sobota, 23 czerwca 2007

302. historyczna zabawa

Gramatyka historyczna ciągle jeszcze dostarcza mi sporo radości. Ostatnio Fimbul rekonstruował nazwiska uczonych, a najtrudniejszy wyraz, jaki mu się trafił do fonetycznej analizy, to pczęfiąskęnąć.
Sama wymyślałam, bo o rozwój nosówek chodziło.

[tu wywaliłam kawałek własnej twórczości o epitafiach]

Fimbul za to odpowiedział ułożonym na poczekaniu:

Nagrobek studenta filologii polskiej
Wczoraj interpretując używał bajerów
Dzisiaj - podzielił los jerów.

- Czyli że się zwokalizował? - pytam podejrzliwie i prowokacyjnie.
- Zanikł - odpowiada mi Fimbul.

piątek, 22 czerwca 2007

301. robota wre

W klatce przeprowadzają remont schodów. To znaczy karteczka "Uwaga! remont schodów" wisi w strategicznie doskonałym miejscu - zauważy ją każdy, kto przez remont już się jakoś przedrze i będzie do domu wracał, ale nie bądźmy drobiazgowi.
Póki co - do wczoraj - został wybetonowany nierówno kawałek pierwszego stopnia. Perspektywa możliwości wchodzenia do domu po drabinie bawi mnie szalenie, dopóki mieści się w dziale "nieprawdopodobne".
W każdym razie wychodzę sobie z klatki i widzę strzępki jakiegoś zastygającego cementu, deski obudowujące schodek i dziurę po metalowej "wycieraczce".
- Którędy mogę przejść? - pytam jednego z panów remontowców.
- A, może pani prosto - machnął ręką. - Byle nie do dziury.
Na wszelki wypadek przeszłam bokiem. Bo wpatrywali się we mnie, jakby chcieli przez to moje przejście sprawdzić, czy na pewno im ten cement zastygł.

Po drodze na przystanek, poszłam wyrzucić śmieci. Wybrałam sobie na cel najmniej pełny kosz (to znaczy taki, z którego się nic nie wysypywało). Zostawiłam w nim worek. A kiedy miałam spokojnie iść dalej, obsługujący śmieciarkę kierowca wziął sobie na cel mnie. Chciał mnie, zdaje się, nabić na uchwyty do zaczepiania kontenerów.

Właśnie wyjrzałam przez okno - panowie budowlańcy już skończyli robotę.
Zaraz zejdę na dół i odcisnę w tym betonie ślad swojej dłoni. Będę mieć Aleję Gwiazdy pod własnym oknem. Na pohybel zazdrośnikom. A co!

czwartek, 21 czerwca 2007

300. burza

To było ciekawe doświadczenie.
Nie, żebym się trochę bała burzy. Skądże. Ja się PANICZNIE boję burzy. No, może nie panicznie. W każdym razie najbardziej w takich chwilach lubię siedzieć pod stołem. Albo za łóżkiem. Albo w nietypowych zakamarkach mojego pokoju. Przy szczelnie zamkniętych oknach i z wyłączonym sprzętem audio.
Boję się burzy, kiedy siedzę w domu. Na otwartej przestrzeni wmawiam sobie - chyba z konieczności - że niczego się nie boję. I robię to tak sugestywnie, że sama się czasami nabieram.
No to miałam pole do popisu...

Po spotkaniu poszliśmy z Fimbulem i Anią na dworzec, prowadząc cały czas filologiczne dyskusje. Padało umiarkowanie. Wsiadłam do autobusu.
Ostatnią rzeczą, którą zarejestrowałam, był sms od Ani: "Jedziesz? Bo jest taka burza, że mój autobus przecieka". Nie udało mi się jej odpisać (mój nie przeciekał, specjalnie się przyjrzałam...), bo telefon odmówił posłuszeństwa. Wyłączyłam go i wtedy się rozpętała burza.
Burza... Nawałnica. Pięć nawałnic razem wziętych.

