niedziela, 12 listopada 2006

91. Hamlet współczesny

- Młody, Młodyy, a wieszszsz, która szczęka się rusza? Nie wieszszsz? No dolna! Bo górna jest jaka? Przyrośnięta jest! Nic was w tej szkole nie uczą! A wszyscy wiedzą, że to dolna szczęka się rusza! I jak się rusza to cała jesteś w skowronkach! Młody! Kto to śpiewał? Nie wieszszsz? Nic nie wiecie! Czego was w tych szkołach uczą... Klenczon to śpiewał! A Klenczon to był mądry facet, ale zaczął pić. I się rozpił. I potem się zabił samochodem. Dlatego ja autobusami jeżdżę! To się nie rozbiję! On w dodatku swój samochód rozwalił, a ja jeżdżę za darmo! Młody, a znasz to? "Życie jest nowelą". Znasz? Znasz! No widzisz! Nie lubię tego gościa, co to śpiewał. On z VOX-u był. Nie lubię go, bo przemądrzały strasznie. Ale tu miał rację. Bo życie to jest nowela, Młody. Ale was w tych szkołach to życia nie uczą. Niczego was nie uczą! Wojtuś! Wojtuś, wstawaj! Wojtuśśśś, ty pamiętaj, ty tu rządziszszszsz... Bo ja się mogę wozić tym autobusem w kółko, dopóki mnie nie wypierdolą. Ale to ty wieszszsz, gdzie mamy wysiąść, nie ja! Ty tu jesteś szefem! To pilnuj!

Warto jeździć autobusami. Cały ten monolog współczesnego Hamleta wygłaszał w jaworznickim autobusie pan w średnim wieku. Pan dzierżył w ręce otwartą puszkę piwa, z której co jakiś czas życiodajnego płynu nabierał, żeby głosu nie stracić; obok siebie miał reklamówkę z kolejnymi sześcioma puszkami piwa, nabytymi zgodnie z zasadą, że osobom nietrzeźwym alkoholu nie sprzedaje się. Na sąsiednim siedzeniu spał zrezygnowany mały piesek, do którego pan zwracał się czule per "Wojtuś".
Kiedy wsiadłam do autobusu, pan już w nim był. I już nadawał. Godziny szczytu. Dzieciaki wracające ze szkoły. Ja, przemieszczająca się po całym mieście. Gdyby nie brak czasu, pojechałabym dalej, żeby posłuchać, co on jeszcze powie...

środa, 8 listopada 2006

88. Problemy z tożsamością

Marek Lenc poinformował mnie, jakie zmiany chce wprowadzić na blogu. Oczywiście te zmiany mi się nie spodobały. Zaczęłam protestować.
- Nie histeryzuj - powiedział Marek. Zaczęłam protestować jeszcze bardziej.
- Bądź mężczyzną! - usłyszałam (przeczytałam raczej,bo na gg). O dalszej dyskusji mowy być nie mogło, padłam ze śmiechu przed monitorem.

Kiedy na POMie powiedziałam Arturkowi, że czegoś się boję, ten odparł:
- Bądź... twardą kobietą...
- Arturku, ale przy mojej tuszy nie mogę być TWARDĄ kobietą - zaprotestowałam. Arturek obrzucił mnie spojrzeniem, które sprawiło, że wbiłam się w fotel i starałam się wtopić w tapicerkę. A potem odwrócił się i usiadł tyłem do mnie.
- Co robisz? - zapytałam niepewnie.
- Odwracam się. Bo mam ochotę cię kopnąć, to żeby mnie nie kusiło... - wyjaśnił Arturek.

No to kim mam być?

sobota, 4 listopada 2006

85. wsPOMnienie

Arturek na POMie powiedział coś o szybko rosnącej gałce ocznej. Oczywiście zareagowałam natychmiast:
- Ale jakby mi tak szybko oczy rosły, to bym je miała na pół twarzy!
- Nie - pokręcił głową Arturek - u ciebie oczy zajmują część głowy przeznaczoną na mózg. Rosną ci w poziomie.
- Aha, faktycznie. Bo przecież ja mam mniejszy mózg, bo i rozumek niewielki.
- No właśnie. Więc dopiero jak ci oczy dojdą do tyłu głowy, to zaczną się robić wyłupiaste.

Wesoła perspektywa, nie ma co :D.

czwartek, 2 listopada 2006

83. Śnieg?

Wstałam rano (o 10:30... rano...). Odsłoniłam okno. Zasłoniłam. Odsłoniłam jeszcze raz. Przetarłam oczy i poleciałam do pokoju brata (okna z pokoju brata wychodzą na tę samą stronę).
- Słuchaj, u ciebie też przez okno widać śnieg? - zapytałam może mało inteligentnie, ale rozpaczliwie.
- Też - powiedział brat.
Nie uwierzyłam. Podeszłam do okna w jego pokoju i wyjrzałam. Śnieg już tam był.

Jestem za stara na śnieg. Wolę lato.

Odbył się dzisiaj drugi szaleńczy POM. Na chwilę przed przyjściem Arturka skaleczyłam się w palec. Wbiłam sobie nożyczki z kroplą atramentu. Dzwoni Arturek, otwieram drzwi.
- Cześć Arturku! Jestem ranna!
- Ranna w sensie "ranny ptaszek"? - zainteresował się Arturek. Dobrze, że nie wiedział, o której dzisiaj wstałam.
- Nie, ranna w sensie: jak po wojnie. Skaleczyłam się w palec.
- To ty niezdarna jesteś po prostu, a nie ranna - wyprowadził mnie z błędu Arturek.
A potem zabronił mi interesować się swoimi obrażeniami i powiedział, że mam się skupić na rozmowie z nim, a o palcu zaraz zapomnę.
Udało się.

środa, 1 listopada 2006

82. Z bratem za pan brat

Szliśmy sobie na cmentarz. Na chodniku leżała ulotka OPPMJ (Obecnie Panującego Prezydenta Miasta Jaworzna). Biedny prezydent spoglądał niewesoło z trochę już podeptanego zdjęcia.
- Prezydent sięgnął bruku - stwierdził tata filozoficznie.

Natychmiast zaczęliśmy z bratem wymyślać zdjęcie, za które moglibyśmy - dzięki lokalnemu konkursowi - wygrać dużą pizzę.
- Bo gdybyśmy wrzucili ulotkę ze zdjęciem OPPMJ do kałuży, a potem nad kałużą postawili prawdziwego OPPMJ i zrobili mu zdjęcie, że niby się w wodzie odbija... - zaproponowałam. Brat pokręcił głową:
- Nie uda ci się go namówić...
- Nie będę go namawiać! Powiem, że chciałabym z nim mieć zdjęcie, i niby przypadkiem ustawimy się nad kałużą z tym zdjęciem.
- On ci szybciej da pizzę, żebyś takiego zdjęcia nigdzie nie wysyłała - zaopiniował brat. I poszliśmy dalej.

Chwilę później bez uprzedzenia zaczęłam go bić po ramieniu. Po czterech czy pięciu uderzeniach mój brat zapytał, o co właściwie chodzi.
- O nic, robal ci spadł na ramię! - wysapałam i dalej go biłam z nadzieją, że robal nie utrzyma się i spadnie sam od wstrząsów.
- Ta, jasne - powiedział brat. A potem spojrzał na mnie i z błyskiem w oku dodał - o, robal ci usiadł na ramieniu!

wtorek, 31 października 2006

81. POM

Dzisiaj dzień, który można opisać trzema literkami: POM.
Spotkaliśmy się z Arturkiem (u mnie, bo na zewnątrz za ciemno i za zimno). I wreszcie sobie trochę pogadaliśmy. Mało, ale zawsze to coś. Mogę znowu zacząć tęsknić.

Artur Andrus wklepał sobie na swoim blogu wierszyk:
Kwiat do światła się otwiera,
tak łagodnie szumi morze,
zjadłem obiad, no to teraz
chyba się położę.

Ja przepraszam, że dopisałam mu w komentarzu:
Kwiatek na noc się zamyka,
morze sztorm ma w planie,
jak skorzysta Pan z budzika,
już będzie śniadanie

na nic lepszego mnie nie było stać.

Ale pracuję nad sobą.

sobota, 28 października 2006

78. Kirkor

W czwartek rozmawiałam z Olkiem o jego doświadczeniach teatralnych (no, szerzej - o życiowych). Najpierw o jasełkach, potem o Słowackim.

- Pamiętam, jak grałem Kirkora kiedyś - rozmarzył się Olek.
- W jasełkach? - zapytała inteligentnie Mrówka.

Chwilę później Olek opowiadał, że brał w tym samym dniu udział w turnieju szachowym.
- I dziwnie to wyglądało, jak biegał po szkole Kirkor z szachami pod pachą.
- Ale czekaj, skąd wszyscy wiedzieli, że jesteś Kirkor?
- Podpisany byłem.

Dzisiaj przed 9 rano przyszli sobie do naszego bloku robotnicy i zaczęli się trzaskać na dachu. Punktualnie o 8:58 przestali się trzaskać i nie widać ich do tej pory. Chyba mają kontrakt na to, żeby budzić ludzi wcześnie rano w soboty...

piątek, 27 października 2006

77. O czasie

Wczoraj mój Promotor wpisywał mi do książki (tej "nieczytanej") dedykację. W pewnym momencie zapytał:
- Który dzisiaj jest?
- Chyba 26... ale zgaduję, nie wiem. Szczęśliwi czasu nie liczą - odparłam odruchowo.

I potwierdzenie miałam dzisiaj. Odbierałam z wydziałowej wypożyczalni książki.
- Aleś se pani przyspieszyła - poinformowała mnie bibliotekarka, zerkając na rewers.
- Co jest nie tak?
- Data...
- A który dzisiaj jest? 27 chyba?
- Tak, 27. Ale października!
Dostałam ataku śmiechu. Na rewersie napisałam "27.11.". Do głowy mi nie przyszło, że jest jeszcze październik.

Próbowałam się wczoraj ubrać. To znaczy - wepchnąć kaptur od swetra pod kurtkę, a kaptur od kurtki na kurtkę. Olek stał przez pięć minut cierpliwie i czekał. Aż w końcu powiedział w zadumie:
- Uczyłem kiedyś mojego brata, jak ma nakładać kurteczkę...

środa, 25 października 2006

74. Ekierka

W autobusie spotkałam Piotrka. Piotrek był klasowym stoikiem, zawsze opanowanym i niesamowicie dowcipnym. W pierwszej klasie LO chłopcy z nudów rzucali w siebie linijkami. Piotrek dostał ekierką w kostkę i spokojnie poinformował rzucającego "jakbym stał na głowie, to byś mi oko wybił".