środa, 5 marca 2008

500. z Igorem

Kolejny szalony dzień.
Spotkałam się z Megi i z Igorem na parkingu przed wydziałem i poszliśmy do fryzjera, bo Megi chciała sobie w salonie fryzjerskim przekłuć uszy.
- Wejdź tam i powiedz pani, że albo nas przyjmie z Igorem do środka i potem dostanie kasę, albo nie przyjmie i zostanie opisana na moim blogu - poleciła mi Megi, wskutek czego musiałam się jeszcze przed wejściem wyśmiać.
Pani nie wyraziła sprzeciwu, więc wtarabaniliśmy się do środka. Igor najpierw obwąchał półeczki, a potem stracił zainteresowanie dla zakładu, leżał i patrzył na siebie w lustrze.

Na wydziale najpierw weszliśmy sobie na plac budowy (dzięki, Porwany!), żeby przejść do wejścia, a potem postanowiliśmy Igora zmęczyć, żeby na wykładzie nie poszedł powąchać kolejnego wykładowcy.
Chwilę posiedziała z nami Ania B.
Jakieś sześć razy przebiegłam z Igorem przez całą długość połowy korytarza tam i z powrotem. Zaczynam mieć zakwasy ;).
W pewnym momencie Igorowi spadła gdzieś psia chrupka. Psia chrupka jest wielkości koralika. Igor wielkości... hmm... to widać na zdjęciach. Ale kiedy zginie psia chrupka, Igor nie spocznie, dopóki jej nie znajdzie. Najpierw obwąchał wszystko w promieniu trzech metrów, potem wymyślił, że chrupka na pewno spadła pod fotel. Mamy takie kinowe fotele, między siedzenie a podłogę nie zmieścił mu się pyszczek, więc położył się na boku i obiema łapkami próbował wydostać przysmak.
Podawał mi łapkę i w końcu, zadowolony z siebie, postanowił wleźć mi na kolana.
Próbował się o mnie łasić, aż mnie przewrócił.
Kiedy biegaliśmy, przy końcu korytarza oboje gwałtownie hamowaliśmy i wpadaliśmy w identyczny poślizg.
Przyszedł Olek i Ania (Sz). Jako że Megi znowu miała aparat, więc obfotografowałam całe towarzystwo. Ania wymyśliła sobie, że uda, że siada na psie. Usiadła, zrobiłam zdjęcie, a zachwycony Igor przewrócił się chwilę potem na plecki i tarzał się po korytarzu. Nie wiem, czy któreś z tych zdjęć wyjdzie, bo trzęsłam się ze śmiechu.
Zaskoczony Olek stwierdził, że dawno go tu nie było i zwyczaje się chyba trochę zmieniły. O czym doniosło mi rozbawione towarzystwo, kiedy przybiegłam z psem.
Na wykładzie Megi zaszeptała do Olka:
- Olek, jak ty to powiedziałeś?
- "Zmieniło się od czasu, jak tu byłem ostatni raz" - odszepnął Olek.
- A co potem mówiłeś? - dociekała Megi.
- A to już były słowa modlitwy - odparł Olek.

Zachciało mi się pomarańcza.
Mamy na zdjęciu, jak Igor patrzy na człowieka, który coś je. Kiedy wyjęłam owoc z torby, wpatrywało się we mnie sześć par oczu (z Igorem siedem).
- Igor nie lubi pomarańczy, możesz przy nim spokojnie jeść - powiedziała Megi.
Przyjrzałam mu się. Nie wyglądał, jakby nie lubił.
- Nie mam nic do jedzenia - powiedziałam z pomarańczem w ręku. Sześć osób prychnęło dziwnie.
- O, nie! - zawołała Megi. - To wygląda jak piłeczka! Taką się mu rzuca i mówi "bierz ją!"
Przy "bierz ją" Igor gwałtowniej się zainteresował.
- Megi, ja cię proszę, nie mów tego głośno, nie TERAZ! - zaapelowałam.
Podałam pomarańcza Ani, bo nie umiałam zacząć go obierać. Ania trzymała go wysoko.
- Nie podnoś rąk do góry, bo pomyśli, że to piłeczka i skoczy - ostrzegła Anię Megi.
Zjedliśmy owoc. Igor popatrzył na nas z wyrzutem i poszedł.
- Cholera, wyszło na to, że zjedliśmy jego piłeczkę - oznajmiła Mrówka, która poczuła się nieswojo pod tym psim spojrzeniem. Olek dostał ataku śmiechu.

Po wykładzie przyjechali po Megi klerycy i razem poszliśmy na przystanek na Korfantego. Klerycy prowadzili Megi, ja wzięłam sobie na długą smycz Igora i szłam z nim.
Jeden komentarz Megi:
- Mrówka, to nie on ma ciebie prowadzić, tylko ty jego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz