Zapomniałam wczoraj napisać, że dzisiaj jadę na konferencję do Krakowa.
Już jestem z powrotem.
Jako że konferencja była językoznawcza, a ja się na literaturoznawcę kształcę ku utrapieniu Bossa (chociaż jako humorolog muszę być otwarta na jedno i drugie), konferencyjny plan minimum, opierający się na głębi mądrości ludowej (że "jeśli wejdziesz między wrony..."), zakładał w uproszczeniu: nie pokazać po sobie, że nie jestem językoznawcą (a w razie demaskacji nie iść w zaparte, bo to by nic nie dało ;)).
Poszalałam sobie najpierw 1,5 godziny po Krakowie. Z aparatem. Potem poszłam do Collegium Maius, znalazłam "swoją" salę, poszalałam z aparatem w CM (jeśli nie wolno, to nic o tym nie wiem. Poza tym nikt mnie nie widział). Rozbroiły mnie schody do WC (to najbardziej satyryczny z elementów wystroju). Rozciągały się na przestrzeni, jaką zajmuje mała winda. Pierwsza moja myśl: utknę. Druga: dostanę choroby morskiej. Przez dwa piętra ciągnęły się bardzo kręcone schody. BARDZO. Nawet zrobiłam im zdjęcie, zanim zaczęłam się wspinać z powrotem. Prócz tego, że były kręcone, były jeszcze drewniane. Jakby mi było mało atrakcji. I skrzypiały. Przypuszczam, że podczas wspinaczki brzmiałam jak kulawy słoń z krokodylem na plecach.
Trwało to wychodzenie wieki, a w moich uszach rozlegało się torpedowe skrzypienie.
Błysnęła mi nawet myśl, że gdyby się wszystko zawaliło ze mną na przedostatnim stopniu, to miałabym takie wrażenia, jak strażacy zjeżdżający po rurze. Nie dane mi było na szczęście. Być może rury nie zamontowano tam ze względów estetycznych, nie dociekałam.
Przyszła pani profesor T. (kto ciekawy, może sobie wygooglać w internecie mój panel konferencyjny) i powiedziała do mnie:
- Dzień dobry, jestem pani prowadząca. To znaczy... jestem prowadząca pani, pani panel, nie że Pani Prowadząca.
Już było nieźle.
Dalszy ciąg też mnie usatysfakcjonował.
Założyłam sobie, że zaintryguję słuchaczy. Żeby mnie potem chłonęli, a nie słuchali z grzeczności.
Wyszłam (nie od razu, tylko kiedy nadeszła moja kolej) i zaczęłam:
- Ja się bardzo serdecznie państwu dziwię.
Po czym aktorsko zamilkłam i przyjrzałam się widowni. Reakcja wypaliła. Słuchacze patrzyli na mnie ze z lekka osłupiałymi minami. Zdziwili się. Nie ukrywam, że o to mi chodziło. Dałam im sekundę i podjęłam - że od tych słów rozpoczął swój kabaretowy występ w 1981 roku Krzysztof Jaroszyński bla bla bla.
Można kupić publiczność ;).
Przy okazji rozdawania kartek z hand-outem wystąpienia żony, prof. Bartmiński pogratulował mi referatu, mówiąc, że był świetny i bardzo mu się podobał.
Po czym to samo powtórzył jeszcze w dyskusji poreferatowej publicznie, dodając, że w publikacji tekst mój i pana Makselona z Częstochowy to będą dwa najczęściej czytane artykuły i każdy będzie od nich zaczynać lekturę tomu.
Zapewne powiedział to po to, żeby mi woda sodowa uderzyła do głowy. Wobec tego informuję, że uderzyła. W związku z tym jak tylko oddam Bossowi rozdział, ogłaszam wakacje. Przez kilka dni palcem nie kiwnę.
I już.
piątek, 11 lipca 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz