Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brat Mrówki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brat Mrówki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 sierpnia 2009

803. sprzątanie świata

Notatkę dodano:2009-08-30 21:37:26

- Chyba sobie założę osobny folder na twoje teksty - napisał dawno temu Sikor do Mrówki. Mrówka natychmiast uniosła się na 3 metry i 20 centymetrów nad podłogę i pofrunęła do brata.
- Sikor powiedział, że chyba sobie założy osobny folder na moje teksty! - zawołała.
- Tak. I nazwie go: kosz - odparł brat Mrówki.

sobota, 22 marca 2008

514. porządki

Czyściłam półkę.
Do pokoju wszedł brat, przyjrzał mi się uważnie i szybko wyszedł.
- Ej! Jak chcesz, to możesz się u mnie pobawić! - wrzasnęłam (jakby ktoś nie wiedział, brat jest ode mnie młodszy o trzy lata).
- W sprzątanie? Nie, dzięki! - odwrzasnął brat.

sobota, 22 grudnia 2007

445. zdjęcia

Robiliśmy sobie z bratem zdjęcia z nudów.
- Zrób mi ŁADNE zdjęcie teraz! - zażądałam.
Brat obejrzał aparat, obejrzał mnie na wyświetlaczu, obejrzał mnie normalnie, potem popatrzył na aparat...
- E, nie mamy takiego dobrego aparatu - powiedział.

środa, 28 listopada 2007

417. jak ja wyglądam

- Zrobię ci kiedyś rano zdjęcie - zaproponował wczoraj brat Mrówki.
- Po co? - zakrztusiłam się.
- Zrobię zdjęcie... i wrzucę na twojego bloga. Czytelnicy pewnie nie wiedzą, jak wyglądasz rano.

piątek, 16 listopada 2007

408. profesjonalizm

2007-11-16 22:00:10
Mrówka przychodzi do kuchni i widzi brata, przygotowującego sobie kanapkę.
Brat właśnie usiłuje złożyć równiutko dwie części bułki. Co chwilę niezadowolony odrywa je od siebie i przykłada inaczej. Mrówka przygląda mu się w milczeniu przez parę minut.
- Ociosaj, będzie szybciej - doradza wreszcie bratu.

wtorek, 9 października 2007

376. smsowa rozmowa

2007-10-09 22:58:25
Przeżyłam.
I nawet lepiej się czuję.

Wczoraj rozmawiałam smsowo z bratem.
- Dobra, bracie, będę kończyć rozmowę, bo dochodzę do przejścia dla pieszych i muszę się skupić, żeby mnie nic nie przejechało - powiedziałam do słuchawki, kiedy szłam sobie na dworzec w R. - A potem muszę zacząć myśleć, w którą stronę skręcić i kiedy, więc łatwo nie będzie - dodałam. Brat się zaśmiał.
20 minut później wysłałam mu smsa:
- Jestem na dworcu pks. Trafiłam.
- Ale pewnie busa nie masz - odpisał brat.
- Mam! Za 10 minut! - odparłam.
- To pewnie się spóźni - odrzekł mój brat-sceptyk.
- Spóźnił się. 7 minut. Pewnie dlatego, że to pospieszny - przyznałam mu rację, już z busa. - Ale trzęsie.
- Bo w busach tak zawsze.
- Nie, bo tu na dworcu nie ma asfaltu tylko piasek ubity.
- Bo tam asfalt na noc zwijają - odpisał mi brat po konsultacji z mamą.
- Na dzień też. Stoję w ogromnym korku i czekamy na asfalt zdaje się - zauważyłam po chwili.

Kierowca busa wyciągnął telefon i powiedział koledze, że jedzie objazdem, poleconym przez znajomego kierowcę. Bo na zwykłej trasie miał być korek. Ale na objeździe też jest.

Wesoło było.

czwartek, 4 października 2007

372. warto wiedzieć

2007-10-04 22:29:01
"Palący się student powinien bezzwłocznie i bezwzględnie opanować chęć natychmiastowej ucieczki"

z wyciągu BHP na jakimś kierunku studiów.
Brat mi przed chwilą to powiedział (bo dowiedział się od koleżanki i tak mu się to spodobało, że sobie zapisał).
Ciekawe, czy palący się student pamięta o swoich powinnościach?

Ja bym uciekła. Bezzwłocznie i bezwzględnie.

piątek, 7 września 2007

355. korzonki

W związku z tym, że od paru dni chodziłam z twarzą równolegle do podłogi, a w dodatku jakieś 30 centymetrów niżej niż zwykle, usłyszałam parę ciekawych komentarzy. Najważniejszy był taki, że jak się potknę i przewrócę, to upadnę na głowę.

Piotrek udzielił mi kilku cennych rad, które mogę stosować, żeby uniknąć problemów z korzonkami. Najlepsza moim zdaniem jest ta:
- nie schylać się ani o milimetr nigdy, nigdzie i pod żadnym pozorem.

Zdopingował mnie Zadra - który najpierw rzuca mi na gg wiersze i wierszyki (za dwie zwrotki dopisane do jednej piosenki Rewiowej pod mój refren gratulacje), a potem mówi, że już sobie idzie. Bo ma chore zatoki i gorączkę. A tworzy jakby nie miał.
Zaczęłam się uczyć angielskiego. To znaczy od czterech dni spędzam nad angielskim tak od 60 do 65 minut dziennie. I to spędzam z radością, co mnie samą w zadziwienie wprawia. Wysłałam dzisiaj do Piotrka smsa z pytaniem (po angielsku) o jeden ze związków frazeologicznych, z którym nie potrafiłam sobie poradzić. Piotrek wytłumaczył mi (po angielsku), o co w nim chodzi. A potem zaczęliśmy sobie żartować smsami. Po angielsku oczywiście. Sama siebie zaskakuję.

A brat mi dokucza. Nadepnął mi na stopę (specjalnie, stanął przy mnie, popatrzył, nadepnął i odskoczył). I powiedział:
- O, to przez pomyłkę.
- Żebym ja cię przez pomyłkę zaraz nie przejechała walcem! - wrzasnęłam za nim, bo zdążył uciec, a ja zdolności do biegania jeszcze nie odzyskałam.
- A może tangiem? - zapytała mama.
Cóż...

sobota, 21 lipca 2007

323. kwestie tytułów

- Ty, weź mi wymyśl tytuł... - poprosiłam brata przy obiedzie. - Bo zastanawiam się już drugą godzinę i nic. Poczekam na olśnienie, a jak mnie nic nie natchnie, to chyba ogłoszę konkurs...
- O, konkurs? - ożywił się brat. - A co będzie można wygrać?
- Tytuł! - oznajmiłam.
- To ja poproszę lorda - parsknął brat.
- Co?????
- Nic, ja poczekam, za chwilę zrozumiesz - powiedział brat i zajął się jedzeniem.
Po chwili załapałam.
- Ahaaaa! Nie! Ten tytuł, co go wymyślisz, zaistnieje jako tytuł! To będzie nagroda! A nie że hrabiowski jakiś...

Przez tę rozmowę przypomniał mi się dialog z uczelni.
Śmialiśmy się wtedy, jeszcze przed obronami, z angielskich brzmień tytułów naszych prac magisterskich. Byliśmy akurat na etapie nabijania się z Olka.
- Angielski to jest dziwny język! - zirytował się Olek. - No sami zobaczcie: powieść po angielsku to "novel".
- Ciekawe, jak w takim razie będzie "nowela" - rzucił ktoś.
- To jasne, "powieść" - wzruszyliśmy z Olkiem ramionami, gnani identycznym skojarzeniem.
- A może "story"? - zastanowił się Olek. - Ale "story" u nas to też coś innego! Mówiłem, że to dziwny język!

sobota, 9 czerwca 2007

289. wolny wieczór

Marlena, koleżanka mojego brata, którą z niewiadomych dla mnie samej przyczyn nazywam Leniem, poskarżyła mi się ostatnio, że od paru miesięcy bezskutecznie umawia się z moim bratem na pizzę.
- To jak będziecie iść, to przypomnij mojemu bratu, że ma siostrę - zaproponowałam.

Postanowiłam też zwrócić uwagę brata na istnienie tych planów i jednocześnie zareklamować się dyskretnie.
- Jak będziecie z Leniem szli na pizzę, to pamiętaj, że masz starszą siostrę! - zagadnęłam go.
- Dobra - odparł brat Mrówki. - Zapytamy, czy możemy zabrać ze sobą resztki.

czwartek, 7 czerwca 2007

288. zagadki matematyczno-przyrodnicze

1. Z punktu A do punktu B z prędkością 10 km/h wyrusza procesja. Obliczyć, po jakim czasie od startu panowie policjanci będą musieli wstrzymać ruch na drodze prowadzącej do punktu B, jeśli zaraz za punktem A znajduje się furtka, przez którą jednocześnie mogą przejść trzy osoby.

2. Jakie jest prawdopodobieństwo, że zepsuje się głośnik obsługiwany przez jednego z braci K., skoro przez ostatnią dekadę bracia K. notorycznie (choć nie specjalnie) wpływali na brak sprawnego nagłośnienia w czasie procesji?

3. Jak daleko dotarł żuk, którego Mrówka strzepnęła z rękawa taty? Dla ułatwienia dodam, że żuk natychmiast i z ogromnym oburzeniem przefrunął odrobinę do przodu i wylądował na rękawie jakiegoś pana. Przez dobre pięć minut siedział tam sobie spokojnie. Potem słuch o nim zaginął (o żuku, bo pan zniknął nam z pola widzenia... hmm, może raczej należałoby napisać, że potem WZROK o nim zaginął?). Pół godziny później brat Mrówki szepnął do Mrówki:
- Pspspspsps jakiś żuk, podobny do tamtego!
- Co ty powiesz! - ucieszyła się Mrówka. - I na jakimś panu siedział?
- Tak - mruknął brat Mrówki. - Na mnie!

Ciekawe, czy to był ten sam... jakoś czuję się za niego odpowiedzialna. Człowiek musi patrzeć, co i gdzie strzepuje.

poniedziałek, 21 maja 2007

272. złamany kręgosłup

Po raz pierwszy od pięciu lat wyruszyłam dzisiaj do Katowic z plecakiem. Z prostej przyczyny: w torbie wszystko, co musiałam ze sobą zabrać, by się nie zmieściło, a poza tym nie było szans udźwignięcia tego na jednym ramieniu. Miałam ze sobą trzy egzemplarze pracy magisterskiej, książkę dla Olka, tekst dla Sławka, indeks, zdjęcia, różne papiery do dziekanatu, dwie butelki picia, jakąś kanapkę i masę drobiazgów rozmaitych, mniej lub bardziej (częściej bardziej) ciężkich.

Musiałam zawieźć prace do ksero, tam oprawić i pozbyć się ich na wydziale. Kamil (Sal) nawet zaoferował mi swoją pomoc w przeniesieniu tego od ksera do wydziału. Miał siłę, miał chęć, tylko czasu nie miał ;). Trzeba było sobie jakoś radzić. Pocieszałam się więc, że to nie jest taka obszerna praca.

Z nadzieją, że im bliżej ziemi tym mniejsze przyciąganie, zeszłam rano ze swojego czwartego piętra i powlokłam się do autobusu. Ale spotkało mnie rozczarowanie. Przyciąganie było tym większe, im dalej szłam.

Jakoś naiwnie liczyłam na to, że po oprawieniu moje prace staną się lżejsze. Nic z tego. Nie wiem jakim cudem dostałam się na wydział i to na czwarte piętro, ale jakoś się udało. Dotarłam do Bosskiego Promotora i powiedziałam, że mam złamany kręgosłup (na co Boss natychmiast zapytał, czy moralny, więc przy okazji padłam ze śmiechu).

Może by i martyrologiczna historia zakończyła się w tym momencie. Ale traf chciał, że dzisiaj rano mi strzeliły korzonki. I całe to dźwiganie musiałam odwalać z dodatkowymi atrakcjami. Nie rąbnęło mnie mocno, problem mam głównie przy schylaniu się. I prostowaniu. Kiedy człowiek nie może się normalnie wyprostować BEZ obciążenia, to wesoło mu się robi, kiedy ma przy tym podnieść jeszcze plecak cięższy od siebie (i pomyśleć, że biedne mrówki mają to w zwyczaju... znaczy, nie podnoszą plecaków, tylko różne kamyczki, ale przesłanie jest takie samo).

Tak egzystowałam sobie ze złamanym kręgosłupem i rwącymi korzonkami. I przypomniała mi się jedna historyjka z trzeciego roku.
Połamało mnie wtedy w trakcie zajęć (też korzonki, a jakże) i do końca dnia nie udało mi się wyprostować, chodziłam tylko zgięta wpół. Do przystanku doholował mnie Olek, bo w tych czasach jeszcze codziennie wracaliśmy razem.
Przez całą drogę Olek mnie rozweselał. To znaczy... "rozweselał" to mało powiedziane. Szłam z nosem przy ziemi i płakałam ze śmiechu, udając, że się zginam z nadmiernej radości, a nie przez korzonki.
Na przystanku na Warszawskiej (wtedy jeszcze tam był...) spotkałam brata. Mojego. Własnego. Brat zobaczył mój stan, zabrał mi torbę i niósł do samego domu (co miało swoje dobre strony, nie powiem ;)). A potem była górka...

Brat pokonał wzniesienie bez problemów i czekał na mnie, przyglądając się, jaką wybiorę metodę dotarcia na wierzchołek (bo przy dwumetrowej jeno różnicy poziomów trudno mówić "szczyt"). Wybrałam sposób niespieszny i dystyngowany. Pół kroczku. Potem ćwierć. Potem znowu ćwierć. Z nadzieją, że się nie zsunę na jakimś kamyku. Ćwierć kroczku. Ćwierć kroczku. Ćwierć kroczku. Przerwa na odpoczynek. Ćwierć kroczku. Nagle usłyszałam głos brata:
- LOL NIE GALOPUJ TAK!!!

No BARDZO śmieszne :D

środa, 18 kwietnia 2007

241. pseudonimy

- Luku!!! - wrzeszczę konspiracyjnie do brata. - Wymyśl mi szybko jakiś pseudonim!
- Bazylek! - odwrzaskuje brat.

Tja...

niedziela, 1 kwietnia 2007

225. co mi odbiło?

Dzisiaj w kościele stał przed nami (przede mną i bratem) dorosły mężczyzna z dzieckiem, na oko trzyletnim, na rękach. Dziecko trzymało małą palemkę. Nagle przyjrzało się jej uważnie i... zaczęło lekko bić nią po głowie tatusia.

Popatrzyłam na "naszą" palmę, potem na brata, potem na palmę...
- Też ci tak zaraz zrobię! - zaproponowałam. Brat pokręcił z politowaniem głową.

Aha! To dlatego chwilę później zabrał mi palmę i trzymał już przez całą drogę do domu! A ja się zastanawiałam, czemu nie chce mi jej oddać...

sobota, 17 marca 2007

214. o życzliwości

Zamiast zbierać zabawne wydarzenia ostatnich dni i godzin (skaleczyłam się szybą, mineralna wybuchła mi na gitarę, dostałam upragnione Zoofioły z dedykacją), napiszę dzisiaj o czymś, co wydarzyło się dwa lata temu i śmieszy mnie do dzisiaj ;).

Weszłam do pokoju brata.
- Pożycz mi zszywacz i dwie zszywki! - zażądałam.
- A nie chcesz dziurkacza? - zapytał brat. - Pożyczyłbym ci dwie dziurki.

Cóż, przynajmniej chciał pomóc ;).

środa, 14 marca 2007

211. Mrówka Augiasza

Do pokoju Mrówki wszedł brat Mrówki.
Przyjrzał się regałom na książki Mrówki.
- Masz więcej półek w biblioteczce? - zapytał z niedowierzaniem.
- Nie...
- Aha... - mruknął brat i podszedł bliżej. Obserwowałam go z szalonym zainteresowaniem. A mój brat z nie mniejszym zainteresowaniem przyglądał się biblioteczce.
- Aha! - olśniło go. - Posprzątałaś sobie i poukładałaś te książki! Dlatego mi się wydawało, że jest jakoś inaczej!

:D

czwartek, 8 marca 2007

206. z optymizmem na życie patrz

W dobie internetu i telefonów komórkowych głupio się wybrać na uczelnię tylko po to, żeby dowiedzieć się o odwołanych zajęciach. Normalnie by mi to nie przeszkadzało.

Piszę smsa do Kasi. "Jeśli jedziesz na wydział, to się nie spiesz. I tak nie ma zajęć".
W tym momencie ktoś mnie woła.
Kasia.
- Napisałam do ciebie smsa - mówię zrezygnowana. - Masz, przeczytaj sobie, to ci nie będę wysyłać.
I podałam jej telefon.

Kiedy dwa dni temu informowałam z Katowic brata, że autobusy są przepełnione, bo młodzież pcha się na targi edukacji do Spodka, brat po kilku godzinach odpisał:
"Mój autobus też był przepełniony. Ale przynajmniej jest ładna pogoda".

I tego się będę trzymać ;)

Bo w życiu trzeba szukać tych najlepszych stron.

Cztery piosenki już poszły do programu.

poniedziałek, 18 grudnia 2006

127. brat mnie lekceważy

Stanęłam w drzwiach do pokoju brata. Brat akurat siedział na podłodze pod parapetem i czyścił dywan.
- Gdzie już czyściłeś? Bo chciałabym wiedzieć, po czym nie deptać... - pytam nieśmiało. Brat nic. Nawet nie drgnął.
- Słuchaj, gdzie nie mogę deptać? - powtarzam. Brat nic. Czyści sobie dywan dalej. Nie spojrzał na mnie nawet. Nawet głowy w moim kierunku nie odwrócił.
- Hmm... ja tylko pytam, chciałabym się dowiedzieć, żeby nie pobrudzić... - próbuję znowu. Brat - jak łatwo się domyślić - nic. Nabieram powietrza.
- Gdzie nie mogę chodzić? - pytam się głośniej. Brat nic. Stoję sobie z opadniętą szczęką i zastanawiam się, co zrobić. W tym momencie brat rzucił na mnie okiem i zapytał:
- Mówiłaś coś?
Ręce mi opadły. Ale z nową nadzieją zagajam:
- Gdzie już sprzątałeś? Żebym tam nie łaziła?
Odpowiedział.
Ufff.

Poszłam do kuchni i zwierzam się przy okazji mamie:
- Mówię do mojego brata, mówię, mówię i mówię, a on nic! Nie odpowiada! Myślałam, że coś ze mną nie tak, głos straciłam albo coś...
- No bo przecież on miał słuchawki na uszach, słucha sobie muzyki przy czyszczeniu dywanów, więc cię nie słyszał pewnie! - odpowiada mi mama.

Wniosek 1: nie jest ze mną jeszcze tak źle jak myślałam.
Wniosek 2: powinni produkować większe słuchawki.

niedziela, 17 grudnia 2006

122. ta piosenka jest nagrana dla...

Dzisiaj w kościele ksiądz sobie coś śpiewa z dzieciakami. To znaczy: śpiewa oazową przeróbkę jakiejś piosenki (chyba, bo organista zna to pod zupełnie inną melodią, powinni kiedyś razem zaśpiewać).
- Ta piosenka pszpszpszpszpsz - szepcze mi do ucha mój brat.
- Co ta piosenka?
- Ta piosenka pszpszpszpszpsz dwadzieścia pszpsz! - szepcze brat z oburzeniem, ale wyraźniej.
- Co ta piosenka?
- Ta piosenka pszpszpszpszpsz dwadzieścia złotych! - słyszę. Ryzykuję raz jeszcze:
- Dałbyś za piosenkę dwadzieścia złotych???
Brat kręci głową z politowaniem. Więc znowu pytam:
- Słuchaj, ja tylko czasownika nie rozumiem.
- MA! - mówi mi z naciskiem brat.
No i w tym momencie przestałam rozumieć cokolwiek. Wytrwałam do końca mszy.
- Ej, ale dlaczego ta piosenka miała dwadzieścia złotych? Gdzie je miała? Weź się zlituj i mi powiedz!
- Jakie dwadzieścia złotych?? - zirytował się brat.
- No przecież sam mówiłeś, że ta piosenka MA dwadzieścia złotych!
- Dwadzieścia ZWROTEK! Zwrotek! A nie złotych!

Ulżyło mi.
To nie znaczy, że ja mam słaby słuch. Może po prostu mój brat ma słabą dykcję. Tak sobie wmawiam, żeby nie dopuścić do siebie myśli, że się starzeję.

środa, 1 listopada 2006

82. Z bratem za pan brat

Szliśmy sobie na cmentarz. Na chodniku leżała ulotka OPPMJ (Obecnie Panującego Prezydenta Miasta Jaworzna). Biedny prezydent spoglądał niewesoło z trochę już podeptanego zdjęcia.
- Prezydent sięgnął bruku - stwierdził tata filozoficznie.

Natychmiast zaczęliśmy z bratem wymyślać zdjęcie, za które moglibyśmy - dzięki lokalnemu konkursowi - wygrać dużą pizzę.
- Bo gdybyśmy wrzucili ulotkę ze zdjęciem OPPMJ do kałuży, a potem nad kałużą postawili prawdziwego OPPMJ i zrobili mu zdjęcie, że niby się w wodzie odbija... - zaproponowałam. Brat pokręcił głową:
- Nie uda ci się go namówić...
- Nie będę go namawiać! Powiem, że chciałabym z nim mieć zdjęcie, i niby przypadkiem ustawimy się nad kałużą z tym zdjęciem.
- On ci szybciej da pizzę, żebyś takiego zdjęcia nigdzie nie wysyłała - zaopiniował brat. I poszliśmy dalej.

Chwilę później bez uprzedzenia zaczęłam go bić po ramieniu. Po czterech czy pięciu uderzeniach mój brat zapytał, o co właściwie chodzi.
- O nic, robal ci spadł na ramię! - wysapałam i dalej go biłam z nadzieją, że robal nie utrzyma się i spadnie sam od wstrząsów.
- Ta, jasne - powiedział brat. A potem spojrzał na mnie i z błyskiem w oku dodał - o, robal ci usiadł na ramieniu!