sobota, 26 stycznia 2008

464. taśmy prawdy

Relacjonowała mi Ania piątkowe przygody Koła.
- Siedzieliśmy w 422, więc na 418 nakleiliśmy kartkę wyrwaną z zeszytu. "Jesteśmy w 422. KNP" - opowiadała. Pominę milczeniem, skąd wzięli taśmę ;).
I nagle Ania przestraszyła się.
- O cholera! - napisała. - Zapomniałam to odkleić!

Przewróciłam się ze śmiechu i obiecałam, że jeśli wyzdrowieję do środy, to odkleję.
- Może dr D. odlepi... - zastanowiła się Ania. - Bo jak nie, to się Boss zdziwi...





A poza tym zapytałam Sala, czy przeczyta moją książkę, jak ją wreszcie skończę.
- A ile mi zapłacisz? - zapytał Sal rzeczowo.

;D.

piątek, 25 stycznia 2008

463. mi łeb

Mrówka: Idę, bo mi łeb...
Piotrek: Co ci łeb?
Mrówka: Odpadł...
Piotrek: To jak piszesz?
Mrówka: RĘKAMI!

czwartek, 24 stycznia 2008

462. wiadomości mrożące

Notatkę dodano:2008-01-24 20:37:48
Nie żeby mnie łeb bolał... skądże... A jeśli człowiek ma jakiś życiowy limit kichania, to jutro o 12 w południe wyczerpię swój przydział. I będę mieć spokój do końca satyrycznej egzystencji.
Podbudowana poranną rozmową z Fimbulem (mój telefon zdecydował, że sam do niego zadzwoni) i mailem od Bosskiego (moja skrzynka sama Bossowi maili nie wysyła póki co), wzięłam się za pisanie o Różewiczu-satyryku. I prawie dzieło dociągnęłam do końca. Z przerwami na spanie. I jedzenie. Zostało mi jakieś pół strony. To i tak niezły wyczyn. Przepiszę w przypływie sił witalnych. Na razie widzę podwójnie.

W poniedziałek wracaliśmy z Olkiem do domu. To znaczy - Olek do domu, ja na przystanek. Ciemno już było, a my rozmawialiśmy o mrożących krew w żyłach sprawach.
- Przygotowywałem materiał i mam nadzieję, że mnie pod nim nie podpiszą - oznajmił Olek. Nie dziwię się, materiał był o porachunkach mafijnych czy czymś w tym rodzaju. Postanowiłam go pocieszyć, bo jednak - kumpel z ławki, od tylu lat...
- Ale wiesz... niedługo będzie lato - powiedziałam mu. Olek, który też spodziewał się pocieszenia, popatrzył na mnie z lekkim osłupieniem.
- ???
- No... wcześniej się zrobi widno, nie będzie już ciemnych zaułków... - wyjaśniłam.
- Tak, to wykończą mnie w jasnym - zgodził się Olek. - ŚREDNIA POCIECHA.

Cóż, ja się starałam.

A dzisiaj zadzwonił do mnie Olek i powiedział "po głosie słyszę, że faktycznie jesteś chora. Czyli NIE udajesz".
:D

środa, 23 stycznia 2008

461. chora jestem

Boli mnie wszystko. Kiedy robiłam listę części ciała, które powinnam sobie uciąć, żeby przestało boleć, wyszło mi, że zredukuję się o jakieś 98%.
Normalnie nie miewam gryp. Z wyjątkiem tych, które mam. Nieczęsto. Dzisiaj właśnie mam. I przypuszczam, że do jutra mi nie przejdzie, niestety. A jutro chciałam być u Egzekutora. Po teksty.

I tak nie jestem w stanie nic zrobić. Moja egzystencja polega dzisiaj na leżeniu i wpatrywaniu się w przedmioty rozmaite. Żeby je przenieść siłą woli. Żeby zmienić kasetę w magnetofonie (tak, przerzuciłam się ostatnio na słuchanie bardzo starych kaset ze złotych czasów TEY) najpierw przez pół godziny wpatrywałam się tępo w pudełko, w nadziei, że kaseta sama z niego wyskoczy, a potem rzuciłam się na nie w jednej chwili, zmieniłam kasetę błyskawicznie i ległam bez ducha.

Rozdźwięk między ciałem i umysłem mam dzisiaj zbyt silny. Leżę i myślę o tym, że mogłabym teraz pisać jeden z rozpoczętych tekstów. Że wystarczyłoby drgnąć i przyciągnąć do siebie zeszyt. Że potem wystarczyłoby otworzyć ten zeszyt, wziąć do ręki pióro i... nie. Za dużo roboty. W związku z tym, że umysł by chciał coś robić, a ciało niezbyt, w związku z tym, że ciało wygrywa, leżę i nie robię nic.
Poza wyrzutami sumienia. Te sobie robię, bo sumieniu też się nie chce.

Rano, kiedy uświadomiłam sobie swój stan, wysłałam do Slka smsa, że jestem chora. Pfhrrr.
Slk odpisał, że on też, więc jestem w dobrym towarzystwie. Zawsze to jakieś pocieszenie.

A notka miała być o czymś zupełnie innym, ale już trudno. Chora jestem, nie chce mi się myśleć.

wtorek, 22 stycznia 2008

460. udźwig Mrówki

Kupiłam sobie w antykwariacie książkę satyryczną (Tomik z wolszczyzną jakby się ktoś pytał).
Potem na wydziale wypożyczyłam sobie dwa zbiorki satyr Waligórskiego.
Na czwartym piętrze (szłam do Egzekutora) spotkałam Bossa, który oddał mi książkę.
Poszłam do Egzekutora, który dał mi dwie książki, znienacka, bo nie po nie poszłam.
Zamiast do domu, pojechałam na pocztą i stamtąd odebrałam jeszcze przesyłkę. Książkę oczywiście.
DOBRZE, że dopiero w domu sobie uświadomiłam, ile rzeczy ze sobą wiozłam. W przeciwnym razie zostawiłabym wszystko pod słupem.

Do Egzekutora (którego w końcu znam dłużej niż Bossa) szłam z duszą na ramieniu. Niepotrzebnie, jak się okazało. Egzekutor ucieszył się, że przyszłam, twierdząc, że poprawiam mu humor. Bossowi poprawiłam, jak sobie poszłam (tym, że sobie poszłam). Tak mi się przynajmniej wydaje.

poniedziałek, 21 stycznia 2008

459. z miasta R.

Napisałabym, że wyjazd do miasta R. nie odznaczał się niczym szczególnym, gdyby nie fakt, że właśnie owo "nic szczególnego" jest w przypadku wyjazdów do miasta R. stanem nienaturalnym.
Przyjechałam na dworzec. Poszłam sobie do kasy. Poprosiłam o Bilet z Kasy (chociaż do odjazdu autobusu było jeszcze 17 minut. Kasę zamykają na 15 minut przed odjazdem, co w praktyce oznacza, że na 20 minut przed planowanym odjazdem autobusu nie ma w kasie czego szukać). Sprzedali mi. To się zaczyna robić nudne: trzy Bilety z Kasy w trzy tygodnie... tak tydzień w tydzień.
Przyjechał autobus. I nowy kierowca. Nawet nie popatrzył w moją stronę, tylko ostentacyjnie odwrócił się do okna. Stałam cierpliwie z Biletem z Kasy w garści i czekałam, aż się popatrzy. Popatrzył i prawie że wzruszył ramionami.
Phi.
Dojechał do miasta R. punktualnie i tak jakoś... zwyczajnie.

Za to kiedy chciałam wrócić...

Po raz pierwszy (z racji terminu zaliczeniowego) miałam zamiar wrócić do Katowic autobusem o godzinie 13:25.
O 13:20 znalazłam się na dworcu w mieście R.
O 13:34 Mój Wykładowca (którego mylę z innym wykładowcą, więc wtajemniczeni się domyślą, o którego chodzi... wcale nie są podobni, ale ja kiedyś rzuciłam w rozmowie, że są jak dwie krople wody. W efekcie wszyscy ich rozróżniają bez problemu. Oprócz mnie) poszedł zapytać się w kasie.
Nawet nie wiedziałam, że to coś na dworcu w mieście R. to kasa jest...
Wrócił (Mój Wykładowca) i powiedział, że pani w kasie twierdzi, że ten autobus przeważnie nie jeździ. Na przykład w zeszłym tygodniu nie pojechał ani razu. A w ogóle to tak często go odwołują, bo on jest katowicki. A następny jest o 14:10 (to sama wiedziałam, bo nim czasami wracam).
Hmmm...
Rozczarowaliśmy się, Mój Wykładowca gdzieś sobie poszedł, ja połaziłam koło Biedronki (bo dworzec w mieście R. jest za bardzo oddalony od miasta R., żeby połazić po jakichś sensowniejszych okolicach).
O 14:05 znowu spotkaliśmy się na dworcu. I zaczęliśmy wymyślać, że ten autobus też nie przyjedzie. W ciężkich chwilach człowiek zabawia się różnymi pomysłami. W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że to wszystko nas śmieszy, bo mamy nadzieję, że ten o 14:10 jednak przyjedzie.
Żałuję, że się nie nagraliśmy, bo stężenie absurdu wyszło takie, o jakie mogłabym podejrzewać tylko Olka. I Bossa ewentualnie.

Przyjechał PKS. Czysty. Przynajmniej z zewnątrz.
Więc oczywiście od razu stwierdziliśmy (z MW), że na pewno zaraz kierowca wywiesi karteczkę, że zepsuty, nieczynny, nie pojedzie albo coś. Czarnych scenariuszy mieliśmy około 80.
Kierowca podjechał na nasze stanowisko.
I o mało co nie urwał tabliczki z napisem "stanowiska", na słowo honoru przyczepionej do prowizorycznej wiaty dworca w mieście R. (kto był, ten wie, że dworzec w mieście R. jest... specyficzny. Olbrzymia połać błota, od tyłu nasyp kolejowy, pofałdowana blacha na słupkach i napis "stanowiska". Być może są jakoś te stanowiska doprecyzowane, nie sprawdzałam. Nie warto, następny kierowca to i tak urwie).
W momencie, kiedy kierowca miał urwać tabliczkę z dachu dworca, popatrzyliśmy na siebie z MW i uznaliśmy, że teraz wszystko wróciło do normy. I możemy wsiadać. I jechać.

A Biletu z Kasy w mieście R. jeszcze nie próbowałam kupić...

Aha, PS
na rozkładzie jazdy przy autobusie o 13:25 w mieście R. jest znaczek "S".
W legendzie znaczków nie ma wyjaśnienia dla znaczka "S".
W związku z tym zaczynam przypuszczać, że "S" oznacza "nie jeździ". Ale nie wiem jak to literowo dopasować.

niedziela, 20 stycznia 2008

458. w Bosskim gabinecie

Notatkę dodano:2008-01-20 21:25:11
Na ostatnie koło zaglądał do nas co jakiś czas Boss, donosząc o ludziach, którzy mu jeszcze nie pozwalają przyjść.
- Przyszedł do mnie student, który miał być o godzinie 11 - usprawiedliwił się Bosski Promotor, po czym zniknął za drzwiami. Popatrzyliśmy na zegarki. Dochodziła 15.

Kiedy o 15 zobaczyłam na korytarzu Krzysia, zrozumiałam wszystko.
- To ty jesteś tym studentem, który miał przyjść na 11? - rozpłakałam się ze śmiechu.
A potem postanowiłam zastukać jeszcze do gabinetu Bossa i zadać mu jedno szybkie pytanie.
Weszłam do sekretariatu - a tam ciemno. Jak ćma, skierowałam się w stronę światła dochodzącego z pokoju Bossa.

- O, Mrówka! - ucieszył się Boss. - Siadaj, dam ci herbaty, z cytryną, sam wyciskałem.
[w tym punkcie wieczornej relacji Piotrek mruknął "pozazdrościć cytrynie" - przyp. Mrówka].
- Ja właściwie tylko na dwie sekundy - powiedziała Mrówka tonem usprawiedliwienia. I już siedziała w odnowionym gabinecie Bossa. Z filiżanką herbaty. Przepysznej.
(Dla marudnych: dawno tam nie byłam, skoro nie miałam pojęcia o nowym wystroju gabinetu... ech... starzeję się widocznie ;))
Bosski zaproponował, żeby zawołać też Anię, która jeszcze była na uczelni.
Pobiegłam po nią (bo nie odbierała telefonu), biegiem wróciłam (bo co będę głupio marnować czas, w którym mogę bezkarnie siedzieć u Bossa).
I spędziliśmy z Anią, Magdą, Bosskim i OK (Opiekunką Koła) bardzo miłą godzinę.

- Możecie do mnie wpadać, jak siedzę sobie taki samotny - zaproponował Boss, kiedy wychodziliśmy. Nie dodał, że rzadko się takie chwile zdarzają, ale co tam.
- Taaaak? - ucieszyła się Mrówka gwałtownie.
- Nie! Ty nie! - odparł natychmiast Boss.

I nie wiem, jak rozmowa przy wyjściu zeszła na temat herbaty, ale Ania zapytała z podziwem patrząc na Bosskiego:
- To pan profesor... sam... wyciskał?

Do dzisiaj płaczę przez to ze śmiechu.

środa, 16 stycznia 2008

455. Sal

dzisiejsze rozmowy z Salem:
Sal: Mój pies od dziesięciu minut leży z nogami do góry i się nie rusza.
Mrówka: O, masz psa?
Sal: Może nie żyje?
Mrówka: Weź go potarmoś za futerko. Jak skoczy i cię ugryzie, to znaczy, że żyje.

Sal: Ale meczyk!
Mrówka: No... na zawał można było zejść parę razy...
Sal: Na szczęście widziałem tylko 1,5 seta. Te najlepsze 1,5 seta. [ostatnie, dające nam zwycięstwo - przyp. Mrówka]
(...)
Sal: Liczy się wynik.
Mrówka: Ale co się przy tym człowiek namęczy...
Sal: Ja się nie męczyłem. Veni, vidi, vici, tak to zrobiłem.

Tja... no bo to jest Sal Wspaniały...

poniedziałek, 14 stycznia 2008

454. różne takie podejrzenia

Jako że problem mam z gatunku nierozwiązywalnych od razu, a i pomysł szalony z rodzaju tych, co to na bezludną wyspę wyjechać i zrealizować w spokoju, postanowiłam (z Fimbulem u boku, bo się napatoczył na szczęście i ku mojej radości) sprawdzić na wszelki wypadek termin konsultacji Bosskiego Promotora części odwiedzających tego bloga.
Wyruszyłam więc dzielnie (nie za bardzo chciało mi się podnieść i przejść parę metrów, tu nieoceniona zasługa Fimbula, że zdołał mnie przekonać do ruszenia z miejsca, co równoznaczne powinno być z ruszeniem z posad bryły świata, że tak nieskromnie sobie napiszę).
Podeszliśmy pod rozkład konsultacji.
ZOBACZYŁAM.
Pisnęłam słabo. Powiedzmy, że ze śmiechu.
Fimbul spojrzał na tablicę.

Czwartki 8:00-9:45.

Stłumił prychnięcie (Fimbul, znaczy). Popatrzył na mnie badawczo i BARDZO znacząco i zapytał:
- Nie domyślasz się, DLACZEGO?

WCALE...
To znaczy domyślam się... Boss jest zapracowanym człowiekiem i nie ma potem czasu.
Absolutnie nie chodzi tu o to, że choćbym bardzo chciała, nie wstanę z własnej woli na 8 rano... ;)
Chyba...
Taką nadzieję żywię ;).


A podróże do miasta R., przynajmniej w tym roku, powoli się kończą. I kończą się absurdy. Przyjechałam na dworzec o godzinie 7:53, poszłam do kasy, kupiłam Bilet z Kasy, kierowca go zwyczajnie obejrzał, całą drogę przespałam... nuda. Autobus przyjechał punktualnie, nawet ogrzewany był... phi...