poniedziałek, 2 kwietnia 2007

226. klęska

wersja optymistyczna:
Kubie, z nadzieją, że się uśmiechnie
wersja pesymistyczna:
Kubie, z nadzieją, że się nie obrazi ;)



Spotkałam dzisiaj na wydziale Kubę. Taaa... "spotkałam"... Gdyby mnie nie zawołał, nawet bym go nie zauważyła. Bo mało spostrzegawcza jestem.
Ucieszyłam się, bo zawsze takie spotkanie oznacza przynajmniej pięć kroków miłej rozmowy. Przejście fragmentu korytarza. No to przechodzimy.
Nagle Kuba westchnął rozdzierająco.
- Na zajęcia idziesz? - spytałam, starając się wykrzesać ze swojego głosu maksimum współczucia.
- Gorzej! - jęknął Kuba. - Do czytelni!

I poszedł, zostawiając przy drzwiach mnie - bliską uduszenia się ze śmiechu.

Nieszczęścia, jak przypadki, chodzą po ludziach... Biedny... ;)

niedziela, 1 kwietnia 2007

225. co mi odbiło?

Dzisiaj w kościele stał przed nami (przede mną i bratem) dorosły mężczyzna z dzieckiem, na oko trzyletnim, na rękach. Dziecko trzymało małą palemkę. Nagle przyjrzało się jej uważnie i... zaczęło lekko bić nią po głowie tatusia.

Popatrzyłam na "naszą" palmę, potem na brata, potem na palmę...
- Też ci tak zaraz zrobię! - zaproponowałam. Brat pokręcił z politowaniem głową.

Aha! To dlatego chwilę później zabrał mi palmę i trzymał już przez całą drogę do domu! A ja się zastanawiałam, czemu nie chce mi jej oddać...

piątek, 30 marca 2007

224. czep rzep

Piątek, wydział, drugie piętro.
Wychodzę z łazienki i podchodzę do czekającego na mnie Fimbula (Fimbula o Minie Znudzonej, czekał, bo mieliśmy razem iść na dworzec).
- Widzisz, jak szybko wyszłam? - zagaduję do niego.
- Mrówko... tu nie chodzi o TEMPO twojego WYCHODZENIA z łazienki. Tu chodzi o to, jak długo tam siedziałaś!

E tam, czepia się. ;)

czwartek, 29 marca 2007

223. bokiem

- Sio stąd - powiedział mi Fimbul, kiedy zagadałam do niego na gg. - Bo zamierzałem pisać konspekt i już widzę, jak go napiszę...
- Dobra, już jestem cichutko - odpisuję.
- Nie no, żartowałem - tłumaczy Fimbul. - Konspekt mogę pisać na boku.
- Na boku to możesz maila do mnie pisać... - proponuję nieśmiało.
- Nie mam tylu boków! - ripostuje Fimbul.
- Dwa masz! A w ogóle mogę to wrzucić na bloga? Że nie masz boków?
- Jasne, wrzucaj co chcesz - zgadza się zrezygnowany Fimbul. - Nie musisz pisać, że mi świetnie poszła konferencja [Fimbul miał dzisiaj referat na konferencji na WNS-ie - przyp. Mrówka], że napisałem dobrze kolosa z gramy [historycznej - przyp. Mrówka]. Ważne, że nie mam boków... - pisze mi rozgoryczony i dodaje - Oglądaliśmy potem [po konferencji - przyp. Mrówka] Jeźdźca bez głowy. Czuję się trochę jak tytułowy bohater. Fimbul bez boku.

A na blogu środa dziewiąta czyli obiecany wczoraj tekst.

wtorek, 27 marca 2007

221. w komnacie jasnowidza

cytat z Weisera Dawidka: "Z mrówkami przesadziłeś. Mrówki nikogo nie obchodzą"



Poszliśmy z Fimbulem do Bossa.

Usiedliśmy w gabinecie.

Popatrzyliśmy na siebie.

- Nie wiem, czy pan profesor wie... - zaczął Fimbul i zawiesił głos.
- Wiem - odpowiedział mu mój Bosski Promotor, kiwając głową.

Opadła mi szczęka, bo okazało się, że faktycznie WIEDZIAŁ, z czym przyszliśmy.

Przed Bosskim Bossem nic się nie ukryje, drżyjcie Mrówki ;)

piątek, 23 marca 2007

218. złota Mrówka

... to nawiązanie do złotej rybki, nie nagroda Złotej Mrówki (chociaż kiedyś - kto wie... ;))

Wczoraj przez cały dzień Olek powtarzał mi, że Remarque nie jest w Polsce w ogóle opracowany. W końcu zaproponował:
- Może machnij mi do poniedziałku ze trzy teksty o nim i opublikuj pod różnymi nazwiskami w czasopismach z lat osiemdziesiątych?
- Dobra! - ucieszyłam się.
Wróciłam do domu. Na skrzynce mail z Iskier - pani z działu promocji przesyła informacje o najbliższych zapowiedziach. Jedną z nich jest biografia Remarque'a. Olek to recenzent Granic. Więc książkę ma już załatwioną. Jeszcze jakieś życzenia? ;)

Poza tym głupie pytania prowadzą często do olśniewających rezultatów...

- Co robisz? - zainteresował się Olek.
- Szukam sieci - odparła a39, wpatrzona w swój telefon.
- Jesteś rybakiem? - ucieszył się Olek, a ja zastanowiłam się, ile jeszcze jestem w stanie wytrzymać.
- Rybacy nie łowią sieciami! - zaprotestowałam tak sobie. - Tylko wędkarze!
- Wędkarze, jak sama nazwa wskazuje, łowią WĘDKAMI - powiedział Olek dobitnie i przyjrzał mi się z uwagą.
- A rybacy czym? - nie poddawałam się.
- SIECIAMI - poinformował mnie Olek. - No chyba że wolisz myśleć, że rybami.

Tak, chyba tak wolę, śmieszniej jest ;)...

czwartek, 22 marca 2007

217. króliczek

Ostatnie miesiące Arturkowego mieszkania w Jaworznie przypadły na wakacje 2004 roku. Wtedy to chodziliśmy sobie codziennie na kilkukilometrowe POM-y. Wracaliśmy z nich przeważnie wyczerpani i zdolni tylko do tego, żeby usiąść na ławce przed moim blokiem i wykraść na rozmowy jeszcze trochę czasu. Przysiadali się wtedy do nas znajomi, robiło się wesoło. Któregoś dnia pojawił się Królicek.

Sąsiad z klatki obok wyprowadzał co wieczór na ogrodzony trawnik przed blokeim (tuż przed naszą ławką) czarnego króliczka - miniaturkę. Szybko nadaliśmy im własne nazwy - sąsiad został "panem od króliczka", królik - Królickiem.

Pan od króliczka wchodził do ogródka, wypuszczał królika na trawę i zapalał papierosa. Stał w miejscu i leniwie palił. Królik siedział grzecznie przy jego bucie i skubał jakieś zielsko.

Ubaw mieliśmy, kiedy pan od króliczka decydował, że czas wracać. Schylał się po zwierzątko - i w tym momencie królik zaczynał ucieczkę. Kicał w przeciwny kąt ogródka i czekał. Kiedy pan od króliczka zbliżył się i sięgał po niego, Królicek natychmiast przemieszczał się w inną stronę. Pan od króliczka majestatycznie podążał za nim - kilkoma krokami pokonywał trasę między kolejnymi miejscami pobytu Królicka, ale za każdym razem, kiedy się schylał, dzielne zwierzątko uciekało.

Trwało to przeważnie co najmniej pół godziny - kiedy pan od króliczka się zmęczył, łapał Królicka i zanosił pod pachą do domu. Nieodmiennie z naszej ławki rozlegał się wtedy chóralny jęk zawodu. Raz Arturek nie wytrzymał i zawołał "dać mu szansę!". Ale zawsze byliśmy pewni, że na drugi dzień spektakl się powtórzy.

Dzieci pana od króliczka miały swój sposób: wyprowadzały Królicka na smyczy. Kiedy zwierzątko zaczynało uciekać - przydeptywały końcówkę smyczy. Pan od króliczka uważał najwyraźniej, że to uwłacza godności pupila - i bawił się z nim cierpliwie w króliczego berka.

Epilog historii? Któregoś dnia, pod koniec wakacji, pan od króliczka dostał od nas płytę ze zdjęciami Królicka (które robiliśmy w tajemnicy i wszystkimi możliwymi aparatami).

Bo nie o to chodzi, by złapać króliczka...

niedziela, 18 marca 2007

215. ***

Fimbul siedzi z Mrówką na korytarzu. Ściąga kurtkę i sweter.
Pół godziny później Fimbul ubiera sweter.
- Zimno ci? - pyta z troską Mrówka.
- Raz zimno, raz ciepło... to już chyba ten wiek... Ej, zapisujesz to?

Oczywiście ;)

sobota, 17 marca 2007

214. o życzliwości

Zamiast zbierać zabawne wydarzenia ostatnich dni i godzin (skaleczyłam się szybą, mineralna wybuchła mi na gitarę, dostałam upragnione Zoofioły z dedykacją), napiszę dzisiaj o czymś, co wydarzyło się dwa lata temu i śmieszy mnie do dzisiaj ;).

Weszłam do pokoju brata.
- Pożycz mi zszywacz i dwie zszywki! - zażądałam.
- A nie chcesz dziurkacza? - zapytał brat. - Pożyczyłbym ci dwie dziurki.

Cóż, przynajmniej chciał pomóc ;).