poniedziałek, 11 czerwca 2007

291. dzieckiem w kolebce

Na spotkaniu z Chotomską było cudownie, niech żałuje, kto nie był. Ubawiłyśmy się z Anią bardzo, a pytanie, którego nie zadałyśmy, brzmiało: skąd pani czerpie tyle energii?!
Powiem tylko, że Ania chciała się w pewnym momencie do mnie nie przyznawać, wcale jej się nie dziwię. Wanda Chotomska układała z dziećmi rap o drabie.
- Wymyślcie rymy do słowa "rap" - zaproponowała autorka.
- Cap - mruczę do Ani.
- Pub - odmrukuje Ania, ale nie chciałyśmy demoralizować dzieci, więc nie mówiłyśmy tego głośno. Okazało się, że niesłusznie, na pub dzieci zostały naprowadzone.
I po zebraniu rymów wymyślają maluchy piosenkę.
Deszczyk z nieba kap kap kap,
po ulicy idzie drab,
co opuścił właśnie pub,
lecz tam nie pił 7up,
nagle z wody wylazł krab
i za spodnie draba - cap!...
I w tym momencie Chotomska powiedziała, że w ostatniej linijce chce zmieścić słowo "schab".
- I przerobił go na schab - wyrwało mi się.
Dzieci zwinęły się w kłębki ze śmiechu.
Ania zwinęła się prawdopodobnie ze wstydu ;).
Coś mi się wydaje, że więcej się ze mną nie wybierze ;)

Już nie wspomnę o chłopczyku, który siedział najbliżej mnie i Ani, pilnie wyłapywał wszystkie nasze szeptem wymieniane uwagi i skręcał się ze śmiechu podwójnie. Tego to potem musiały mięśnie twarzy boleć. Skoro mnie bolały, a śmiech przez pełną godzinę to dla mnie nie pierwszyzna...

Wracam do domu. Wsiadłam sobie w jaworznicki autobus, a tu ktoś mówi mi "cześć".
Michał, kumpel z klasy z liceum.
- Cześć, skąd wracasz? - zapytałam, kiedy już razem usiedliśmy.
- Z Warszawy - odparł Michał.
Rozejrzałam się ze zdziwieniem... żeby zamiast do autobusu Sosnowiec-Jaworzno wsiąść do autobusu Warszawa- Jaworzno?! Ale przecież NIE MA autobusów Warszawa-Jaworzno...
Michał westchnął i wyznał, że ma dzisiaj pecha wyjątkowego. Jego pociąg stał godzinę w korku (to znaczy wcześniejszy pociąg miał wypadek i zatarasował tory), więc Michał spóźnił się na autobus w Sosnowcu. Czekał na niego godzinę, a potem prawie spóźnił się na następny. A kiedy nasz autobus podskoczył na jakiejś dziurze, Michał powiedział mi:
- Wcale bym się nie zdziwił, gdyby ten autobus się teraz zepsuł. Ale... nie mów pasażerom, że to moja wina...
Obiecałam, że nie powiem ;).

Z Michałem też mamy ciekawe wspomnienia...
Jeszcze w czasach liceum wracaliśmy po lekcjach paczką ośmioosobową (Mrówka, Marta i faceci z klasy). Michał niósł moją gitarę. Szedł dumnie z futerałem i nagle ogłosił w przestrzeń:
- Szef z przodu, mafia za nim!
Natychmiast wszyscy chłopcy zaczęli się ścigać i wyprzedzać. Nam (Mrówce i Marcie) rola "mafii" jak najbardziej odpowiadała, więc zostałyśmy w tyle. Ale przynajmniej bez bagażu ;).
Innym razem, kiedy wszyscy byliśmy ubrani na apelowo, faceci z klasy zbuntowali się akurat przed religią i stwierdzili, że nie będą już chodzić w krawatach. Krawaty, ku zniesmaczeniu księdza, przejęły dziewczyny. Ja miałam krawat od Michała, bo mi najbardziej pasował kolorystycznie do spodni od kostiumu :). Cały dzień chodziłyśmy w tych krawatach i potem ciężko się było z nimi rozstać. Szkoda, że nie zrobiłyśmy sobie wtedy zdjęcia.
A ostatnio Michał odwoził mnie po święceniach Tolka z Olkusza.
Doszliśmy do wniosku, że chociaż jeszcze mieszkamy w jednym mieście, to nie możemy się normalnie przez przypadek spotkać na ulicy. Musimy w nietypowych okolicznościach. Zdarza się.

niedziela, 10 czerwca 2007

290. wiersz o Fimbulu

Napisałam tekst, który już możecie przeczytać w środzie piętnastej. Na gg rozmawialiśmy o nim z Fimbulem.
- Muszę o Fimbulku napisać jakiś panegiryk... - piszę. - Tylko powinien być piękny i wspaniały...
W tym momencie Fimbul odpowiedział fraszką:

"Wiersz o Fimbulu"
Mrówka chce uczynić pięknym tak
że od trzech lat wiersza brak.

Celne, nie powiem ;).

sobota, 9 czerwca 2007

289. wolny wieczór

Marlena, koleżanka mojego brata, którą z niewiadomych dla mnie samej przyczyn nazywam Leniem, poskarżyła mi się ostatnio, że od paru miesięcy bezskutecznie umawia się z moim bratem na pizzę.
- To jak będziecie iść, to przypomnij mojemu bratu, że ma siostrę - zaproponowałam.

Postanowiłam też zwrócić uwagę brata na istnienie tych planów i jednocześnie zareklamować się dyskretnie.
- Jak będziecie z Leniem szli na pizzę, to pamiętaj, że masz starszą siostrę! - zagadnęłam go.
- Dobra - odparł brat Mrówki. - Zapytamy, czy możemy zabrać ze sobą resztki.

czwartek, 7 czerwca 2007

288. zagadki matematyczno-przyrodnicze

1. Z punktu A do punktu B z prędkością 10 km/h wyrusza procesja. Obliczyć, po jakim czasie od startu panowie policjanci będą musieli wstrzymać ruch na drodze prowadzącej do punktu B, jeśli zaraz za punktem A znajduje się furtka, przez którą jednocześnie mogą przejść trzy osoby.

2. Jakie jest prawdopodobieństwo, że zepsuje się głośnik obsługiwany przez jednego z braci K., skoro przez ostatnią dekadę bracia K. notorycznie (choć nie specjalnie) wpływali na brak sprawnego nagłośnienia w czasie procesji?

3. Jak daleko dotarł żuk, którego Mrówka strzepnęła z rękawa taty? Dla ułatwienia dodam, że żuk natychmiast i z ogromnym oburzeniem przefrunął odrobinę do przodu i wylądował na rękawie jakiegoś pana. Przez dobre pięć minut siedział tam sobie spokojnie. Potem słuch o nim zaginął (o żuku, bo pan zniknął nam z pola widzenia... hmm, może raczej należałoby napisać, że potem WZROK o nim zaginął?). Pół godziny później brat Mrówki szepnął do Mrówki:
- Pspspspsps jakiś żuk, podobny do tamtego!
- Co ty powiesz! - ucieszyła się Mrówka. - I na jakimś panu siedział?
- Tak - mruknął brat Mrówki. - Na mnie!

Ciekawe, czy to był ten sam... jakoś czuję się za niego odpowiedzialna. Człowiek musi patrzeć, co i gdzie strzepuje.

środa, 6 czerwca 2007

287. owadem być

Mrówka pisze dzisiejszą notkę kuląc się na krześle i starając się, żeby jak najmniej jej wystawało na żer dla przeróżnych owadów, które właśnie pokój Mrówki wybrały sobie teraz na miejsce zlotu.

Wpadają tu dzisiaj przez uchylone okno owady różnej wielkości, ale przeważnie małe i różnego przeznaczenia, ale przeważnie obrzydliwe. I fruwają. Może też jakieś pełzają, albo po prostu chodzą, ale Mrówce nic o nich nie wiadomo - przezornie nie rozgląda się na boki i na dół w myśl zasady, że czego oczy nie widzą...
Niestety i tak procesje owadów przelatują ciągle (jak dotąd trzykrotnie) przed nosem Mrówki, która ma zbyt mało siły psychicznej, żeby zgnieść takiego owada w ręce albo żeby wytrzymywać to fruwanie; i za małą koordynację wzrokowo-zeszytową potrzebną, żeby trafić owada zeszytem. Ponadto sprytne robale wybierają sobie na arenę swoich fruwań ekran komputera. Albo klawiaturę. Więc nawet jakby próbowała trafić, skończyłoby się to całkowitym zdemolowaniem sprzętu przy równie całkowitym ocaleniu owada.

W związku ze złośliwością świata maleńkich robali (to znaczy minikomarów i muszek owocówek, innych jak dotąd nie zarejestrowałam) Mrówka co chwilę otrząsa się ze zgrozy i obrzydzenia, przez co wygląda, jakby miała dreszcze. A to przy dzisiejszej pogodzie świadczy niechybnie o upadku umysłowym.

Być może dlatego wąchając kwiatki na balkonie z rozpędu powąchałam pszczołę. Wiecie, że pszczoła ma futerko???

Przynajmniej ta miała...

wtorek, 5 czerwca 2007

286. telefonów ciąg dalszy

Rozmawiałam wczoraj wieczorem z Piotrkiem. Okazało się, że oboje mamy sprawę do dziekanatu, więc może się tam spotkamy.
- W razie czego jestem pod komórką cały czas - przypomniałam Piotrkowi, jednocześnie wyobrażając sobie to, co właśnie powiedziałam.
- Dobra! - ucieszył się Piotrek. - To smsy z pogróżkami masz gwarantowane. I sygnałki o trzeciej nad ranem.
- Super! - odpisuję. - To będzie notka z pogróżek!
- Znowu o mnie napiszesz? - zaniepokoił się Piotrek.
- A nie? To w końcu nobilitacja! - powiedziała bezczelnie Mrówka i uciekła. Tak na wszelki wypadek ;).

Tak na marginesie: Fimbul kupił mi książkę Stradeckiego W kręgu Skamandra za złotówkę. Dziękuję! :)

A poza tym siedziałam dzisiaj w czytelni Biblioteki Śląskiej. I trzymałam w rękach książkę Załuckiego wydaną w Stanach, Uśmiech po polsku. Z dedykacją od autora ("Uroczej pani Z. z sympatią - Marian Załucki"). Z datą 9.02.1965. Dar z Londynu. Habent sua fata libelli chciałoby się, ku rozpaczy mojego wykładowcy z literatury romantyzmu, napisać.

poniedziałek, 4 czerwca 2007

285. szlachetność charakteru Mrówki

Przyjechałam dzisiaj na uczelnię. Fimbula nie było jeszcze pod planem (potem się okazało, że z mojej winy, bo autobus mi się spóźnił). Poszłam więc na piąte piętro, bo pamiętałam, że o dziesiątej Ania będzie się bronić.
Na piątym piętrze najpierw wypatrzyłam bukiety kwiatków, a potem Anię.
- Ania! Przyszłam cię podtrzymać na duchu! - zawołałam radośnie.
- Przynajmniej ty - westchnęła Ania. - Bo wszystkie dziewczyny mi napisały esemesy, że zaspały, że nie przyjdą, że się spóźnią...
- No, ale ja nie mogłam ci tak napisać! - oburzyłam się. - Nie mam twojego numeru.

niedziela, 3 czerwca 2007

284. fazy przejściowe

Zdenerwowałam się na własne konto pocztowe (to na o2). Bo od paru dni nie działa i nie dochodzą do mnie maile. Zdaje się, że to się nazywa uzależnienie.
- Ale jestem złaaaaa - piszę Fimbulowi na gg.
- Wiem z czego to - odpisuje Fimbul. - To wszystko sprawka nieprzeżycia fazy edypalnej!
- Matko... - odpowiadam, od razu przyznam, że celowo.
- Otóż to! - ucieszył się Fimbul. I tłumaczy mi: - Według Lacana przejście z porządku wyobrażeniowego do porządku symbolicznego jest implikowane przez wejście w fazę edypalną (z preedypalnej). Tylko jest taki problem, że kobiety nie przechodzą do fazy edypalnej, bo mają zupełnie inne relacje z matką i ojcem (w sensie relacji psychoanalitycznych) dlatego jedną nogą ciągle tkwią w porządku wyobrażeniowym. I żeby nie było, że po interpretacji [wiersza Bossa - przyp. Mrówka] mi się tak wkręcił Lacan, to chciałem zauważyć że tego wcale nie wymyślił Lacan.

Po chwili Fimbul z wyczuwalnym smutkiem w czcionce dopisał:
- Więc widzisz Mrówko, ta smutna prawda jest taka że robisz się feministką... to może trochę pobolewać... coś jak "Przemiana" Kafki. Tylko odwrotnie -> z owada robisz się feministką.
No to mnie rozwalił.
- ŁAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA - odpowiadam mu zdenerwowana, co bardzo ładnie kontrastuje z jego naukowym wywodem. - Ty mnie miałeś POCIESZAĆ a nie DOBIJAĆ!
- Spokojnie, ja już myslę o jakimś ratunku - wyjaśnia Fimbul. - Niestety jedyne co mi przychodzi do głowy to wybicie się z tej opozycji porządku wyobrażeniowego i symbolicznego.
A byłam pewna, że reinkarnacja.

piątek, 1 czerwca 2007

282. nie pokażę!

W strugach deszczu przed własnym blokiem stała dwa dni temu Mrówka i wytrzeszczała oczy.
I wcale nie z nudów. Albo z zimna. Czy tam z chęci pokazania, że wytrzeszczać umie jak musi.
Nie.
Mrówka wytrzeszczała oczy na to, co zobaczyła na schodach.

Na pionowej części drugiego stopnia siedział sobie OGROMNY ślimak. Ogromny, bo średnica jego muszli wynosiła tak około 5 centymetrów (teraz mi przychodzi do głowy, że musiał być w takim razie silny, skoro nie zleciał). Przyssał się, więc chyba żywy... martwe ślimaki raczej nie potrafią się przysysać do pionowych ścianek, przynajmniej tak mi się wydaje... Przyssał się co prawda głową na dół, ale mogło mu się ostatecznie pomylić.

W każdym razie stałam tak w ścianie deszczu przez jakieś trzy minuty i wpatrywałam się w tego ślimaka.
I nie dlatego, żebym się bała, że odgryzie mi nogę, jak wejdę na schody.
Nie, żeby za mną nie pobiegł.
Nie że byłam głodna (bo jak wejdzie tu jakiś Francuz, to może mnie źle zrozumieć).
Nie wiem dlaczego.

Jak się wreszcie napatrzyłam (po raz kolejny żałując, że nie noszę ze sobą aparatu fotograficznego; ostatnio maleńka jaszczurka dałaby mi się pogłaskać i też nie miałam jej jak uwiecznić), poszłam do domu.

I powiedziałam mamie z udawanym strachem:
- Mamo! Po schodach do klatki wspina się ogromny ślimak! Za jakieś trzydzieści lat tu dojdzie!