Siedziałam z nosem przyklejonym do szyby i dostawałam zeza rozbieżnego. Widowisko było piękne. Jednym okiem patrzyłam na błyskawice (u góry), drugim na rzeki, które tworzyły się w miejsce jezdni (na dole). Czasami mi się to przeplatało, to znaczy pioruny sięgały czegoś na ziemi, a fontanny spod kół samochodów wystrzeliwały w niebo.
CAŁY autobus zaczął dzwonić do znajomych. Że burza jest.
Nie pytam, dlaczego moja komórka przestała działać na moment przed burzą. Ale dlaczego im działały? Dlaczego dzwonili w czasie burzy?
Baba, która siedziała obok mnie, przegadała 90% czasu jazdy. "Cześć. Idzie straszna burza, powyłączaj wszystko". Miałam nadzieję, że się dostosuje i wyłączy swój telefon, ale oczywiście NIE. Odsunęłam się trochę od niej, żeby w razie czego trafiło w nią, nie we mnie. Z pełną świadomością, że to nic nie da, ale już trudno.

Zastanawiałam się, czy czeka mnie upojna noc na przystanku. Bo przecież piętnastominutowy spacerek przy tej częstotliwości błyskawic nie wchodził w grę.
Zdecydowałam się na przesiadkę. Wybiegłam ze swojego autobusu i wbiłam się pod wiatę.
Natychmiast - pod tą wiatą - jakiś młodzieniec wyciągnął z kieszeni telefon, zadzwonił do kogoś i powiedział, że burza jest. Oni to chyba specjalnie na mój widok robili... Biedna Mrówka, jak człowiek rzucony na szyny. A wokół błyskawice.
Po paru ciekawych świetlno-akustycznych efektach doczekałam się autobusu jadącego na moje osiedle. Burza jakoś przycichła (i już nikt nie rzucał się do telefonu, żeby powiedzieć, że się burza kończy, co za ludzie dziwni...).

Kiedy wjechaliśmy na osiedle Mrówki, jakiś chłopak z radością powiedział: "O, zobaczcie, na Gigancie jest prąd!"
Mnie bardziej spodobał się fakt, że burza się skończyła... ale cóż, każdego cieszy coś innego.

Weszłam do domu ze słowami "głupi ma zawsze szczęście" ;).


A poza tym korytarze prowadzące do Benedyktynki udało mi się dzisiaj przebiec w obie strony. Nie dlatego, że burza, tylko leciałam do wejścia, sprawdzić, czy Fimbul nie przyszedł. Przebiegłam. I się nie zgubiłam. Tylko za ostre tam są zakręty jak na mój gust ;).

PS - ta notka była już gotowa, kiedy zrestartował mi się komputer. I jak tu lubić wyładowania atmosferyczne...

środa, 20 czerwca 2007

299. brat Olka

Umówiłam się wczoraj z Olkiem w południe pod Biblioteką Śląską. Miałam mu przywieźć między innymi trochę różnych rzeczy o Różewiczu (i dwa tomy Różewicza) i partię książek do recenzji. Wzięłam toto ze sobą i ruszyłam do Katowic.
Oczywiście pod ciężarem własnej torby uginałam się tak, że nosem mogłam dotykać ziemi.
Wcale się autobus nie przechylał na moją stronę...
Oczywiście nie wpadłam na pomysł, żeby umówić się z Olkiem na przystanku pod jego domem, z tej prostej przyczyny, że już mi się tam autobus nie zatrzymuje.
Oczywiście nie wzięłam mu wszystkiego, bo mam ograniczone możliwości udźwigu ;). Olkowi na szczęście wystarczyło to, co dostał. W razie protestów sam by sobie musiał przyjechać ;). A w ogóle zastanawiam się, jak mi się udało namówić go do wizyty w BŚ, skoro przerażają go regały. W każdym razie wziął głęboki oddech i postanowił, że przyjdzie. Dzielny. Chociaż zawsze mówił, że się boi tego budynku... a ja wrednie o tym zapomniałam ;)

O mamo... w trakcie pisania tej notki skojarzyło mi się, że on mi te książki kiedyś odda... to znaczy Różewicza, bo książki do recenzji są dla niego, na szczęście.

Idealna synchronizacja sprawiła, że pod gmach Lickatego dotarliśmy jednocześnie - ja - od góry przez cmentarz, Olek z dołu. Z bratem.

