wtorek, 13 listopada 2007

405. z drogi do miasta R., raport

Dziennik pokładowy, 12.11.07, godzina 8:20

Drogowcy mnie zaskoczyli.
Myślałam, że - jak co roku - zaskoczy ich zima. Zwłaszcza że miasto (moje miasto, nie miasto R.) unieważniło przetarg na odśnieżanie. Ale nie: piaskarki i pługi wyjechały na ulice skoro świt i doprowadziły drogi do stanu używalności.
Co prawda mało się na PKS nie spóźniłam, ale to dlatego, że korki były na światłach, a mój autobus tradycyjnie przyjechał po czasie.

PKS do miasta R. przyjechał punktualnie. Ogrzewany. Kierowca przyniósł i upchnął na miejsce tabliczkę z napisem "Rybnik". Wsiadł do środka.
- Można u pana kupić bilet? - zapytała jedna z pasażerek.
- Nawet trzeba - odparł kierowca. Wreszcie jakiś z poczuciem humoru.

"Łóżka, które leczą i odchudzają" - zobaczyłam za oknem przez ścianę śniegu. Nie wiem, co leczą, ani jak odchudzają, ale przyjmując, że to faktycznie ŁÓŻKA, to myślę, że działają na zasadzie "śpij, aż ci przejdzie".

***

Wracam z miasta R.
- Normalny do Katowic proszę.
- Normalny? - kierowca otaksował mnie wzrokiem.
"A wyglądam na nienormalny?" - chciałam zapytać, ale wolałam nie. Są pewne kwestie, których się bliźnim do rozstrzygania nie zostawia.
Może zresztą widział we mnie studentkę i chciał mi sprzedać ulgowy.
I tej wersji się będę trzymać.

poniedziałek, 12 listopada 2007

404. Bosski koncert

2007-11-12 22:29:33
W tym miejscu miała znaleźć się notka z podróży do miasta R., notka zresztą powstała w PKS-ie, razem z Wielką Sceną Zazdrości napisaną do Rewii. Ale to może poczekać.

Byliśmy dzisiaj, z Megi i Slkiem, na spotkaniu autorskim z Basią Gruszką-Zych.
Boss (który spotkanie prowadził) przyniósł ze sobą rekwizyt. W kształcie gruszki.
- Co to jest? - zapytała się Madzia Mrówki.
- Nie wiem. Bossie, co to jest? - zapytała się Mrówka własnego Promotora.
- To jest cukinia a la gruszka - odparł spokojnie Boss. Jakby to było najoczywistsze w świecie.
- Trafi pan na bloga - mruknęła (mrówknęła?) Mrówka półgębkiem, zapisując tę odpowiedź.
- Panie profesorze, Mrówka mówi, że trafi pan na bloga - zaśmiał się Slk.
- A Mrówka do kosza! - odrzekł mój Promotor.

Od motywu gruszki zresztą jeszcze zaczęło się to spotkanie:
- Mamy cukinię jako gruszkę i mamy Gruszkę jako poetkę - rozpoczął Boss.

W trakcie dyskusji głos zabrał jeden z redaktorów "Śląska".
- Ja bym zaczął od polemiki z MK [czyli z Bossem - przyp. Mrówka] - odezwał się.
- Będzie to twoja OSTATNIA polemika - poinformował go Boss.
Padłam i już nie byłam w stanie się podnieść.

sobota, 10 listopada 2007

402. okrągło

Na pierwszym posiedzeniu Koła Literatury XX Wieku zabrakło nam paru osób. Najwidoczniej nie dotarła do nich wiadomość rozsyłana pocztą pantoflową i plakatami, które Ania ofiarnie rozklejała po wydziale (co przyjmuję na wiarę, bo nie widziałam, jak rozklejała, ani też nie widziałam, gdzie przykleiła. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że nie przyglądałam się zbytnio, a plakat w wersji przed powieszeniem mogłam sobie obejrzeć i pomacać w Jaworznie).

Wśród wielkich nieobecnych na pierwszy plan wybijał się Lucek, entuzjasta literatury współczesnej, recenzent Granicowy. Po krótkiej gg-konsultacji postanowiłyśmy z Anią poinformować go o kolejnym spotkaniu.
- Wysyłałam mu maila przed Kołem - przypomniała sobie Mrówka. - Ale nie odpisał, a to znaczy, że go nie odebrał najprawdopodobniej. Poczekaj, jeszcze smsa mu mogę wysłać!
- Ok - odpisała Ania, Szefowa Koła.
- Nie wyślę - zmartwiła się Mrówka. - Bramka nie działa, a na telefonie nie chce mi się tego wystukiwać.
- To czekaj, wyślę z mojej - zaproponowała Ania-spiskowiec. - Tylko mi podrzuć numer do Lucka.
- To jeszcze treść ci dam, po co masz się zastanawiać, co mu napisać.
- Dobra - ucieszyła się Ania. - To podpiszę się twoim imieniem... ... ... Poszło! - zameldowała po chwili.

Dziesięć minut później Mrówce zmaterializowała się myśl, która nie dawała jej spokoju.
- Ania, podpisałaś się moim imieniem? To znaczy "Iza"??? Czy "Mrówka"?
- No Mrówka oczywiście - napisała Ania z oburzeniem. - Iza to by mi nawet do głowy nie przyszło.
To dobrze, bo Luckowi pewnie też nie ;D. Nie ma to jak wyrazisty nick ;).



A wieczorem Lucek przysłał mi smsa, że jeśli się wyrobi, to na najbliższe Koło wpadnie z chęcią ogromną.

czwartek, 8 listopada 2007

400. exegi monumentum

Kiedy skończyliśmy już w górującym nad Katowicami (przynajmniej na Placu Sejmu) Gołębniku dzielenie się łupami (czyt. przekazywanie sobie książek do recenzji), zaspokajanie podstawowych potrzeb życiowych (czyt. jedzenie) i realizowanie części towarzyskiej (czyt. gadanie o wszystkim i o niczym), postanowiłam zrobić burzę mózgów, bo czas leci, a mnie się pomysł urwał nietypowo.
- Słuchajcie, burza mózgów - obwieściłam więc Ani (Szczepanik) i Slkowi. - Potrzebuję pomnik.
Po odrzuceniu kilku propozycji (w tym moich własnych), Slk zaproponował:
- Sama się przebierz za pomnik.
- Nie umiem. Nie mam wprawy - odparłam ze smutkiem.
- Musisz tylko wziąć krem Nivea - polecił Slk. - A ja w ciebie rzucę mąką.

Cóż, dalej czekamy na olśnienie.

A czas leci.

Jeśli ktoś ma pomysł na pomnik, to proszę o info :D.
Jeśli ktoś jest obeznany z tekstami Rewii - to proszę o kreatywność ;).

wtorek, 6 listopada 2007

398. Igor, pies asystent

2007-11-06 21:59:05
Wczoraj Megi była na wydziale ze swoim psem asystentem, Igorem. Stanowią razem wesołą parę, Blondyn i Blondyna, poczucie humoru mają ogromne. Obydwoje.
Przyjechałam z miasta R. jak zwykle, po 17. Igor wykazał uprzejme zainteresowanie, na mój widok podniósł się, pomachał ogonem i powąchał mnie z grzeczności.
- To jest Mrówka - powiedziała Megi.
- Jestem Mrówka - przedstawiłam się grzecznie. Igor się rozpromienił. Widać lubi Mrówki.
Kucnęłam przy nim i zaczęłam go głaskać. Wprawdzie psów asystentów na służbie nie powinno się rozpieszczać, ale Igora można ;).
- Jesteś ślicznym pieskiem - powiedziałam. Igor ucieszył się bardzo i spróbował wleźć mi na kolana.
Zważywszy na to, że jest rozmiaru nadnaturalnego, trochę ciężko było mi go utrzymać. Odsunęłam się delikatnie. Igor postanowił poudawać kota i trochę się połasił.
Potem spotkałyśmy Olka.
- To jest Olek - powiedziałam psu.
Igor przeszedł koło Olka, kompletnie go ignorując. Chyba nawet nie zauważył, że ktoś tam był.
- Ejjj, to Olek! - zawołałyśmy go.
Igor przeszedł w przeciwną stronę, znowu omijając Olka. Ale tak naprawdę mógłby do niego dobić, a i tak by go nie zauważył, nawet go nie powąchał.

