wczorajszą rozmowę z Rafałem.
- Ty się prędzej tego miasta nauczysz, niż przedmiotu - odparł Rafał, dając tym samym świadectwo dość dobrej znajomości psychiki Mrówki.
W każdym razie na podbój miasta udałyśmy się razem z Anią Sz. dzisiaj.
Na miejscu Mrówka usiłowała wpakować się pod samochód, ale jej nie wyszło. Kierowca samochodu zatrzymał się na środku pasów i zapytał
- Przepraszam, jak dojechać do... (tu wymienił jakąś miejscowość, czy może ulicę, nie widziałam potrzeby zapamiętywania jej nazwy, skoro i tak nie znałyśmy odpowiedzi)
- Nie wiemy - odpowiedziała Ania. - Jesteśmy tu pierwszy raz.
Tak. Byłyśmy TAM pierwszy raz.
Jako że ulica, która powinna nam się objawić jako pierwsza, nie zaistniała, poszłyśmy posługując się Anią jako GPS-em.
Ale najpierw...
- Czekaj, zapytamy kogoś - zaproponowała Ania, łapiąc jakiegoś przechodnia.
- Tamten kierowca też kogoś zapytał, i co? Dowiedział się? - mruknęła Mrówka, której poza Grodzieńską o powadze sytuacji przypominał jeszcze stary kawał o poliglocie, który się nic nie dowiedział, bo polskiego nie znał. Ale Ania wprowadzała już w czyn swój pomysł na złapanie chodzącego drogowskazu.
- Przepraszam bardzo, gdzie jest ulica Reja? - zapytała grzecznie upolowanego przechodnia (znaczy, Ania grzecznie, a przechodzień upolowany, nie żeby przechodzień był grzecznie upolowany).
- Nie wiem, nie jestem stąd - odparł nagabnięty i uciekł, przechodząc ulicę w niedozwolonym miejscu. I nie wpadając pod samochód (co Mrówka próbowała uczynić na pasach).
Następny przechodzień uciekł, przechodząc jezdnię w niedozwolonym miejscu ZANIM zdążyłyśmy go o cokolwiek zapytać.
Kilku następnych zrobiło to samo, więc w końcu poszłyśmy tam, gdzie Anię intuicja powiodła.
I trafiłyśmy. Idąc zupełnie inną trasą niż ta, którą wczoraj wieczorem wskazały nam mapki.
A przy okazji próbowałyśmy rozwikłać tajemnicę łony.
To znaczy ulicy Łony.
- A może to jest ulica łona? - zastanowiła się Mrówka. - Że łona natury czy coś? Albo ulica nazwana od hiphopowca? Albo może to takie gwarowe? Że ona tylko z ł na początku? (bo słowo "labializacja" do głowy mi w tym momencie nie przyszło)
- Ale to jest ŁonY! - wyprowadziła mnie brutalnie z tych rozważań Ania. - ŁonY, a nie ŁonA. A może to jakieś nazwisko?
No i zepsuła mi taką piękną koncepcję.
A teraz dalej nie wiemy, o co chodziło z tym Łony, chociaż uliczkę znalazłyśmy.
ogłoszenie postscriptowe płatne
w związku z tym, że tak naprawdę to posiadam chorobę lokomocyjną i każdy dalszy wyjazd mnie przyprawia po powrocie o zmęczenie ponad możliwości ogłaszam, że robię sobie przerwę ze wszystkim. Nie przepiszę żadnej z zalegających tu 35 recenzji, nie będę dalej pisać rozdziału, który mi się powakacyjnie już zaczął, nie będę ciągnąć Rewii (z tym to w ogóle chyba do powrotu Egzekutora zaczekam, zresztą dzisiaj muszę się wyspać), nie będę pisać rozmaitych prac konkursowo-publikacyjno-naukowo-rozrywkowych (czyli żadnych), nie będę rozszyfrowywać TeXa (por.: K. w notce niżej), nie będę sobie studiować Słownika rodzajów i gatunków literackich, chociaż kusi jak nie wiem co, nie będę myśleć (czego dowodem są notki), nie będę się uczyć języków obcych (i nieobcych też nie), nie będę czytać tego, co powinnam (za to będę to, czego nie powinnam, jak choćby Grodzieńską, Calvina i Hobbesa czy Wpadki komentatorów), na widok mapy zacznę pluć.
W ogóle nie będę niczego (a, prezydentem też nie zostanę. Ani politykiem, bo, jak powiedziałam dzisiaj Ani w busie, nie potrafiłabym tak nic nie robić).
Idę spać.
Ale to, że się wyśpię, nie oznacza, że wigor mi szybko wróci.
Branoc.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


