Jako że listonoszka Mrówki nie pała zbytnią ochotą do wdrapywania się na ostatnie piętro (czwarte, przypominam) w celu dostarczenia wysyłanych do Mrówki przesyłek, pozostawiła w skrzynce karteluszek informujący, że Mrówka mogłaby się udać na pocztę samodzielnie. Jeśli, oczywiście, na przesyłce jej zależy. Mrówce zależało i z myślą, że znajdzie w paczce coś apetycznego, oderwała się od klawiatury, przeciągnęła, po czym wybrała się w drogę.
Wybrała się z mocnym postanowieniem, że nie poprawi kondycji miejskiego przedsiębiorstwa komunikacji wszelakiej, ale poprawi przy okazji kondycję swoją, bo egoizm jest cechą Mrówki. Wrodzoną i nieusuwalną. Zasilana akumulatorkiem ruszyła Mrówka w stronę centrum Miasta. To znaczy... najpierw ruszyła SIĘ.
Jako że od rana wiał silny wiatr, a termometr nie wskazywał nawet 20 stopni (wskazywał 19), Mrówka postanowiła dobrać garderobę wyjściową pasującą do pogody i zrezygnowała ze skafanderka na ramiączkach na rzecz eskimosiego futra (eskimosie futro to nie futro Z Eskimosa, a futro, jakie nosi Eskimos, przy założeniu, że Eskimosi noszą futra). Kolejnym krokiem była rezygnacja z zimowej kurtki. Starannie wypracowany kompromis Mrówki Zmarzniętej z Mrówką Logiczną zaowocował spakowaniem parasolki (zatęskniła Mrówka do rozwiązań Kastnera, u którego parasolki rosły sobie na grządkach, a po użyciu usychały. Przy okazji: natankowała Mrówka mineralnej do pełna, żeby nie uschnąć w drodze. Natankowała do flaszki, czym zwiększyła wagę bagażu i nie zmniejszyła jego absurdalności.
- Wiesz, jaka najgłupsza rzecz może mi się przydarzyć w drodze? - zapytała w przelocie przestrzeń. Przestrzeń ugięła się pod presją i skierowała pytanie w stronę Mamy Mrówki, wywołując odpowiedź zwrotną: "jaka?".
- Mogłabym pójść na pocztę i w centrum Miasta zorientować się, że nie zabrałam ze sobą awiza ani dowodu... - błysnęła inwencją Mrówka, sprawdzając po raz setny swój bagaż i wszelkie wymagane świstki. Droga do centrum Miasta pieszo zajmuje Mrówce około pół godziny. Szybkiego marszu. Głupio by było u celu poznać nietrwałość własnej pamięci.
Do uszu, niczym do kontaktu, wetknęła Mrówka przedmiot pierwszego kontaktu, czyli słuchawki od mp3 i poszła.
Szła sobie dzielnie, nie sapiąc (świadków nie ma, musimy więc polegać na zdaniu Mrówki. Mrówka obstaje twardo przy tym, że nie sapała). W spacerku tak monotonnym, że aż nudnym, dotarła do centrum Miasta.
I zobaczyła.
Zobaczyła gigantycznego zielonego pluszowego owada. Owad miał zielone, włochate nogi, posturę niedźwiedzia polarnego, dwa obwisłe skrzydełka i jakieś czułki na czółku. Miał też kontrastującą z umaszczeniem kamizelkę. Szedł, a bezwładne skrzydełka rytmicznie obijały mu kręgosłup.
Mrówka usilnie próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz używała lekarstw i czy miały one jakieś skutki uboczne (przed użyciem nie przeczytała ulotki ani nie skonsultowała się z lekarzem lub farmaceutą). Pospieszny rachunek organizmu nie wykazał zawartości substancji halucynogennych (żadnych nie wykazał). Mrówka spróbowała zrzucić winę za zjawisko na słońce. Innymi słowy, postawiła na fatamorganę. Ale i to nie zadziałało, bo chociaż w rogu rynku panowie robotnicy stworzyli tymczasową pustynię... nawet zachowywali się jak na typowej pustyni, siedli na zwałach wydobytego ze środka jezdni piasku, w cieniu, i popijali z butelek coś, co nie musiało być tym, co Mrówka miała w swojej butelce... ich zjawisko nie dziwiło. Trudno się dziwić.
Owad zaczął się oddalać, wręczając przypadkowo napotkanym przechodniom sprasowane na płask wabiki. Do złudzenia przypominały ulotki, ale to na pewno była jakaś podstępna owadzia sztuczka. Popatrzy taki przechodzień na ulotkę, poliże, i siup - już leży w jaskini owada.
Mrówka potrząsnęła głową, żeby pozbyć się wizji, po czym pospieszyła (tak, pospieszyła to dobre słowo w tym wypadku) na pocztę, podejrzliwie rozglądając się na boki.
Po odebraniu przesyłki, gdy była już w połowie drogi do domu, zauważyła, że ciężko jej się idzie.
Przeanalizowała wszystkie możliwe wyjaśnienia sytuacji:
- paczka nie zaczęła jej ciążyć, bo gdyby zaczęła, zrobiłaby to od razu, a nie w środku wyprawy. Nie wyglądała na złośliwą,
- pochyłości terenu nie sprzymierzyły się przeciwko Mrówce, bo ostatnią górkę pokonała pięć minut temu,
- nie straciła Mrówka kondycji, bo dwa dni wcześniej odbyła podobną podróż w przeciwnym kierunku i nic jej nie było,
- nie utraciła zbyt wielu płynów, bo słońce czasowo schowało się za chmury, chcąc pokazać zasadność targania przez Mrówkę parasolki, płyn schowany w torbie pozostał w stanie nienaruszonym.
Szło się coraz ciężej i Mrówka stwierdziła, że jeśli chce dojść do domu, musi znaleźć przyczynę.
Kiedy już miała się poddać, zauważyła na swoim ramieniu małą biedronkę. Strzepnęła ją bezlitośnie.
To było to. Od razu zrobiło się lżej.
Nie pamiętam, jakie zakończenie miała mieć ta historia. Poza tym, że nie padało i parasolka miała darmową przejażdżkę w obie strony. Mogłam zapisać sobie przy początku notki...
czwartek, 10 lipca 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz