środa, 12 września 2007

359. w biegu

Marek Lenc wrzucił sobie jakiś czas temu na gg opis: "Onet też poleca..." i dalej adres swojego bloga.
- TEŻ poleca - prychnęła wzorem Bossa Mrówka. - Jakby ktoś jeszcze polecał!
- Już myślałem, że zaczepnie walczysz o temat do notki - odezwał się ML.
"Prorok jaki, czy co?" - pomyślała Mrówka.
- Nie, skądże! - zaprzeczyła kłamliwie.
- A już miałem trzy chamskie odzywki... - oznajmił ML. - Zaczynało się banalnie: SPADAJ INSEKCIE!
(...)
- Mnie możesz mieszać z błotem - poinformowała Marka Mrówka w dalszej części rozmowy.
- Na mieszanie ciebie nie muszę mieć specjalnego pozwolenia chyba? - upewnił się ML.
- Musisz, ale ci go udzielam.
(...)
- Robię książkę - poinformował Mrówkę ML. - Może chcesz napisać wstęp?
- Chcę! - podskoczyła Mrówka.
- Ale wstęp mam już od dwóch lat. To może napiszesz zakończenie?
- No dobra! Będzie się zaczynało "ten okropny i niedobry Marek Lenc..."

Nie spodobało mu się. W ogóle nie mam pojęcia czemu...



Poza tym podpadłam Salowi. I to miała być właściwa dzisiejsza notka.
Wczoraj wybiegłam z domu w ogromnym pośpiechu. Jechałam do Katowic, umówiona byłam z trzema osobami. Przy czym z żadną w konkretnym miejscu i o konkretnej godzinie - wszystkim powiedziałam, że powinnam być między 11 a 12, potem będę w pośpiechu wracać do domu. Sal wysłał mi nawet zamówienie w BŚ, żebym się wyrobiła (dzięki, Sal!)
Wybiegłam więc z domu, oczywiście lekko spóźniona (na dojście na przystanek potrzebuję 14 minut szybkim krokiem, wyszłam na 9 przed odjazdem autobusu).
W jednej ręce trzymałam torbę, w drugiej torbę z książkami dla Slka i Ani, w trzeciej pieniądze na bilet, bo jakbym miała szukać portfela przy kiosku, to nie wyrobiłabym się na pewno, w czwartej paczkę chusteczek, w piątej parasolkę, w szóstej odtwarzacz mp3, bo mi się zachciało słuchać muzyki, tylko nie miałam już jak go sobie wetknąć... (do uszu, bo ostatnio Piotrek ma cały czas skojarzenia różne). Drzwi od klatki otwierałam sobie nogą. Leciałam i modliłam się w biegu, żeby nikt mi teraz nie zadzwonił, bo musiałabym odebrać czułkiem. Albo czółkiem. Na jedno wychodzi.
Na szczęście wszyscy zaczęli dzwonić dopiero kiedy byłam w autobusie, kiedy wreszcie usiadłam i mogłam sobie kilka rąk (i plecy denerwująco-bolące) uwolnić od ciężarów i przedmiotów rozmaitych.
Najpierw Piotrek - przysłał mi smsa, że wprawdzie nie pamięta, jak w końcu się umówiliśmy, ale będzie o 12.
Potem Sal - zadzwonił po moim smsie, żeby powiedzieć, że zaczeka na mnie na dworcu.
Potem Magda, dla odmiany czekająca na wydziale.
Na przystanek przed dworcem Sal zadzwonił znowu.
- Jestem przystanek przed dworcem - odebrałam.
- Aha, to dobrze, bo myślałem, że cię nie widzę. To czekam - powiedział i rozłączył się.
Przyjechałam na dworzec, polazłam w umówione miejsce, rozglądam się - Sala nie ma. Wyciągam telefon i dzwonię do niego.
Połączenie odrzucone.
Stoję i bezmyślnie wpatruję się w telefon.
Podnoszę głowę - Sal siedzi sobie na przystanku i się śmieje. Ładny musiał mieć ubaw ;).
I jeszcze mi się oberwało, że ludzi nie rozpoznaję.

poniedziałek, 10 września 2007

357. bardzo wolny przekład własnej twórczości

Dalej się uczę angielskiego.
Wysłałam Fimbulowi własnoręcznie [;)] wymyślonego smsa:

I swear on my Ant-shaggy tail
I wish to get (a) Fimbulful mail
So when you get rest and be free
I hope you'll write a mail to me.

Właśnie spróbowałam go przetłumaczyć na polski. Po angielsku czasami łatwiej znaleźć rym ;)

Przysięgam na mój ogon kosmaty
maila bym chciała od ciebie, a ty
jak już odpoczniesz i wolny będziesz,
że ja chcę maila, miejże na względzie.

- Angielskie rymy były dokładniejsze - powiedział Piotrek.

Też fakt.

piątek, 7 września 2007

355. korzonki

W związku z tym, że od paru dni chodziłam z twarzą równolegle do podłogi, a w dodatku jakieś 30 centymetrów niżej niż zwykle, usłyszałam parę ciekawych komentarzy. Najważniejszy był taki, że jak się potknę i przewrócę, to upadnę na głowę.

Piotrek udzielił mi kilku cennych rad, które mogę stosować, żeby uniknąć problemów z korzonkami. Najlepsza moim zdaniem jest ta:
- nie schylać się ani o milimetr nigdy, nigdzie i pod żadnym pozorem.

Zdopingował mnie Zadra - który najpierw rzuca mi na gg wiersze i wierszyki (za dwie zwrotki dopisane do jednej piosenki Rewiowej pod mój refren gratulacje), a potem mówi, że już sobie idzie. Bo ma chore zatoki i gorączkę. A tworzy jakby nie miał.
Zaczęłam się uczyć angielskiego. To znaczy od czterech dni spędzam nad angielskim tak od 60 do 65 minut dziennie. I to spędzam z radością, co mnie samą w zadziwienie wprawia. Wysłałam dzisiaj do Piotrka smsa z pytaniem (po angielsku) o jeden ze związków frazeologicznych, z którym nie potrafiłam sobie poradzić. Piotrek wytłumaczył mi (po angielsku), o co w nim chodzi. A potem zaczęliśmy sobie żartować smsami. Po angielsku oczywiście. Sama siebie zaskakuję.

A brat mi dokucza. Nadepnął mi na stopę (specjalnie, stanął przy mnie, popatrzył, nadepnął i odskoczył). I powiedział:
- O, to przez pomyłkę.
- Żebym ja cię przez pomyłkę zaraz nie przejechała walcem! - wrzasnęłam za nim, bo zdążył uciec, a ja zdolności do biegania jeszcze nie odzyskałam.
- A może tangiem? - zapytała mama.
Cóż...

czwartek, 6 września 2007

354. Mrówka się znęca przez Lenca

No i obraził się na mnie. Ten przebrzydły, okropny, zarozumiały, paskudny, straszny, złośliwy, wredny i niesprawiedliwy ML. Wziął i się obraził. Żeby było zabawniej, obraził się, jak go nie było (znaczy, był, tylko gdzieś indziej). Wrócił obrażony. I to nie do mnie wrócił, bo w końcu na żywo się nie widujemy, a wyłącznie w eterze. W e-terze. Wrócił nie do mnie, ale na mnie obrażony i jeszcze to bezczelnie manifestuje na każdym kroku... Na każdym e-kroku dla ścisłości.
Ja go nie rozumiem...

- Zapowiedź numer 2 widziała? - zapytał ML. Nie żeby w przestrzeń tak pytał, tylko mnie traktuje w trzeciej osobie. Czasami, jak mu się nudzi.
- Zapowiedź czego? - poinformowałam się na wszelki wypadek. - Aaaaa! - zrozumiałam. - Zapowiedź u ciebie na blogu? To JUŻ jest? 50 minut temu jeszcze nie było!
- Matko, dlaczego ja mam cię jeszcze na liście? - westchnął ML, a w dobie Wildsteina spieszę z wytłumaczeniem: na liście gg.

Nie zablokował mnie, a mógł.
Więc w związku z tym, że nie zablokował, na drugi dzień, udając smutną, zagadnęłam go:
- Hej, co mam zrobić, żebyś nie był na mnie zły?
- Są na to sposoby - odparł ML. - Kwiaty co rano...
- Chcesz mi przysyłać kwiaty? - ucieszyłam się nawet.
- Czekoladki Wedla... - ML wyraźnie mnie nie słuchał. - Świniak...
Świniak, przyznaję, zaintrygował mnie.
- Jaki świniak?
- Półtusza - odparł ML. Jego psychika stanowi dla mnie ciągle obszar nie do zbadania. - Półtusza, przecież nie ty!
- Nie - odparłam, uspokojona. - Ja to cała tusza.
- Półtorej tuszy - rozkręcił się Marek.
- Nie posuwajmy się za daleko. Zostańmy przy tym, że cała. JEDNA. I mam notkę na jutro.
- Boże, ludzie mnie cytują, jestem sławny! - ucieszył się ML. - CHOĆ NIESZANOWANY - dodał od razu.
- COŚ ZA COŚ, malkontencie! Nie można mieć wszystkiego - pouczyłam go.
- Ale dlaczego nie zacząć od najważniejszego? Szacunek to przecież też uwielbienie tłumów! Nie tylko tłum oków - powiedział mi ML.

Ha ha ha. Bardzo śmieszne.

A tak właściwie - dlaczego ON się na MNIE obraził? Chyba powinno być odwrotnie ;D

środa, 5 września 2007

353. prognozy na przyszłość

Siedzi Mrówka przed telewizorem, siedzi bardziej z przyzwyczajenia niż z ciekawości i ogląda prognozę pogody. Bo skoro już siedzi, skoro nie bardzo może się podnieść, to niech przynajmniej uda zainteresowanie.
- W górach spadł śnieg - obwieścił prezenter pogody, czy jak to się tam nazywa.
- Szkoda, że nie trzy dni temu - mruknęła Mrówka i policzyła sobie na palcach. - Nie, szkoda, że nie sześć dni temu.
- Dlaczego?
- Bo by się można było chwalić, że w tym roku śnieg spadł w sierpniu.

A tak to nie można.
I cała zabawa do niczego.

Poczułam się dzisiaj jak własny pomnik, kiedy ocknęłam się po zapamiętałej lekturze i okazało się, że nie jestem w stanie ruszyć żadną nogą (bo mnie ból korzonków przeszywał), żadną ręką (bo jedna zdrętwiała, trzeba było na niej nie leżeć, a druga działała, ale i tak nie miałam się czego chwycić). Plecy mi nie funkcjonują. Próbowaliście kiedyś wstać, pomagając sobie tylko i wyłącznie KARKIEM?

Może niedługo zacznie mi przechodzić. Dobrze przynajmniej, że reumatyzmu nie mam. Bo zakwasy w plecach już tak ;).

wtorek, 4 września 2007

352. jeszcze o korzonkach

... i ten tytuł wcale nie sugeruje, że zostanę pustelnikiem.

Zadra w robocie ustawił sobie na gg opis:

"i już mija dnia połowa - mnie cholernie boli głowa".

Natychmiast zareagowałam (chociaż reakcje natychmiastowe pozostały mi, póki co, tylko w sferze psychiki, a i to nie zawsze):

"i mijają już dwa dzionki jak mnie męczą wciąż korzonki"

"lecz niedługo będzie lepiej, nikt wszak bidy wciąż nie klepie" - pocieszył mnie Zadra.

"ma być lepiej? No cóż, może - mnie na razie wciąż jest gorzej" - poskarżyłam mu się.

"życie jest jak wielka krzywa: musisz zdychać, by być żywa" - odparł Zadra, wskutek czego poddałam się i powiedziałam, że na pewno go głowa nie boli, bo nie byłby w stanie takich rymowanek wymyślać. Ha. Radość z przejrzenia go była większa niż gorycz z powodu klęski wierszykowej. A potem dopisaliśmy jeszcze kawałek Rewii.

Wiecie, jak wstać, kiedy jest się w moim stanie połamania?
Wystarczy złapać się rękami za zgiętą nogę, trochę pod kolanem. I udawać, że się próbuje tę nogę wyprostować.
Wczoraj wieczorem tak robiłam.
- Mam ci pomóc wstać? - zapytała mama.
- Nie - stęknęłam. - Próbuję się przeturlać.
- Hmmm... to pomóc ci się przeturlać?
- Nie - pisnęłam słabo i po dłuższej chwili udało mi się przewrócić na bok.
Naprawdę, te korzonki to wesoła rzecz jest.
Żeby jeszcze tak nie bolało...

poniedziałek, 3 września 2007

351. notka złożona

Inni mają gorzej. Ileż to razy człowiek się pocieszał podobnymi słowami? Mając w pamięci magiczną siłę tego stwierdzenia postanowiłam podnieść na duchu chorego Zadrę. Metodę, trzeba przyznać, wybrałam dość drastyczną. Posłałam mu mianowicie wczoraj wieczorem przyśpiewkę ludową (samodzielnie przygotowaną):

krótka i nieinteligentna przyśpiewka o niesprawiedliwościach dotyczących stanu posiadania i o charakterystykach kobiet czasami. Z możliwością manewrowania puentą:

hej, ma Antek mercedesa,
Zdzisiek zaś poroże,
hej, a ja mam PMS-a
hej jak stąd nad morze...

(możliwość zmiany puenty polega na zamianie nad / za morze i precyzowaniu nad / za KTÓRE morze).
Osoby śledzące komentarze z łatwością zauważą, że wklejenie tej piosenki na bloga wymusił Zadra.
Gdybym śpiewała mu to osobiście a nie przez gg, pewnie spaliłabym tekst, śpiewając, że mam SMS-a.
Tekst odniósł pożądany efekt, Zadra, pokrzepiony na duchu, trochę wyzdrowiał (przynajmniej taką mam nadzieję).

To było wczoraj. Dzisiaj mogę sobie śpiewać piosenki równie głupie, za to z innej dziedziny. Bo mnie złapały korzonki. Żeby jeszcze przy jakimś dźwiganiu ciężarów czy chociaż przy wstawaniu... ale nie, na prostej drodze, z kuchni do przedpokoju, mnie połamało.

Położyłam się na podłodze, żeby dać kręgosłupowi odpocząć.
Żebyście widzieli, co potem wyczyniałam, żeby wstać... próbowałam się podnieść na ręce - nie udało się. Próbowałam się przeturlać na bok - nie udało się. Próbowałam drgnąć - nie wyszło. Już miałam wołać na pomoc brata, ale w końcu jakoś się udało.
Ale do górnych szafek nie dosięgam.
W związku z tym wszystkie wyjazdy do Katowic chwilowo muszę odwołać.

niedziela, 2 września 2007

350. komedia w jednym akcie

Występują:
Dziecko (2 - 3 latka)
Matka Dziecka (jako matka)
Ksiądz (jako głos z offu)
Dziewczynka (jako przykład)
Mrówka (jako puenta)
Brat Mrówki (jako bierny słuchacz)

Msza. Kazanie.

KSIĄDZ
Wychowanie to bardzo ważna rzecz w życiu każdego człowieka...

DZIECKO (małe)
Iiiiiiooooooooouuuuuuuuuaaaaaaaaaaaa! (udaje, że płacze)

MATKA (dziecka)
Cicho, cicho, cicho!

KSIĄDZ
Warto wychowywać przez wskazywanie wzorców, przez dawanie dobrego przykładu...

DZIECKO
Iiiiiiiiiuuuuuuaaaaaaaaaaarghhhhh oooooooouuuuuu!

MATKA
O, zobacz, tu chodzi sobie dziewczynka i nie płacze!

DZIEWCZYNKA
(chodzi i nie płacze)

DZIECKO
IIIIIIIIIIAAAAAAAAAAAAUUUUUUUUUUU!

MRÓWKA (do brata)
Ironia losu...

sobota, 1 września 2007

347. sposoby na chandrę bis

2007-09-01 20:47:42
Poranek był dzisiaj tak bardzo pochmurny, jak tylko poranek być może.
Humor mi się z różnych przyczyn nie poprawił, chociaż zaczęłam pisać, co pozwala przypuszczać, że kiedyś w przyszłości będzie lepiej. Jak mi się organizm zregeneruje.
Ale żeby ratować sytuację chandrogenną, wysłałam rano smsa do Fimbula:

Deszcz na ziemię leci w kulkach,
ja ślę uśmiech do Fimbulka.

(bardziej by mi grad pasował, ale przecież nie będę rzeczywistości naginać do własnych potrzeb twórczych).

Fimbul odpisał:

Strużka na szybie wygląda jak żyła
Fimbul Mrówce uśmiech odsyła.

I zrobiło się jaśniej ;)