sobota, 30 grudnia 2006

137. realizowanie marzeń metodą na bezczelnego

Przed świętami oglądałam najnowsze "Spotkanie z Balladą". W pewnym momencie westchnęłam i powiedziałam w przestrzeń:
- Zobaczycie, kiedyś tam będę pisać teksty. Czuję, że dałabym sobie radę.

Postanowiłam też ruszyć swoje sześć liter (nie dlatego, że takie szerokie, chociaż też, tylko dlatego, że odwłok) i zrobić coś w tym kierunku. Akcja została nazwana "realizowaniem marzeń metodą na bezczelnego".

Napisałam maila do Michała Bobrowskiego, autora "Spotkań". Do maila dołączyłam ocenzurowaną Bosską szopkę (bo Bosska szopka według mnie jest najlepsza ze wszystkich dotychczasowych). I... dostałam odpowiedź.

Zaczynamy rozmawiać. Bobro pyta w mailu, czy piszę też jakieś skecze, black-outy, piosenki itp.
Siedzę i myślę.
I myślę.
I myślę.
I nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek pisała skecze ;). Ale na wszelki wypadek pytam Sala):
- Słuchaj, czy ja napisałam kiedyś w życiu jakiś skecz???
- No! - stwierdza pewny siebie Sal.
- Jaki? - z wrażenia aż podskoczyłam.
- Praca magisterska Mrówki - odpowiada mi lakonicznie Sal.

Bardzo śmieszne.

:D

piątek, 29 grudnia 2006

136. Modliszka

We wtorek byłam u Arturka na POMie. Arturek pokazał mi hodowlę świerszczy. A potem zapytał:
- A chcesz zobaczyć modliszkę?
- Żywą? - zadrżałam lekko.
- Martwej bym nie karmił! - mruknął Arturek i przyniósł mi pojemnik z maleńką modliszką. Taką na dwa centymetry. Zieloną. Z oczkami. Śliczną.

Modliszka zaczęła mi się uważnie przyglądać, a potem - przestępować z łapki na łapkę (z odnóża na odnóże?). Bałam się, że zaraz na mnie skoczy, w odwecie za piosenkę o kobiecie-modliszce.
Kiedyś chciałam zainteresować sobą rybę Arturka. Postukałam w szybę akwarium, a ryba wzięła rozbieg i uderzyła od środka w to miejsce na ścianie, gdzie przed chwilą był mój palec.

Nie lubiła Mrówek?

wtorek, 26 grudnia 2006

132.

- Mój Promotor NIE MA siwych włosów - oznajmiłam kiedyś Fimbulowi.
- Mrówko... - odparł zatroskany Fimbul. - Nie ma? PRZY TOBIE???

No co?
Ja jestem grzeczna!
Bywam!
Staram się...

poniedziałek, 18 grudnia 2006

127. brat mnie lekceważy

Stanęłam w drzwiach do pokoju brata. Brat akurat siedział na podłodze pod parapetem i czyścił dywan.
- Gdzie już czyściłeś? Bo chciałabym wiedzieć, po czym nie deptać... - pytam nieśmiało. Brat nic. Nawet nie drgnął.
- Słuchaj, gdzie nie mogę deptać? - powtarzam. Brat nic. Czyści sobie dywan dalej. Nie spojrzał na mnie nawet. Nawet głowy w moim kierunku nie odwrócił.
- Hmm... ja tylko pytam, chciałabym się dowiedzieć, żeby nie pobrudzić... - próbuję znowu. Brat - jak łatwo się domyślić - nic. Nabieram powietrza.
- Gdzie nie mogę chodzić? - pytam się głośniej. Brat nic. Stoję sobie z opadniętą szczęką i zastanawiam się, co zrobić. W tym momencie brat rzucił na mnie okiem i zapytał:
- Mówiłaś coś?
Ręce mi opadły. Ale z nową nadzieją zagajam:
- Gdzie już sprzątałeś? Żebym tam nie łaziła?
Odpowiedział.
Ufff.

Poszłam do kuchni i zwierzam się przy okazji mamie:
- Mówię do mojego brata, mówię, mówię i mówię, a on nic! Nie odpowiada! Myślałam, że coś ze mną nie tak, głos straciłam albo coś...
- No bo przecież on miał słuchawki na uszach, słucha sobie muzyki przy czyszczeniu dywanów, więc cię nie słyszał pewnie! - odpowiada mi mama.

Wniosek 1: nie jest ze mną jeszcze tak źle jak myślałam.
Wniosek 2: powinni produkować większe słuchawki.

123. dzieci i ryby...

Tę notkę piszę szeptem, więc jeśli ktoś chce ją przeczytać, musi się skupić.

