Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 maja 2011

1102. komar

Mrówka (14-05-2011 23:57)
komar tu przefrunął
Mrówka (14-05-2011 23:57)
niestety nie trafiłam
Mrówka (14-05-2011 23:57)
ale najgorsze, że
Mrówka (14-05-2011 23:57)
on COŚ NIÓSŁ
Mrówka (14-05-2011 23:57)
wyglądało na walizkę...
Mrówka (14-05-2011 23:57)
mikroskopijną, na dwa milimetry, ale walizkę
Ania Sz. (14-05-2011 23:57)
taak
Ania Sz. (14-05-2011 23:57)
na pewno
Ania Sz. (14-05-2011 23:57)
:)
Mrówka (14-05-2011 23:57)
ej no, nie dość, że mam w pokoju żywego komara, to on się jeszcze wprowadza
Ania Sz. (14-05-2011 23:57)
(w takich przypadkach lepiej przytakiwac)


edit:
i komentarz Olka z facebooka:

Wiem, że czasem trudno jest się tym pogodzić, ale ktoś musi być brutalnie szczery... On cię porzucił...

Nie chce mi się opracowywać, smutno mi. Pa.

sobota, 3 października 2009

818. Olek :)

W piątek na wydziale spotkałam Olka!!! Od razu zweryfikowałam wszystkie plany i ustaliliśmy, że wracamy do domu razem, jak za dawnych dobrych czasów. Po załatwieniu wszystkich uczelnianych spraw wyszliśmy z budynku i ja skierowałam się w stronę Francuskiej (tam, gdzie mieszka Olek i gdzie dawniej był mój przystanek), a Olek - w stronę dworca (gdzie TERAZ jest mój przystanek).
- Gdzie ty idziesz? - zdziwił się Olek.
- Na dworzec, ale mam dużo czasu, więc na Francuską.
- Ja też idę na dworzec - powiedział Olek, więc przestałam się przepychać.
Na dworcu Olek zapytał w kiosku (kolejnym), czy jest gazeta z płytą, którą chciał sobie kupić.
- Dzień dobry, czy dostanę gazetę z płytą? - zapytał grzecznie pani w okienku.
- Nie - odparła pani.
- Bo widzisz - mruknęłam do Olka konspiracyjnie. - Najpierw mogłeś zapytać, czy jest gazeta z płytą, a gdyby pani powiedziała, że jest, to wtedy poprosić.
- Nie - pokręcił głową Olek. - Bo gdyby powiedziała, że jest, a potem powiedziała, że mi nie da, byłoby mi przykro.



Już nie napiszę o tym, że kiedy szliśmy na dworzec, przez 90% drogi musieliśmy brnąć przez piaski i omijać ciężki sprzęt drogowy. Porównaliśmy doświadczenia: kiedy chodzimy sami, takie coś nam się nie przydarza...

poniedziałek, 28 lipca 2008

602. wyczekany kontakt

- ? - napisał Piotrek na gg.
- ??? - zapytałam, bo coś mi nie pasowało. - Bo chyba coś nie doszło - dodałam, tonem wyjaśnienia.
- Generalnie nie dochodzi - odparł Piotrek. - Już od paru godzin próbuję z tobą nawiązać kontakt.

Wracałam z Katowic, kiedy rozdzwoniła się moja komórka.
- Witam, Olek z tej strony - powiedział Olek. Nie zaskoczył mnie, bo w końcu wyświetlił się jako Olek, brzmiał jak Olek i nawet przywitał się jak Olek, więc były małe szanse na to, żeby to jednak nie był Olek. - Zadam ci dziwne pytanie... ale ono jest bardzo dziwne, nie dziw się.
- ?
- Czy w twoim mieście są jakieś ruiny?

Za kilkadziesiąt lat powiem mu, że ja jestem.
Albo sam się domyśli...

środa, 28 maja 2008

559.

Z Częstochowy wracaliśmy parami. Kiedy wykończeni wsiedliśmy z Piotrkiem do pociągu pospiesznego z Częstochowy (a właściwie PRZEZ Częstochowę) do Katowic i zajęliśmy dwa ostatnie STOJĄCE miejsca, lekko się zdziwiliśmy. Jak się okazało, pociągiem tym jechali fani Metalliki, do Katowic na koncert. Niestety, okazało się po fakcie, wskutek czego przez ponad 1,5 godziny STALIŚMY.
- No, Metallica gra na Śląskim, 80 tysięcy ludzi się tu zjechało - napisał mi właśnie Olek.
- Zauważyłam - odpisałam mu. - 79 tysięcy jechało w naszym pociągu.
- A w moim korku pozostały tysiąc - uzupełnił Olek.

wtorek, 29 kwietnia 2008

541. faceci...

Pojawił się dzisiaj na uczelni Olek. I natychmiast poziom absurdu skoczył pod sufit i roztrzaskiwał się o klamki.
- Wciśniesz mi szminkę? - zapytała go Megi. Olek zrobił wielkie oczy, więc zrezygnowałam z własnych planów i zostałam, żeby zobaczyć, jak rozwinie się sytuacja. Uznałam też, że muszę jakoś ratować kumpla z ławki, który głosu z siebie nie może wydusić.
- W co? - podpowiedziałam mu szeptem.
- W co? - zainteresował się Olek. Megi postanowiła inaczej sformułować pytanie.
- No... czy ją wkręcisz?
- CO? - zapytał Olek nieco rozpaczliwie. Uznałam, że znowu trzeba interweniować:
- No, zrób jej jakiś głupi kawał, a potem się do tego przyznaj - podszepnęłam.

A że Olek dalej wytrzeszczał oczy na szminkę, podpowiedziałam, że najlepiej niech ją rzuci o ścianę, może się naprawi. Olek się ucieszył, bo to było jedyne, co wiedział, jak zrobić.

Igor też ma poczucie humoru. Siedziałyśmy z Megi i plotkowałyśmy, nie zwracając na niego uwagi. Nagle Pies Asystent wstał, delikatnie zdjął z kolan Megi jej malutką torebeczkę i położył na ziemi. Spojrzał na nas z wyrzutem, podniósł torebeczkę i podał Megi. A potem się ucieszył, że jest takim mądrym psem, który zawsze wie, co zrobić.
Nie rozumiem tylko, dlaczego kiedy Megi powie mu "waruj" - układa się grzecznie przy niej. Kiedy ja powiem "waruj" tym samym tonem i z tym samym gestem - Igor przychodzi do mnie, przytula się z całej siły i czeka, aż go podrapię za uchem :).

środa, 19 marca 2008

512. sposoby na choroby

Notatkę dodano:2008-03-19 23:50:17
Rozdrażniony Olek powiedział mi, że od dwóch tygodni jest chory i nie może się wyleczyć.
- Żadne leki nie działają. Znasz jakiegoś szamana? - zapytał.
- Ja mogę robić za szamana! - napisałam mu radośnie.
- Jak ty będziesz robić za szamana to zaraz potem będę potrzebował jakiegoś nekromantę, żeby mnie wskrzesił - odparł Olek. I zaraz dodał: - cenię twoją fachowość, ale może akurat nie w dziedzinie medycyny naturalnej.


No i padłam.

Chciałam mu pomóc.

sobota, 8 marca 2008

503. tajemnica zawodowa (tv)

Socjologia. Wykładowca tłumaczy metody zbierania informacji i techniki socjologiczne.
Olek słucha, słucha, a potem nagle mówi mi:
- A my, jak potrzebujemy jakąś odpowiedź, to po prostu pytamy, dopóki ktoś nam takiej nie udzieli. Do skutku.

środa, 5 marca 2008

500. z Igorem

Kolejny szalony dzień.
Spotkałam się z Megi i z Igorem na parkingu przed wydziałem i poszliśmy do fryzjera, bo Megi chciała sobie w salonie fryzjerskim przekłuć uszy.
- Wejdź tam i powiedz pani, że albo nas przyjmie z Igorem do środka i potem dostanie kasę, albo nie przyjmie i zostanie opisana na moim blogu - poleciła mi Megi, wskutek czego musiałam się jeszcze przed wejściem wyśmiać.
Pani nie wyraziła sprzeciwu, więc wtarabaniliśmy się do środka. Igor najpierw obwąchał półeczki, a potem stracił zainteresowanie dla zakładu, leżał i patrzył na siebie w lustrze.

Na wydziale najpierw weszliśmy sobie na plac budowy (dzięki, Porwany!), żeby przejść do wejścia, a potem postanowiliśmy Igora zmęczyć, żeby na wykładzie nie poszedł powąchać kolejnego wykładowcy.
Chwilę posiedziała z nami Ania B.
Jakieś sześć razy przebiegłam z Igorem przez całą długość połowy korytarza tam i z powrotem. Zaczynam mieć zakwasy ;).
W pewnym momencie Igorowi spadła gdzieś psia chrupka. Psia chrupka jest wielkości koralika. Igor wielkości... hmm... to widać na zdjęciach. Ale kiedy zginie psia chrupka, Igor nie spocznie, dopóki jej nie znajdzie. Najpierw obwąchał wszystko w promieniu trzech metrów, potem wymyślił, że chrupka na pewno spadła pod fotel. Mamy takie kinowe fotele, między siedzenie a podłogę nie zmieścił mu się pyszczek, więc położył się na boku i obiema łapkami próbował wydostać przysmak.
Podawał mi łapkę i w końcu, zadowolony z siebie, postanowił wleźć mi na kolana.
Próbował się o mnie łasić, aż mnie przewrócił.
Kiedy biegaliśmy, przy końcu korytarza oboje gwałtownie hamowaliśmy i wpadaliśmy w identyczny poślizg.
Przyszedł Olek i Ania (Sz). Jako że Megi znowu miała aparat, więc obfotografowałam całe towarzystwo. Ania wymyśliła sobie, że uda, że siada na psie. Usiadła, zrobiłam zdjęcie, a zachwycony Igor przewrócił się chwilę potem na plecki i tarzał się po korytarzu. Nie wiem, czy któreś z tych zdjęć wyjdzie, bo trzęsłam się ze śmiechu.
Zaskoczony Olek stwierdził, że dawno go tu nie było i zwyczaje się chyba trochę zmieniły. O czym doniosło mi rozbawione towarzystwo, kiedy przybiegłam z psem.
Na wykładzie Megi zaszeptała do Olka:
- Olek, jak ty to powiedziałeś?
- "Zmieniło się od czasu, jak tu byłem ostatni raz" - odszepnął Olek.
- A co potem mówiłeś? - dociekała Megi.
- A to już były słowa modlitwy - odparł Olek.

Zachciało mi się pomarańcza.
Mamy na zdjęciu, jak Igor patrzy na człowieka, który coś je. Kiedy wyjęłam owoc z torby, wpatrywało się we mnie sześć par oczu (z Igorem siedem).
- Igor nie lubi pomarańczy, możesz przy nim spokojnie jeść - powiedziała Megi.
Przyjrzałam mu się. Nie wyglądał, jakby nie lubił.
- Nie mam nic do jedzenia - powiedziałam z pomarańczem w ręku. Sześć osób prychnęło dziwnie.
- O, nie! - zawołała Megi. - To wygląda jak piłeczka! Taką się mu rzuca i mówi "bierz ją!"
Przy "bierz ją" Igor gwałtowniej się zainteresował.
- Megi, ja cię proszę, nie mów tego głośno, nie TERAZ! - zaapelowałam.
Podałam pomarańcza Ani, bo nie umiałam zacząć go obierać. Ania trzymała go wysoko.
- Nie podnoś rąk do góry, bo pomyśli, że to piłeczka i skoczy - ostrzegła Anię Megi.
Zjedliśmy owoc. Igor popatrzył na nas z wyrzutem i poszedł.
- Cholera, wyszło na to, że zjedliśmy jego piłeczkę - oznajmiła Mrówka, która poczuła się nieswojo pod tym psim spojrzeniem. Olek dostał ataku śmiechu.

Po wykładzie przyjechali po Megi klerycy i razem poszliśmy na przystanek na Korfantego. Klerycy prowadzili Megi, ja wzięłam sobie na długą smycz Igora i szłam z nim.
Jeden komentarz Megi:
- Mrówka, to nie on ma ciebie prowadzić, tylko ty jego!

czwartek, 24 stycznia 2008

462. wiadomości mrożące

Notatkę dodano:2008-01-24 20:37:48
Nie żeby mnie łeb bolał... skądże... A jeśli człowiek ma jakiś życiowy limit kichania, to jutro o 12 w południe wyczerpię swój przydział. I będę mieć spokój do końca satyrycznej egzystencji.
Podbudowana poranną rozmową z Fimbulem (mój telefon zdecydował, że sam do niego zadzwoni) i mailem od Bosskiego (moja skrzynka sama Bossowi maili nie wysyła póki co), wzięłam się za pisanie o Różewiczu-satyryku. I prawie dzieło dociągnęłam do końca. Z przerwami na spanie. I jedzenie. Zostało mi jakieś pół strony. To i tak niezły wyczyn. Przepiszę w przypływie sił witalnych. Na razie widzę podwójnie.

W poniedziałek wracaliśmy z Olkiem do domu. To znaczy - Olek do domu, ja na przystanek. Ciemno już było, a my rozmawialiśmy o mrożących krew w żyłach sprawach.
- Przygotowywałem materiał i mam nadzieję, że mnie pod nim nie podpiszą - oznajmił Olek. Nie dziwię się, materiał był o porachunkach mafijnych czy czymś w tym rodzaju. Postanowiłam go pocieszyć, bo jednak - kumpel z ławki, od tylu lat...
- Ale wiesz... niedługo będzie lato - powiedziałam mu. Olek, który też spodziewał się pocieszenia, popatrzył na mnie z lekkim osłupieniem.
- ???
- No... wcześniej się zrobi widno, nie będzie już ciemnych zaułków... - wyjaśniłam.
- Tak, to wykończą mnie w jasnym - zgodził się Olek. - ŚREDNIA POCIECHA.

Cóż, ja się starałam.

A dzisiaj zadzwonił do mnie Olek i powiedział "po głosie słyszę, że faktycznie jesteś chora. Czyli NIE udajesz".
:D

czwartek, 22 listopada 2007

412. późno już

Ostatnio mieliśmy talent do późnego opuszczania rozmaitych budynków.
Najpierw po wieczorku poetyckim.
Z niższego poziomu BŚ, z poziomu Benedyktynki, musieliśmy się dostać jakoś do wyjścia. Baliśmy się ryzykować z wózkiem po schodach bez jakichkolwiek rynienek podjazdowych, więc wyjechaliśmy z jedną z pań pracujących w BŚ windą na poziom podstawowy.
- Ja bym się tu zgubiła - przyznałam, podążając za panią z BŚ i pokonując kolejne zakręty.
- Ja też! - wyznała Megi.
- Ja tu pracuję dziesięć lat, a też mi się zdarza zgubić - oznajmiła pani, otwierając przed nami kolejne drzwi.
Dotarliśmy wreszcie pod wyjście główne. I okazało się, że zamknięte już jest na głucho. Pani zadzwoniła po ochroniarza, a my zaczęliśmy snuć wizje pozostania w gmachu BŚ na noc.
- Nie cieszyliby się państwo z takiej możliwości? To piękny budynek! - pani zatoczyła ręką koło.
- Cieszylibyśmy się bardzo - powiedziała w imieniu wszystkich Mrówka. - Tylko jedzenie nam się kończy - dodała cichutko, a fakt, że była po mieście R. i bez obiadu też wiele znaczył.

Mała dygresja żywieniowa.
Mrówka urwała się z zajęć trochę wcześniej, błyskawicznie poleciała na przystanek, dojechała do Katowic, pędem pobiegła na wydział, łapiąc tam Slka, z Slkiem pognała do BŚ, gdzie czekała Megi. Z Megi w trójkę przedostali się do Benedyktynki.
Po krótkiej rozmowie z bohaterką wieczoru, Mrówka, głodna jak szakal, wyjęła z torby kanapkę.
I w tym momencie rozbłysły światła, bo kamerzyści przygotowywali salę. Wszystkie wycelowane w Mrówkę.
- Ej, dlaczego na mnie świecą? Ja nie chcę jeść w błysku fleszy - rozpłakała się (z głodu) Mrówka nieszczęśliwa. Megi i Slk rozpłakali się ze śmiechu. Poirytowana Mrówka musiała odwrócić się plecami do świateł i spróbować zjeść cokolwiek w atmosferze a) pośpiechu (bo spotkanie zaczynało się za kilka minut), b) stresu (bo kamery). Stąd potem obsesja na punkcie jedzenia.
Koniec dygresji.

Kiedy Mrówka powiedziała, że kończy się jedzenie, wszyscy zrobili błyskawiczny remanent swoich zapasów.
- Ja mam wodę - powiedziała Megi.
- Ja mam coca-colę - poinformował nas Slk.
- Ja mam jeszcze gruszkę - mruknęła Mrówka.
- Zamówimy sobie pizzę - pocieszył nas Slk.

Biorąc pod uwagę fakt, że stany naszych portfeli nie prezentowały się najlepiej, jakoś nas to nie podniosło na duchu. Trochę wcześniej, kiedy jeden z redaktorów "Śląska" zapytał, czy ktoś ma rozmienić 50 złotych doszliśmy do wniosku, że nawet razem byśmy nie mieli. Slk miał 50 groszy, Mrówka 2 złote pozostałe po kupnie biletu z miasta R., a Megi jakieś 10 złotych.
- A jak ją dostarczą? - praktyczny zmysł Mrówki wziął górę nad głodem.
- Będziemy iść od okna do okna i sprawdzać, czy któreś nie zostało przypadkiem uchylone.

Na szczęście pojawił się pan ochroniarz i nas wypuścił.

Kilka tygodni później wychodziliśmy z Olkiem jako ostatni z wydziału. Oj, no dobra, przeze mnie, ale już trudno.
Wychodzę pierwsza.
- Czekaj - woła do mnie Olek. - I tak nie wyjdziesz!
Fakt, właśnie dobiłam do kraty w drzwiach.
Z Olkiem idzie pan ochroniarz, pobrzękując kluczami. I mruczy:
- Za karę powinni tu państwo do rana siedzieć.
A to znowu był poniedziałek i znowu problem jedzenia...

środa, 21 listopada 2007

411. jaka praca

- Pracuję jako moderator na - powiedziała Megi Olkowi.
- Aaaaa! To ty wycinasz moje chamskie komentarze! - odparł Olek.

wtorek, 6 listopada 2007

398. Igor, pies asystent

2007-11-06 21:59:05
Wczoraj Megi była na wydziale ze swoim psem asystentem, Igorem. Stanowią razem wesołą parę, Blondyn i Blondyna, poczucie humoru mają ogromne. Obydwoje.
Przyjechałam z miasta R. jak zwykle, po 17. Igor wykazał uprzejme zainteresowanie, na mój widok podniósł się, pomachał ogonem i powąchał mnie z grzeczności.
- To jest Mrówka - powiedziała Megi.
- Jestem Mrówka - przedstawiłam się grzecznie. Igor się rozpromienił. Widać lubi Mrówki.
Kucnęłam przy nim i zaczęłam go głaskać. Wprawdzie psów asystentów na służbie nie powinno się rozpieszczać, ale Igora można ;).
- Jesteś ślicznym pieskiem - powiedziałam. Igor ucieszył się bardzo i spróbował wleźć mi na kolana.
Zważywszy na to, że jest rozmiaru nadnaturalnego, trochę ciężko było mi go utrzymać. Odsunęłam się delikatnie. Igor postanowił poudawać kota i trochę się połasił.
Potem spotkałyśmy Olka.
- To jest Olek - powiedziałam psu.
Igor przeszedł koło Olka, kompletnie go ignorując. Chyba nawet nie zauważył, że ktoś tam był.
- Ejjj, to Olek! - zawołałyśmy go.
Igor przeszedł w przeciwną stronę, znowu omijając Olka. Ale tak naprawdę mógłby do niego dobić, a i tak by go nie zauważył, nawet go nie powąchał.

Kusiło go wszystko, co nadawało się do zjedzenia.
Kiedy wreszcie uplasował się pod naszą ławką, Megi konspiracyjnie szepnęła:
- Możesz mi teraz podać oponkę, ale tak, żeby nie widział?
Kiwnęłam głową i po cichutku zaczęłam przesuwać w stronę Magdy ciastko.
Igor ani drgnął.
Zaszeleściłam woreczkiem, w którym były oponki.
Igor śpi.
- PODOBNO PSY MAJĄ ZNAKOMITY SŁUCH I WĘCH - powiedziałam dobitnie w jego stronę, z całej siły szeleszcząc folią woreczka i machając oponką.
Spał dalej :D.
Chyba mnie uznał za członka stada, bo położył w pewnym momencie pysk na moim bucie i tak sobie siedział, zatopiony w egzystencjalnych myślach.
- On wygląda zupełnie jak świnka morska, tylko jest trochę większy - przyznałam, patrząc na niego z lotu ptaka.
Megi po raz kolejny dostała ataku śmiechu. A następnego - jak zawołałam do Igora "kici kici". Bo w końcu zachowywał się jak kot, mogło mi się pomylić ;).
Zareagował.

Cały wykład grzecznie przespał pod ławką, w pewnym momencie westchnął przez sen, przewrócił się na bok i spał sobie dalej.

- Załóż mu halter - poprosiła Megi przed wyjściem. - Powiem ci jak.
Powiedziała. Trzymałam w rękach pętelkę z czegoś takiego jak poplątana smycz i miałam w to ubrać psa.
- Daj mi tu pyszczek - poprosiłam zwierzątko.
Igor się odwrócił i udawał, że mnie nie widzi.
Megi kazała mu stanowczym tonem odwrócić pysk w naszą stronę.
Z ogromną niechęcią odwrócił i pozwolił sobie nałożyć uprząż.
A potem się na mnie obraził za to, że założyłam mu coś, czego nie lubi :D. Nie chciał na mnie spojrzeć i cały czas odwracał się tyłem :D. Przeszło mu po pięciu minutach, ale pomysły ma niezłe... :D

sobota, 3 listopada 2007

395. magia szklanego ekranu

Olek od dłuższego czasu siedzi w telewizji. Robił tam sobie praktyki, co robi teraz - nie wiem. W każdym razie dużo się w jego życiu zmieniło.
Zaczęło się od tego, że, odkąd pamiętam, Olek nie używał telefonu komórkowego. Dawno, dawno temu zepsuł mu się aparat, więc wrzucił go na dno szafy i od tamtej pory nie korzystał. Stwierdził, że jak ktoś będzie miał do niego ważną sprawę, to i tak go jakoś znajdzie (Olka, nie telefon).
Kiedy w zeszłym tygodniu przyjechałam na wydział, zastałam na korytarzu Olka rozmawiającego przez komórkę. Zaniosłam swoją kurtkę do sali, a potem wyszłam, żeby obejrzeć sobie to zjawisko.
Olek właśnie skończył rozmawiać, rozłączył się i bez słowa wszedł do sali.
Wlazłam za nim z wytrzeszczonymi oczami.
- No co? - zapytał Olek. - Ja teraz w telewizji pracuję, muszę mieć kontakt ze światem!
No niby fakt.
Potem oznajmił, że najbardziej kuszącym elementem pracy w tv jest legitymacja i smycz z logo telewizji. Które to akcesoria może zabierać na podryw.
A ja myślałam, że on na urok osobisty...

Na koniec powiedział:
- Zauważyłem, że przez te praktyki znacznie ograniczyły mi się potrzeby. Teraz marzę tylko o tym, żeby się najeść i wyspać.

poniedziałek, 29 października 2007

391. z podróży do miasta R.

Podróże do miasta R. są... no chyba już wszyscy Czytelnicy tego bloga wiedzą, jakie są podróże do miasta R. Dlatego dzisiaj w ogromnym skrócie. Przepiszę notkę, którą stworzyłam w drodze do miasta R., będzie komentarz na gorąco. Może nie zasnę nad klawiaturą.

Przyjechał autobus do miasta R.
- RYBNIK! - zawołał kierowca, dzierżąc w dłoniach tabliczkę z odpowiednim napisem. - Najpierw z biletami z kasy!
Wsiadły cztery osoby. Reszta (czyli trzy osoby, w tym Mrówka) zaczekały na zewnątrz. Jak się jedzie z przesiadkami, a kasy zamykają na kwadrans przed odjazdem PKS-u, to marne są szanse na udany zakup.
Kierowcy to nie wystarczyło.
- Kto ma bilety z kasy? - zapytał.
- Nikt - odpowiedzieli chórem pasażerowie.
- Kto ma bilety z kasy?
Wszyscy pokręcili głowami.
- Kto ma bilety z kasy? - gromko powtórzył kierowca.
Wsiadła jedna z pań-pasażerek-bez-biletu i poprosiła o bilet do miasta R.
- Nie! - odsunął ją kierowca. - Kto ma bilety z kasy?

Było już dobre pięć minut po planowanym odjeździe autobusu, a na ruszenie z miejsca nie było większej nadziei, ludzie zaczęli się niecierpliwić.
- Kto ma bilety z kasy?
- Nikt - odpowiedziała owa pani, rozglądając się bezradnie i patrząc na pasażerów.
- To jeszcze wsiadać, jak ktoś ma bilety z kasy - zarządził kierowca.
Dobra, przyznaję, szlag mnie mało nie trafił. Powiedziałam w myślach brzydkie słowo.
- NIKT - odrzekła Mrówka bardzo dobitnie. - JUŻ. NIKT. NIE MA. BILETÓW. Z KASY.
- A co się pani stało? - zdziwił się kierowca.
- Trzeci raz pan pyta - odparła Mrówka. - Chcemy już wsiąść i JECHAĆ.
Reszta pasażerów się z tym zgodziła.
Kierowca sprzedał bilet owej pierwszej pani.
- Kto ma bilety z kasy? - zapytał.

Wgrało mu się.

Kiedy opowiedziałam to po południu Olkowi, ten stwierdził z prostotą:
- A może świat się na chwilę zawiesił?

Może...
Dalszą część podróży do miasta R. przespałam. W mieście R. powitała mnie tablica: "Prezydent [miasta R.] przeprasza za utrudnienia w ruchu, wynikające z bla bla bla bla".
Wzruszyłam się.
To nic, że na korki w samym mieście R. tracę godzinę co poniedziałek (pół godziny w jedną stronę). Ważne, że sam Prezydent Miasta R. o mnie myśli. Sam Prezydent mnie przeprasza. No i jak tu się złościć?

sobota, 6 października 2007

374. Olek z indeksem

2007-10-06 19:01:09
Siedzimy sobie na miniwydziałowej inauguracji roku. Ja, Magda, Piotrek i Ania od Piotrka (to znaczy: Ania od Piotrka to nie przydomek jak Jan bez Ziemi, tylko żeby się te Anie na blogu nie pomyliły. Ania od Piotrka jeszcze tu nie występowała).
Siedzimy.
Pan Dziekan wręcza indeksy.
Wręcza.
Miałyśmy już swoje indeksy (Piotrek jeszcze nie), kiedy zauważyłam smutną minę Olka.

Olek przyszedł później niż my, więc siedział w innym końcu sali, chociaż przy tym samym, okrągłym stole (władowaliśmy się na miejsca przy stole, nie - jak większość - pod ściany, bo lubimy luksus i nie boimy się odpowiedzialności, ha ;)).
Siedział Olek i minę miał ponurą.

Dawno temu to Olek nauczył nas tworzyć historyjki mało prawdopodobne, chociaż wiarygodne. Im mniej prawdopodobne, tym bardziej trzeba się było starać, żeby je uwiarygodnić.
Pobawiłam się i teraz.
- Popatrzcie - szepnęłam do Ani od Piotrka, Piotrka i Magdy. - Olek jest smutny. Chyba nie dostanie indeksu.
Przyjrzeliśmy mu się w milczeniu.
Olek siedział spokojnie, a na jego twarzy nie malował się wcale smutek. Musieliśmy jednak udawać, że tak jest. Każdy gest Olka musieliśmy od teraz interpretować zgodnie z naszym wymysłem.
- Faktycznie - zatroskała się Magda.
- Mnie się wydaje, że on nie dostanie indeksu - powiedziałam. - Pan Dziekan stwierdził, że nie będzie go przyjmował na studia, tylko jeszcze nikt Olka nie uprzedził. I on teraz biedny siedzi i czeka...
Znowu spojrzeliśmy w stronę nic nie przeczuwającego Olka.
Kupka indeksów na stole przed Panem Dziekanem malała. A Olka nikt nie wywoływał po odbiór dokumentu.
Biedny Olek...
- Biedny Olek... - zaczęliśmy kiwać głowami. - Nawet za daleko siedzi, żeby go jakoś pocieszyć...
Nakręciliśmy atmosferę (no dobra, ja nakręcałam ;)). Aż w końcu, kiedy w naszych oczach Olek stracił już nadzieję na uzyskanie indeksu, wyczytali go!
Radość nasza nie miała granic!

***
- I kiedy wyszedłeś na środek po swój indeks, chcieliśmy ci zacząć bić brawa! - relacjonowała Mrówka Olkowi całą (naprawdę całą, inaczej by nie było zabawy) historię.
- To TRZEBA BYŁO! - odparł Olek.



A przy okazji rozmowy o Olku okazało się, że "mnie już trzeba uśpić".
- Piotrek, ty znasz Olka, prawda? - upewniłam się.
- Znam, chodziliśmy razem na dialektologię.
- Ej!!! Ale to ja z Olkiem chodziłam na dialektologię! Byłeś w tej grupie?
- Tak.
- Hmmm... Piotruś, ale tam było chyba tylko 8 osób... gdzie siedziałeś?
- Pod oknem. W TYM SAMYM RZĘDZIE, CO TY!

Pod wieczór przypomniałam sobie, że wtedy siedzieliśmy w trójkę w jednej ławce - ja, Olek i Piotrek.

wtorek, 2 października 2007

370. drogi panie z telewizji

Olek przesiaduje teraz całymi dniami w telewizji i zgłębia tajniki. Niejedną historyjkę mógłby opowiedzieć (gdyby nie to, że to mój blog, ha! ;)). W każdym razie poprosiłam go, żeby - jeśli mnie gdzieś zobaczy - nie przeprowadzał ze mną wywiadu.
- Dzisiaj interweniowałem w B. w sprawie demontażu blaszanych garaży - poinformował mnie niedawno, dumny i zadowolony. Potem powiedział, że nie chce być dziennikarzem pracującym przy newsach (ja to wiem i bez praktyk w tv ;)). A dzisiaj zapytał:
- Słyszałaś ostatnio o czymś ciekawym?
- Takim, żeby się nadawało do telewizji? Bo jeśli nie, to ja jestem ciekawa.

Nie sądzę, żeby w czymś mu to pomogło.

W sumie to mu współczuję znajomości ze mną ;D.

O, przed chwilą powiedział, że do reportażu musi znaleźć jakiś absurd prawny, aferę albo wyjątkową osobę.
Oczywiście powiedziałam, że z wyjątkową osobą mogę mu pomóc.
ZIGNOROWAŁ TO.

wtorek, 28 sierpnia 2007

346.

- Wymyśliłam sobie żart na początek zajęć - powiedziałam Olkowi, już całkiem w szampańskim humorze (te przeskoki nastroju straszne są, nie wiem, jak mój własny Promotor to wytrzymuje, obawiam się, że kiedyś mi się za to oberwie porządnie i hurtem).
- To prawie jak w "Familiadzie" - odparł Olek.

Taaak... to ja to jeszcze przemyślę ;)

poniedziałek, 27 sierpnia 2007

345.

Mrówka w stanie przeciwnym do wczorajszego, opowiada Olkowi z zapałem, jak poprowadzi informatyczne zajęcia od października.
- Coraz bardziej mi się podoba ten przedmiot - powiedziała. - Aż sama bym się chciała go uczyć...
- I tak będziesz musiała - trzeźwo zauważył Olek. Chwilę potem dodał:
- Ale nie wkręcaj się tak...
- Czemu?
- Bo jeszcze się przeniesiesz na politechnikę...

tja...

poniedziałek, 13 sierpnia 2007

337. pytania do Olka

Czasami scena ma kilka point.
Olek usprawiedliwił swoje zachowanie, zaprezentowane w poprzedniej notce.
Padłam po raz drugi.
- Fimbul, jak zauważyłem, opowiedział o naszym spotkaniu - zagadnął Olek. Co mnie bardzo ucieszyło, bo znaczy, że odwiedza mojego bloga przynajmniej czasami. A Olek opowiadał: - [Fimbul] Przyszedł z jakimiś panienkami. Wtedy się nie przywitał, bo wiedział, że mój urok osobisty może zwyciężyć. Przywitał się dopiero jak podszedł do baru z jakimś facetem, spryciarz.

Ze śmiechu Mrówka wpadła pod stołek.

Wytłumaczyłam im obu (najpierw Fimbulowi, Olkowi teraz), że jeśli Olek przez pięć lat studiów (może sześć, doliczając kulturoznawstwo, ale ja go znam przez pięć) chodził w garniturze, a na imprezie w garniturze nie był, to nie ma siły, nie dało się go poznać.

A w ogóle podpadłam Olkowi.
Ostatnio zapytałam, czy ma może jedną książkę, która wydana była w marcu zeszłego roku co prawda, ale może przypadkiem się u Olka gdzieś poniewiera. Olek powiedział, że go przeceniam.
Wczoraj o 23:05 napisałam do niego na gg:
- Olek, ile było realizacji Ożenku w Teatrze Telewizji?
I Olek się zdenerwował.
- Przeginasz ostatnio z tymi pytaniami - odpisał. - Skąd ja mam to wiedzieć? Zaraz zapytam Niny Terentiew.

No a kogo miałam zapytać? To w końcu on kończył kulturoznawstwo, nie ja ;). Ale potem sobie znalazłam sama :D.

niedziela, 12 sierpnia 2007

336. incognito

Fimbul był na imprezie.
Normalna sprawa, on często bywa na imprezach.
Ale z tej przyniósł mi historyjkę na bloga.
- Byłem na imprezie - opowiadał. - I przy barze zobaczyłem Olka. Mówię do niego "Cześć Olek!", a Olek na to: "teraz to spadaj, już trzy razy się z tobą witałem!"