poniedziałek, 2 lipca 2007

308. w Parku Wiewiórek

Uznaliśmy z Fimbulem, że coś tu nie gra. Znamy się prawie trzy lata (zdania na ten temat są podzielone, ja twierdzę, że 3,5 roku, Fimbul, że 2,5, krakowskim targiem wypada, że 3), znamy się więc tak długo i przyjaźnimy się niemal od samego początku, a jeszcze nigdy nie byliśmy razem w Parku Wiewiórek. Czyli w katowickim Parku Kościuszki.
Postanowiliśmy to zmienić.
Wybraliśmy się tam dzisiaj. Z aparatem fotograficznym.
Po wejściu do parku i przejściu kilku alejek, rzuciła się w naszą stronę wiewiórka. Zobaczyła, że nie mamy dla niej żadnego smakołyku i uciekła rozczarowana. Następna zbiegła do nas z drzewa. Podeszła bliżej i zaraz zwiała.
Pierwszej zrobiłam zdjęcie. Kiedy zobaczyliśmy drugą, zaczęłam bardzo wolno i ostrożnie wyjmować z kieszeni aparat, włączać go, czekać, aż się uruchomi...
- Mrówko, ty masz różne talenty - powiedział Fimbul. - Ale na karierę fotoreportera to raczej nie masz co liczyć.

A potem trafiliśmy na polankę, na której pani z dzieckiem próbowała karmić wiewiórki orzechami włoskimi.
Co się tam wyprawiało!
Wiewiórka podchodziła po orzech, po czym dziecko (bachor okropny i wrzaskliwy) rzucało się na nią z piskiem. Wiewiórka dostawała ataku nerwowego i uciekała, a zaraz potem wracała, bo jednak wizja otrzymania CAŁEGO orzecha włoskiego na własność była bardzo kusząca.
Wracała więc biedna wiewiórka z zawałem, brała orzech i oddalała się na odległość bezpieczną (tam, gdzie nie dosięgały jej decybele ani wydające je dziecko... momentami jej zazdrościłam).
Wracała wiewiórka, bo głód brał górę nad emocjami, brała kolejne orzeszki, pozwalała się fotografować i zwiewała znowu. Panie karmiły. Dziecko się darło. Z Fimbulem porozumiewaliśmy się za pomocą spojrzeń, inaczej się zresztą nie dało.
W sumie były tam trzy wiewiórki, z czego dwie raz się pobiły. Bo jedna nie chciała drugiej poczęstować orzechem. Jak w życiu.
Obok wiewiórek chodziły sobie gołębie. Ale JAK chodziły... wszystkie z minami pełnymi wyższości, jakby chciały oznajmić, że mają swoją godność i nie będą się prosić o orzechy.
Narobiliśmy tam trochę fajnych zdjęć (na jednym mam Fimbula, orzeszek i wiewiórkę, w takiej właśnie kolejności. Fimbul i wiewiórka znajdują się po dwóch stronach orzeszka, w równej odległości, wyglądają, jakby się ścigali, kto pierwszy weźmie smakołyk).

Nie rozumiem, dlaczego obsługa parku musi się po nim poruszać w pojazdach robiących AŻ TYLE hałasu. Ale musi. I płoszy przy tym wiewiórki. Po pewnym czasie odkryliśmy zresztą jedną prawidłowość: jeśli widzimy wiewiórkę, to murowane, że zaraz pojawi się człowiek na warkotliwym pojeździe, który z łatwością można wyminąć na piechotę, i tę widzianą wiewiórkę spłoszy. Uciekaliśmy więc przed wrzeszczącymi dziećmi i przed małymi samochodzikami. Wiewiórki też, należałoby więc przypuszczać, że razem znajdziemy się w jakiejś głuszy, wolni od hałasu (i od jedzenia). Ale one chyba były bardziej odporne niż my.

Za każdym razem, kiedy jestem w Parku Wiewiórek (notabene ta nazwa funkcjonuje tylko wśród moich znajomych, nie jest oficjalnie przyjętą nazwą), mam wrażenie, że ten park nie ma granic. Nigdzie się nie kończy. Zawsze chodzę innymi ścieżkami i nigdy dwa razy w to samo miejsce nie trafiłam, zupełnie jak piorun, chociaż mniej błyskotliwa jestem.
Kiedy więc przechodziliśmy z Fimbulem obok jednej alejki, wyglądającej kusząco, bo a) wąskiej, więc nie wjechałby tam żaden hałaśliwy pojazd, b) pustej, więc bez drących się dzieci, c) być może pełnej wiewiórek, co jest wynikiem sumy punktów a) i b), zapytałam od niechcenia:
- Fimbul, co tam jest?
Fimbul zerknął we wskazywanym przeze mnie kierunku.
- Koza - odrzekł spokojnie i z pewnością siebie.
Przyznam, takiej odpowiedzi się nie spodziewałam. Zaskoczona zapytałam, dlaczego koza i odruchowo skręciłam na ścieżkę, przyspieszając nawet kroku.
- No bo masz tu pochyłe drzewo - pokazał mi Fimbul. - A na pochyłe drzewo...
Przyznaję, nie wpadłabym na to.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz