sobota, 12 lipca 2008

590. krakowskie spotkania

Kiedy wypełzłam z prastarych murów prosto na nasłoneczniony Kraków, poczułam, że długo tego nie wytrzymam i czas się ewakuować. Najpierw w stronę antykwariatu, a potem w stronę parkingu busów. Słońce celowało we mnie wszystkimi swoimi promieniami i czułam się jak mrówka, którą mały chłopiec chce przysmażyć przez lupę.
Myśląc o Grenlandii, zadzwoniłam do brata.
- Cześć bracie, niedługo będę wracać do domu, bo mnie upał wykończy - zakomunikowałam. Brat Mrówki nie przejął się zbytnio.
- A w tej chwili przeszedł koło mnie wielki kufel piwa - dodałam.
- Kto przeszedł?
- Wielki Kufel Piwa - odparłam trwożnie, oglądając się za siebie ze zdumieniem. Kufel jak to kufel, miał piankę i wielkie ucho. Tylko nóżki się nie zgadzały, myślałam, że kufle standardowo nóżek na wyposażeniu nie mają. Ten miał.
- To ja już wiem, gdzie ty możesz być - zaśmiał się brat.
- No na Grodzkiej jestem, centrum Krakowa. Idzie zwyczajny kufel, tylko gigantyczny. Z uchem.
Przy okazji, jak ten kufel usłyszał uchem, że o nim mówię, musiał mieć niezły ubaw. Pewnie wieczorem przekazał to kolegom-kuflom w barze. Czy tam gdzie kufle w wolnych chwilach przesiadują.
- A właściwie co ty mi w smsie napisałaś? - zainteresował się brat. Wytężyłam pamięć. - Że zrobiłaś pełno czego?
- Zdjęć... że zrobiłam pełno zdjęć.
- Aha, bo nie mogłem się doczytać.
Cholera, a wydawało mi się, że w smsach nie bazgrałam do tej pory...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz