Już mi się oberwało od paru osób, że nowej notki nie ma na blogu, więc odrywam się od przeżyć siatkarskich i wracam do rozśmieszania.
- Mnie jest remont w domu - wytłumaczył mi Piotrek swoją chwilową nie-obecność (czyli obecność gdzie indziej). - I trawnik do koszenia.
- Trawnik to bym ci może nawet i skosiła - wyrwałam się. - Bo nigdy w życiu nie kosiłam trawników, zawsze to nowe doświadczenie.
- Wiele nie straciłaś - mruknął zgryźliwie Piotrek.
- Ale myślę, że to może być zabawne, dopóki sobie nic nie odetnę...
- To bardzo przyjemne, gdy kosisz spalinową. I trawnik rośnie na równej powierzchni... - zaczął Piotrek.
- Aha, czyli twój rośnie na nierównej i kosisz nożyczkami?
- Ale jak masz elektryczną, która ciągle się zacina - kontynuował Piotrek, który na moje docinki uodpornił się dawno temu. - A po drodze kretowiska...
- Biedne kreciki! - rzuciłam. - Ty sobie wyobrażasz, co one czują? "Ten głupek znowu rozwalił nam domek!"
- A czy one sobie wyobrażają, co ja czuję? - zirytował się Piotrek. - Ich domek jest pod ziemią. Ja im co najwyżej rozwalam tymczasowe wyjścia.
- Oczywiście, że sobie wyobrażają, co czujesz! Tylko jako zwierzęta dyskretne, nie muszą cię o tym informować! Niszczysz im nawierzchnię! Robią sobie konkursy na najładniejsze wyjście, a ty wszystko rozwalasz!
- To one niszczą mi nawierzchnię - zauważył trzeźwo Piotrek. - Ja się do ich norek nie wpycham.
- Właściwie racja... Ale nie możesz być takim egoistą! - broniłam prawa kretów do kopania dołków.
- A one mogą? Nie mogą wyłazić gdzie indziej? Albo za każdym razem w tym samym miejscu?
- Ale teraz ty wychodzisz na samoluba, bo one ci w końcu nie bronią wstępu do norek.
- Ale ja im do norek nie włażę! - zaznaczył Piotrek z naciskiem.
- Ale mógłbyś!
- Ale ja nigdzie nie chcę wychodzić! Mogły włazić pod ziemię w lesie. A nie na terenach zamieszkanych przez innych.
- Tak, w lesie jest taka tabliczka z napisem "Do ogrodu Piotrka" i strzałką przy odpowiedniej norce. Tamtędy przechodzą. One się po prostu czują niedoceniane i chcą zwrócić na siebie twoją uwagę - wyjaśniłam.
poniedziałek, 16 lipca 2007
wtorek, 10 lipca 2007
316. Freud by się uśmiał
Obudziłam się na dwie godziny przed południem i trwałam przez chwilę w niemym osłupieniu.
Zastanawiałam się, jakim cudem moja wyobraźnia, nieskrępowana racjonalistycznymi uwagami, potrafi we śnie wykreować coś, czego nie stworzyłabym na jawie.
Ale od początku.
Śniło mi się (i bardzo proszę, bez psychoanalizy ;)), że uciekam i ukrywam się przed... siedmioma krasnoludkami i jednym teletubisiem. Tylko że te krasnoludki i teletubiś były monstrualnych rozmiarów! Wszyscy mieliśmy dostęp do eliksirów powiększających i pomniejszających, żeby było sprawiedliwie. Tylko te moje NIE DZIAŁAŁY!
Cóż, sprytna byłam i udało mi się schować.
W wiosce Smerfów.
Dokładnie - za oszkloną willą Papy Smerfa.
Przez co stałam się mimowolnym świadkiem przestępstwa.
Przeszła mianowicie przez wioskę Smerfów (żadne tam chatki-grzybki, piękne domy!) mała dziewczynka. Narysowana przez Billa Wattersona. To znaczy - tą samą kreską, co Calvin i Hobbes.
Dziewczynka szła przez wioskę, obserwowana przez wszystkie Smerfy i przeze mnie (zza winkla). Szła i machała koszyczkiem.
Nie, nie zjawił się wilk.
Dziewczynka przeszła sobie (czasami podskakując) za dom Papy Smerfa i z koszyczka wyjęła balonik. Nie przejmowała się, że cały czas była pod obstrzałem spojrzeń całej wioski i mnie
Sięgnęła do rurociągu, który zaopatrywał osadę Smerfów w gaz.
Odkręciła gumowego węża i przytknęła jego końcówkę do balonika.
Nadmuchała sobie balonik gazem (węża przykręciła z powrotem).
I poszła sobie, wymachując koszyczkiem i nadmuchanym balonikiem.
WSZYSCY (to znaczy wszystkie Smerfy i ja) wiedzieli, że ona kradnie gaz. Tylko nikt nie był w stanie zareagować, nie wiem dlaczego.
Poszła sobie z tym balonikiem i kradzionym gazem, a ja się do tej pory nie potrafię otrząsnąć.
No bo naprawdę - nigdy nie rozmyślałam nad metodami podprowadzania gazu. SMERFOM w dodatku.
Nigdy bym nie wpadła na to, że gaz można w baloniku wynosić.
"Ja się boję sama spać"... Ale w sumie nieźle się w tym śnie bawiłam.
Tylko na widok teletubisiów będę pluć.
Zastanawiałam się, jakim cudem moja wyobraźnia, nieskrępowana racjonalistycznymi uwagami, potrafi we śnie wykreować coś, czego nie stworzyłabym na jawie.
Ale od początku.
Śniło mi się (i bardzo proszę, bez psychoanalizy ;)), że uciekam i ukrywam się przed... siedmioma krasnoludkami i jednym teletubisiem. Tylko że te krasnoludki i teletubiś były monstrualnych rozmiarów! Wszyscy mieliśmy dostęp do eliksirów powiększających i pomniejszających, żeby było sprawiedliwie. Tylko te moje NIE DZIAŁAŁY!
Cóż, sprytna byłam i udało mi się schować.
W wiosce Smerfów.
Dokładnie - za oszkloną willą Papy Smerfa.
Przez co stałam się mimowolnym świadkiem przestępstwa.
Przeszła mianowicie przez wioskę Smerfów (żadne tam chatki-grzybki, piękne domy!) mała dziewczynka. Narysowana przez Billa Wattersona. To znaczy - tą samą kreską, co Calvin i Hobbes.