- Straciłam głooOos! - uznałam za stosowne poinformować spotkaną na korytarzu Złośnicę.
- Co?
- Straciłam głoOoOos! - wychrypiała ponownie Mrówka.
- Przepiłaś??


Olek wymyślił rozwiązanie z książką od Naczelnego "Śląska":
- A może on dał ci po prostu jedyny egzemplarz tej książki i dlatego miał pewność, że jej nie masz?

niedziela, 17 grudnia 2006

122. ta piosenka jest nagrana dla...

Dzisiaj w kościele ksiądz sobie coś śpiewa z dzieciakami. To znaczy: śpiewa oazową przeróbkę jakiejś piosenki (chyba, bo organista zna to pod zupełnie inną melodią, powinni kiedyś razem zaśpiewać).
- Ta piosenka pszpszpszpszpsz - szepcze mi do ucha mój brat.
- Co ta piosenka?
- Ta piosenka pszpszpszpszpsz dwadzieścia pszpsz! - szepcze brat z oburzeniem, ale wyraźniej.
- Co ta piosenka?
- Ta piosenka pszpszpszpszpsz dwadzieścia złotych! - słyszę. Ryzykuję raz jeszcze:
- Dałbyś za piosenkę dwadzieścia złotych???
Brat kręci głową z politowaniem. Więc znowu pytam:
- Słuchaj, ja tylko czasownika nie rozumiem.
- MA! - mówi mi z naciskiem brat.
No i w tym momencie przestałam rozumieć cokolwiek. Wytrwałam do końca mszy.
- Ej, ale dlaczego ta piosenka miała dwadzieścia złotych? Gdzie je miała? Weź się zlituj i mi powiedz!
- Jakie dwadzieścia złotych?? - zirytował się brat.
- No przecież sam mówiłeś, że ta piosenka MA dwadzieścia złotych!
- Dwadzieścia ZWROTEK! Zwrotek! A nie złotych!

Ulżyło mi.
To nie znaczy, że ja mam słaby słuch. Może po prostu mój brat ma słabą dykcję. Tak sobie wmawiam, żeby nie dopuścić do siebie myśli, że się starzeję.

121. jeszcze o konferencji

Spotkaliśmy się z Fimbulem na katowickim dworcu i poszliśmy do redakcji "Śląska". Po drodze referuję Fimbulowi mój stan posiadania:
- Fimbul, mam chrypkę, mam tremę, mam referat...
- I masz siniaka - dopowiedział Fimbul.
- Ej, nie mam siniaka! - zaprotestowałam. Fimbul uderzył mnie w ramię.
- Już masz - wyjaśnił. A potem powiedział, że dzięki temu pozbędę się tremy, bo będę myśleć bardziej o siniaku niż o wszystkim innym...

sobota, 16 grudnia 2006

120. różne

Kiedy weszliśmy wczoraj z Fimbulem do redakcji "Śląska", usłyszałam:
- Proszę się roznegliżować. Ale nie za bardzo.
Zupełnie nie rozumiem, dlaczego Fimbul w tym momencie prychnął ;).
Brat, kiedy mu to opowiadałam, zapytał, czy jestem pewna, że trafiłam do redakcji...

Przy okazji odbierania wypłaty podaję swoje dane.
- Imię ojca? [tjaaa... napisałam "swoje" dane... - przyp. red.]
Pohamowałam odruch, który kazał powiedzieć "i Syna". Podaję imię taty, a w tym momencie profesor Stanisław Gębala oznajmia:
- W takich chwilach zawsze włącza mi się odruch, mam ochotę odpowiedzieć "i Syna".
Przyznałam się, że ja też. Ale pani w dokumentach tego nie uwzględniła :D.
- Data urodzenia?
- Dwudziesty drugi... kwietnia...
- I dalej kropki - zaproponował profesor Gębala. Wykrztusiłam, że 1983, ale pomysł mi się spodobał.



Ze staroci na blogu: dialog z liceum:

Tolek (niedługo ksiądz Tolek ;)): Z czym ci się kojarzą maki?
Mrówka: No, na przykład opium można z nich zrobić...
Tolek: Iza, ty myślże jak człowiek, a nie jak ćpun!

piątek, 15 grudnia 2006

118. Po konferencji

Dostałam od Naczelnego "Śląska" książkę.
To nic, że widział mnie pierwszy raz w życiu (co zresztą sam podkreślał). To nic, że nigdy z nim nie rozmawiałam, aż do dzisiaj.
Dostałam tę książkę w trakcie konferencji. Naczelny wręczył mi ją ze słowami: "wiem, że pani tej książki nie ma".
Skąd wie? :>
W drodze na dworzec pytam się o to Fimbula (retorycznie).
- Wiesz, patrzyłaś na tamtą książkę z taką zachłannością, że od razu się domyślił...

Tak, jasne.