piątek, 7 marca 2008

502. wilk

Siedziałam, oglądałam zdjęcia z ostatnich paru dni i przy okazji zawołałam też mamę, która historyjek wysłuchuje codziennie całe masy. Oglądałyśmy razem fotki Ani i Igora, a jednocześnie rozmawiałam z Anią na gg.
- Na tym zdjęciu Igor wygląda jak wilk - stwierdziła mama. W tym samym momencie Ania napisała:
- Ten Igor na zdjęciu z rozdziawioną buzią wygląda groźnie. Jak wilk.
Uśmiałam się jak norka i oznajmiłam Ani, że mama (która w tym momencie też się skręcała ze śmiechu) powiedziała właśnie to samo.
- Hahaha - odparła Ania. - Jak moja mama zobaczy, to powie: siedziałaś na ziemi i brudziłaś czyste spodnie?

czwartek, 6 marca 2008

501. konferencja o krwi

Braliśmy dzisiaj z Fimbulem udział w konferencji o krwi.
Okazało się, że półroczne prowadzenie zajęć na coś się przydało. Zwykle Fimbul zarzucał mi, że mówię za szybko.
- Mówiłam ZBYT szybko? - nabazgrałam do Fimbula na karteluszku, kiedy skończyłam.
- Nie - odpisał Fimbul. - Ale jak spoglądałaś na zegar to na chwilę przyspieszałaś.
:)
Dostaliśmy mineralną w butelkach, które można było odkręcać normalnie i pić z gwinta, albo odkręcać nienormalnie i pić jak sportowcy w biegu z tego czegoś, co się nie rozchlapuje.
- Odkręcisz miiii? - zapytała Mrówka Fimbula, nauczona doświadczeniem.
- A chcesz pić jak człowiek, czy jak królik? - poinformował się Fimbul.

Potem kontynuowaliśmy rozmowę na kartkach:
- Ta dziewczyna ma pewnie referat na 15 minut, bo robi nienormalnie długie pauzy - napisał Fimbul.
- Ale zobacz, ma niepokojąco dużo kartek! - odbazgrałam natychmiast.
I zaraz potem dopisałam:
- To przerażenie w twoich oczach - bezcenne!

Czasami wątpiliśmy w związek wystąpienia z tematyką konferencji.
- A gdzie tu krew? - zwróciłam się korespondencyjnie do Fimbula. Obok którego siedziałam, ale przecież nie będziemy gadać na konferencji.
- To się nazywa poetyka braku - wyjaśnił mi Fimbul, też listownie.

Kiedy kilkaaaa referatów później dołączyła do nas Sandra, dziewczyna Fimbula, i zastanawiała się podczas jednego z tekstów, gdzie w nim jest krew, Fimbul powiedział jej:
- Krew zalewa słuchaczy.

Do tego, żeby przy mnie ich zalewała, Fimbul z Piotrkiem od Fimbula się nie przyznali.

środa, 5 marca 2008

500. z Igorem

Kolejny szalony dzień.
Spotkałam się z Megi i z Igorem na parkingu przed wydziałem i poszliśmy do fryzjera, bo Megi chciała sobie w salonie fryzjerskim przekłuć uszy.
- Wejdź tam i powiedz pani, że albo nas przyjmie z Igorem do środka i potem dostanie kasę, albo nie przyjmie i zostanie opisana na moim blogu - poleciła mi Megi, wskutek czego musiałam się jeszcze przed wejściem wyśmiać.
Pani nie wyraziła sprzeciwu, więc wtarabaniliśmy się do środka. Igor najpierw obwąchał półeczki, a potem stracił zainteresowanie dla zakładu, leżał i patrzył na siebie w lustrze.

Na wydziale najpierw weszliśmy sobie na plac budowy (dzięki, Porwany!), żeby przejść do wejścia, a potem postanowiliśmy Igora zmęczyć, żeby na wykładzie nie poszedł powąchać kolejnego wykładowcy.
Chwilę posiedziała z nami Ania B.
Jakieś sześć razy przebiegłam z Igorem przez całą długość połowy korytarza tam i z powrotem. Zaczynam mieć zakwasy ;).
W pewnym momencie Igorowi spadła gdzieś psia chrupka. Psia chrupka jest wielkości koralika. Igor wielkości... hmm... to widać na zdjęciach. Ale kiedy zginie psia chrupka, Igor nie spocznie, dopóki jej nie znajdzie. Najpierw obwąchał wszystko w promieniu trzech metrów, potem wymyślił, że chrupka na pewno spadła pod fotel. Mamy takie kinowe fotele, między siedzenie a podłogę nie zmieścił mu się pyszczek, więc położył się na boku i obiema łapkami próbował wydostać przysmak.
Podawał mi łapkę i w końcu, zadowolony z siebie, postanowił wleźć mi na kolana.
Próbował się o mnie łasić, aż mnie przewrócił.
Kiedy biegaliśmy, przy końcu korytarza oboje gwałtownie hamowaliśmy i wpadaliśmy w identyczny poślizg.
Przyszedł Olek i Ania (Sz). Jako że Megi znowu miała aparat, więc obfotografowałam całe towarzystwo. Ania wymyśliła sobie, że uda, że siada na psie. Usiadła, zrobiłam zdjęcie, a zachwycony Igor przewrócił się chwilę potem na plecki i tarzał się po korytarzu. Nie wiem, czy któreś z tych zdjęć wyjdzie, bo trzęsłam się ze śmiechu.
Zaskoczony Olek stwierdził, że dawno go tu nie było i zwyczaje się chyba trochę zmieniły. O czym doniosło mi rozbawione towarzystwo, kiedy przybiegłam z psem.
Na wykładzie Megi zaszeptała do Olka:
- Olek, jak ty to powiedziałeś?
- "Zmieniło się od czasu, jak tu byłem ostatni raz" - odszepnął Olek.
- A co potem mówiłeś? - dociekała Megi.
- A to już były słowa modlitwy - odparł Olek.

Zachciało mi się pomarańcza.
Mamy na zdjęciu, jak Igor patrzy na człowieka, który coś je. Kiedy wyjęłam owoc z torby, wpatrywało się we mnie sześć par oczu (z Igorem siedem).
- Igor nie lubi pomarańczy, możesz przy nim spokojnie jeść - powiedziała Megi.
Przyjrzałam mu się. Nie wyglądał, jakby nie lubił.
- Nie mam nic do jedzenia - powiedziałam z pomarańczem w ręku. Sześć osób prychnęło dziwnie.
- O, nie! - zawołała Megi. - To wygląda jak piłeczka! Taką się mu rzuca i mówi "bierz ją!"
Przy "bierz ją" Igor gwałtowniej się zainteresował.
- Megi, ja cię proszę, nie mów tego głośno, nie TERAZ! - zaapelowałam.
Podałam pomarańcza Ani, bo nie umiałam zacząć go obierać. Ania trzymała go wysoko.
- Nie podnoś rąk do góry, bo pomyśli, że to piłeczka i skoczy - ostrzegła Anię Megi.
Zjedliśmy owoc. Igor popatrzył na nas z wyrzutem i poszedł.
- Cholera, wyszło na to, że zjedliśmy jego piłeczkę - oznajmiła Mrówka, która poczuła się nieswojo pod tym psim spojrzeniem. Olek dostał ataku śmiechu.

Po wykładzie przyjechali po Megi klerycy i razem poszliśmy na przystanek na Korfantego. Klerycy prowadzili Megi, ja wzięłam sobie na długą smycz Igora i szłam z nim.
Jeden komentarz Megi:
- Mrówka, to nie on ma ciebie prowadzić, tylko ty jego!

poniedziałek, 3 marca 2008

498. z Megi

Zadzwonił telefon.
Nie teraz, historię z nieodległej przeszłości opowiadam.

Zadzwonił telefon.
Mama Mrówki odebrała telefon i zawołała: MRÓÓÓÓÓWKAAAA!
Mrówka pięć zakrętów do telefonu pokonała trzema skokami.
A tu przy telefonie mama Mrówki gada sobie z kimś w najlepsze. Kiedy skończyła, Mrówka zawładnęła słuchawką i zawołała domyślnie:
- Cześć Megi!
- Cześć Mrówka - powiedziała Megi i zaraz zapytała - czy wiesz, kto nas będzie z Igorem odwoził w środy do domu? Zgaduj. Masz trzy odpowiedzi: a) chippendalesi, b) wojsko, c) klerycy.
- Wojsko obstawiam.
- Nie. Klerycy.
- Megi, to przecież oni nie wytrzymają tego, jak ja cię ubieram! - pisnęłam do telefonu.
- Właśnie, pewnie będą się modlić, żeby nam się w końcu udało... - dorzuciła Megi i przez chwilę obie tarzałyśmy się ze śmiechu.

A mama potem stwierdziła, że ja wcale nie zgadywałam, tylko wyraziłam swoje pobożne życzenie ;).

PS - z ostatnich doniesień recepcyjnych pierwszej Rewii: mama Mrówki przeczytała i jej się podoba. Nie przestanie mnie to chyba zadziwiać.
A profesor od kalamburów (o czym zapomniałam ostatnio) zapytał: jak się pani udało namówić [Egzekutora], żeby się przyłączył?
WCALE go nie namawiałam :).



jutro o 18:20 Megi z Igorem na żywo w Radiu M. A wcześniej (od 15) buszujemy w trójkę po wydziale. Z aparatem fotograficznym.

niedziela, 2 marca 2008

497. robotnik

Jaworznicki autobus A jedzie przez autostradę.
Węzeł murckowski (tak się chyba to cudo na wysokości Geanta nazywa?) jest remontowany.

Rozmowa kierowcy z pasażerem:

Pasażer (na widok remontowanej drogi): Ale dobrze, że zimy nie ma, to trochę sobie podgonią z robotą...
Kierowca: O, patrz pan, jak gonią. (i pokazuje za szybą jedynego na budowie robotnika, który stoi, opiera się o znak i NIC nie robi)

Właściwy człowiek na właściwym miejscu, można powiedzieć.

sobota, 1 marca 2008

496.migawki

Chciałam uszczęśliwić Piotrka. Psychicznie uszczęśliwić, żeby nie było.
- Przyszłam - powiedziałam mu na gg, kiedy przyszłam.
- Oj, widzę - odparł Piotrek.
- "OJ"??? - zapytałam groźnie. - Dziwne, doprawdy, masz objawy szczęścia...
- A co ja mam mówić, gdy to szczęście mnie aż przytłacza?

Fakt...



Migawka z jednego wykładu (niedawnego).
Siedziałam sobie w chyba drugiej ławce (długotrwała tresura - siedzenie z Olkiem, a teraz z Megi, zagadałam się z Dawidem i siadłam w pierwszym wolnym miejscu), sama w czteroosobowej, bo ani Olka ani Megi nie było.
Za mną sama w czteroosobowej ławce siedziała Kama (ale chwilowo jej nie było, bo wyszła).
A dopiero za Kamą siedziała reszta.
Przyszedł wykładowca.
Popatrzył na salę, na której rozkład ludzi wyglądał mniej więcej tak (x - ja, X - ludzie, "-" - puste miejsca)

X

- - - - - - - -
x- - - - - - -
- - - - - - - -
X-XX XX - -
XXXX XXXX
XX-X XXX-
XXXX XXXX

i powiedział do mnie:
- A czemu się pani tak izoluje? Nie lubi ich pani?



jutro, jak nie zapomnę, będzie notka o kierowcy.

piątek, 29 lutego 2008

495. z wydziałowego korytarza

Idzie Boss.
Mrówka (z radością): OOO!!! BOSS!!!
Boss (z Szymborskiej): Dokąd biegnie ta zdeptana Mrówka przez napisany las?



Po ostatnim czwartku rozmawiałam z Fimbulem.
- Piotrek (od Fimbula) mówił, że na końcu stołu siedziały jakieś całkiem fajne dziewczyny - powiedział Fimbul. - Ja nie wiem, bo bez okularów nie widzę. Ale jestem optymistą, to mu wierzę.
- A z której strony siedziały? - poinformowałam się. - Bo może mnie miał na myśli?
- Z lewej.
- Hej, JA siedziałam z lewej strony Piotrka! To na pewno mnie miał na myśli!
- Ale ty siedziałaś zaraz obok a nie na końcu stołu. A ja nie jestem aż tak ślepy - wyjaśnił Fimbul

;)



A, jeszcze jedno.
Spotkałam wczoraj wykładowcę od kalamburów. Wykładowcę, któremu egzemplarz Wielkiej Rewii Satyrycznej podarowaliśmy z Egzekutorem z nastawieniem na bezlitosną ostrą krytykę. Masochistycznie, można powiedzieć.
- I CO? - odważyłam się zapytać w sposób niekoniecznie rozbudowany, ale za to treściwy.
- No... powiem tak: MNIE się podoba! - oznajmił mi ów wykładowca.
Świat staje na głowie ;).

czwartek, 28 lutego 2008

494. czwartek w BŚ

To był szalony dzień :).

Wybraliśmy się na ostatni czwartek, tym razem w nieco mniejszym gronie - Mrówka, Megi z Igorem, Ania B., Fimbul i kolega Fimbula - Piotrek.

Nie mówię już o tym, że jakieś 16 razy dzwoniłam do Ani B. albo słałam jej rozpaczliwe smsy, ciągle zmieniając miejsce spotkania. Siadała mi bateria w telefonie i bałam się, że Ten Właśnie Sms to już Ostatni Sms, jaki udało mi się wysłać. Na szczęście Ania jakoś to zniosła.

Spotkałyśmy się z Megi i Igorem w BŚ.
- Mam w torbie aparat, może mi zrobisz zdjęcie pod palmą? - zaproponowała Megi.
Siedziałyśmy akurat pod rozłożystą palmą tuż obok stanowiska pana ochroniarza. Obfotografowałam Megi, a z uwagi na słońce, które miała za głową, wyszła jakby była na wakacjach (jeszcze zdjęć nie mam, jak wróci do domu to mi prześle, mam nadzieję).
Potem zrobiłam jeszcze parę zdjęć Igorowi, przy czym udało mi się ujęcie, na którym Igor z lotu ptaka wygląda jak myszka. Nie ze względu na wielkość, tylko ze względu na kształt.