Dziewczynka szła przez wioskę, obserwowana przez wszystkie Smerfy i przeze mnie (zza winkla). Szła i machała koszyczkiem.
Nie, nie zjawił się wilk.
Dziewczynka przeszła sobie (czasami podskakując) za dom Papy Smerfa i z koszyczka wyjęła balonik. Nie przejmowała się, że cały czas była pod obstrzałem spojrzeń całej wioski i mnie
Sięgnęła do rurociągu, który zaopatrywał osadę Smerfów w gaz.
Odkręciła gumowego węża i przytknęła jego końcówkę do balonika.
Nadmuchała sobie balonik gazem (węża przykręciła z powrotem).
I poszła sobie, wymachując koszyczkiem i nadmuchanym balonikiem.
WSZYSCY (to znaczy wszystkie Smerfy i ja) wiedzieli, że ona kradnie gaz. Tylko nikt nie był w stanie zareagować, nie wiem dlaczego.
Poszła sobie z tym balonikiem i kradzionym gazem, a ja się do tej pory nie potrafię otrząsnąć.
No bo naprawdę - nigdy nie rozmyślałam nad metodami podprowadzania gazu. SMERFOM w dodatku.
Nigdy bym nie wpadła na to, że gaz można w baloniku wynosić.
"Ja się boję sama spać"... Ale w sumie nieźle się w tym śnie bawiłam.
Tylko na widok teletubisiów będę pluć.
sobota, 7 lipca 2007
313. lipcowa majówka w rajskim ogrodzie
- Co jutro robisz? - zapytał w piątek wieczorem w telefonicznej rozmowie Profesor W. Odpowiedziałam, mniej lub bardziej zgodnie z prawdą, że nic. Profesor W zaproponował, żebym w takim razie przyjechała do niego. Posprawdzałam sobie wszystkie połączenia autobusowe i zaczęłam opracowywać trasę. U Profesora W byłam raz, ze Sławkiem, robiłam wtedy za pilota, ale mieliśmy samochód, więc nie musiałam się martwić o najkrótszą drogę...
Ania zaczęła mi tłumaczyć, w którą stronę muszę skręcić, kiedy wysiądę na przystanku. Po półgodzinie tłumaczenia powiedziała, że mam zapomnieć o jej wskazówkach i podała drogę łatwiejszą.
- Wysiadasz z autobusu i musisz przejść przez tory tramwajowe - produkuje się Ania.
- Gdzie mam te tory? - informuję się mało inteligentnie, bo co jak co, ale tory trudno przeoczyć. - Po lewej czy po prawej?
- POD NOGAMI MASZ! - zirytowała się Ania. - Jak tylko wysiądziesz z autobusu!
Wytłumaczyła mi w końcu gdzie mam przejść.
- Najśmieszniej będzie, jak sobie nie wysiądę na dobrym przystanku - mruknęłam. Ania dostała ataku śmiechu.
- Wiesz, ja i tak przypuszczam, że jutro zadzwonisz do mnie z pytaniem, gdzie jesteś. Będę wtedy twoim GPS-em - obiecała.
Pojechałam, przesiadłam się na dworcu w Sosnowcu, wysiadłam na odpowiednim przystanku i dotarłam do domu Profesora W bez przygód, konieczności pytania o drogę i dzwonienia do Ani. Powitałam Profesora W triumfującym:
- Ha! Nie zgubiłam się jednak!
A po chwili zastanowienia dodałam, że i tak pewnie zapomnę, którędy mam wrócić.
Zrobiliśmy sobie z Profesorem W lipcową majówkę. Już nawet nie mówię, że właziłam po drabinie na czereśnię, zrywałam owoce wielkie jak pięciozłotówki i sobie jadłam (od razu wyjaśniam, drabina się pode mną NIE załamała, z niczego NIE spadłam). Już nie mówię, że zjedliśmy pół krzaczka malin (z malin nie spadłam tym bardziej).
W ogródku Profesora W jest wszystko. Zatrzęsienie owoców. I kwiatów. Można utonąć w zieleni. Odpocząć w Świątyni Dumania ;). Wyciszyć się. Pogadać o wszystkim. Uciec od codziennej bieganiny. Czas mi się tam zatrzymuje. Dużo się zmieniło od naszej z Slkiem ostatniej wizyty - a przecież gdyby nie ten rozrośnięty gąszcz w miejscu, w którym dawniej siedzieliśmy, powiedziałabym, że byliśmy tam nie dawniej niż wczoraj...
Widziałam mrówkę wspinającą się na drzewo, motyla na wysokości nosa (mojego), ślimaka, który nigdzie się nie spieszył (jak ja) i pszczołę, która się wytarzała w pyłku kwiatka. Pszczoły pojawiające się na moim balkonie mają przeważnie umorusane pyłkiem pyszczki (no pyszczki, bo nie wiem, jak się nazywa twarz pszczoły). Te u Profesora W wyglądają tak, jakby się w tych pyłkach kąpały. Brudne jednolicie na całym futerku.
U Profesora W człowiek szybko zaczyna się czuć jak u siebie. Ale i tak nie da się tej niepowtarzalnej atmosfery i całego piękna oddać w pospolitej Mrówkowej notce. Kto był, ten wie, kto nie był, niech żałuje ;).
Odprowadził mnie potem Profesor W na przystanek, a właściwie zrobiliśmy sobie jeszcze mały spacer (ja - na przystanek, Profesor W do sklepu).
Wsiadłam w sosnowiecki autobus, żeby dojechać na dworzec.
W autobusie reklama "z nami dojedziesz punktualnie". Tja... autobus spóźnił się osiem minut, wobec czego uciekł mi bezpośredni do Jaworzna. Też nie pomyślałam, bo gdybym wysiadła przystanek przed dworcem i pobiegła pod bibliotekę, mogłabym na niego jeszcze zdążyć. Uznajmy, że mi się nie chciało. Następny do Jaworzna miałam za godzinę.
Sprawdziłam połączenia do Katowic, Mysłowic i na Niwkę.
Kupiłam sobie na dworcu bilet. Pan w kiosku dostał ataku śmiechu, bo rano też kupowałam sobie u niego bilet. Być może pomyślał, że jeżdżę w kółko, zataczając przy tym coraz szersze kręgi. Ale w końcu "każdy ma prawo do rozrywek na urlopie" (Slk - źródło cytatu rozpoznasz na pewno).
Wymyśliłam sobie, że dojadę do przystanku Niwka Kościół i tam złapię jaworznicki autobus jakikolwiek.
Jadę sobie autobusem linii, którą pierwszy raz w życiu na oczy widzę i pogwizduję. Z nadzieją, że nie ma wielu przystanków zatytułowanych "Niwka Kościół" i z nadzieją drugą - że poznam, gdzie mam wysiąść.
Jadę sobie dzielnie.
Jadę.
Wyglądam przez okno.
Za oknem jakaś hala produkcyjna, a na hali napis "Bydgoszcz".
Taaaak...
Dojechałam na Niwkę, przesiadłam się w autobus do domu i trafiłam bez problemów.
I z miłymi wspomnieniami.
Ania zaczęła mi tłumaczyć, w którą stronę muszę skręcić, kiedy wysiądę na przystanku. Po półgodzinie tłumaczenia powiedziała, że mam zapomnieć o jej wskazówkach i podała drogę łatwiejszą.
- Wysiadasz z autobusu i musisz przejść przez tory tramwajowe - produkuje się Ania.
- Gdzie mam te tory? - informuję się mało inteligentnie, bo co jak co, ale tory trudno przeoczyć. - Po lewej czy po prawej?
- POD NOGAMI MASZ! - zirytowała się Ania. - Jak tylko wysiądziesz z autobusu!
Wytłumaczyła mi w końcu gdzie mam przejść.
- Najśmieszniej będzie, jak sobie nie wysiądę na dobrym przystanku - mruknęłam. Ania dostała ataku śmiechu.
- Wiesz, ja i tak przypuszczam, że jutro zadzwonisz do mnie z pytaniem, gdzie jesteś. Będę wtedy twoim GPS-em - obiecała.
Pojechałam, przesiadłam się na dworcu w Sosnowcu, wysiadłam na odpowiednim przystanku i dotarłam do domu Profesora W bez przygód, konieczności pytania o drogę i dzwonienia do Ani. Powitałam Profesora W triumfującym:
- Ha! Nie zgubiłam się jednak!
A po chwili zastanowienia dodałam, że i tak pewnie zapomnę, którędy mam wrócić.
Zrobiliśmy sobie z Profesorem W lipcową majówkę. Już nawet nie mówię, że właziłam po drabinie na czereśnię, zrywałam owoce wielkie jak pięciozłotówki i sobie jadłam (od razu wyjaśniam, drabina się pode mną NIE załamała, z niczego NIE spadłam). Już nie mówię, że zjedliśmy pół krzaczka malin (z malin nie spadłam tym bardziej).
W ogródku Profesora W jest wszystko. Zatrzęsienie owoców. I kwiatów. Można utonąć w zieleni. Odpocząć w Świątyni Dumania ;). Wyciszyć się. Pogadać o wszystkim. Uciec od codziennej bieganiny. Czas mi się tam zatrzymuje. Dużo się zmieniło od naszej z Slkiem ostatniej wizyty - a przecież gdyby nie ten rozrośnięty gąszcz w miejscu, w którym dawniej siedzieliśmy, powiedziałabym, że byliśmy tam nie dawniej niż wczoraj...
Widziałam mrówkę wspinającą się na drzewo, motyla na wysokości nosa (mojego), ślimaka, który nigdzie się nie spieszył (jak ja) i pszczołę, która się wytarzała w pyłku kwiatka. Pszczoły pojawiające się na moim balkonie mają przeważnie umorusane pyłkiem pyszczki (no pyszczki, bo nie wiem, jak się nazywa twarz pszczoły). Te u Profesora W wyglądają tak, jakby się w tych pyłkach kąpały. Brudne jednolicie na całym futerku.
U Profesora W człowiek szybko zaczyna się czuć jak u siebie. Ale i tak nie da się tej niepowtarzalnej atmosfery i całego piękna oddać w pospolitej Mrówkowej notce. Kto był, ten wie, kto nie był, niech żałuje ;).
Odprowadził mnie potem Profesor W na przystanek, a właściwie zrobiliśmy sobie jeszcze mały spacer (ja - na przystanek, Profesor W do sklepu).
Wsiadłam w sosnowiecki autobus, żeby dojechać na dworzec.
W autobusie reklama "z nami dojedziesz punktualnie". Tja... autobus spóźnił się osiem minut, wobec czego uciekł mi bezpośredni do Jaworzna. Też nie pomyślałam, bo gdybym wysiadła przystanek przed dworcem i pobiegła pod bibliotekę, mogłabym na niego jeszcze zdążyć. Uznajmy, że mi się nie chciało. Następny do Jaworzna miałam za godzinę.
Sprawdziłam połączenia do Katowic, Mysłowic i na Niwkę.
Kupiłam sobie na dworcu bilet. Pan w kiosku dostał ataku śmiechu, bo rano też kupowałam sobie u niego bilet. Być może pomyślał, że jeżdżę w kółko, zataczając przy tym coraz szersze kręgi. Ale w końcu "każdy ma prawo do rozrywek na urlopie" (Slk - źródło cytatu rozpoznasz na pewno).
Wymyśliłam sobie, że dojadę do przystanku Niwka Kościół i tam złapię jaworznicki autobus jakikolwiek.
Jadę sobie autobusem linii, którą pierwszy raz w życiu na oczy widzę i pogwizduję. Z nadzieją, że nie ma wielu przystanków zatytułowanych "Niwka Kościół" i z nadzieją drugą - że poznam, gdzie mam wysiąść.
Jadę sobie dzielnie.
Jadę.
Wyglądam przez okno.
Za oknem jakaś hala produkcyjna, a na hali napis "Bydgoszcz".
Taaaak...
Dojechałam na Niwkę, przesiadłam się w autobus do domu i trafiłam bez problemów.
I z miłymi wspomnieniami.
czwartek, 5 lipca 2007
311. wyjechali na wakacje...
No, ja nie wiem, co się tu będzie działo przez wakacje. Bossowi obiecałam święty spokój na trzy miesiące, licząc od wczoraj, Marek Lenc wyjechał za granicę i go do września nie będzie w świecie netowym (a przez telefon będzie nam trudno sobie dogryzać), z Kaśką widuję się tylko przy wielkich okazjach, z Olkiem wspólnych zajęć chwilowo brakuje, a na gg jakoś nam wygłupy nie wychodzą, ostatnie czwartki się skończyły, Arturek wsiąkł nie wiadomo gdzie, Sal wsiąkł wiadomo gdzie, a kontaktu z nim na razie jakoś nie mam, Tyran zajęty konferencją tańca, Fimbul siedzi we Wrocławiu i mam nadzieję, że wróci jutro (a z Wrocławia kazał mi Bossa pozdrowić), z Anią (Szczepanik) jeszcze chyba wspólnych wakacji nie miałyśmy, to znaczy - poznałyśmy się w październiku zeszłego roku, Piotrek się zdematerializował, z Lady Q nie gadamy poza komentarzami w blogach, z Zadrą ewentualnie jeszcze na gg, Biały przestał podsyłać mi mrówkowe pastisze... nic, tylko rzucić się w wir pracy ;)
Zanim Marek Lenc wyjechał, stoczyliśmy jeszcze ostatnią słowną bitwę na gg. Mam pozwolenie wykorzystania tego na blogu, więc sobie wykorzystam...
- Będę się zbierał, więc jeśli chcesz mnie jakoś specjalnie pożegnać, to teraz jest ten moment - oznajmił mi ML. Rzecz jasna, udałam wielkie przejęcie i zaangażowanie emocjonalne:
- *rzuca się na szyję* (Markowi oczywiście)... - odpisałam.
- *rzuca się przez okno* byłoby lepsze! - rozmarzył się ML. - Też za sobą już tęsknię. No, dalej: - ponaglił mnie - *wyrywa se paznokcie* czy coś...
- Hmmm - odrzekła inteligentnie Mrówka. - Tego... *zastanawia się*
*aktorsko wyciera nos... i oczy... i ekran monitora...*
- I klawiaturę... - zniecierpliwił się ML.
- No! - przyświadczyła Mrówka radośnie. - I szafki! I robi generalne porządki!
- Marszczy nos... - kombinuje chwilę później Mrówka, chcąc okazać dostateczną ilość żalu z powodu wakacyjnego wyjazdu Marka.
- Świnia? - pyta ni z tego ni z owego ML.
- Jaka świnia?
- Marszczy nos... myślałem, że to kalambur!
- Mrówka marszczy nos! - zirytowała się Mrówka.
- To one mają nosy? - ML udawał szczerze zdziwionego. - Aha, żeby je wtykać tam gdzie nie trzeba!
- A świnie mają nosy?
- Ok. Świnie i mrówki mają ryje - ML zdecydował się pójść na ugodę.
- A saaaam maaaaasz! - odwrzasnęła mu natychmiast zdenerwowana Mrówka.
- Ja mam usteczka.
- Gdzie? - nie wytrzymała Mrówka.
- W dupie - wyrwało się Markowi błyskawicznie, po czym zaraz dodał - A gdzie się ma?
- Ja wiem gdzie SIĘ ma! Ale TY musisz być oczywiście oryginalniejszy?
- I w ten sposób masz notek na cały tydzień - spointował dzielnie Marek. Wreszcie mogłam zdobyć się na szczere wyznanie:
- Będzie mi cię brakowało - napisałam z uczuciem. - Jak mi się tematy na bloga skończą.
- Wtedy znowu mnie brutalnie zaatakuj i pooczerniaj - poradził.
Taaaa... ale jak, skoro go nie ma do września?
Zanim Marek Lenc wyjechał, stoczyliśmy jeszcze ostatnią słowną bitwę na gg. Mam pozwolenie wykorzystania tego na blogu, więc sobie wykorzystam...
- Będę się zbierał, więc jeśli chcesz mnie jakoś specjalnie pożegnać, to teraz jest ten moment - oznajmił mi ML. Rzecz jasna, udałam wielkie przejęcie i zaangażowanie emocjonalne:
- *rzuca się na szyję* (Markowi oczywiście)... - odpisałam.
- *rzuca się przez okno* byłoby lepsze! - rozmarzył się ML. - Też za sobą już tęsknię. No, dalej: - ponaglił mnie - *wyrywa se paznokcie* czy coś...
- Hmmm - odrzekła inteligentnie Mrówka. - Tego... *zastanawia się*
*aktorsko wyciera nos... i oczy... i ekran monitora...*
- I klawiaturę... - zniecierpliwił się ML.
- No! - przyświadczyła Mrówka radośnie. - I szafki! I robi generalne porządki!
- Marszczy nos... - kombinuje chwilę później Mrówka, chcąc okazać dostateczną ilość żalu z powodu wakacyjnego wyjazdu Marka.
- Świnia? - pyta ni z tego ni z owego ML.
- Jaka świnia?
- Marszczy nos... myślałem, że to kalambur!
- Mrówka marszczy nos! - zirytowała się Mrówka.
- To one mają nosy? - ML udawał szczerze zdziwionego. - Aha, żeby je wtykać tam gdzie nie trzeba!
- A świnie mają nosy?
- Ok. Świnie i mrówki mają ryje - ML zdecydował się pójść na ugodę.
- A saaaam maaaaasz! - odwrzasnęła mu natychmiast zdenerwowana Mrówka.
- Ja mam usteczka.
- Gdzie? - nie wytrzymała Mrówka.
- W dupie - wyrwało się Markowi błyskawicznie, po czym zaraz dodał - A gdzie się ma?
- Ja wiem gdzie SIĘ ma! Ale TY musisz być oczywiście oryginalniejszy?
- I w ten sposób masz notek na cały tydzień - spointował dzielnie Marek. Wreszcie mogłam zdobyć się na szczere wyznanie:
- Będzie mi cię brakowało - napisałam z uczuciem. - Jak mi się tematy na bloga skończą.
- Wtedy znowu mnie brutalnie zaatakuj i pooczerniaj - poradził.
Taaaa... ale jak, skoro go nie ma do września?
środa, 4 lipca 2007
310. z placu boju
Jeszcze w czasach przedlicealnych stwierdziłam, że nie mam zamiaru cierpieć w przyszłości na wrzody z powodu nadmiernego stresu. Wymyśliłam więc sobie, że nie mogę pozwolić na to, żeby ze zdenerwowania bolał mnie brzuch.
Metody opanowywania stresu miałam różne, łącznie z wybuchami śmiechu rano i śpiewaniem do lustra. Pomogło. Dzisiaj, w chwilach wielkiego zdenerwowania, bolą mnie łokcie. ŁOKCIE. Nie brzuch. Nie wiem, dlaczego łokcie, ale już niech będzie.
