2007-10-04 22:29:01
"Palący się student powinien bezzwłocznie i bezwzględnie opanować chęć natychmiastowej ucieczki"
z wyciągu BHP na jakimś kierunku studiów.
Brat mi przed chwilą to powiedział (bo dowiedział się od koleżanki i tak mu się to spodobało, że sobie zapisał).
Ciekawe, czy palący się student pamięta o swoich powinnościach?
Ja bym uciekła. Bezzwłocznie i bezwzględnie.
czwartek, 4 października 2007
środa, 3 października 2007
371. interesy
2007-10-03 21:02:54
Na pierwszych zajęciach ze studentami Piotrek zapytał, jak wymawiają słowo "gęś".
Kiedy poinformował mnie o tym, oczywiście natychmiast zaczęłam przed komputerem sprawdzać, jak ja to wymawiam. Dobrze, że siedziałam we własnym pustym pokoju, przynajmniej nikt mnie nie posądził o pomieszanie zmysłów (no bo co byście powiedzieli o osobie, która siedzi i powiedzmy, że pracuje, a nagle zaczyna mówić do siebie "gęś" na różne sposoby?)
- I powiedzieli, że wymawiają to jako [gei`ś] - relacjonował mi Piotrek.
- Oszukują cię, mam wrażenie - odparłam. - Ja tak nie wymawiam. Ale wiesz, zawsze byłam wyjątkowa.
- A jak wymawiasz? - zainteresował się Piotrek.
Sprawdziłam raz jeszcze.
- Przez u`! Mogłabym przez i, ale to nienaturalnie wychodzi!
- A powiedz mi, czy to twoje u jest zaokrąglone czy płaskie?
Po raz kolejny zwymyślałam się na głos od gęsi.
- Płaskie - odpisałam.
- No widzisz i też się z tym zgadzam! - pocieszył mnie Piotrek. - Badania nad wymową kontekstu sęs wykazały właśnie taką wymowę.
- A mnie nikt nie badał - zmartwiła się Mrówka. - Znaczy, że standardowa jestem po prostu...
- Ja cię mogę kiedyś przebadać, gdybym się wziął za badania fonetyczne - zaofiarował się Piotrek.
- Możesz. Będzie bolało?
- A masz jakieś szczególne życzenia co do kawy? Tzn. badań? - zainteresował się Piotrek.
- Nie mam.
- To chyba nie - odpowiedział na moje pytanie (swoją drogą - dlaczego CHYBA?). - Podetknąłbym ci tylko ten... mikrofon z gąbką.
- Dlaczego z gąbką? Żeby nie bolało? - zapytałam naiwnie, testując wytrzymałość Piotrka.
A w ogóle wiszę mu już jedną herbatę, więc będzie wesoło ;). Jakbym wpadła na pomysł przeprowadzenia badań satyrycznych, to z kolei Piotrek byłby jednym z głównych obiektów, więc wszystko się ładnie łączy.
Przy okazji współpracy naukowej ze wszystkimi jak leci - rozmowa z Salem.
Podrzucił mi cytat o mrówkach.
- Dzięki! - odpisałam z uczuciem.
- 5 zeta - odparł Sal.
- A piszesz już pracę? To znaczy - czy piszesz ją teraz na kompie?
- Tak.
- Bo wykryłam w ramach własnych zajęć fajny sposób na przyspieszenie roboty! - powiedziałam mu. Podałam ten sposób, a Sal:
- Dobra, to daruję ci te 5 zeta!
tak się robi interesy ;)
Na pierwszych zajęciach ze studentami Piotrek zapytał, jak wymawiają słowo "gęś".
Kiedy poinformował mnie o tym, oczywiście natychmiast zaczęłam przed komputerem sprawdzać, jak ja to wymawiam. Dobrze, że siedziałam we własnym pustym pokoju, przynajmniej nikt mnie nie posądził o pomieszanie zmysłów (no bo co byście powiedzieli o osobie, która siedzi i powiedzmy, że pracuje, a nagle zaczyna mówić do siebie "gęś" na różne sposoby?)
- I powiedzieli, że wymawiają to jako [gei`ś] - relacjonował mi Piotrek.
- Oszukują cię, mam wrażenie - odparłam. - Ja tak nie wymawiam. Ale wiesz, zawsze byłam wyjątkowa.
- A jak wymawiasz? - zainteresował się Piotrek.
Sprawdziłam raz jeszcze.
- Przez u`! Mogłabym przez i, ale to nienaturalnie wychodzi!
- A powiedz mi, czy to twoje u jest zaokrąglone czy płaskie?
Po raz kolejny zwymyślałam się na głos od gęsi.
- Płaskie - odpisałam.
- No widzisz i też się z tym zgadzam! - pocieszył mnie Piotrek. - Badania nad wymową kontekstu sęs wykazały właśnie taką wymowę.
- A mnie nikt nie badał - zmartwiła się Mrówka. - Znaczy, że standardowa jestem po prostu...
- Ja cię mogę kiedyś przebadać, gdybym się wziął za badania fonetyczne - zaofiarował się Piotrek.
- Możesz. Będzie bolało?
- A masz jakieś szczególne życzenia co do kawy? Tzn. badań? - zainteresował się Piotrek.
- Nie mam.
- To chyba nie - odpowiedział na moje pytanie (swoją drogą - dlaczego CHYBA?). - Podetknąłbym ci tylko ten... mikrofon z gąbką.
- Dlaczego z gąbką? Żeby nie bolało? - zapytałam naiwnie, testując wytrzymałość Piotrka.
A w ogóle wiszę mu już jedną herbatę, więc będzie wesoło ;). Jakbym wpadła na pomysł przeprowadzenia badań satyrycznych, to z kolei Piotrek byłby jednym z głównych obiektów, więc wszystko się ładnie łączy.
Przy okazji współpracy naukowej ze wszystkimi jak leci - rozmowa z Salem.
Podrzucił mi cytat o mrówkach.
- Dzięki! - odpisałam z uczuciem.
- 5 zeta - odparł Sal.
- A piszesz już pracę? To znaczy - czy piszesz ją teraz na kompie?
- Tak.
- Bo wykryłam w ramach własnych zajęć fajny sposób na przyspieszenie roboty! - powiedziałam mu. Podałam ten sposób, a Sal:
- Dobra, to daruję ci te 5 zeta!
tak się robi interesy ;)
wtorek, 2 października 2007
370. drogi panie z telewizji
Olek przesiaduje teraz całymi dniami w telewizji i zgłębia tajniki. Niejedną historyjkę mógłby opowiedzieć (gdyby nie to, że to mój blog, ha! ;)). W każdym razie poprosiłam go, żeby - jeśli mnie gdzieś zobaczy - nie przeprowadzał ze mną wywiadu.
- Dzisiaj interweniowałem w B. w sprawie demontażu blaszanych garaży - poinformował mnie niedawno, dumny i zadowolony. Potem powiedział, że nie chce być dziennikarzem pracującym przy newsach (ja to wiem i bez praktyk w tv ;)). A dzisiaj zapytał:
- Słyszałaś ostatnio o czymś ciekawym?
- Takim, żeby się nadawało do telewizji? Bo jeśli nie, to ja jestem ciekawa.
Nie sądzę, żeby w czymś mu to pomogło.
W sumie to mu współczuję znajomości ze mną ;D.
O, przed chwilą powiedział, że do reportażu musi znaleźć jakiś absurd prawny, aferę albo wyjątkową osobę.
Oczywiście powiedziałam, że z wyjątkową osobą mogę mu pomóc.
ZIGNOROWAŁ TO.
- Dzisiaj interweniowałem w B. w sprawie demontażu blaszanych garaży - poinformował mnie niedawno, dumny i zadowolony. Potem powiedział, że nie chce być dziennikarzem pracującym przy newsach (ja to wiem i bez praktyk w tv ;)). A dzisiaj zapytał:
- Słyszałaś ostatnio o czymś ciekawym?
- Takim, żeby się nadawało do telewizji? Bo jeśli nie, to ja jestem ciekawa.
Nie sądzę, żeby w czymś mu to pomogło.
W sumie to mu współczuję znajomości ze mną ;D.
O, przed chwilą powiedział, że do reportażu musi znaleźć jakiś absurd prawny, aferę albo wyjątkową osobę.
Oczywiście powiedziałam, że z wyjątkową osobą mogę mu pomóc.
ZIGNOROWAŁ TO.
środa, 26 września 2007
368. notka (prze)łomowa
1) zagadka:
Wczoraj Mrówka nie miała internetu (stąd też brak notki przy obfitości materiałów na nią... na notkę, nie na Mrówkę). W związku z tym brakiem napisała do Slka smsa:
Fraszka przedstawiająca aktualny stan komputera Mrówki:
Net?
Niet!
Pytanie: jakie dzieło zainspirowało Mrówkę do stworzenia własnego?
2) notka:
Pierwszy dzień wakacji.
Znaczy, nie to, że oszalałam i uważam, że dzisiaj jest pierwszy dzień wakacji (ale byłoby miło, nie? ;)), tylko mam notkę z pierwszych dni wakacji, a do tej pory nie było kiedy jej zaprezentować na blogu.
Szła sobie Mrówka katowicką ulicą... no dobra, nie bądźmy drobiazgowi, szła sobie chodnikiem. Katowickim. Słuchała sobie muzyki [dygresja: kiedyś leciałam na autobus z słuchawkami od mp3 na uszach, pogłaskałam jakiegoś psa, bo mi akurat do ręki sięgał i sam się nawinął, a właściciel tego psa rozpromienił się i zapytał: co grają? Zdziwiłby się, gdybym mu powiedziała, że to składanka kabaretowych piosenek, od Komuno wróć w pierwotnym wykonaniu począwszy, po Hi Fi z No co ty robisz].
Szła więc sobie Mrówka katowickim szlakiem i słuchała muzyki (celowo to powtarzam, żebyście nie musieli wracać do odpowiedniego miejsca w tekście i sobie przypominać, o czym pisałam, nie przez sklerozę). Szła, słuchała i nawet wygrzewała się i opalała na słońcu. Szła sobie Mrówka wielofunkcyjna i dumna, że tyle czynności naraz potrafi wykonać..
I nagle przed nią pojawiły się cztery dziewczyny, idące wprawdzie w tym samym kierunku, ale jakieś cztery razy wolniej niż Mrówka. Cztery dziewczyny zajmowały cały chodnik. Calutki (wszerz, dodam, jakby ktoś miał zbyt bujną wyobraźnię).
Mrówka od razu odrzuciła metodę najprostszą, czyli huknięcie "przepraszam", odsunięcie sobie jednej z dziewczyn, uczynienie w ich murze przerwy o szerokości Mrówki i przedarcia się siłą. Bo akurat nie była w nastroju czołgowym, a kontemplacyjnym. Zwolniła i zastanowiła się, jak też poradzą sobie inni.
Gdyby ktokolwiek chciał się przebić przez te dziewczyny, musiałby albo
a) chwycić się wystających części kamienicy katowickiej i przejść po ścianie, co Mrówka odrzuciła z uwagi na stan elewacji - nie miała zamiaru zwalać sobie na głowę tony tynku, a że nie umie też chodzić po ścianach - z pomysłu zrezygnowała bez żalu,
b) zastosować manewr wykonany przez Hilary Swank w którejś tam części Karate Kid, czyli wykonać skok tygrysa na maskę jakiegoś samochodu ograniczającego chodnik od drugiej strony - co Mrówka odrzuciła z uwagi na brak wprawy i funduszy na pokrycie ewentualnych strat.
Mrówka zwolniła i wtedy wyprzedził ją pewien pan.
Pan w wieku "pod sześćdziesiątkę", elegancki. W garniturze i z teczką. Spieszył się i ani myślał zwalniać.
Ryknął "przepraszam", chwycił jedną z dziewczyn (które nawet go nie usłyszały) za ramię i odstawił na bok, drugą chwycił w pasie i też przesunął, po czym powiedział:
- Przepraszam, ale idą panie całą szerokością chodnika!
No spostrzegawczy... też to zauważył!
"Panie" się obraziły. Nie żeby za "panie", chociaż może też, tylko bezczelny przechodzień wdarł się im w sam środek piskliwie prowadzonej rozmowy. Śmiał im przerwać!
Obrzuciły go pogardliwymi spojrzeniami.
- A jak inaczej mamy iść? - zapytała gniewnie jedna z nich.
- Racja - powiedział pan, a mnie zatkało, bo tego się po nim nie spodziewałam. Ale pan dodał jeszcze ze współczuciem: - Jak się ma takie szerokie tyłki...
I przedarł się, korzystając z ich zaszokowania, przez uczyniony przez siebie wyłom, a za nim przeszłam przez ten sam wyłom i ja, i rozpłakałam się dopiero kilkadziesiąt kroków dalej.
Wczoraj Mrówka nie miała internetu (stąd też brak notki przy obfitości materiałów na nią... na notkę, nie na Mrówkę). W związku z tym brakiem napisała do Slka smsa:
Fraszka przedstawiająca aktualny stan komputera Mrówki:
Net?
Niet!
Pytanie: jakie dzieło zainspirowało Mrówkę do stworzenia własnego?
2) notka:
Pierwszy dzień wakacji.
Znaczy, nie to, że oszalałam i uważam, że dzisiaj jest pierwszy dzień wakacji (ale byłoby miło, nie? ;)), tylko mam notkę z pierwszych dni wakacji, a do tej pory nie było kiedy jej zaprezentować na blogu.
Szła sobie Mrówka katowicką ulicą... no dobra, nie bądźmy drobiazgowi, szła sobie chodnikiem. Katowickim. Słuchała sobie muzyki [dygresja: kiedyś leciałam na autobus z słuchawkami od mp3 na uszach, pogłaskałam jakiegoś psa, bo mi akurat do ręki sięgał i sam się nawinął, a właściciel tego psa rozpromienił się i zapytał: co grają? Zdziwiłby się, gdybym mu powiedziała, że to składanka kabaretowych piosenek, od Komuno wróć w pierwotnym wykonaniu począwszy, po Hi Fi z No co ty robisz].
Szła więc sobie Mrówka katowickim szlakiem i słuchała muzyki (celowo to powtarzam, żebyście nie musieli wracać do odpowiedniego miejsca w tekście i sobie przypominać, o czym pisałam, nie przez sklerozę). Szła, słuchała i nawet wygrzewała się i opalała na słońcu. Szła sobie Mrówka wielofunkcyjna i dumna, że tyle czynności naraz potrafi wykonać..
I nagle przed nią pojawiły się cztery dziewczyny, idące wprawdzie w tym samym kierunku, ale jakieś cztery razy wolniej niż Mrówka. Cztery dziewczyny zajmowały cały chodnik. Calutki (wszerz, dodam, jakby ktoś miał zbyt bujną wyobraźnię).
Mrówka od razu odrzuciła metodę najprostszą, czyli huknięcie "przepraszam", odsunięcie sobie jednej z dziewczyn, uczynienie w ich murze przerwy o szerokości Mrówki i przedarcia się siłą. Bo akurat nie była w nastroju czołgowym, a kontemplacyjnym. Zwolniła i zastanowiła się, jak też poradzą sobie inni.
Gdyby ktokolwiek chciał się przebić przez te dziewczyny, musiałby albo
a) chwycić się wystających części kamienicy katowickiej i przejść po ścianie, co Mrówka odrzuciła z uwagi na stan elewacji - nie miała zamiaru zwalać sobie na głowę tony tynku, a że nie umie też chodzić po ścianach - z pomysłu zrezygnowała bez żalu,
b) zastosować manewr wykonany przez Hilary Swank w którejś tam części Karate Kid, czyli wykonać skok tygrysa na maskę jakiegoś samochodu ograniczającego chodnik od drugiej strony - co Mrówka odrzuciła z uwagi na brak wprawy i funduszy na pokrycie ewentualnych strat.
Mrówka zwolniła i wtedy wyprzedził ją pewien pan.
Pan w wieku "pod sześćdziesiątkę", elegancki. W garniturze i z teczką. Spieszył się i ani myślał zwalniać.
Ryknął "przepraszam", chwycił jedną z dziewczyn (które nawet go nie usłyszały) za ramię i odstawił na bok, drugą chwycił w pasie i też przesunął, po czym powiedział:
- Przepraszam, ale idą panie całą szerokością chodnika!
No spostrzegawczy... też to zauważył!
"Panie" się obraziły. Nie żeby za "panie", chociaż może też, tylko bezczelny przechodzień wdarł się im w sam środek piskliwie prowadzonej rozmowy. Śmiał im przerwać!
Obrzuciły go pogardliwymi spojrzeniami.
- A jak inaczej mamy iść? - zapytała gniewnie jedna z nich.
- Racja - powiedział pan, a mnie zatkało, bo tego się po nim nie spodziewałam. Ale pan dodał jeszcze ze współczuciem: - Jak się ma takie szerokie tyłki...
I przedarł się, korzystając z ich zaszokowania, przez uczyniony przez siebie wyłom, a za nim przeszłam przez ten sam wyłom i ja, i rozpłakałam się dopiero kilkadziesiąt kroków dalej.
sobota, 22 września 2007
365. ze świnką Marzenki
Z Marzenką znamy się od podstawówki (chyba...), ale dopiero w LO trafiłyśmy do jednej klasy. Od dawna Marzenka proponowała, żebym wpadła do niej, pobawić się z jej nową świnką morską.
Ostatni raz zabawa ze świnką skończyła się ponad setką zdjęć, bo poszłam uwiecznić zwierzaka na fotkach. Teraz Marzenka ma nową świnkę...
Zadzwoniłam do niej (jakbym nie mogła wrzasnąć przez okno... Marzenka mieszka w bloku naprzeciwko, tylko na drugim piętrze. A ja na czwartym ;)). I umówiłyśmy się, że Marzenka napisze mi w mailu, kiedy mam do niej przyjść.
O 18 odebrałam maila "wpadnij do mnie o 17".
Tja...
Za chwilę Marzenka napisała znowu. Żebym przyszła. Ubrałam się, porwałam aparat i stwierdziłam, że idę zrobić ze dwa zdjęcia zwierzątku.
- Szybciej by było, jakby Marzenka otworzyła swoje okno, ty swoje, mogłabyś przeskoczyć - stwierdziła mama, przyglądając mi się krytycznie, bo zaplątałam się w sznurówkę.
- Cholera, wiążę buty, wejdę do Marzenki, będę je musiała zdjąć, zaraz wracam do domu, bo mecz jest, więc znowu będę musiała zawiązać... - mruczę pod nosem zdenerwowana.
W klatce Marzenki zaskoczył mnie domofon. Wyciągam telefon i dzwonię.
- Marzenka? Słuchaj, jaki ty masz właściwie numer mieszkania? Bo stoję pod drzwiami w twojej klatce i nie wiem, pod co zadzwonić.
Przyszłam do Marzenki i zaczęła się zabawa z jej świnką.
Kocham świnki morskie (miałam kiedyś podobną nawet). Zdjęć nam wyszło około 140 ;). W pewnym momencie świnka Marzenki... hmm... zapaskudziła parkiet. Marzenka wyszła po papierowy ręcznik.
Wróciła zapłakana.
Rzuciła się na łóżko i płakała.
Ciągle.
Bez przerwy.
Przeczekałam (świnka zresztą też).
Wreszcie Marzenka odzyskała głos.
- Poszłam po ręcznik - machnęła trzymanym w ręku kłębkiem jednorazowych ręczników. - I powiedziałam: "zsikała się". A moja mama na to zapytała, kto...
tak na wszelki wypadek dodam, że ja nie ;).
Ostatni raz zabawa ze świnką skończyła się ponad setką zdjęć, bo poszłam uwiecznić zwierzaka na fotkach. Teraz Marzenka ma nową świnkę...
Zadzwoniłam do niej (jakbym nie mogła wrzasnąć przez okno... Marzenka mieszka w bloku naprzeciwko, tylko na drugim piętrze. A ja na czwartym ;)). I umówiłyśmy się, że Marzenka napisze mi w mailu, kiedy mam do niej przyjść.
O 18 odebrałam maila "wpadnij do mnie o 17".
Tja...
Za chwilę Marzenka napisała znowu. Żebym przyszła. Ubrałam się, porwałam aparat i stwierdziłam, że idę zrobić ze dwa zdjęcia zwierzątku.
- Szybciej by było, jakby Marzenka otworzyła swoje okno, ty swoje, mogłabyś przeskoczyć - stwierdziła mama, przyglądając mi się krytycznie, bo zaplątałam się w sznurówkę.
- Cholera, wiążę buty, wejdę do Marzenki, będę je musiała zdjąć, zaraz wracam do domu, bo mecz jest, więc znowu będę musiała zawiązać... - mruczę pod nosem zdenerwowana.
W klatce Marzenki zaskoczył mnie domofon. Wyciągam telefon i dzwonię.
- Marzenka? Słuchaj, jaki ty masz właściwie numer mieszkania? Bo stoję pod drzwiami w twojej klatce i nie wiem, pod co zadzwonić.
Przyszłam do Marzenki i zaczęła się zabawa z jej świnką.
Kocham świnki morskie (miałam kiedyś podobną nawet). Zdjęć nam wyszło około 140 ;). W pewnym momencie świnka Marzenki... hmm... zapaskudziła parkiet. Marzenka wyszła po papierowy ręcznik.
Wróciła zapłakana.
Rzuciła się na łóżko i płakała.
Ciągle.
Bez przerwy.
Przeczekałam (świnka zresztą też).
Wreszcie Marzenka odzyskała głos.
- Poszłam po ręcznik - machnęła trzymanym w ręku kłębkiem jednorazowych ręczników. - I powiedziałam: "zsikała się". A moja mama na to zapytała, kto...
tak na wszelki wypadek dodam, że ja nie ;).
czwartek, 20 września 2007
365. ideały
Ta wczorajsza dyskusja z okropnym ML miała oczywiście dalszy ciąg, ale urwałam w korzystnym dla siebie momencie.
Kiedy Mrówka prychnęła, że puenty się Markowi rzadziej zdarzają (niż linijki), ML parsknął:
- To wszystko co wielkimi literami to PUENTA!
Mrówka w odpowiedzi poturlała się ze śmiechu emotką :rotfl:
- POTRAKTUJĘ TĘ EMOTĘ JAKO PRZEPROSINY, WIEM JAK ONE CI TRUDNO PRZYCHODZĄ - złościł się ML.
- No dobra - uległa Mrówka. - Przepraszam. Że mam lepsze puenty.
- KIEPSKI ŻART - odparł rozsierdzony ML. - Wpisz se go do Rewii. Będzie się świetnie komponował!
On zapomniał, KTO będzie ilustrował Rewię... A poza tym dalej się łudzi, że mu zapłacę ;D. Hihi ;D.
A tak przy okazji - powiedziałam coś Ani Szczepanek o Czterech Pancernych.
- Lubię ten serial - powiedziała Ania.
- Ja też!
- Ech... Janek Kos... się mi kiedyś podobał, jak byłam w podstawówce - rozmarzyła się Ania.
- Mnie też... - zawtórowała jej Mrówka.
- Mrówka, czy zauważyłaś, że po raz pierwszy nam się podoba ta sama osoba? - zdziwiła się Ania, bo zwykle ja krytykuję jej ideały (urody męskiej), a ona moje. I wykłócamy się do upadłego, bo mnie się jej wybrańcy (ze świata sportu na przykład) wydają zbyt młodzi, a jej moi - za starzy.
- Zauważyłam. A wiesz, jaki szok przeżyłam, jak któregoś dnia pokazali Pancernych po latach? - wywnętrzyła się Mrówka. - Ja się zachwycałam serialem, czytałam Przymanowskiego równolegle, a tu w jakimś programie wystąpili aktorzy z Pancernych po kilkudziesięciu latach... i tylko po głosach można ich było poznać!
- Mrówka... my też kiedyś takie będziemy - powiedziała mi Ania.
No nie ma jak pociecha na starość, naprawdę...
Kiedy Mrówka prychnęła, że puenty się Markowi rzadziej zdarzają (niż linijki), ML parsknął:
- To wszystko co wielkimi literami to PUENTA!
Mrówka w odpowiedzi poturlała się ze śmiechu emotką :rotfl:
- POTRAKTUJĘ TĘ EMOTĘ JAKO PRZEPROSINY, WIEM JAK ONE CI TRUDNO PRZYCHODZĄ - złościł się ML.
- No dobra - uległa Mrówka. - Przepraszam. Że mam lepsze puenty.
- KIEPSKI ŻART - odparł rozsierdzony ML. - Wpisz se go do Rewii. Będzie się świetnie komponował!
On zapomniał, KTO będzie ilustrował Rewię... A poza tym dalej się łudzi, że mu zapłacę ;D. Hihi ;D.
A tak przy okazji - powiedziałam coś Ani Szczepanek o Czterech Pancernych.
- Lubię ten serial - powiedziała Ania.
- Ja też!
- Ech... Janek Kos... się mi kiedyś podobał, jak byłam w podstawówce - rozmarzyła się Ania.
- Mnie też... - zawtórowała jej Mrówka.
- Mrówka, czy zauważyłaś, że po raz pierwszy nam się podoba ta sama osoba? - zdziwiła się Ania, bo zwykle ja krytykuję jej ideały (urody męskiej), a ona moje. I wykłócamy się do upadłego, bo mnie się jej wybrańcy (ze świata sportu na przykład) wydają zbyt młodzi, a jej moi - za starzy.
- Zauważyłam. A wiesz, jaki szok przeżyłam, jak któregoś dnia pokazali Pancernych po latach? - wywnętrzyła się Mrówka. - Ja się zachwycałam serialem, czytałam Przymanowskiego równolegle, a tu w jakimś programie wystąpili aktorzy z Pancernych po kilkudziesięciu latach... i tylko po głosach można ich było poznać!
- Mrówka... my też kiedyś takie będziemy - powiedziała mi Ania.
No nie ma jak pociecha na starość, naprawdę...
środa, 19 września 2007
364. koszt sławy
- Nie będzie ci brakować moich komentarzy? - zapytałam Marka Lenca, który założył sobie nowego bloga gdzieś, gdzie nie mam konta. - Subtelnych i tego... ładnych?
- Hmm, gdzie napisałaś mi ten komentarz, o którym mówisz? - zainteresował się gwałtownie ML. - Bo pięknych, subtelnych i tego... ładnych... w twoim wykonaniu nie widziałem...
- No bo to jest taki idealny komentarz, który chciałabym kiedyś zamieścić!
Zawsze, kiedy ML mnie irytuje, odpowiadam mu pełnym pogardy "pfffff". Ostatnio nie trafiłam w odpowiednie klawisze.
- Pdffff - napisała Mrówka.
- Pdffff? Seplenisz? - przyczepił się od razu ML. - Czy coś ci spadło na klawiaturę? Coś ciężkiego... głowa? Nie... głowa pusta... nie byłaby chyba tak ciężka... - zastanowił się. A zaraz potem dodał - Matko, czy ja ci znowu notki nie podrzucam?
- Pewnie znowu wycinasz mnie do notki - powiedział mi wczoraj. - Muszę sobie normalnie wierszówkę zażyczyć. Wolisz od linijki czy od puenty?
- Od puenty - odpowiedziałam mu natychmiast. - Bo ci się rzadziej zdarzają.
Ha ;)
- Hmm, gdzie napisałaś mi ten komentarz, o którym mówisz? - zainteresował się gwałtownie ML. - Bo pięknych, subtelnych i tego... ładnych... w twoim wykonaniu nie widziałem...
- No bo to jest taki idealny komentarz, który chciałabym kiedyś zamieścić!
Zawsze, kiedy ML mnie irytuje, odpowiadam mu pełnym pogardy "pfffff". Ostatnio nie trafiłam w odpowiednie klawisze.
- Pdffff - napisała Mrówka.
- Pdffff? Seplenisz? - przyczepił się od razu ML. - Czy coś ci spadło na klawiaturę? Coś ciężkiego... głowa? Nie... głowa pusta... nie byłaby chyba tak ciężka... - zastanowił się. A zaraz potem dodał - Matko, czy ja ci znowu notki nie podrzucam?
- Pewnie znowu wycinasz mnie do notki - powiedział mi wczoraj. - Muszę sobie normalnie wierszówkę zażyczyć. Wolisz od linijki czy od puenty?
- Od puenty - odpowiedziałam mu natychmiast. - Bo ci się rzadziej zdarzają.
Ha ;)
sobota, 15 września 2007
362. mail do Bossa
Ania (Szczepanik) kleciła maila do Bossa. I zastanawiała się, jak się Bossowi przedstawić, żeby ją skojarzył. Mrówka miała potem maila przeczytać i zaakceptować, była więc informowana na bieżąco o postępach w pisaniu.
- Daj mi 10 minut - poprosiła Ania. - Bo potrzebuję 2 minut na opisanie problemu i 8 minut na przedstawienie się w jakiś sposób.
A potem jeszcze powiedziała:
- Stresuję się. Nie lubię pisać do kogoś, kogo nie znam, ale kogo dopiero poznam, bo wolę pisać do kogoś, kogo nie znam, ale nie muszę poznawać, albo do kogoś, kogo znam.
Już nie wnikam, do której grupy zaliczyła Bossa... na wszelki wypadek ;)
- Daj mi 10 minut - poprosiła Ania. - Bo potrzebuję 2 minut na opisanie problemu i 8 minut na przedstawienie się w jakiś sposób.
A potem jeszcze powiedziała:
- Stresuję się. Nie lubię pisać do kogoś, kogo nie znam, ale kogo dopiero poznam, bo wolę pisać do kogoś, kogo nie znam, ale nie muszę poznawać, albo do kogoś, kogo znam.
Już nie wnikam, do której grupy zaliczyła Bossa... na wszelki wypadek ;)
czwartek, 13 września 2007
360. like Shakespeare
Piotrek ofiarnie rozmawia ze mną codziennie po angielsku. Aż mu współczuję i postanowiłam napisać dla niego jakiś wierszyk. Inspiracją była wczorajsza wieczorna dyskusja o łazienkach.
- Small doesn't mean worse - powiedział mi Piotrek i oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Nasze poczucie humoru ma ten sam kierunek i ten sam zwrot, tylko że Piotrkowe jest znacznie większe.
"Small doesn't mean worse" - chodziło mi po głowie cały dzień, aż przekuło się w "the size is not important".
Pomysł na wierszyk zaistniał: rozmiar jest nieważny. W takim razie nie powinno mi przeszkadzać, że Piotrka IQ jest znacznie większe niż moje... Mogę go lubić mimo że jest mądrzejszy ;). Chociaż czasami mnie to drażni ;). Oczywiście drażni tylko w puencie tekstu, nie w rzeczywistości.
Nie chciało mi się liczyć sylab (a od 1,5 godziny dyskutujemy na gg po angielsku między innymi o długościach samogłosek, wymowie itp.), więc posłałam mu tekst bez przeróbek:
I know you have a high IQ
though my one's tiny - I like you
my IQ is thin and small and short and...
but if the size's not important...
I know my IQ is too small
Your is the biggest - that is all!
there's new idea in my minds eyes:
that SOMETIMES is important size...
Reakcja Piotrka była nawet pocieszająca, więc sobie ją przytoczę:
- I see U're trying to change the ordinary syntax. Shakespeare did the same.
Ha! ;)
- Small doesn't mean worse - powiedział mi Piotrek i oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Nasze poczucie humoru ma ten sam kierunek i ten sam zwrot, tylko że Piotrkowe jest znacznie większe.
"Small doesn't mean worse" - chodziło mi po głowie cały dzień, aż przekuło się w "the size is not important".
Pomysł na wierszyk zaistniał: rozmiar jest nieważny. W takim razie nie powinno mi przeszkadzać, że Piotrka IQ jest znacznie większe niż moje... Mogę go lubić mimo że jest mądrzejszy ;). Chociaż czasami mnie to drażni ;). Oczywiście drażni tylko w puencie tekstu, nie w rzeczywistości.
Nie chciało mi się liczyć sylab (a od 1,5 godziny dyskutujemy na gg po angielsku między innymi o długościach samogłosek, wymowie itp.), więc posłałam mu tekst bez przeróbek:
I know you have a high IQ
though my one's tiny - I like you
my IQ is thin and small and short and...
but if the size's not important...
I know my IQ is too small
Your is the biggest - that is all!
there's new idea in my minds eyes:
that SOMETIMES is important size...
Reakcja Piotrka była nawet pocieszająca, więc sobie ją przytoczę:
- I see U're trying to change the ordinary syntax. Shakespeare did the same.
Ha! ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


