niedziela, 25 listopada 2007

414. trudne zdania

- Uwaga, teraz będzie trudne zdanie - oznajmił Fimbul, kiedy rozmawialiśmy parę tygodni temu na wydziale. Po czym nabrał tchu i powiedział: - To jest reinterpretacja hermetycznych systemów neognostyckich.
Zapisałam sobie.

piątek, 23 listopada 2007

413. zachody słońca

Korzystałam z kilku dni dość ładnej pogody. Ładnej - czyli w miarę bezchmurnej. Kiedy tylko było widać niebo, czatowałam na zachód słońca. Całymi dniami, można powiedzieć.
Normalnie to ja mam zachód na wyciągnięcie ręki. Na wprost okna. Ale w zimie przesuwa się trochę nad inne osiedle i muszę się wychylić, żeby ujrzeć cokolwiek. Jak się wychylam przez zamknięte okno, to czasami mogę sobie nabić guza o szybę. Nieważne.
Wczoraj zobaczyłam, że słońce już zachodzi (a koło 15:30 było dopiero). Pobiegłam po aparat. Przybiegłam z nim. Wyrwałam go z futerału, włączyłam, otworzyłam szarpnięciem okno, zrobiłam zdjęcie, zamknęłam okno i w tym momencie słońca już nie było.

Albo ja się starzeję i tak wolno biegam, albo słońce trochę przyspieszyło.

czwartek, 22 listopada 2007

412. późno już

Ostatnio mieliśmy talent do późnego opuszczania rozmaitych budynków.
Najpierw po wieczorku poetyckim.
Z niższego poziomu BŚ, z poziomu Benedyktynki, musieliśmy się dostać jakoś do wyjścia. Baliśmy się ryzykować z wózkiem po schodach bez jakichkolwiek rynienek podjazdowych, więc wyjechaliśmy z jedną z pań pracujących w BŚ windą na poziom podstawowy.
- Ja bym się tu zgubiła - przyznałam, podążając za panią z BŚ i pokonując kolejne zakręty.
- Ja też! - wyznała Megi.
- Ja tu pracuję dziesięć lat, a też mi się zdarza zgubić - oznajmiła pani, otwierając przed nami kolejne drzwi.
Dotarliśmy wreszcie pod wyjście główne. I okazało się, że zamknięte już jest na głucho. Pani zadzwoniła po ochroniarza, a my zaczęliśmy snuć wizje pozostania w gmachu BŚ na noc.
- Nie cieszyliby się państwo z takiej możliwości? To piękny budynek! - pani zatoczyła ręką koło.
- Cieszylibyśmy się bardzo - powiedziała w imieniu wszystkich Mrówka. - Tylko jedzenie nam się kończy - dodała cichutko, a fakt, że była po mieście R. i bez obiadu też wiele znaczył.

Mała dygresja żywieniowa.
Mrówka urwała się z zajęć trochę wcześniej, błyskawicznie poleciała na przystanek, dojechała do Katowic, pędem pobiegła na wydział, łapiąc tam Slka, z Slkiem pognała do BŚ, gdzie czekała Megi. Z Megi w trójkę przedostali się do Benedyktynki.
Po krótkiej rozmowie z bohaterką wieczoru, Mrówka, głodna jak szakal, wyjęła z torby kanapkę.
I w tym momencie rozbłysły światła, bo kamerzyści przygotowywali salę. Wszystkie wycelowane w Mrówkę.
- Ej, dlaczego na mnie świecą? Ja nie chcę jeść w błysku fleszy - rozpłakała się (z głodu) Mrówka nieszczęśliwa. Megi i Slk rozpłakali się ze śmiechu. Poirytowana Mrówka musiała odwrócić się plecami do świateł i spróbować zjeść cokolwiek w atmosferze a) pośpiechu (bo spotkanie zaczynało się za kilka minut), b) stresu (bo kamery). Stąd potem obsesja na punkcie jedzenia.
Koniec dygresji.

Kiedy Mrówka powiedziała, że kończy się jedzenie, wszyscy zrobili błyskawiczny remanent swoich zapasów.
- Ja mam wodę - powiedziała Megi.
- Ja mam coca-colę - poinformował nas Slk.
- Ja mam jeszcze gruszkę - mruknęła Mrówka.
- Zamówimy sobie pizzę - pocieszył nas Slk.

Biorąc pod uwagę fakt, że stany naszych portfeli nie prezentowały się najlepiej, jakoś nas to nie podniosło na duchu. Trochę wcześniej, kiedy jeden z redaktorów "Śląska" zapytał, czy ktoś ma rozmienić 50 złotych doszliśmy do wniosku, że nawet razem byśmy nie mieli. Slk miał 50 groszy, Mrówka 2 złote pozostałe po kupnie biletu z miasta R., a Megi jakieś 10 złotych.
- A jak ją dostarczą? - praktyczny zmysł Mrówki wziął górę nad głodem.
- Będziemy iść od okna do okna i sprawdzać, czy któreś nie zostało przypadkiem uchylone.

Na szczęście pojawił się pan ochroniarz i nas wypuścił.

Kilka tygodni później wychodziliśmy z Olkiem jako ostatni z wydziału. Oj, no dobra, przeze mnie, ale już trudno.
Wychodzę pierwsza.
- Czekaj - woła do mnie Olek. - I tak nie wyjdziesz!
Fakt, właśnie dobiłam do kraty w drzwiach.
Z Olkiem idzie pan ochroniarz, pobrzękując kluczami. I mruczy:
- Za karę powinni tu państwo do rana siedzieć.
A to znowu był poniedziałek i znowu problem jedzenia...

środa, 21 listopada 2007

411. jaka praca

- Pracuję jako moderator na - powiedziała Megi Olkowi.
- Aaaaa! To ty wycinasz moje chamskie komentarze! - odparł Olek.

wtorek, 20 listopada 2007

410. lista

Wykład.
Pani profesor czyta listę obecności.
Mrówka, Olek i Megi są przeważnie na listach w tym samym miejscu, bo i siedzą koło siebie.
Pani profesor czyta.
Wyczytuje Megi.
I czyta dalej.
Mrówka coraz bardziej przerażona wpatruje się w Megi:
- Tyy, dlaczego mnie na tej liście nie ma, a ty jesteś?
I nagle doznaje olśnienia:
- Ahaaaa, bo to alfabetyczna lista!

I Megi dostała ataku śmiechu.

A dzisiaj przypadkowe spotkanie, zupełnie przypadkowe, nieumawiane. I w miejscu nietypowym. Piętnaście minut rozmowy o problemach.
- Tak myślałem, że się dzisiaj pojawisz. I poprawisz mi humor.
- I poprawiłam?
- Tak.

Ciepło, coraz cieplej.


Są na Ziemi budowle, które widać z kosmosu. Ja mam teraz budowlę, z której widać kosmos. Ha.

poniedziałek, 19 listopada 2007

409. z miasta R.

2007-11-19 22:43:31
Kiedy w poniedziałek jadę rano autobusem z Jaworzna, według rozkładu jazdy mam pół godziny zapasu (przed przesiadką na dworcu na PKS), praktycznie - 14 minut.
W związku z tym dzisiaj mój autobus spóźnił się o kwadrans, a potem stał w korkach. Na dworzec PKS przybyłam w 7 minut po planowanym odjeździe autobusu do miasta R.
Zastałam pusty przystanek.
PRZEWAŻNIE (90% przypadków) PKS do miasta R. odjeżdża przynajmniej 10 minut po czasie.
Bo kierowca wysiada, idzie po tabliczki, wraca, upycha te tabliczki w autobusie, otwiera drzwi, wpuszcza pasażerów, sprzedaje bilety, wydaje resztę, szuka drobnych, wyciera okno, zagląda pod fotel, sprawdza wycieraczki, uchyla okno, przymyka je, wyciera jeszcze raz, zamyka drzwi, otwiera, żeby wpuścić spóźnionych pasażerów, zamyka...
Dzisiaj widocznie nie musiał. Bo 7 minut po 8:15 już go nie było.
W związku z tym Mrówka zadzwoniła do miasta R., bo następny PKS miała za pół godziny. Poinformowała, że spóźni się, ale przyjedzie. Posnuła się chwilę po dworcu.

I WYMYŚLIŁA.
Wymyśliła, że skoro do najbliższego PKS-u ma pół godziny, to... kupi bilet w kasie!
Kiedy przyjedzie autobus i pan kierowca zapyta "kto ma bilety z kasy?", to Mrówka dumnie pokaże mu swój! Swój Bilet z Kasy!
Uszczęśliwiona podeszła do okienka.
- Dzień dobry, poproszę bilet do Rybnika - powiedziała przejęta (dobrze, że nie poprosiła o bilet z kasy...), myśląc sobie, jak bardzo zdziwi się kierowca, kiedy nie będzie musiał sprzedawać biletu Mrówce.
- Bilety tylko u kierowcy - odparła pani z kasy.
I Mrówka odeszła na bok i rozpłakała się rzewnie.
W duchu.
Ze śmiechu.

Jak ja się potem bałam, że przyjedzie autobus i kierowca zada to nieśmiertelne pytanie "kto ma bilety z kasy?"... tego bym chyba nie wytrzymała.

W mieście R. za to na zakładzie optycznym jest reklama dotycząca aparatów słuchowych. To miasto zaskakuje mnie niezmiennie.

piątek, 16 listopada 2007

408. profesjonalizm

2007-11-16 22:00:10
Mrówka przychodzi do kuchni i widzi brata, przygotowującego sobie kanapkę.
Brat właśnie usiłuje złożyć równiutko dwie części bułki. Co chwilę niezadowolony odrywa je od siebie i przykłada inaczej. Mrówka przygląda mu się w milczeniu przez parę minut.
- Ociosaj, będzie szybciej - doradza wreszcie bratu.

czwartek, 15 listopada 2007

407. telewizja nie kłamie

To strasznie stara notka, sądząc z miejsca, w którym ją zapisałam - z sierpnia.

Leżałam sobie i bolała mnie głowa.
- Będziemy odczuwać bóle głowy - powiedziała pani prezenterka pogody.

I jak tu mówić, że telewizja kłamie?

środa, 14 listopada 2007

406. szczegóły anatomiczne

Jako osoba oburęczna, nie rozróżniam stron.
Jeśli ktoś mi powie "teraz w prawo" to zatrzymuję się i czekam, aż mi wskaże kierunek, bo jak próbuję iść sama, to murowane, że skręcę źle.
I nie pomaga powiedzenie "prawa ręka to ta, którą piszesz", bo przecież piszę tą, którą akurat mogę.
Dobrze, że w wojsku nie jestem...

I kiedy siedzieliśmy przed spotkaniem z Basią Gruszką-Zych, Megi kupiła sobie jej tomik.
- Możesz mi podać MÓJ tomik? - zapytała Megi.
Popatrzyłam na dwie leżące przed nią książki.
- A który jest twój?
- Ten po prawej.
Nic mi to nie wyjaśniło, ale Megi wskazała odpowiednią książkę.
- Po prawej to ten dalej - wtrącił się Slk.
Zbaraniałam.
- Dlaczego po prawej to dalej? Prawa ręka jest dalej? - wytrzeszczyłam oczy na Sławka.
- Obie ręce są teoretycznie w tej samej odległości - wyjaśnił mi Sławek. - Dalej, bo ta książka leżała dalej od Megi.

A już miałam nadzieję...