Z obolałymi łokciami pojechałam sobie na uczelnię.
I uśmiałam się za wszystkie czasy.
Już nie mówię o tym, że na samym początku dostałam od mojego wykładowcy-satyryka epitafium. Nie wiem, czy mogę je tu opublikować, więc na wszelki wypadek się powstrzymam, możecie mi uwierzyć na słowo - padłam po nim ze śmiechu ;).
Przyszedł mój dawny profesor z TL. I do jednej z koleżanek powiedział:
- Muszę się przyjrzeć, jak pani wygląda jako magister!
W pewnym momencie mój wykładowca-satyryk wyszedł z sali, żeby poprosić na rozmowę kolejną osobę.
- Pani Izabela... (wymienił nazwisko)
- Uff, bo już się przestraszyłam, że ja! - odetchnęłam z ulgą.
- E tam, panią zawołam tak: "Mrówka!" - oznajmił mi mój w-s i wrócił spokojnie do sali, podczas gdy ja się zwijałam ze śmiechu na korytarzu.
(Obietnicy dotrzymali :D.)
Siedziałyśmy z Kaśką na korytarzu. Ponieważ Kaśka wchodziła przede mną, poradziłam jej:
- Weź ich [komisję - przyp.red.] na litość!
- Ja nie chcę na litość, ja chcę na geniusz! - zbuntowała się Kaśka.
- No dobra, wejdę tam z tobą - obiecałam jej.
Za co zresztą chwilę później oberwałam ;).
Ale i tak nic nie przebije jednej z dziewczyn, która podeszła (po godzinie 17, to wiele tłumaczy ;))) do swojej koleżanki i zapytała:
- Pamiętasz, co ja RAZ na pierwszym roku piłam?
Metody opanowywania stresu miałam różne, łącznie z wybuchami śmiechu rano i śpiewaniem do lustra. Pomogło. Dzisiaj, w chwilach wielkiego zdenerwowania, bolą mnie łokcie. ŁOKCIE. Nie brzuch. Nie wiem, dlaczego łokcie, ale już niech będzie.
Z obolałymi łokciami pojechałam sobie na uczelnię.
I uśmiałam się za wszystkie czasy.
Już nie mówię o tym, że na samym początku dostałam od mojego wykładowcy-satyryka epitafium. Nie wiem, czy mogę je tu opublikować, więc na wszelki wypadek się powstrzymam, możecie mi uwierzyć na słowo - padłam po nim ze śmiechu ;).
Przyszedł mój dawny profesor z TL. I do jednej z koleżanek powiedział:
- Muszę się przyjrzeć, jak pani wygląda jako magister!
W pewnym momencie mój wykładowca-satyryk wyszedł z sali, żeby poprosić na rozmowę kolejną osobę.
- Pani Izabela... (wymienił nazwisko)
- Uff, bo już się przestraszyłam, że ja! - odetchnęłam z ulgą.
- E tam, panią zawołam tak: "Mrówka!" - oznajmił mi mój w-s i wrócił spokojnie do sali, podczas gdy ja się zwijałam ze śmiechu na korytarzu.
(Obietnicy dotrzymali :D.)
Siedziałyśmy z Kaśką na korytarzu. Ponieważ Kaśka wchodziła przede mną, poradziłam jej:
- Weź ich [komisję - przyp.red.] na litość!
- Ja nie chcę na litość, ja chcę na geniusz! - zbuntowała się Kaśka.
- No dobra, wejdę tam z tobą - obiecałam jej.
Za co zresztą chwilę później oberwałam ;).
Ale i tak nic nie przebije jednej z dziewczyn, która podeszła (po godzinie 17, to wiele tłumaczy ;))) do swojej koleżanki i zapytała:
- Pamiętasz, co ja RAZ na pierwszym roku piłam?
poniedziałek, 2 lipca 2007
308. w Parku Wiewiórek
Uznaliśmy z Fimbulem, że coś tu nie gra. Znamy się prawie trzy lata (zdania na ten temat są podzielone, ja twierdzę, że 3,5 roku, Fimbul, że 2,5, krakowskim targiem wypada, że 3), znamy się więc tak długo i przyjaźnimy się niemal od samego początku, a jeszcze nigdy nie byliśmy razem w Parku Wiewiórek. Czyli w katowickim Parku Kościuszki.
Postanowiliśmy to zmienić.
Wybraliśmy się tam dzisiaj. Z aparatem fotograficznym.
Po wejściu do parku i przejściu kilku alejek, rzuciła się w naszą stronę wiewiórka. Zobaczyła, że nie mamy dla niej żadnego smakołyku i uciekła rozczarowana. Następna zbiegła do nas z drzewa. Podeszła bliżej i zaraz zwiała.
Pierwszej zrobiłam zdjęcie. Kiedy zobaczyliśmy drugą, zaczęłam bardzo wolno i ostrożnie wyjmować z kieszeni aparat, włączać go, czekać, aż się uruchomi...
- Mrówko, ty masz różne talenty - powiedział Fimbul. - Ale na karierę fotoreportera to raczej nie masz co liczyć.
A potem trafiliśmy na polankę, na której pani z dzieckiem próbowała karmić wiewiórki orzechami włoskimi.
Co się tam wyprawiało!
Wiewiórka podchodziła po orzech, po czym dziecko (bachor okropny i wrzaskliwy) rzucało się na nią z piskiem. Wiewiórka dostawała ataku nerwowego i uciekała, a zaraz potem wracała, bo jednak wizja otrzymania CAŁEGO orzecha włoskiego na własność była bardzo kusząca.
Wracała więc biedna wiewiórka z zawałem, brała orzech i oddalała się na odległość bezpieczną (tam, gdzie nie dosięgały jej decybele ani wydające je dziecko... momentami jej zazdrościłam).
Wracała wiewiórka, bo głód brał górę nad emocjami, brała kolejne orzeszki, pozwalała się fotografować i zwiewała znowu. Panie karmiły. Dziecko się darło. Z Fimbulem porozumiewaliśmy się za pomocą spojrzeń, inaczej się zresztą nie dało.
W sumie były tam trzy wiewiórki, z czego dwie raz się pobiły. Bo jedna nie chciała drugiej poczęstować orzechem. Jak w życiu.
Obok wiewiórek chodziły sobie gołębie. Ale JAK chodziły... wszystkie z minami pełnymi wyższości, jakby chciały oznajmić, że mają swoją godność i nie będą się prosić o orzechy.
Narobiliśmy tam trochę fajnych zdjęć (na jednym mam Fimbula, orzeszek i wiewiórkę, w takiej właśnie kolejności. Fimbul i wiewiórka znajdują się po dwóch stronach orzeszka, w równej odległości, wyglądają, jakby się ścigali, kto pierwszy weźmie smakołyk).
Nie rozumiem, dlaczego obsługa parku musi się po nim poruszać w pojazdach robiących AŻ TYLE hałasu. Ale musi. I płoszy przy tym wiewiórki. Po pewnym czasie odkryliśmy zresztą jedną prawidłowość: jeśli widzimy wiewiórkę, to murowane, że zaraz pojawi się człowiek na warkotliwym pojeździe, który z łatwością można wyminąć na piechotę, i tę widzianą wiewiórkę spłoszy. Uciekaliśmy więc przed wrzeszczącymi dziećmi i przed małymi samochodzikami. Wiewiórki też, należałoby więc przypuszczać, że razem znajdziemy się w jakiejś głuszy, wolni od hałasu (i od jedzenia). Ale one chyba były bardziej odporne niż my.
Za każdym razem, kiedy jestem w Parku Wiewiórek (notabene ta nazwa funkcjonuje tylko wśród moich znajomych, nie jest oficjalnie przyjętą nazwą), mam wrażenie, że ten park nie ma granic. Nigdzie się nie kończy. Zawsze chodzę innymi ścieżkami i nigdy dwa razy w to samo miejsce nie trafiłam, zupełnie jak piorun, chociaż mniej błyskotliwa jestem.
Kiedy więc przechodziliśmy z Fimbulem obok jednej alejki, wyglądającej kusząco, bo a) wąskiej, więc nie wjechałby tam żaden hałaśliwy pojazd, b) pustej, więc bez drących się dzieci, c) być może pełnej wiewiórek, co jest wynikiem sumy punktów a) i b), zapytałam od niechcenia:
- Fimbul, co tam jest?
Fimbul zerknął we wskazywanym przeze mnie kierunku.
- Koza - odrzekł spokojnie i z pewnością siebie.
Przyznam, takiej odpowiedzi się nie spodziewałam. Zaskoczona zapytałam, dlaczego koza i odruchowo skręciłam na ścieżkę, przyspieszając nawet kroku.
- No bo masz tu pochyłe drzewo - pokazał mi Fimbul. - A na pochyłe drzewo...
Przyznaję, nie wpadłabym na to.
Postanowiliśmy to zmienić.
Wybraliśmy się tam dzisiaj. Z aparatem fotograficznym.
Po wejściu do parku i przejściu kilku alejek, rzuciła się w naszą stronę wiewiórka. Zobaczyła, że nie mamy dla niej żadnego smakołyku i uciekła rozczarowana. Następna zbiegła do nas z drzewa. Podeszła bliżej i zaraz zwiała.
Pierwszej zrobiłam zdjęcie. Kiedy zobaczyliśmy drugą, zaczęłam bardzo wolno i ostrożnie wyjmować z kieszeni aparat, włączać go, czekać, aż się uruchomi...
- Mrówko, ty masz różne talenty - powiedział Fimbul. - Ale na karierę fotoreportera to raczej nie masz co liczyć.
A potem trafiliśmy na polankę, na której pani z dzieckiem próbowała karmić wiewiórki orzechami włoskimi.
Co się tam wyprawiało!
Wiewiórka podchodziła po orzech, po czym dziecko (bachor okropny i wrzaskliwy) rzucało się na nią z piskiem. Wiewiórka dostawała ataku nerwowego i uciekała, a zaraz potem wracała, bo jednak wizja otrzymania CAŁEGO orzecha włoskiego na własność była bardzo kusząca.
Wracała więc biedna wiewiórka z zawałem, brała orzech i oddalała się na odległość bezpieczną (tam, gdzie nie dosięgały jej decybele ani wydające je dziecko... momentami jej zazdrościłam).
Wracała wiewiórka, bo głód brał górę nad emocjami, brała kolejne orzeszki, pozwalała się fotografować i zwiewała znowu. Panie karmiły. Dziecko się darło. Z Fimbulem porozumiewaliśmy się za pomocą spojrzeń, inaczej się zresztą nie dało.
W sumie były tam trzy wiewiórki, z czego dwie raz się pobiły. Bo jedna nie chciała drugiej poczęstować orzechem. Jak w życiu.
Obok wiewiórek chodziły sobie gołębie. Ale JAK chodziły... wszystkie z minami pełnymi wyższości, jakby chciały oznajmić, że mają swoją godność i nie będą się prosić o orzechy.
Narobiliśmy tam trochę fajnych zdjęć (na jednym mam Fimbula, orzeszek i wiewiórkę, w takiej właśnie kolejności. Fimbul i wiewiórka znajdują się po dwóch stronach orzeszka, w równej odległości, wyglądają, jakby się ścigali, kto pierwszy weźmie smakołyk).
Nie rozumiem, dlaczego obsługa parku musi się po nim poruszać w pojazdach robiących AŻ TYLE hałasu. Ale musi. I płoszy przy tym wiewiórki. Po pewnym czasie odkryliśmy zresztą jedną prawidłowość: jeśli widzimy wiewiórkę, to murowane, że zaraz pojawi się człowiek na warkotliwym pojeździe, który z łatwością można wyminąć na piechotę, i tę widzianą wiewiórkę spłoszy. Uciekaliśmy więc przed wrzeszczącymi dziećmi i przed małymi samochodzikami. Wiewiórki też, należałoby więc przypuszczać, że razem znajdziemy się w jakiejś głuszy, wolni od hałasu (i od jedzenia). Ale one chyba były bardziej odporne niż my.
Za każdym razem, kiedy jestem w Parku Wiewiórek (notabene ta nazwa funkcjonuje tylko wśród moich znajomych, nie jest oficjalnie przyjętą nazwą), mam wrażenie, że ten park nie ma granic. Nigdzie się nie kończy. Zawsze chodzę innymi ścieżkami i nigdy dwa razy w to samo miejsce nie trafiłam, zupełnie jak piorun, chociaż mniej błyskotliwa jestem.
Kiedy więc przechodziliśmy z Fimbulem obok jednej alejki, wyglądającej kusząco, bo a) wąskiej, więc nie wjechałby tam żaden hałaśliwy pojazd, b) pustej, więc bez drących się dzieci, c) być może pełnej wiewiórek, co jest wynikiem sumy punktów a) i b), zapytałam od niechcenia:
- Fimbul, co tam jest?
Fimbul zerknął we wskazywanym przeze mnie kierunku.
- Koza - odrzekł spokojnie i z pewnością siebie.
Przyznam, takiej odpowiedzi się nie spodziewałam. Zaskoczona zapytałam, dlaczego koza i odruchowo skręciłam na ścieżkę, przyspieszając nawet kroku.
- No bo masz tu pochyłe drzewo - pokazał mi Fimbul. - A na pochyłe drzewo...
Przyznaję, nie wpadłabym na to.
czwartek, 28 czerwca 2007
306. pod Olka obronę
Kiedyś nie wytrzymam.
Przyjechałam dzisiaj do Katowic, spotkać się z Fimbulem i Olkiem.
Olek miał obronę pracy mgr. I w związku z redukowaniem przedobronnego stresu cały czas coś wymyślał.
A to doszukiwał się w serialach i kinowych przebojach aluzji do arcydzieł literatury (i ODWROTNIE, przy czym nie miała znaczenia kolejność powstawania utworów).
A to dopatrywał się w elementach ubioru obecnych osób motywów ludowych i posądzał wszystkich o przynależność do zespołu pieśni i tańca; sam zresztą postanowił się tam na lato zapisać po paru podskokach.
A to opowiadał po góralsku nieprzyzwoite dowcipy.
A to wymyślał konkurencje związane ze striptizem (z rzucaniem bielizną do celu, jak podpowiada mi na gg Fimbul).
A to pocieszał Fimbula, który jutro ma egzamin z historycznej (hasło "to bardzo przyjemny egzamin, przyjemny gdzieś tak za szóstym razem" Fimbul wrzucił sobie do opsu na gg).
Doprowadził nas do tego stanu, że kiedy złożył na pół kartkę papieru, śmialiśmy się przez dobre pięć minut. Olek skwitował to stwierdzeniem "złożyłem kartkę i już sensacja na dwa tygodnie", co oczywiście NIE przyczyniło się do uspokojenia nas.
Aż żal, że komisji nie było z nami ;).
Po swojej obronie Olek przyjrzał się bukietowi kwiatków, który miał wręczyć i najpierw powiedział:
- O, owadzik! A co ty tu robisz? - ale tajemniczy owadzik nie podjął dialogu, jakiś aspołeczny był.
Następnie Olek przyjrzał się bukietowi uważniej i zauważył:
- Te kwiatki rosną w betonie!
Kiedy przyszedł Recenzent, powiedziałam mu, żeby zadał Olkowi jakieś BARDZO trudne pytanie. Zgodził się od razu i pobiegł do sali.
- Jeśli rzeczywiście mi zada jakieś BARDZO trudne pytanie - mruknął Olek - to masz pięć sekund na ucieczkę!
Przyjechałam dzisiaj do Katowic, spotkać się z Fimbulem i Olkiem.
Olek miał obronę pracy mgr. I w związku z redukowaniem przedobronnego stresu cały czas coś wymyślał.
A to doszukiwał się w serialach i kinowych przebojach aluzji do arcydzieł literatury (i ODWROTNIE, przy czym nie miała znaczenia kolejność powstawania utworów).
A to dopatrywał się w elementach ubioru obecnych osób motywów ludowych i posądzał wszystkich o przynależność do zespołu pieśni i tańca; sam zresztą postanowił się tam na lato zapisać po paru podskokach.
A to opowiadał po góralsku nieprzyzwoite dowcipy.
A to wymyślał konkurencje związane ze striptizem (z rzucaniem bielizną do celu, jak podpowiada mi na gg Fimbul).
A to pocieszał Fimbula, który jutro ma egzamin z historycznej (hasło "to bardzo przyjemny egzamin, przyjemny gdzieś tak za szóstym razem" Fimbul wrzucił sobie do opsu na gg).
Doprowadził nas do tego stanu, że kiedy złożył na pół kartkę papieru, śmialiśmy się przez dobre pięć minut. Olek skwitował to stwierdzeniem "złożyłem kartkę i już sensacja na dwa tygodnie", co oczywiście NIE przyczyniło się do uspokojenia nas.
Aż żal, że komisji nie było z nami ;).
Po swojej obronie Olek przyjrzał się bukietowi kwiatków, który miał wręczyć i najpierw powiedział:
- O, owadzik! A co ty tu robisz? - ale tajemniczy owadzik nie podjął dialogu, jakiś aspołeczny był.
Następnie Olek przyjrzał się bukietowi uważniej i zauważył:
- Te kwiatki rosną w betonie!
Kiedy przyszedł Recenzent, powiedziałam mu, żeby zadał Olkowi jakieś BARDZO trudne pytanie. Zgodził się od razu i pobiegł do sali.
- Jeśli rzeczywiście mi zada jakieś BARDZO trudne pytanie - mruknął Olek - to masz pięć sekund na ucieczkę!
środa, 27 czerwca 2007
305. chatka z piernika
Siedzieliśmy sobie wczoraj z Fimbulem na wydziale i uczyliśmy się gramatyki historycznej.
Nagle podeszła do nas jakaś sympatyczna dziewczyna.
- Przepraszam was bardzo - powiedziała. - Nasza koleżanka brała ślub i zostało nam trochę ciasta. Chcieliśmy was poczęstować.
I wyciągnęła do nas jednorazowy talerzyk z ogromnymi kawałami ogromnego ciasta.
Życie nie przestanie mnie zaskakiwać ;)
Nagle podeszła do nas jakaś sympatyczna dziewczyna.
- Przepraszam was bardzo - powiedziała. - Nasza koleżanka brała ślub i zostało nam trochę ciasta. Chcieliśmy was poczęstować.
I wyciągnęła do nas jednorazowy talerzyk z ogromnymi kawałami ogromnego ciasta.
Życie nie przestanie mnie zaskakiwać ;)
wtorek, 26 czerwca 2007
304. historia poniekąd kryminalna
- Aaaaaaa! - mrożący krew w żyłach okrzyk zbudził mieszkańców pewnego bloku o godzinie 9:35. - Aaaaaaaa! - darła się Mrówka, przyciskając rękę do serca. - Aaaaaaaaaa! - zakomunikowała światu, a echo niosło jej przesłanie na sąsiednie osiedle. - Aaaaaaaa! - dodała, a blok zadrżał w posadach.