Olek dokonał krótkiej prezentacji (przez pięć lat nasłuchałam się trochę o jego bracie, tylko w mojej wyobraźni to był mały chłopczyk, który Olkowi złamał nos samochodzikiem. A na spotkanie przyszedł facet większy od Olka...). Zaczęłam podawać mu po kolei wszystkie książki. A Olek dawał je bratu. Który z kolei wkładał książki do swojej torby. Mogli mi powiedzieć, zamienilibyśmy się torbami po prostu ;).
- Ej, ładnie to tak, brata wykorzystywać? - stanęłam w obronie uciśnionych.
- A ty myślisz, że po co ja go ze sobą zabrałem? - odparował Olek.

Mój brat by się pewnie nie zgodził ;)

- To może brata też wykorzystaj do recenzowania książek? - zaproponowałam. Olek podskoczył z radości.
- A wiesz, że to jest dobra myśl? - zastanowił się.
- Barrrrrrrdzo śmieszne - mruknął pod nosem jego brat.
No... mój by się nie zgodził ;).

wtorek, 19 czerwca 2007

298. rzut okiem

Siedziałyśmy ostatnio gdzieś z mamą, przeczekując burzę. I nudziłyśmy się niemiłosiernie. Przyjrzałam się wiszącemu pod sufitem obrazkowi.
- Patrz, zaraz siłą spojrzenia wyciągnę gwóźdź ze ściany - powiedziałam mamie. Ta skwitowała moje słowa uważnym spojrzeniem.
Wpatrywałam się w gwóźdź z zapałem przez jakieś cztery minuty. Ani drgnął. Skapitulowałam.
- Nie dam rady - oznajmiłam ze smutkiem. - Za wysoko przyczepiony.
- A może masz po prostu wzrok za słaby? - zapytała mama.

Tja...

poniedziałek, 18 czerwca 2007

297. sesja zdjęciowa

- Jak podpisywać zdjęcia w pracy? - to pyranie zadała Bosskiemu Promotorowi Dominika, na konsultacjach, które przerodziły się nam w miniseminarium.
- Czytelnie - odparł natychmiast nasz Boss znany z błyskawicznych ciętych ripost. Czasami najtrudniejsze są rzeczy najoczywistsze ;). Nie zdążyłam się jeszcze przewrócić ze śmiechu, bo siedzący z boku zbulwersowany Olek zaszeptał do mnie:
- To można mieć zdjęcia w pracy magisterskiej?
- Widocznie można - odszepnęłam mu, kiedy Boss cierpliwie tłumaczył Dominice zawiłości technicznej strony pracy.
- O! - ucieszył się Olek. - To ja dołączę do pracy swoje zdjęcia z Solą ziemi. I podpiszę: "Ja z Solą ziemi nad morzem". "Ja z Solą ziemi w parku". "Ja z Solą ziemi w swoim pokoju".
Wyobraziłam sobie to i pisnęłam słabo.
- "Ja z Solą ziemi na tle ziemi" - rozkręcał się Olek.

Żałuję, że go nie nagrywałam ;)

piątek, 15 czerwca 2007

295. metamorfoza prerodzynka

Dokumenty zostały złożone.
(brzmi jak "kości zostały rzucone", ale niech już będzie)

Szłam sobie ostatnio z mamą przez targ. Kątem oka dostrzegłam winogrona zapakowane w takie malutkie pudełka.
- Bo można kupić białe winogrona - powiedziałam w zamyśleniu. - Dorobić im włoski... I domalować takie kreski... a potem sprzedawać jako agrest.
- A co na to lekarze? - zapytała mama.
- Hmmm... myślisz, że nie dostanę pozwolenia na handel? Że sanepid, albo coś? - zaniepokoiłam się, czysto profilaktycznie, bo na myśl o dorabianiu chałupniczą metodą włosków winogronom trochę mnie otrzepywało.
- Nie, ja pytam, co o tobie sądzą lekarze - odparła mama.



A bo ja wiem... ;)

czwartek, 14 czerwca 2007

294. to, co ważne

Dzisiaj podpadłam panu od WARTOŚCI, co notuję z dziką uciechą.
- Ja, przyznam, nie przeczytałem żadnej książki Chwina - oznajmił ów pan beztrosko na jakieś 15 minut przed rozpoczęciem spotkania ze Stefanem Chwinem. - Nie chciało mi się - dodał z rozbrajającą szczerością. - Więc czy może mi pani przybliżyć, jakie są w jego książkach wartości?
Jemu się nie chciało czytać - mnie się nie chciało streszczać, pan w końcu i tak wie swoje (przy czym użycie słowa "wie" jest tu sprawą dość dyskusyjną).
- Przepraszam, ale nie teraz - odpędziłam się od niego, notując sobie pomysł na satyryczne rozwiązanie w tekście. Pan poczuł się zlekceważony (i słusznie) - przypuszczam, że będzie miał teraz kolejny dowód na poparcie tezy, że u Chwina nie ma WARTOŚCI. Już miał dać mi spokój, ale jeszcze coś wymyślił. Pochylił się, żebym na pewno dobrze go usłyszała.
- Studentki tu zawsze miejsce zajmują, żeby się pokazać profesorowi! - powiedział wskazując na Bossa i na mnie, a jad skapywał z jego słów i wypalał dziurę w podłodze.
Grzecznie stłumiłam parsknięcie i wróciłam do pisania.
Cała zabawa polega na tym, że od pierwszego mojego wyjścia na spotkanie Klubu Dobrej Książki, miejsce mam stałe. Na lewo od wejścia, tyłem do drzwi, jakby się kto pytał. Pół godziny przed spotkaniem natomiast wpadłam przypadkiem na Bossa, który zakomenderował:
- Mrówka - na spotkanie!
Chwilę później wpadłam na Bosskiego Promotora w samej BŚ. Nie mówiąc już o tym, że od co najmniej dwóch dni opowiadałam na prawo i lewo, że idę na Chwina i Boss był o tym doskonale poinformowany.
Inna sprawa, że nie ma szans, żeby mnie na spotkaniu w BŚ NIE zauważył, śmiem egoistycznie twierdzić, że jednak rzucam się w oczy. ZWŁASZCZA własnemu Promotorowi, ku jego rozpaczy niekiedy, jak przypuszczam.
Aż mam ochotę się za tydzień (w ostatni-przedostatni czwartek, przypominam) ubrać jakoś jaskrawo, żeby mnie przypadkiem Boss nie przeoczył, bo się normalnie zapłaczę ;).
W każdym razie pan od WARTOŚCI się obraził, miejmy nadzieję, że nieodwracalnie.

Ale mam do zakomunikowania o wiele ważniejszą rzecz i nie wiem, czy Boss mi za to głowy nie ukręci. A ten pomysł, który notowałam w BŚ z tym ogłoszeniem się właśnie wiąże. Otóż: Boss został profesorem zwyczajnym. GRATULACJE!!!!
Jasne jest chyba, że z tej okazji powstać musiał wierszyk okolicznościowy. Bo Mrówka ma zamiar pobawić się trochę w krakowskich parodystów - do tego przydają się okazje do świętowania.
Tekst powstał w drodze do Katowic, na autostradzie A4. Szlify - w BŚ.
Boss - profesorem jest zwyczajnym -
radości w słowa nie ubiorę...
Należy mu się - bo jest fajny,
bo jest najlepszym profesorem.

Ten sukces dumą nas napawa
(w wierszu nie widać, bo wiersz skromny)
lecz gratulacje, wielkie brawa,
i ze słów pomnik dla potomnych,

życzenia też od blog-ferajny
z przesłaniem takim teraz niosę:
Boss - profesorem jest zwyczajnym
i zawsze NADZWYCZAJNYM BOSSEM

środa, 13 czerwca 2007

293. orzeczenie lekarskie

Żeby kontynuować naukę, musimy mieć z Olkiem orzeczenia lekarskie, stwierdzające przydatność kandydata. Do studiów.
- Zawsze myślałem, że takie coś jest ważne na kierunkach typu biologia... chemia... AWF... - irytuje się Olek. - Bo tak to CO mi napiszą na tej kartce? Odczuwa lęk przed regałami? Albo: panicznie boi się litery "ż"?

Cholera, przez cztery lata studiów siedziałam z nim w ławce i nie wiedziałam, że boi się regałów. Stroni od nich, to prawda, ale nie miałam pojęcia, że to ma jakieś głębsze podstawy...

;)