środa, 23 grudnia 2009

853. Mrówka kontra cytrusy

Zachciało mi się pić.
A nawet nie, wcale mi się nie zachciało, tylko gdzieś w głowie zatrzepotała myśl, że może by przygotować sobie bombę witaminową w postaci szklanki soku z cytrusów. Świeżo wyciśniętego soku.
Nie mam w zwyczaju walczyć z własnymi zachciankami, więc poszłam do kuchni, żeby przygotować sobie ten przysmak. Znalazłam ręczny wyciskacz do cytrusów (nakłada się toto na szklankę i sok spływa od razu tam, gdzie powinien się znaleźć), znalazłam cytrusy, optymistycznie przygotowałam sobie dwie pomarańcze i cytrynę. Wszystko olbrzymie, bo co sobie będę żałować.

Po wyciśnięciu pierwszej połówki pomarańczy stwierdziłam, że:
1) mam w szklance podejrzanie mało soku (a nie wypływał mi przecież bokami),
2) siły mi się wyczerpują,
3) więcej soku wyciskam ręcznie niż na wyciskaczu.

Uznałam, że lepsza będzie metoda ludów pierwotnych (z czasów mamuta) i wydusiłam ostatnie krople soku łyżeczką.

Po wyciśnięciu cytryny miałam 3/4 szklanki mętnego soku i pół godziny ciężkiej harówy za sobą. Uznałam, że szklanka nie musi być wcale pełna, aż tak mi się pić nie chce - i jedną pomarańczę odłożyłam. Doszłam do wniosku, że:

1) jak mi się następnym razem zachce przetworzonego owocu, to sięgnę po ananasa z puszki,
2) cytryna jest stworzeniem agresywnym, zaatakowana (ściśle mówiąc, przyduszana), strzela jadem, celując w oko przeciwnika.


A sok i tak musiałam dosłodzić, rozcieńczyć i jeszcze raz dosłodzić i rozcieńczyć.
Potem, dla wyrównania poziomu słodkości, zeżarłam cukierka z choinki.
Samo zdrowie.

1 komentarz:

  1. Pozostaje się cieszyć, że nie zaczynałaś z pomidorami. Te to dopiero są krwiożercze. Nawet kręcono o tym filmy ;)
    A co do cytryn, to może nie strzelają zawsze, tylko ta akurat miała wyjątkowo kwaśny humor? Poza tym, każdy sąd ją uniewinni, bo działała w samoobronie.

    OdpowiedzUsuń