12 godzin później wciąż roztrzęsiona siedziała w komisariacie. Inspektor Fimbulwinter, wezwany do prowadzenia tej sprawy, westchnął i otworzył granatowy notes.
- Aaaaa! - powiedziała mu Mrówka. Inspektor Fimbulwinter pomyślał, że o wiele łatwiej byłoby mu pracować w dziale przestępstw gospodarczych. Podrapał się długopisem po policzku, a następnie zapytał:
- A więc znalazła pani zwłoki?
Mrówka pokiwała głową.
- Zechce je pani opisać?
- Nie - odparła zdecydowanie.
- Rozumiem, że był to dla pani przykry widok. Czy zwłoki były zmasakrowane?
- Nie.
"Trup jak żywy" - zanotował Inspektor Fimbulwinter.
- Gdzie znalazła pani denata? - drążył temat.
- W kącie pokoju - odezwała się słabo Mrówka. - Leżał na plecach, jakby sobie odpoczywał...
- I nie próbowała mu pani udzielić pierwszej pomocy? Wezwać pogotowia?
- Nie - otrząsnęła się z obrzydzeniem Mrówka. Inspektor Fimbulwinter przyjrzał się jej uważnie.
- Czy to znaczy - zaczął ostrożnie - że jego śmierć była pani na rękę?
Mrówka na przemian kiwała i kręciła głową.
- Nie... to znaczy tak... to znaczy... wolałabym, żeby zdechł sobie gdzie indziej! - wyrzuciła z siebie.
- Zdechł? Mam rozumieć, że nie darzyła go pani zbytnią sympatią?
- Nie darzyłam! - warknęła Mrówka.
- Dlaczego? - dociekał Inspektor Fimbulwinter.
- Przylatywał wieczorami... - odparła Mrówka z namysłem. - Zaglądał mi w okno... Czasami się do niego dobijał. A poza tym jest... to znaczy był... odrażający.
- Słyszała pani, kiedy wpadł do pokoju?
- Nie, wpadł bezszelestnie. Może chciał mnie okraść? A może... - Mrówka zniżyła głos - może chciał mnie zabić?
Inspektorowi Fimbulwinterowi wyrwało się coś w rodzaju "nie dziwiłbym mu się", ale zamaskował to zgrabnie pozorowanym atakiem kaszlu.
- Cóż... - powiedział. - niewątpliwie była to dla pani bardzo przykra sprawa. Ale ja nie mogę tu nic poradzić... - Inspektor Fimbulwinter podniósł się z krzesła i zamierzał wskazać Mrówce drogę do wyjścia. Mrówka jednak chwyciła go mocno za rękaw.
- Inspektorze... proszę o przydzielenie mi jakiejś ochrony! Na wypadek, gdyby pojawili się tu jego koledzy...
Inspektor Fimbulwinter znów westchnął, a potem wręczył Mrówce specjalnie przygotowane pułapki na chrabąszcze.
- To powinno wystarczyć - rzekł. - A na drugi raz proszę tak nie histeryzować. Jeden martwy chrabąszcz w pokoju to przecież nic strasznego.
Ale OBRZYDLIWY był.
12 godzin później wciąż roztrzęsiona siedziała w komisariacie. Inspektor Fimbulwinter, wezwany do prowadzenia tej sprawy, westchnął i otworzył granatowy notes.
- Aaaaa! - powiedziała mu Mrówka. Inspektor Fimbulwinter pomyślał, że o wiele łatwiej byłoby mu pracować w dziale przestępstw gospodarczych. Podrapał się długopisem po policzku, a następnie zapytał:
- A więc znalazła pani zwłoki?
Mrówka pokiwała głową.
- Zechce je pani opisać?
- Nie - odparła zdecydowanie.
- Rozumiem, że był to dla pani przykry widok. Czy zwłoki były zmasakrowane?
- Nie.
"Trup jak żywy" - zanotował Inspektor Fimbulwinter.
- Gdzie znalazła pani denata? - drążył temat.
- W kącie pokoju - odezwała się słabo Mrówka. - Leżał na plecach, jakby sobie odpoczywał...
- I nie próbowała mu pani udzielić pierwszej pomocy? Wezwać pogotowia?
- Nie - otrząsnęła się z obrzydzeniem Mrówka. Inspektor Fimbulwinter przyjrzał się jej uważnie.
- Czy to znaczy - zaczął ostrożnie - że jego śmierć była pani na rękę?
Mrówka na przemian kiwała i kręciła głową.
- Nie... to znaczy tak... to znaczy... wolałabym, żeby zdechł sobie gdzie indziej! - wyrzuciła z siebie.
- Zdechł? Mam rozumieć, że nie darzyła go pani zbytnią sympatią?
- Nie darzyłam! - warknęła Mrówka.
- Dlaczego? - dociekał Inspektor Fimbulwinter.
- Przylatywał wieczorami... - odparła Mrówka z namysłem. - Zaglądał mi w okno... Czasami się do niego dobijał. A poza tym jest... to znaczy był... odrażający.
- Słyszała pani, kiedy wpadł do pokoju?
- Nie, wpadł bezszelestnie. Może chciał mnie okraść? A może... - Mrówka zniżyła głos - może chciał mnie zabić?
Inspektorowi Fimbulwinterowi wyrwało się coś w rodzaju "nie dziwiłbym mu się", ale zamaskował to zgrabnie pozorowanym atakiem kaszlu.
- Cóż... - powiedział. - niewątpliwie była to dla pani bardzo przykra sprawa. Ale ja nie mogę tu nic poradzić... - Inspektor Fimbulwinter podniósł się z krzesła i zamierzał wskazać Mrówce drogę do wyjścia. Mrówka jednak chwyciła go mocno za rękaw.
- Inspektorze... proszę o przydzielenie mi jakiejś ochrony! Na wypadek, gdyby pojawili się tu jego koledzy...
Inspektor Fimbulwinter znów westchnął, a potem wręczył Mrówce specjalnie przygotowane pułapki na chrabąszcze.
- To powinno wystarczyć - rzekł. - A na drugi raz proszę tak nie histeryzować. Jeden martwy chrabąszcz w pokoju to przecież nic strasznego.
Ale OBRZYDLIWY był.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