Kusiło go wszystko, co nadawało się do zjedzenia.
Kiedy wreszcie uplasował się pod naszą ławką, Megi konspiracyjnie szepnęła:
- Możesz mi teraz podać oponkę, ale tak, żeby nie widział?
Kiwnęłam głową i po cichutku zaczęłam przesuwać w stronę Magdy ciastko.
Igor ani drgnął.
Zaszeleściłam woreczkiem, w którym były oponki.
Igor śpi.
- PODOBNO PSY MAJĄ ZNAKOMITY SŁUCH I WĘCH - powiedziałam dobitnie w jego stronę, z całej siły szeleszcząc folią woreczka i machając oponką.
Spał dalej :D.
Chyba mnie uznał za członka stada, bo położył w pewnym momencie pysk na moim bucie i tak sobie siedział, zatopiony w egzystencjalnych myślach.
- On wygląda zupełnie jak świnka morska, tylko jest trochę większy - przyznałam, patrząc na niego z lotu ptaka.
Megi po raz kolejny dostała ataku śmiechu. A następnego - jak zawołałam do Igora "kici kici". Bo w końcu zachowywał się jak kot, mogło mi się pomylić ;).
Zareagował.

Cały wykład grzecznie przespał pod ławką, w pewnym momencie westchnął przez sen, przewrócił się na bok i spał sobie dalej.

- Załóż mu halter - poprosiła Megi przed wyjściem. - Powiem ci jak.
Powiedziała. Trzymałam w rękach pętelkę z czegoś takiego jak poplątana smycz i miałam w to ubrać psa.
- Daj mi tu pyszczek - poprosiłam zwierzątko.
Igor się odwrócił i udawał, że mnie nie widzi.
Megi kazała mu stanowczym tonem odwrócić pysk w naszą stronę.
Z ogromną niechęcią odwrócił i pozwolił sobie nałożyć uprząż.
A potem się na mnie obraził za to, że założyłam mu coś, czego nie lubi :D. Nie chciał na mnie spojrzeć i cały czas odwracał się tyłem :D. Przeszło mu po pięciu minutach, ale pomysły ma niezłe... :D

poniedziałek, 5 listopada 2007

397. z miasta R.

- Ciekawe, co się jutro głupiego przydarzy w drodze do miasta R. - zastanawiała się wczoraj wieczorem Mrówka, siedząc na dywanie. Melancholijnie siedząc.
- Może nic? - stwierdziła mama Mrówki. Nadzieja w oczach Mrówki błysnęła i zgasła niemal natychmiast.
- To niemożliwe - odparła (Mrówka, nie nadzieja). - Zawsze się coś głupiego dzieje...

Podróż do miasta R. nie rozpoczynała się.
- Oczekuje się na autobus do Rybnika, który nie zjechał jeszcze z trasy - poinformowały głośniki dworcowe.
Po dziesięciu minutach bezowocnego oczekiwania głośniki powtórzyły komunikat.
Po piętnastu zresztą też.
Przyjechał autobus z kierowcą, który zapoczątkował relacje z podróży do miasta R. (tym, który otworzył drzwi i wrzasnął na pasażerów, że k..., w korku stał).
Przyjechał i podjechał na stanowisko czwarte.
Do miasta R. jedzie się o tej porze z trzeciego. Lekko zdezorientowani ludzie zastanawiali się, czy się nie pomylił. Mógł sobie w końcu w odpowiednią zatoczkę nie trafić... przy takim stanie nerwów...
Ale nie. Kierowca dawniej rybnicki jechał teraz, jak się okazało, do Wisły.
A okazało się uroczo, bowiem otworzył drzwi swojego autobusu i wydarł się na pasażerów z sąsiedniej zatoczki. Za nic. Po prostu nie w humorze przyjechał.
Wiedziałam, że się wydrze, ale przypuszczałam, że jedzie do miasta R. i że wszystko spadnie na moich przyszłych współpasażerów. Co za rozczarowanie...
- Oczekuje się na opóźniony autobus do Rybnika - powiedziały głośniki.
Po kolejnych kilku minutach powiedziały jeszcze:
- Opóźniony autobus do Rybnika podjedzie na stanowisko trzecie.

Podjechał.
Nieznany kierowca. Autobus znany i wrakowaty jak to PKS-y mają w zwyczaju.
Kierowca otworzył drzwi.
Bez słowa sprzedał wszystkim oczekującym bilety.
Bez zwłoki ruszył z przystanku.
I włączył ogrzewanie. Myślałam, że źle wsiadłam.

Półgodzinne opóźnienie nadrobił w trasie.
Do miasta R. mogłam sobie jechać bez kurtki.

Kupiłam sobie w mieście R. zapiekankę nadnaturalnej wielkości. Zrobioną z bagietki. Metrowej. Za 2,80. Rubaszny właściciel życzył każdemu klientowi smacznego. Czasami do rymu.

A w kampusie był dzisiaj mój ulubiony portier. Pan, który na pożegnalne "miłego tygodnia" rozpromienia się tak, jakby właśnie dostał beczkę pełną złotych monet.

No i na dwie pochwały za Rewię niedokończoną (Prawa Ręka i Egzekutor) też się załapałam. To dodaje skrzydeł. Jak się wyśpię, to pofruwam.



To nie sen wariata. To dzisiejsza rzeczywistość.

niedziela, 4 listopada 2007

396. łatwiej zapobiegać

- Auuu - jęknęła Mrówka. - Skaleczyłam się!
- Owiniemy cię chyba w gąbkę - zaproponowała mama Mrówki.

sobota, 3 listopada 2007

395. magia szklanego ekranu

Olek od dłuższego czasu siedzi w telewizji. Robił tam sobie praktyki, co robi teraz - nie wiem. W każdym razie dużo się w jego życiu zmieniło.
Zaczęło się od tego, że, odkąd pamiętam, Olek nie używał telefonu komórkowego. Dawno, dawno temu zepsuł mu się aparat, więc wrzucił go na dno szafy i od tamtej pory nie korzystał. Stwierdził, że jak ktoś będzie miał do niego ważną sprawę, to i tak go jakoś znajdzie (Olka, nie telefon).
Kiedy w zeszłym tygodniu przyjechałam na wydział, zastałam na korytarzu Olka rozmawiającego przez komórkę. Zaniosłam swoją kurtkę do sali, a potem wyszłam, żeby obejrzeć sobie to zjawisko.
Olek właśnie skończył rozmawiać, rozłączył się i bez słowa wszedł do sali.
Wlazłam za nim z wytrzeszczonymi oczami.
- No co? - zapytał Olek. - Ja teraz w telewizji pracuję, muszę mieć kontakt ze światem!
No niby fakt.
Potem oznajmił, że najbardziej kuszącym elementem pracy w tv jest legitymacja i smycz z logo telewizji. Które to akcesoria może zabierać na podryw.
A ja myślałam, że on na urok osobisty...

Na koniec powiedział:
- Zauważyłem, że przez te praktyki znacznie ograniczyły mi się potrzeby. Teraz marzę tylko o tym, żeby się najeść i wyspać.

piątek, 2 listopada 2007

394. notka przyziemna

Z nieznanych przyczyn i kompletnie bez sensu boli mnie palec u nogi. Duży palec u prawej, dla ścisłości. Snuję się w związku z tym po domu, starając się chodzić na piętach, nie dotykać palca niczym i nie myśleć o całym dniu w butach w poniedziałek. Układam sobie przy tym idiotyczne rymowanki w rodzaju:
boli mnie okropnie palec
jakbym wlazła gdzieś pod walec.
Co najlepiej świadczy o stopniu zirytowania.
- Nie martw się - pocieszyła mnie Ania (Szczepanik), kiedy zwierzyłam się jej z mojego problemu (bo zauważyła opis "aaaaaaaaaauć" na gg). - To tylko jeden palec. Pomyśl sobie, co by było, gdyby cię bolało 20.
- Nawet nie wiem, czy tyle mam. Debil z tego palca.
- No faktycznie, niepoważny - zgodziła się Ania. - To idź się połóż i leż do niedzieli.
- Nie mogę leżeć, bo jak go tylko dotknę kołdrą, to mnie boli!
- To może go odetnij? - poradziła Ania.
- Już o tym myślałam... - zwierzyłam się jej.
- Albo odmroź, sam odpadnie - Ania wyraźnie się rozkręcała.
- Na to nie wpadłam! - przyznałam.
- Bo mało praktyczna jesteś - skrytykowała Ania. - Potem go jeszcze możesz dać lekarzom do sekcji i jeszcze na tym zarobisz.