W Benedyktynce Igor zawojował jak zwykle panie z BŚ, po czym zupełnie zignorował przygotowane mu przez nas miejsce u boku Magdy, wlazł pod stoliki i poszedł spać. Śniło mu się chyba, że ucieka przed zającem, bo czasami drgały mu łapki. Kiedy na koniec laudacji rozległy się brawa, Igor podniósł głowę, posłuchał, a potem znowu się położył. Tym razem wyciągając pyszczek dokładnie w kierunku Bossa.
- Patrz na Igora - szturchnęłam Megi. - Jak się do Bossa odwrócił.
- Bo lubi Bossa - odszepnęła mi Magda.
- Ahaaa - przypomniało mi się. - Miałyśmy Bossa zapytać, czy chce zdjęcie z Igorem. Może napisać mu karteczkę?
- Napisz - kiwnęła głową Megi.
- Hmmm - zastanowiłam się. - Ale to będzie głupio wyglądać, że piszę liściki do Prowadzącego spotkanie... to potem go zawołamy.

(zawołałyśmy i Boss też ma zdjęcia z Igorem)

Spotkanie się skończyło, Igor furorę robił dalej. Przyszedł do nas Pan Fotograf (bibliotekowy). Powiedział, że już kiedyś robił Igorowi zdjęcia. A że akurat do fotki z Igorem i Megi ustawiła się Pani Dyrektor, z Panem Fotografem robiliśmy za papparazzi. Tylko że ja za amatorskiego, a Pan Fotograf za profesjonalnego.
- Czy mógłby nam pan przesłać te zdjęcia? - zapytała Megi.
- Jeśli pani dyrektor się zgodzi - odparł z galanterią fotograf.
Pani Dyrektor natychmiast wyraziła zgodę, więc wymieniliśmy się z Panem Fotografem mailami.
Po czym Pan Fotograf sobie poszedł, a my zaczęłyśmy się zbierać do wyjścia.
Poszłam wylać resztkę wody z miski Igora.
Na korytarzu dr PM zapytał ze współczuciem, czy chce mi się pić. A Boss poradził, żebym sobie pochłeptała trochę ;D.
Prawie padłam ze śmiechu. A to był dopiero początek.
Wróciłam do wyludniającej się powoli Benedyktynki, a zaraz potem wpadł Pan Fotograf i wręczył Megi złożoną na pół kartkę.
- To dla was, nie zdążyłem opracować!
Wydrukował nam po jednym zdjęciu!!! :)

Kiedy już ubrałam Megi w sweterek i kurtkę, wyruszyłyśmy na piechotę na Paderewo. Poszła z nami Ania B., cudowny dobry duch, bez którego byśmy sobie nie poradziły. Ania jest tak dobra jak piękna (i nie wycofam się z tego nawet jak mi nakopie za taki wpis ;)). Poszła z nami, niosąc torbę Magdy i pytając przechodniów o drogę, a potem, na Paderewie, kiedy Mrówka jako siła napędowa wózka padała, to Ania biegała między blokami i sprawdzała, gdzie jest numer, pod który jedziemy i przecierała szlaki.
Kiedy odtransportowałyśmy Magdę i wracałyśmy z Paderewa na dworzec PKP, Ania B. pogodnie stwierdziła:
- Dwie dziewczyny nie mające kompletnie orientacji w terenie, na obcym osiedlu po zmroku. To się musi udać!
I udało się, nie zgubiłyśmy się ;)

wtorek, 26 lutego 2008

492. tort

Mój brat obchodzi dzisiaj urodziny.
Swoją drogą, co wolne skojarzenia robią z ludźmi... kilka lat temu na urodziny narysowałam mu kartkę. Na kartce był wielki napis "URODZINY" i malutka figurka brata obchodzącego ten napis dokoła. I podpis "Mój brat obchodzi urodziny". Nawiasem mówiąc rozbijanie frazeologizmów i powrót do sensów pierwotnych to jeden z podstawowych (mało wyszukanych) środków komizmotwórczych. Ale działa ;).

W każdym razie brat obchodzi urodziny. Dzisiaj.
Przyjechałam z Katowic, weszłam do domu i zawołałam:
- Ha! Mam dla ciebie prezent, który na pewno będziesz chciał i który na pewno cię ucieszy!
- Jaki? - zainteresował się brat.
- Z okazji urodzin NIE narysuję ci twojej karykatury!

Ucieszył się.

Hmmmmm...

A potem jeszcze zażądał, żebym skończyła ze śpiewaniem.