Jeden z wykładów z literatury poromantycznej odbywał się na świeżym powietrzu (wykładowca określił to "zieloną szkołą").
Siedziałam sobie pod drzewem. Nagle spadło na mnie jakieś żyjątko. Popatrzyłam, strzepnęłam, a dopiero potem mnie otrząsnęło z obrzydzenia.
- Co to było? - zapytała z troską Kasia, siedząca najbliżej.
- Nie wiem. Jakiś robal - odpowiedziałam jej ze wstrętem.
- Ale nie kleszcz? - Kasia wyglądała na przejętą.
- A jak wygląda kleszcz? - zapytała inteligentnie Mrówka.
- Czy to coś miało skrzydełka?
Przytaknęłam z rosnącą paniką.
- No, jeśli miało skrzydełka, to to nie był kleszcz - uspokoiła mnie Kasia.
Nie można było tak od razu??
Historyjka druga.
Arturek ma modliszkę. Hoduje ją sobie (na szczęście w Krakowie, nie widziałam zwierzątka na żywo, i dobrze. Zwierzątka Arturka mnie próbują przestraszyć, kiedyś ryba mało nie rozbiła szyby akwarium, żeby mnie zaatakować).
- Arturek, co je twoja modliszka? - spytałam kiedyś. Arturek popatrzył na mnie z wyraźnym wyrzutem, teraz wiem, że to była prośba o wycofanie pytania. Nie odczytałam tego i Arturek musiał odpowiedzieć.
Wiecie, co je jego modliszka? Świerszcze. Żałuję, że zapytałam.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz